Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Zdjęcia do rozdziału
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2010-12-28 02:32:12
Przejdź do komentarzy (1)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Suplement Zygmunta Drewsa

Uciski Caratu

Przytrafił się w naszej Olszance groźny fakt. Pewnego dnia wpadł nagle oddział konnych kozaków "w pół sotni". Trwali oni w pościgu za polskim zbiegiem politycznym. Przeczesali dom i zagrodę, grożąc Wojciechowi utratą życia, jeśli takiego ukrywa. Skoro nikogo nie znaleźli, dowódca zarządził ściśle tajną rewizję. Okazało się, że znaleźli w pokoju, pod dywanem, piwniczkę, a w niej omszałe butelki co przedniejszych trunków. Dziadek Leon miał zwyczaj, że chował tam prezenty od klientów z dopisanymi karteczkami. Na przykład: "Na wesele Marylki", "Na wesele Janka" i inne. Wszystko to naraz diabli wzięli. Kozacy pili zawzięcie, jako "trofiejne", utrącając szyjki butelek. Pił i dowódca, dokąd nie uświadomił sobie, że jest zagrożony. Wtedy, aby zapędzić swą zgraję do koszar, musiał wymachiwać swym naganem i strzelać w powietrze.

Pojawił się później na miejscu dziadek Leon i pocieszył teścia, iż Pan Bóg łaskaw, bo zbiegowi udało się umknąć (na co uzyskał potwierdzenie od wtajemniczonych). Przytulił siwą głowę teścia do piersi na znak, że cieszy się z uratowania Polaka, patrioty zbiega. A było takich ciągle co niemiara wokół i w samej Warszawie. Na znak, że cieszy się z teściem, który sam niedawno walczył jako młodzian w powstaniu styczniowym. On doskonałe wiedział, co to znaczy. Niektórym bowiem udawało się zbiec z kolumny więźniów, gnanych do groźnej cytadeli warszawskiej, zbudowanej z woli Cara na skarpie wiślanej między Żoliborzem a Centrum. Tam został stracony przez powieszenie ostatni wódz powstania styczniowego, wielki Polak, pułkownik Romuald Traugutt. Z Cytadeli tej wyjście dla żywych patriotów polskich prowadziło już tylko, skutych na nogach łańcuchami, na długą, daleką i tragiczną "zsyłkę syberyjską". Taki bywał koszmar zaboru rosyjskiego. Stąd też narastał wielki, nieprzejednany opór Polaków i panowała absolutna wola zrzucenia tych przeklętych kajdan. Coraz częściej mówiło się o socjaliście Piłsudskim, też "sybiraku", który rozniecał po trochu nowy promyk nadziei do niepodległości i suwerenności Polski. Wieści o nim chłonęła cała zakonspirowana Polska i nie tylko. Koncepcje jego były jasne i wiarygodne. Opierał formowanie swych jednostek strzeleckich na bazie tajnych pertraktacji z wywiadem wojskowym monarchii Austro-Węgierskiej, przeciwko Rosji. Jego wielka intuicja polityczna kazała mu przewidzieć wielki konflikt zbrojny między tymi mocarstwami, przy porozumieniu Austrii z Państwem Pruskim.

Dzieci, a potem młodzież Leona i Mici bardzo chętnie przebywały w Olszance. Często też w otoczeniu najbliższych szkolnych przyjaciół. Były tam dwie dubeltówki, wiatrówki, jazda konna i podczas podchodów zawsze się coś ustrzeliło. To królika, kaczkę lub zająca, wronę, lisa lub przepiórkę.

Zygmunt Drews
Zygmunt Drews, młodszy syn dziadka Leona. Lubił broń i wojsko.

Chłopcy mieli używanie i często ćwiczyli musztrę wojskową a pod okiem weterana Wojciecha, początki jazdy konnej z użyciem imitowanych szabel i lanc. Marylka asystowała babci Andzi. Pracowały pilnie w kurniku, więc drób chował im się nadzwyczaj dobrze. Nawet bardzo delikatne i wybredne, młode indyczki nie sprawiały im zawodu. Babcia - Bunia, kochała swe pszczółki, więc pozwalały one chodzić jej przy nich bez żadnych specjalnych fartuchów. Jeśli wybierała im miód, to zakładała "welon" i brała do ręki dymną dmuchawkę. Rozmawiała z nimi, znały jej głos i zapach.

Janek był młodym myślicielem, jeździł po okolicach. Brał rysownik i rysował co ciekawsze egzemplarze architektury polskiej w postaci chałup, ciężkawych spichlerzy, dworków modrzewiowych i kościołów drewnianych. Uzbierał ich całe kolekcje, z czego był bardzo rad, a także jego ojciec, matka i siostra. Mały Zyga prosił brata, aby rysował mu żołnierzy napoleońskich lub z oddziałów powstańczych, według malarza Artura Grottgera. Janek Drews stronił od krzykliwych kolegów Zygi i jego przywódczych, wojskowych pasji. Z dziadkiem Wojciechem umawiał się w dniach, kiedy nie planowały swego przyjazdu, jak ich nazywał, wróbelki Zygi. Wolał ćwiczyć pseudo dżygitówki, wyłącznie przy obecności dziadka Wojciecha, aby się młodziaki z niego nie podśmiewały. Janek zamykał się też ze swym psem "Erosem", którego szkolił cierpliwie w humorystycznych scenkach dla gości Olszanki. Na prośbę Janka, Eros potrafił wskoczyć na stołek przy fortepianie, usiąść na nim, otworzyć klapę, po czym poprawić umownie nuty. Na drugą prośbę "Eros zagraj i zaśpiewaj" - pies wyciągał majestatycznie prawą łapę i uderzał nią lekko w klawisze. Następnie śpiewał coś mruczando, przechodząc kolejno w hau hau i uruchamiał na przemian lewą łapę. Goście byli wpatrzeni w spektakl z niedowierzaniem i bili rzęsiste brawa. Po słowach Janka "Eros, dziękujemy", pies zeskakiwał z zydla, machał wesoło ogonem i trącał swym zimnym nosem kolan, co bardziej bijących brawo pań i panien, piszczących z zadowolenia. Dawał się wówczas do woli głaskać i polizywał ręce gości, dziękując za ich wielki aplauz. Razem ze swym panem, promienieli ze szczęścia, bo uwielbiali się nawzajem.

Jan Drewsg
Jan Drews, mój stryj, starszy syn dziadka Leona Drewsa, ze swym psem „Erosem”.

Eros był białym wyżłem, seterem irlandzkim, ułożonym przez Janka, głównie do aportu kaczek strzelonych nad wodą. Potrafił też zabawić gości Olszanki i jeszcze inną sztuczką. Janek przywoływał Erosa, kiedy goście zbierali się na murawie w klombie. Wówczas na prośbę Janka wszyscy podawali sobie dłonie i zataczali koło. Jednocześnie śpiewali "stary niedźwiedź mocno śpi". W międzyczasie Eros wślizgiwał się do środka kręgu i "zasypiał". Goście nadal krążyli i śpiewali, mogąc każdy dotykać dowolnego miejsca psiego ciała, a nawet pociągnąć go dość mocno. Eros ze stoickim spokojem udawał, że śpi. W końcu na komendę Janka "Eros wstał", pies podrywał się nagle, wywołując dużo wesołości i aplauzu. Zabawa trwała długo.

Powtarzały się sceny ze skeczu przy fortepianie, tyle, że na świeżym powietrzu. O tym słynnym piesku z Olszanki jeszcze wspomnę, przy okazji epopei, jaką Eros spędził ze swym panem w okopach wojennych.

W zaborze Pruskim nie było Polakom też wcale łatwo. Przykład może stanowić rodzina polska z pod Wrześni, o nazwisku Langner, która z czasem zrosła się mocno z rodziną Drewsów, za sprawą rówieśników Stefana Langnera i Jana Drewsa. Ale o tym potem.

Jeden z Drewsów odlewników o imieniu Wojciech, kiedy stanął do poboru wojskowego jako rekrut Rosji Carskiej, wyciągnął "kulę białą". To oznaczało, że pojedzie na minimum 15 lat do wojska na dalekim wschodzie. Rodzina pamiętała o nim nieprzerwanie, licząc każdy jego dzień do powrotu. Sympatią Wojtka była malutka Kamilka z domu Benisz. Zaprzyjaźnieni z Drewsami rodzice jemu ją przeznaczyli w przyszłości. Między nimi była spora różnica wieku (19 lat), ale takie sytuacje były przyjęte, szczególnie w takich okolicznościach jak ta. Była to w pewnym sensie postawa patriotyczna polskich rodzin, kiedy było im żyć w znienawidzonym zaborze rosyjskim. Kamilka wiedziała o tym i czekała z zaciekawieniem na swego oblubieńca, którego jej wybrali rodzice. Rodzina Beniszów była dość zamożna i mogła zapewnić Wojtkowi z Kamilką jakiś godziwy, a spóźniony start rozwojowy, aby nie tracili czasu na dorobek.

Wojciech Drews
Mój pradziadek Wojciech Drews, rekrut przez 15 lat w służbie caratu.

Z tego domu wywodziła się właśnie matka Leona, Karolci i Mici. Ponadto były tam jeszcze dwie młodsze siostry Mici, nastolatki, które wymienione są na północnej ścianie obelisku grobowca Beniszów. Niestety zmarły one wcześnie na nieubłaganą gruźlicę płuc. Bogu dzięki, Karolci i Mici udało się dożyć sędziwego wieku.

Grób rodziny Beniszów, dziś zachowany jeszcze w stosunkowo dobrym stanie, idąc od naszego grobu na Powązkach, w kierunku południowo-wschodnim ok. 150 m. Między podobnymi, wychyli się taki z balustradą nad grobowcem i obeliskiem, z którego małej wnęki ujrzymy małe popiersie fundatora grobu.

Wojciech po powrocie z wojska, faktycznie pobrał się z Kamilką i osiadł być może na resztówce dynastii "odlewników" lub jeszcze gdzieś indziej. W każdym bądź razie, wyniszczony carskim wojskiem, umarł stosunkowo wcześnie. Kamilka jako wdowa, pomieszkała jeszcze przy rodzinie Beniszów aż do chwili, kiedy jej młodsza córka, Micia, zaprosiła ją na stałe do swego domu w Odessie. Tam, jako "głowa" tej, trzypokoleniowej rodziny, umarła w sławie anioła stróża i pracowitości domowej. Ledwo ją pochowali Talikowscy, a tu musieli gwałtownie ewakuować się przed krwawą rewolucją październikową w Rosji (via flota interwencyjna z państw Zachodu, port w Konstancji i kolej żelazna rumuńska do Polski).

Po wlaniu się "czerwonych" do Odessy, nie było już potem nawet mowy, aby móc ekshumować Babunię do Polski i tak tam została, biedna sama na obcej ziemi.

Dziadek Leon bardzo lubił Olszankę, ale był bardzo zajęty na swoich budowach i zaglądał tam w niektóre niedziele lub kiedy zapowiedzieli się ciekawi goście. Cieszyło go to nad wyraz, że ta skromna Olszanka sprawdziła mu się tak dobrze i tyle razy.

Przy okazji powiem, że dziadek słynął z bardzo dobrze opowiadanych dowcipów. Dbał, aby były one możliwie krótkie i po zakończeniu opowiadania przestrzegał, aby się samemu nie śmiać. Miał pociągłą twarz, strzygł się na jerzyka i miał wtedy twarz jak z posągu, co jeszcze bardziej rozbawiało wesołą kompanię.

Jako znany pozytywista, miał i taką cechę, że umiał się śmiać się i z siebie. Otóż, wszyscy dobrze znajomi i rodzina wiedzieli, iż Leon sprawił sobie w "w.c." półeczkę z telefonem, którą przysuwał do siebie w uznaniu potrzeby. W myśl angielskiego przysłowia "czas to pieniądz". Tym powiedzonkiem przedrzeźniały go własne dzieci i żona. Ale na wesoło i de facto z przyznaniem racji. Inni trzymali dyskrecję, ale wiedzieli w czym rzecz. Wiedzieli o tym wszyscy majstrowie na jego budowach, jak i pracownicy biura i czuli się na baczności, aby w każdej chwili móc wyjaśnić pryncypałowi przytomnie pytaną kwestię. Wiedzieli, że mało istotnej nie poruszał. Fama o tym rozniosła się szeroko i chyba był prekursorem tej metody wśród późniejszych biznesmenów warszawskich.

Rodzina dziadka Leona wyruszała co niedziela do kościoła na sumę. Jeśli była ładna pogoda, Leon ze swą Stasią szli "pod de pache" i Marylka obok matki. Janek i Zyga szli za nimi. Leon ubrany i wypucowany przez żonę do ostatnich granic możliwości, w meloniku i z laseczką o srebrnej rączce, w krawacie i z wpiętą w nim spinką. Punkt docelowy stanowił kościół Świętego Krzyża na Krakowskim Przedmieściu, do którego wystarczyło wznieść się ścieżką na skarpę wiślaną.

W dni słotne podjeżdżał po nich dorożkarz swą "świąteczną gablotą" (który w dni robocze obsługiwał potrzeby biurowe firmy "Leon Drews"). Dziadek bowiem wyliczył, że opłaci mu się lepiej to, niż utrzymywać własne konie i stangreta, z własną stajnią, wozownią itp. Zyga nie bał się deszczu i zasiadał na "koźle" obok powożącego, który na prostej drodze dawał mu trochę powozić.

W Olszance do kościoła było daleko, więc starszyzna wyruszała z dziadkiem Wojciechem w dwie bryczki. Młodzież męska wybierała się przez las do dalszego kościółka. Ale nie było zbyt pewne, aby tam dotarła. Ważniejsze były ćwiczenia wojskowe i ilość powalonego nieprzyjaciela - zaborcy. Pan Bóg rozgrzesza obrońców ojczyzny...

Bunia bardzo dbała o wychowanie Marylki. Dawała jej dużo lekcji pozaszkolnych. Wchodził tam w grę fortepian, śpiew, poezja, malarstwo, grafika i taniec. Brała też korepetycje z przedmiotów ścisłych. Marylka była wysoką, ładną panną, chodziła na wystawy mody i lekcje kompozycji strojów i kwiatów. Prowadziła swój salonik, na użytek koleżanek i kolegów szkolnych, a także na użytek przygotowań do występów okolicznościowych szkolnych, o które prosili ją dyrektor i grono pedagogiczne. Była ambitna, więc takie popisy przynosiły jej sporo sukcesów. Obmyśliwała przy tym, jaki to będzie jej salonik w przyszłości, kiedy będzie mogła zapraszać studentów i profesjonalistów sztuki na swe "czwartki literacki" (wzorem króla "Stasia")

Bunia promieniała przy tego rodzaju popisach swej ukochanej córki. Ojciec bił brawo i podziwiał, że Marylka już tyle potrafi. Ale w duchu rozważał, czy da jej to jakieś godne utrzymanie. Owszem, saloników przybywało, ale delikwentki musiały się opierać na swych oblubieńcach, dobrze, kiedy oni mieli swój jaki taki kapitalik i dochodową profesję.

Mały Zyga bardzo lubił jeździć w wolnych chwilach z ojcem na wizytację jego budów. Dorożkarz "domowy" już wiedział, że może zaufać umiejętnościom młodego Zygi w prowadzeniu koni. Ojciec śledził to czujnym okiem i aprobował. Zygi było pełno przy rozmowach z majstrami budowy, ale nade wszystko uwielbiał buszować przy rusztowaniach najwyższej kondygnacji. Znał tam każdego murarza po imieniu. Robił im przy okazji różne psikusy. Dopiero, kiedy doniosły głos majstra objaśniał: "Paniczu, jaśnie pan odjeżdżają", wtedy pantofelki Zygi ześlizgiwały się błyskawicznie po kolejnych "sztagach" i wnet stawały u boku ojca.

Doświadczone chłopy z budowy rokowały szefowi firmy dobrego następcę, kiedy przyjdzie na to czas.

Janek wolał zacisze biura projektów. Raziły go głośne i rubaszne nawoływania raźno poruszającej się budowy. Zyga miał odczucia odmienne, lubił ruch i bywał wszędzie, gdzie tylko coś się ciekawego działo w zasięgu jego możliwości. Nadal przewodził swojej klasie od Rontalera. Najlepiej się chłopcy czuli w Olszance, rodzice ich wiedzieli gdzie są, znali Drewsów seniorów i kiedy wiedzieli, że nabiegali się po lesie, to pozwalali przenocować im po wojskowemu w stodole, na sianie. Nie wiedzieli tylko, że wiąże ich przysięga wojskowa, przyjęta przez Zygę. A za tym kryło się też kompletowanie potajemne uniformów wojskowych, czapek maciejówek, pasów, butów, bielizny osobistej, plecaków, na onucach kończąc. No i oczywiście orzełkach legionowych. Wiedzieli, że nadejdzie dzień, kiedy ogłoszone będzie pospolite ruszenie i pod rozkazami Wodza - Piłsudskiego, wyruszą w pole, by odbierać "szablą" ziemie polskie z rąk zaborców. Wtedy mundur, plecak i każda para butów przyda się na wagę złota...



przejdź do początku

Komentarze (1)

    • Jacek Talikowski
    • napisał(-a) 2010-12-28
    Wspomnienie o Wojciechu Drewsie może być mylne. Kamilla Boenisch poślubiła Jana Karola Drevsa w 1866 roku (akt ślubu), z którym miała pięcioro dzieci.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku