Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2010-08-23 10:42:37
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Wstęp

„...umarli nie wołani nie przychodzą,
trzeba ich kochać i obcować z nimi,
a oni wtedy wiele powiedzą.”
Rafał Krajewski – 1863



jerzy_marian_kopeć
Jerzy Marian Kopeć herbu Kroje

„W naszej rodzinie...”, a może inaczej – „...kiedyś żył tu...”. Tak, albo podobnie rozpoczynają się na ogół dawne, gromadzone po dworkach szlacheckich, domach o tradycjach mieszczańskich, czasem rzemieślniczych, a bywa i niekiedy po chłopskich zagrodach, spisywane na marginesach kart biblii, śpiewnikach, książkach do nabożeństwa, czasem na karteluszkach włożonych do fotograficznych albumów, zapiski rodzinne. Nieporadnym pismem, dziwacznym zwrotem, ukwieconym zdaniem odnotowywano imiona i przezwiska, daty urodzin, mariaże, zgony, dramaty i sprawy domowe, zwykłe. Zapisywano transakcje, klęski nieurodzaju, powodzie, pożary, awarie maszyn, rozwój i upadek warsztatów, firm, pobory do wojska. Wszystko to wydawało się ówczesnym godne zapamiętania, przekazania potomnym.

Ludzie byli świadomi, że ich pamięć bywa ulotna i chcieli dla siebie, ale myśleli i o potomnych, przechować to czym żyli, co dotyczyło bliskich, niekiedy krewniaków i powinowatych a bywało i sąsiadów, odległych przyjaciół i znajomych. Także wydarzeń w okolicy i dalszym świecie.

Niewiele tylko przetrwało zapisów, notatek. Trochę w zubożałych archiwach, coś tam po kancelariach parafialnych, gminnych, czasem w bibliotekach lub prywatnych zbiorach. Przyszły czasy, gdy niedobrze było sięgać do rodzinnych dziejów a i niedobrze, niebezpiecznie niekiedy wspominać odeszłe pokolenia, czas miniony.

Raptem dwu, trzypokoleniowa pamięć i to uszczerbiona, tragicznie okrojona poniewierała się w ulotnej pamięci. Znano imiona rodziców, kołatały się jeszcze, chociaż nie zawsze, imiona dziadków. Zanikała wiedza o pra- i prapradziadach a już całkowita niewiedza pokrywała przodków wcześniejszych, nazwy ziem i miejscowości, nie mówiąc o ich czynach, o życiu, przekonaniach, pasjach. Zacierały się daty, nawet jeśli tu i ówdzie ocalały. Te ponure procesy dotykały nawet cmentarne tablice z rytymi w kamieniu imionami.

Czasem tylko ktoś uparty, a może odważny, świadom mijającego i niszczącego wszystko czasu, zasiadał do spisywania z zasłyszanych wspomnień, z własnej lub innych pamięci, rzadziej posługując się dokumentami, notatkami, pożółkłymi kartami jakiegoś pamiętnika coś na kształt kroniki. Albo z mozołem próbował szkicować genealogiczne drzewo swej rodziny trafiając szybko na luki trudne do wypełnienia, gubiąc się w imionach i pokrewieństwie, zostawiając białe plamy w datach i miejscowościach. Tylko bardzo cierpliwym udawało się niekiedy zbudować konstrukcję, która zachwycała kompletem danych, bogactwem rodowych powiązań.

Taką próbą, z pogranicza domowej kroniki, wąskiego pamiętnikarstwa, wspomnieniowej gawędy, także osobistych relacji, z nich wynikających odczuć, podjęło kilku autorów z kilku rodzin blisko ze sobą związanych. Próbę niezakończoną, w miarę rozrastania się uzupełnianą i miejscami korygowaną dzięki innej wiedzy czy pamięci, innemu postrzeganiu ludzi i ich czasów.

Nie jest łatwym zadaniem zarejestrować czas kilku pokoleń, różnych okolic, wręcz krajów, także w przeszłości szybko zmieniających się warunków zewnętrznych, systemów politycznych i gospodarczych, stąd i różnych poglądów i postaw. Nie sposób sięgać w zapiskach takich o szczegóły, zapewne bardzo w danym miejscu potrzebne, może i absolutnie niezbędne, gdy zawodzi pamięć i niestety nawet wiedza. A wiarygodnych źródeł brak i nie trafia się nigdzie na pewne oparcie.

Dostrzega się kłopoty autorów z nazwiskami, zwłaszcza niepolskiego pochodzenia, z ich pisownią. I to nawet wówczas gdy ich poprawne brzmienie i pisownię uwidaczniają pomniki i cmentarne tablice. Nie jest to, na usprawiedliwienie autorów, zjawisko odosobnione w twórczości wielu pamiętnikarzy, także zawodowych genealogów. Z nazwiskami i przezwiskami, domowymi skrótami imion, bywało zawsze bardzo dowolnie. Gminny skryba, kancelaryjny pisarz, pleban, żandarm, woźny sądowy i nauczyciel nie przykładali się zbytnio do zapisywania trudniejszych nazwisk. Bywało, że podawane niewyraźnie, albo dla zapisującego brzmiące zbyt  trudno, obco, bywały wpisane w formie najłatwiejszej lub, co też w kraju pozostającym przez długie dziesięciolecia we władzy obcojęzycznych zaborców, świadomie a bywało i złośliwie zniekształcone.

Takie deformacje przez lata utrwalały się, stawały się akceptowaną prawdą. Sprostowanie zawsze, w każdym systemie administracyjnym, natrafiało na ogromne przeszkody, także prawne lub przekraczało możliwości osób kiedyś tym dotkniętych.

W wielu rodzinach, zwłaszcza drobnoszlacheckich odchodziły w niepamięć nazwy ich herbów i rysunkowe wyobrażenie nie mówiąc już o barwach. W wielu przeciętnych rodzinach, całkowicie wystarczała świadomość przynależności do stanu, wiedza o tym krewniaków i powinowatych, „rycerskich” przodkach, o „starożytnym” domu, o nadaniach i posiadanych ongiś przywilejach. A skoro była to wiedza powszechna to niewielka bywała już dbałość o pisane dokumenty, o kancelaryjne adnotacje.

W międzyczasie następowało rozdrobnienie gospodarstw, ubożenie czy nawet schłopienie, usuwanie z ziemi przez zaborców będące karą za patriotyzm, przenoszenie się do miast, do powstających ośrodków przemysłowych gdzie szukano zatrudnienia, wstępowanie do zawodów rzemieślniczych, podejmowanie działalności w wolnych zawodach lub służbach urzędniczych a ostatecznie w wojsku. A nawet, co w wieku XIX już stawało się dość powszechne, poszukiwanie źródeł utrzymania jako tzw. ludzie służebni.

Gdy zaś zaborcy wprowadzili obowiązek wylegitymowania się dokumentami z przynależności do stanu szlacheckiego, gdy musiało się tego dowieść przed Heroldią Królestwa i uzyskać wpis do Ksiąg Szlachty Polskiej, albo Litewskiej, jeszcze za to zapłacić, wiele rodzin, wiele osób nie było wstanie niezbicie dowieść swego szlacheckiego statusu w społeczeństwie. Sprowadzeni byli tym samym do chłopstwa, bywało i pańszczyźnianego, po miastach i miasteczkach do chałupników i wyrobników, ludzi zaliczanych wtedy do niskiego stanu.

Domy, rodziny, których członków wspominają te zapiski wykorzystały szczęśliwie, jeśli oprzeć się na tych przekazach, wyjątkowo dobrą passę. Znalazłszy się w mieście, w ogóle poza środowiskiem zaściankowym, wiejskim, stosunkowo szybko zajęły miejsce w stopniowo bogacącym się świecie mieszczańskim. Tym samym byli zdolni zajmować, przynajmniej w pewnych okresach, zresztą dość czasowo długich, dobre pozycje, nawet w jakimś sensie wpływowe, liczące się społecznie. Po wpływy polityczne, poza sympatyzowaniem z tym lub owym kierunkiem, nie sięgali. Natomiast znaleźli liczące się miejsce w gospodarce. Niektórzy także w wojsku.

Takie pamiętniki, chwilami osobiste wspomnienia, opowieści zasłyszane, może właściwiej byłoby użyć słowa „gawędy”, bo posługiwanie się w tym przypadku obcym terminem „sagi”, przysługującym starodawnym opowieściom narodów skandynawskich, nie oddaje przecież charakteru tych zapisów, może nawet przy licznych brakach językowych, nieporadnościach stylistycznych i gramatycznych, mają niepodważalną wartość. I to nawet, jeśli przedstawiają postacie i wydarzenia w zbyt lukratywnym stylu, uwypuklają tylko, lub wyłącznie cechy, postawy i poczynania pozytywne.

Sam już fakt pisania, opowiadania o przeszłości od korzeni, unaoczniania kolejnym pokoleniom minionego świata, zasługuje na niemałe uznanie a udostępnienie tych treści swoim i obcym jest odwagą, zrozumieniem wartości przekazu. Nawet jeśli bywa on niedoskonały, nieścisły i przerysowany. Nawet, gdy komuś może się wydać tylko chęcią zademonstrowania sławy, wielkości, ważności.

Tworzenie, spisywanie takiego opowiadania, rodzinnej gawędy może trwać latami, niemalże w nieskończoność. Zawsze spodziewać się można, że ktoś, gdzieś niespodziewanie trafi na nieznany do tej pory, pozornie drobny szczegół, że wypłynie jakiś dokument. Jest to tworzenie podobne do budowy drzewa genealogicznego, pozornie czynność stosunkowo łatwa bo oparta tylko na zapisaniu imion, dat i pokrewieństwa. A już w drugim, trzecim pokoleniu z reguły natrafia się na niepamięć, na brak źródła, na niewiedzę.

Cenny to zawsze, twórczy wysiłek. Słowo wsparte ryciną, fotografią ze starego albumu, kopią dokumentu, może bardzo urzędowego, ale także odręcznie zapisanym tzw. świstkiem papieru, nawet reklama ze starych gazet, w ogóle śladem na pierwszy rzut oka mało ważnym, doda niepowtarzalnego uroku monotonnym wierszom tekstu.

Można mieć nadzieję, trzeba wierzyć, że kiedyś, w jakiejś bliżej nieokreślonej przyszłości, inni ludzie, z innego już pokolenia i innego niż dzisiejszy świata, sięgną po taką gawędę, odkryją jej surowy urok i chwilę zastanowienia się nad przemijaniem czasu


Jerzy Marian Kopeć [1]
dr n. pom. historii,
historyk sztuki



przejdź do początku

Przypisy i rozwinięcia encyklopedyczne

Kroje_1.jpg[1] - Jerzy Marian Kopeć herbu Kroje, lwowianin rocznik 1930, trafił w 1945 z włączonego do Rosji sowieckiej kresowego miasta, jako tzw. wówczas „repatriant”, do Warszawy. Ze stolicą związał swe losy na długie 40 lat. Należy do wielkiego zespołu „Reytaniaków” – uczniów znakomitego gimnazjum i liceum. Studiował grafikę użytkową oraz historię sztuki.

Już podczas studiów rozpoczął pracę początkowo w czasopismach młodzieżowych, potem wydawnictwach wojskowych i wreszcie społeczno-kulturalnych. Współredagując jedyne wtedy czasopismo o tematyce turystycznej – MT „Światowid”, zaangażował się w popularyzację turystyki i krajoznawstwa a zarazem ochronę zabytków i dóbr kultury polskiej. Ta publicystyczna i popularyzatorska działalność przyniosła zarówno czasopismu jak i autorowi szereg nagród i liczących się wyróżnień.

Niezależnie od pracy dziennikarskiej, wtedy jeszcze hobbystycznie podejmował, w określonej wówczas sytuacji polityczno-społecznej, badania heraldyczne i genealogiczne poświęcone głównie rodom Tatarów Polskich. Po stanie wojennym opuścił kraj i osiadł w Niemczech Zachodnich. Związał się z czasopismami polskojęzycznymi wydawanymi w RFN publikując felietony i cykle przybliżające wiedzę o stosunkach polsko-niemieckich na przestrzeni dziejów. Zarazem, poprzez kontakty z kilkoma organizacjami heraldyczno-genealogicznymi w krajach niemieckojęzycznych, oraz odrodzonymi lub nowopowstałymi tego typu związkami w Polsce, nawiązuje współpracę z instytutami badawczymi, uzyskuje tytuł doktora nauk pomocniczych historii i zajmuje się działalnością dydaktyczną i popularyzatorską. Jest członkiem liczących się związków i towarzystw heraldycznych, także inicjatorem i organizatorem spotkań członków Związku Szlachty Polskiej na terenie RFN, współredaktorem periodyku „Herald” we Wrocławiu i autorem wielu prac.


przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku