Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Zdjęcia do rozdziału
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2010-12-28 02:29:08
Przejdź do komentarzy (1)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Suplement Zygmunta Drewsa

Babcia Micia

Emilia
Moja babcia Emilia Micia Talikowska z domu Drews, późniejsza głowa interesu rękawiczniczego „Michał Talikowski” w Odessie. XIX i XX wiek

Z Odessy zaś nadchodziły same dobre i bardzo dobre wiadomości. Micia z Michałem zaczynali od sklepiku "Pod schodami". Szybko awansując w coraz to obszerniejsze i wytworniejsze lokale ("Przy Praszczatiku"). Po zmianach mieszkali najdłużej w dużym mieszkaniu przy ulicy Dierebazowskiej, blisko opery.

Michał zabiegał o najwyższy fason swych wyrobów, śledząc wszystkie trendy aktualnej mody w Paryżu. Po skóry zaś "glansowane" najwyższej jakości jeździł do Pragi czeskiej, które wypraktykował jako najlepsze.

Dziadek Michał, wspomnę, miał swoje powiedzonko, które stosował ilekroć chciał zaakcentować istotę swojej wypowiedzi. "Psiaakrew" mawiał i gładził bródkę bruneta. Miał też własną ocenę stopniowania "talentów" kupieckich swych kontrahentów: "Polaka ocygani Żyd, Żyda Armiaszka (Ormianin), a Armiaszkę - Czech"

Stosunkowo szybko Michał i Emilia Talikowscy dorobili się willi nad bulwarem Morza Czarnego, który ciągnął się na długości około trzech kilometrów. Wszystkie działki łączyła ulica i tramwaj, co stanowiło wraz ciepłym klimatem znamiona raju. Różne akcesoria wystawiane na podwórzu willi, mówiły o hobby właściciela. U dziadka Michała, był piękny okrągły gołębnik piętrowy na sto gniazd, zbudowany na dużym słupie. Mieszkańcami jego były rasowe gołąbki, ulubieńcy dziadka. Na podwórzu tym stała też okazała łódź wiosłowa, spychana po szynach do morza, służąca rodzinie do połowu ryb, zwanych "byczkami". Każdy wędkarz spuszczał z łodzi sznur zakończony ciężarkiem, a po drodze z około 10-ma haczykami z przynętą Po umówionym czasie, bosman, czyli Michał dawał znak wyciągania sznurków. Trwały zawody, kto złowi więcej. Wspominała to moja mama, że będąc wtedy dziewczynką, pamiętała to jako przednią zabawę, która odbywała się przeważnie w niedzielę po południu.

Dopiero we wrześniu 2010 roku znalazłem fotkę Michała i Emilii Talikowskich zażywających przejażdżki na łodzi wiosłowej po jeziorze Inowrocławskim w 1938 roku. Byli oni wówczas gośćmi swego pierworodnego syna Michała, zwanego „Mitkiem”. Pełnił on funkcję dowódcy garnizonu w Inowrocławiu, a jednocześnie leczył sobie obolałą piętę w tamtejszym sanatorium. Był wówczas bardzo zmęczony wyczerpującą służbą „dwójkarza” zakończoną wielkim sukcesem po kilkuletniej pracy na placówce w Moskwie.

Michał senior na pewno wspominał sobie wspaniałe warunki wioślarskie w Odessie, znaną powszechnie tam jego funkcję „bosmana”, a może i hodowlę rasowych gołębi, którą miał na brzegu morza.

Ta jedna fotka wzbudziła tyle wspomnień. Wrócę jednak do chronologicznej opowieści.

Babcia Micia była głową ekonomiczną firmy "Michał Talikowski", szefem personalnym i kim jeszcze trzeba oraz dyrektorem reprezentacyjnym, tu wespół z Michałem, ognistym brunetem z zakręconym wąsikiem i bródką w szpic. Mimo swojej wiotkiej sylwetki, była zdrową i szczęśliwą kobietą. Urodziła w międzyczasie sześcioro zdrowych i udanych dzieci. "Miała czas" uczęszczać na wszystkie premiery w teatrze, nie tylko operowym. Nuciła w domu zasłyszane wcześniej arie. Do najulubieńszych zaliczała "Ptasznika z Tyrolu". Umiała grać na fortepianie, ale tylko dla własnej przyjemności, akompaniując sobie w śpiewie lub w mruczando.

żeńska część rodziny.jpg
Żeńska część rodziny. Od lewej Kamilla Drews z domu Benisz matka Mici, Micia Talikowska, jej córka Mila Talikowska. Siedzą od prawej Maryś i najmłodsza Irenka Talikowskie.

Znajdowała czas na odwiedzenie swego brata w Warszawie. Leon ich podziwiał i cieszył się autentycznie z ich sukcesów. Ona dziękowała mu za jego postawę, kiedy miała jechać do Odessy. Razem zaś, jako utalentowane głowy do interesów, naradzali się w ważnych, kluczowych kwestiach. Między innymi, co by tu kupić w Warszawie, aby nie stracić więzów z ukochaną Polską. Leon doradzał kupno jakiegoś dużego mieszkania, a w drugiej kolejności lokalu usługowo-handlowego z branży rękawiczniczej, jako filii firmy "Talikowski" z Odessy. Kiedy później wpadali z Michałem do Warszawy, finansowali ten plan zakupów. Radowali się też z zaproszenia do Olszanki.

Dzieci ich nosiły imiona Michał (zwany Mitkiem), Jan zwany później doktorem, Kamilla (zwana Milą) Roman (zwany Romciem), Maria (zwana Maryś) i Irena (późniejsza moja mama). Kiedy kolejno dorastali, przyjeżdżali na wakacje do wujka Leona i cioci Stasi, do Olszanki. Czuli się znakomicie wśród rówieśników, dzieci wujostwa Leonów. Każde z nich wyrabiało sobie własny pogląd o Warszawie i Polsce rządzonej przez zaborcę rosyjskiego, znienawidzonego od ponad 100 lat. "Starszyznę" oprowadzały po Warszawie: Mitka i Janka Talikowskich - Janek "Drewsiak", zaś Milę - Marylka Drewsówna. Z czasem robił to Zyga względem "młodszaków, pilotując Romka, Maryś i Irenkę do Olszanki.

Na Dierebazowskiej mieszkał też u stryja Michała student z Elektoralnej, którego po "gimnazjum polskim" w Warszawie "szwarcował" do carskiej uczelni. Michał był prezesem tamtejszego "Sokoła", dopomagali mu w tym profesorowie pochodzenia polskiego. (Cichy ukaz carski zabraniał przyjmowania Polaków do carskiej uczelni po szkołach polskich). Wyróżniał się w tym, jak mi wiadomo pozytywnie prof. Chryniewiecki (późniejszy ojciec mojego profesora Jerzego Chryniewieckiego, na architekturze Politechniki Warszawskiej w 1948 roku).

"Sokół" był w zasadzie organizacją sportową, ale jego członkowie, patrioci polscy, mogli spotykać się na imprezach kulturalnych a "po cichu" w celach politycznych. Była to wielce zasłużona organizacja, istniejąca w większych miastach w byłej Polsce, jak i na emigracji. W Odessie nieustannie szpiclowali ją carscy kapusie węsząc w Michale wroga caratu. Któregoś dnia aresztowali go i kamień w wodę. Cała polska tamtejsza emigracja próbowała go uratować, ale jak to wśród urzędników carskich bywało, nabrali wody w usta. Wiadomo było, że Michałowi grozi śmiertelne niebezpieczeństwo.

Starszyzna "Sokoła" uradziła, że trzeba użyć niecodziennego fortelu. Rodzina carska raz do roku jechała z Piotrogrodu na wakacje na Krym. W Odessie przesiadała się i w tym dniu uchwalono lokalne święto. Kareta carska otwarta z honorami, w asyście wojska, paradowała Praszczatikiem, dając się oklaskiwać mieszkańcom Odessy.

Aby tę okazję wykorzystać, poczęto na błoniach za Odessą przygotowywać zmartwioną Micię do umyślnej akcji. Chodziło o to, aby Micia z dzieckiem w beciku, wykorzystując sztuczny tłok przy linie i policmajstrze, wyskoczyła z tłumu i zdołała dobiec do nadjeżdżającej otwartej karety i wrzucić celnie błagalny list do Carycy, o uwolnienie takiego to, a takiego niewinnego obywatela, ojca także licznego potomstwa.

Ćwiczenia mordercze, odbywały się możliwie często, ale zaszczuta Micia nie miała lepszego wyjścia. Było wszystko wyliczone i sprawdzone po wiele razy, jak i wymodlone.

Wiadomego dnia spiskowcy dopomogli i operacja udała się bezbłędnie. Micia biegła, jak w transie i dopięła swego.

Następnego ranka o 6-tej, zadzwonił dzwonek do drzwi Mici i specjalny wysłannik w liberii wręczając jej list oznajmił, że Jaśnie Pani Oświecona wysłuchała jej prośby i że jej mąż został uniewinniony. Serce Mici waliło z całych sił. Dziękowała posłańcowi i Jaśnie Pani (ale najbardziej Stwórcy i członkom "Sokoła") za tak wielką udzieloną jej łaskę, której nie zapomni do końca życia. Za jakąś chwilę, kiedy oddalił się posłaniec, zadzwonił ponownie do drzwi dzwonek. Za drzwiami stał z woreczkiem na plecach, wyniszczony Michał... Radości nie było końca.

W tym czasie dziadek Leon ukończył budowę swej własnej kamienicy. Był dumny i blady, bo wykonał to bez żadnego grosza długu. Dyrektor banku, kiedy zobaczył zasiedlony budynek i dokumenty, że przynosi dochody, zaraz zaproponował Leonowi spore kredyty na dogodnych warunkach, aby budował następne takie domy dla siebie. Ale dziadek nie chciał popadać w długi bankowe. Kupił drugą, skromniejszą działkę na Powiślu i rozpoczął drugą budowę własnego domu o 21 mieszkaniach przy ulicy Solec 52. Budowę rozpoczął i i zakończył w 3 lata. Jest to dom trzypiętrowy i 2-ma sklepami na parterze. Chciał mieć rezerwę dla Marylki, gdyby nie udało jej się zrobić jakiegoś "wolnego zawodu". Resztę chciał gromadzić gotówką w banku, aby móc dofinansować Janka lub Zygę w ich inwestycjach rozwojowych, w zależności co będą chcieli w życiu robić.



przejdź do początku

Komentarze (1)

    • Jacek Talikowski
    • napisał(-a) 2010-12-28
    Michał Talikowski jako "dwójkarz" znaczy, był oficerem polskiego wywiadu na Rosję.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku