Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Zdjęcia do rozdziału
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2010-11-09 10:21:28
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Suplement Zygmunta Drewsa

Stefan Langner

Wracając do Stefana Langnera, to pochodził z na wskroś polskiej rodziny, jako Wielkopolanin, z pod miasteczka Września. Jego rodzice mieli tam mały majątek ziemski, prócz pola, młyn i gorzelnię.

Niemiecki zaborca brał sobie na ostrze noża takie polskie rodziny dobrych gospodarzy i pastwił się nad nimi, korzystając z polakożerczych "ustaw bismarkowskich" [1]. Jedna z takich ustaw dozwalała wykupić od Polaka ziemię z budynkami w gminie, gdzie przeprowadzana była "komasacja etnograficzna" gruntów, przewidzianych wyłącznie dla Niemców. Oczywiście chodziło o najlepszą ziemię, "pszenno-buraczaną" i bardzo dobre budynki hodowlane i budynki przemysłu rolnego. Warunkiem postawionym gminie było dopilnowanie, aby odsprzedający otrzymał wynagrodzenie obowiązujące na danym terenie. Gmina winna była też wyszukać taki teren zamienny, aby rolnik polski mógł bez zbędnej zwłoki wejść w posiadanie nowego gospodarstwa rolnego. Takie postępowanie wszczęte zostało w stosunku do rodziny Langnerów.

Stefan był młodym chłopcem, który miał uczyć się w gimnazjum ogólnokształcącym. Ojciec jego wespół z jego matką, postanowili ulokować go w takiej szkole, zlokalizowanej w Wadowicach, w zaborze austriackim. Komunikacja między pruskim a austriackim odbywała się bez żadnych zakłóceń. Z tym, że w austriackim niektóre szkoły były z językiem polskim. Ojciec Stefana zawiózł syna do Wadowic, życzył sukcesów i wrócił uradowany do domu.

Niemcy "wyszukali" Langnerowi gospodarstwo rolne dwukrotnie większe, ale w okolicach Kościerzyny na Pomorzu. Ziemia była piaszczysta, z domieszką lasków i słabych łąk, budynki murowane, ale w podupadłym stanie. Szwaby drwiły sobie z Langnera seniora klepiąc go po plecach, że: no ty, wzorowy polski rolnik, zrobisz z tego kwitnące gospodarstwo...

Na domiar złego, starsza córka Langnera wyszła za mąż za Niemca, pracownika poczty w ich wsi. Zięć był bardzo dobrym człowiekiem, ale jego ziomkowie, na złość Langnerowi, że nie chce być Niemcem, przenieśli służbowo tego chłopca do Westfalii. Za to, że zachciało mu się żenić z Polką. Tam wśród rdzennych Niemców dziewczyna zniemczy się i będzie spokój. Langnerowie z rozpaczy byli bliscy pomieszania zmysłów.

Mało tego, któregoś dnia Stefan zwiał ze szkoły. Spakował kuferek i stanął na schodach nowego domu rodziców. Nie spodobało mu się, że szkoła z internatem znajduje się na terenie męskiego klasztoru, w której rygor nie odpowiadał mu. Ojciec zobaczywszy syna, osiwiał w jednej chwili. Wywiązała się awantura, którą na szczęście załagodziła siostra Stefana, podejmując się ulokowania go u siebie, w Westfalii i posłania do technikum budowlanego. Na to przystał szwagier Stefana. kochający jego rodzinę. Chodził Stefan do szkoły uprzednio podstawowej, znał język niemiecki i wszystko poszło gładko. Za wyjątkiem skutków ustawy bismarkowskiej... Ojciec Stefana walczył z gminą jeszcze ile mógł, ale w końcu musiał ustąpić. Był rolnikiem i nic innego nie umiał robić. Taka była dola Polaków pod zaborem Pruskim. Miał łącznie trzech synów. Po Stefanie był Bolesław, córka Maria i najmłodszy syn Antoni. Wszyscy pracowali z rodzicami na ojcowiźnie.

Stefan uczył się bardzo chętnie i szybko robił postępy. Ale nadszedł dzień, kiedy wcielili go do wojska. Jako budowlańca do saperów. Po starannym przeszkoleniu posłali go na front francuski. Tam, po wielu walkach, bardzo uciążliwych, pozycyjnych, trafił pod słynne Werden, gdzie został ciężko ranny. Jakże więc Langnerowie nie mieli by zaprzysiąc walki z pruskim zaborcą o odzyskanie dla Polski terenów królewskich, zagarniętych wcześniej okrutną przemocą.

Stefan trafił do szpitala polowego na granicy duńskiej. Kurował się i nasłuchiwał wieści z Polski. Kiedy poczuł się lepiej pojechał z kolegami tramwajem na przepustkę do Kopenhagi. Tam, snując się po ulicach, przypomniał sobie, że u jego ojca pod Wrześnią kupiec z Danii kupował mąkę z ich młyna, jako wyśmienitą. Stefan postanowił odszukać tego człowieka, co mu się zresztą udało.

Został przyjęty bardzo serdecznie, bo rodzina ta wiedziała, jakie koszmary rozbiorowe przeżywa Polska. Jedna z ich córek, Elżbieta, okazała Stefanowi wiele względów i nawet postanowili się pobrać. Ale okoliczności nakazywały, aby ślub odbył się w Polsce, po jej "zmartwychwstaniu". Stefan nadal przebywał w szpitalu, ale zaglądał do Eluni, gdzie już razem nasłuchiwali bardzo uważnie wieści z Polski.

Pewnego dnia, doczekali się, że wzywano Polaków ze wszystkich trzech zaborów do zaciągania się do wojska polskiego, możliwie najkrótszą drogą. Dla Polaków przeszkolonych w armiach zaborców zachodnich, wyznaczone zostało miasteczko pod Krakowem, o nazwie Alwernia.

Stefan pożegnał się czule z Elą i obiecał, że wróci po nią, aby ją poślubić, jak tylko będzie przygotowany na tę okazję. Zdezerterował ze szpitala i stawił się niezwłocznie w Alwerni. Tam szybko zweryfikowano mu stopień pruski sierżanta sztabowego (jako Polak, nie mógł wyżej awansować!) na porucznika i skierowano na front do Pińska, w celu formowania nowej jednostki saperskiej dla przerzutów wojska polskiego w bardzo trudnych warunkach bagien poleskich. Tam spotkał żołnierza odkomenderowanego z jednostki akademickiej wydziału architektury Politechniki Warszawskiej -  Jana Drewsa.

Tak też zapoczątkowała się wielka przyjaźń między tymi panami, aż do grobowej deski. Stefan z miejsca poddał Janka intensywnemu szkoleniu saperskiemu, wystarał mu się o stopień chorążego i mianował swym adiutantem.

Chłopcy od "Rontalera" zaś skręcali się z braku dekretu o wcielaniu do wojska polskiego ochotników. Bunia odczuwała to akurat odwrotnie. Cieszyła się z tego braku, bo chłopcy byli w klasie przedmaturalnej i bała się, że nie skończą matury przed pójściem do wojska, wprawdzie polskiego, ale zawsze...

Garnizon niemiecki w Warszawie miał już dość wojny na zachodzie, a teraz i na wschodzie. Dowódcy szukali na honorowych warunkach kontaktów z władzami polskimi. Chcieli by podstawiono im pociągi i umożliwiono demobilizację oraz powrót na "Haimat". Żołnierze ich sympatyzowali z hasłami głoszonymi przez Lenina i chcieli jak najszybciej znaleźć się w domu i odejść do cywila.

Polacy nie bardzo mieli kim to robić. Więc uciekli się do polskich kolejarzy, przydzielając im nieoficjalnie ochotników, mających jakie takie przeszkolenie, a raczej przysposobienie wojskowe i dowódcę. Chłopcy od Rontalera natychmiast zgłosili swą ochotę do działania. Mieli własny ekwipunek wojskowy, dostali karabiny na czas akcji i obsadzali ważne budynki oddawane przez Niemców. Na mieście rozbrajali ich gdzie się nawinęli i eskortowali do punktów zbornych na dworcach towarowych. Tam wojsko polskie odbierało im resztę broni i zezwalało na zajęcie miejsc w pociągach. Natomiast broń ładowano w kierunkach na wschód i odstawiano do punktów zbornych wojska polskiego wyruszającego do walki z resztkami armii carskiej, aby odebrać im polskie tereny królewskie z pod zaboru i wbić na nowo skupy graniczne na tych rubieżach.

Walki bywały długotrwałe i krwawe, w zależności jakich i ilu było tych niedobitków. A było ich ciągle jeszcze dużo i stawiających wściekły opór. Wojsko polskie ciągle zaś rosło w siłę z poboru rekruta i determinacji odbioru wiadomych ziem. Broń mieli głównie zdobyczną, ale też powstawały jak grzyby po deszczu rusznikarnie polskie na skalę rzemieślniczą i przemysłową po zaborcach.

W ten sposób parła na wschód armia polska, pod dowództwem już polskich generałów i wodza Józefa Piłsudskiego. Jednym z prężnych oddziałów saperskich biorących udział w ofensywie, była też jednostka dowodzona przez porucznika Stefana Langnera.

W tym czasie ukazał się dekret o pospolitym ruszeniu. Zyga ze swym oddziałem od Rontalera, zdenerwowany, telegrafował pocztą polową do brata swego, Janka Drewsa, że ma 40-tu chłopaków umundurowanych, gotowych każdej chwili zameldować się u Langnera, kiedy tylko wyrazi na to zgodę.

Janek ociągał się, bo wiedział, że będzie miał z nimi kłopot. Nalegany jednak gwałtownie przez Zygę, poszedł wreszcie do dowódcy i pokazał mu telegram. Stefan uśmiechnął się i powiedział Jankowi: "Lubię pracować z ochotnikami, dawaj ich tutaj."



przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku