Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Zdjęcia do rozdziału
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2010-11-08 11:33:04
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Suplement Zygmunta Drewsa

Olszanka i Stanisława Drews Nr 1

Leon Drews zakupił w tym czasie włókę (około 30 ha ziemi) pod Legionowem, tak zwane "piaski, laski i karaski". Ziemia stanowiła jakąś resztówkę gospodarstwa rolnego. Posiadała murowany, parterowy budynek mieszkalny, "pobielone" ściany i z małym drewnianym tympanonem nad wejściem opartym na dwóch kolumienkach. Dach był kryty gontem. Przypominał dworek szlachecki. Obora, stajnia i chlewnia stanowiły jeden budynek drewniany, kryty słomą. Była studnia z "żurawiem" i korytem do pojenia inwentarza żywego oraz ogrodzenie drewniane okalające podwórko gospodarskie. Gospodarstwo to nazywało się "Olszanka".

Przed domem, na wprost wejścia, odrysowany był klomb trawiasty z kępkami krzewów ozdobnych, jak przystało na dom włościański.

Dziadek Leon zaraz przystąpił do budowy obszernego kurnika w obejściu za oborą, przewidując, że będzie to podstawowa spiżarnia do wykarmienia letnich gości. Pod lasem zaś sprowadził ule, najnowocześniejszej konstrukcji, w których będzie mogła się wyżywać jego żona, Stasia /tzw. później Bunią/, która nawykła tej sztuki na wsi u swych rodziców. A teraz przekazywać ją będzie swej córce Marylce.

Zaraz też pojechali do Pławna prosić rodziców Stasi, doświadczonych rolników-hodowców, aby zechcieli osiąść w Olszance i tam gospodarować razem, błogosławiąc całej rodzinie.

Pradziadek Wojciech Rudlicki
Pradziadek Rudlicki, a za nim jego córka Stasia Drews, żona dziadka Leona Drewsa, znana później jako „Bunia”

Propozycja została przyjęta bardzo serdecznie, bo zbiegła się z brakiem ubezpieczenia emerytalnego w Polsce. Dziadek Wojciech Rudlicki ze swą żoną Andzią, byłby właśnie skazany na jakiś ciasny pokoik u chlebodawcy z "wycugiem". A tak będzie jeszcze przydatny rodzinie, w tym zięciowi, którego bardzo lubił i cenił. Czuł się jeszcze na tyle rześki, że mógł sprostać nowemu zadaniu. Pomagała mu, jak zwykle przez całe życie bardzo wydajnie jego kochana Andzia. Jak postanowiono, tak też się stało.

Kto chciał odwiedzić Olszankę, miał do dyspozycji "ciuchcię" z Warszawy do Legionowa, a dalej był odbierany przez mojego pradziadka Wojciecha, lub jego pomocnika, bryczką w parę koni.

Była wiosna, więc całość zaczęła funkcjonować od razu i przez wiele dalszych lat.

Na początku zaglądali tam co bardziej mili i zaufani klienci szefa firmy. Tak, że nawet przenoszono tam niektóre przetargi projektowanych budów, co należało raczej do relaksu niż obowiązku. Goście mieli do dyspozycji spacery po lesie, chętni dubeltówkę, aby zapolować na dzikie kaczki, lisy czy gawrony. "Bunia" zaś wydawała stosowny do pory dnia poczęstunek.

Z czasem ustały te praktyki na rzecz wyłącznie najbliższej rodziny, w tym młodzieży i jej szkolnych przyjaciół, których przybywało, w tym i z Odessy.



przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku