Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Zdjęcia do rozdziału
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2010-11-11 00:23:17
Przejdź do komentarzy (1)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Suplement Zygmunta Drewsa

I-sza wojna światowa i "Cud nad Wisłą"

Mój dziadek, Leon Drews, wybuch wojny przeżywał bardzo ciężko. Nie dość, że regres wojenny zatrzymał mu budowy, to jeszcze przyszły los Polski nie był całkiem wykrystalizowany. A nadto, był niespokojny o los synów, których zaborca mógł jeszcze wcielić do swej armii. Pozostawało mu tylko kończyć rozpoczęte budowy i remontować domy uszkodzone w czasie ofensywy niemieckiej na Warszawę, skąd Niemcy w ciężkich walkach przepędzili Rosjan. Zniszczyli przy tym most Poniatowskiego. A że mieszkanie Leona położone było na Powiślu, oberwało się i jemu. Oprócz wybitych szyb, zabłąkana kula wpadła do pokoju stołowego. Przebiła ściankę kredensu od strony okna i w szafce wykonała wściekły młynek mieląc szklanki w proszek. Potem pozostała w rodzinie, jako niebezpieczny, obcy "kombatant".

Dziadek Leon, patrząc na to wszystko, doprowadził do mariażu Marylki ze Stasiem Metelskim. Stasio prowadził firmę "Leon Drews" w zastępstwie szefa. Szef za to częściej mógł przebywać w Olszance, z dala od wojennego zgiełku, ze swą kochaną i kochającą żoną Stasiunią. Martwili się o Micię i Michała i robili przygotowania w poszerzeniu miejsc noclegowych , kiedy przyjdzie Talikowskim ewakuować się z Odessy. Dziadek Leon polecił też odnowić i zmodernizować mieszkanie Mici, przy ulicy Natolińskiej 10, które kupiła wcześniej. Stasia zaś, nie wytrzymywała nerwowo i w towarzystwie jeszcze dwóch matek dotarła do polowej kwatery Langnera i Janka, gdzie walczyły jak lwice, aby świeżo przybyłych tam Rontalerczyków dowódca oddalił do domu i zdania matury. Dowódca nie uległ "łaskawym paniom", bo "chłopcy są na prawie i nie może ich siłą odprawić". Adiutantowi zaś rozkazał, aby panie z honorami wojskowymi odwiózł do najbliższej stacji kolejowej i pociągu odjeżdżającego do Warszawy. Stasia była niepocieszona i każdego dnia od tej chwili, modliła się o życie synów...

Janek Drewsg
Janek Drews jako chorąży z poboru, adiutant dowódcy samodzielnej jednostki WP. kapitana Stefana Langnera.

Chłopcy zaś, szkoleni intensywnie u Stefana w rzemiośle saperskim, po tygodniu nie byli pewni, a przynajmniej połowa z nich, czy aby to saperstwo odpowiada im. W tym i Zyga. Po prostu bali się brać paczki dynamitu do ręki. Wstyd im było, ale Zyga wziął na odwagę cywilną i przyznał się bratu o co chodzi. Jeden z nich z kolei miał brata w kawalerii i ten chciał ich przejąć. Pod warunkiem, że dowódca ich Stefan, już kapitan Langner, chciał ich oddelegować. Janek zameldował Stefanowi o zaistniałej sytuacji. Ten pomyślał i rzekł: "Jak się boją to rano wypisz natychmiast potrzebne papiery i niech spadają, żeby nam tu jakiego smrodu nie narobili". Podziękowali dowódcy i zameldowali się w lot u szwoleżerów. Tam akurat formowali własne cztery lekkie baterie artylerii konnej dla wsparcia dużej jednostki kawaleryjskiej. I tam już, Zyga z dwudziestką kolegów, przesłużyli do końca kampanii odbierania polskich ziem królewskich zaborcy. Łącznie z wbijaniem czerwono białych słupów granicznych, z orłem polskim na dawnych rubieżach państwa.

Bez mała dwa lata było ciężkiej, frontowej służby. Każdego dnia zaglądała śmierć do oczu. Jednostki Janka i Zygi przemierzyły zygzakami duże przestrzenie kraju. Przybywały tam, gdzie zachodziła gwałtowna potrzeba. Mimo, że jednostki wojsk carskich zwano resztkami, to stanowiły nadal wielką przewagę liczebną nad wojskiem polskim. Dowództwo nasze musiało używać sporo forteli, aby wygrywać bitwy, atakując nieprzyjaciela z różnych nieprzewidzianych flank. Teatr bitew rozciągał się po zlewni rzek Wisły, Bugu, Narwi, Dźwiny, delty rzek Kanału Augustowskiego, Prypeci, Dniestru, a nawet Dniepru.

Marylka rozwiesiła w Olszance mapy tego "teatru" i informowała rodziców i dziadków o miejscach pobytu Janka i Zygi, skąd nadchodziły do niej listy z poczty polowej. Stasia Drewsowa nie chciała na to patrzeć, wysłuchując jedynie wiadomości, że żyją. Mniej też interesowały ją gratulacje, jakie dostawała od dowódców ich jednostek o bohaterskich czynach synów. Dziękowała Bogu, że żyją i odbierają polskie ziemie znienawidzonemu zaborcy.

Jakże była szczęśliwa, kiedy powrócili jako zwycięzcy z wojny i mogli do syta ucałować jej spłakane oczy i dłonie oraz nacieszyć się rodzinnym domem.

Ale golgota Stasi była jeszcze przed nią. W krótkim czasie Polacy świętowali swe zwycięstwa, a jej rodzice doczekali się wolnej Polski. Zmarł dziadek Rudlicki, a zaraz po nim jego wierna Andzia. Odeszli z tego świata w glorii Wojciecha, jako weterana powstania styczniowego i w świadomości rodzinnej, jako "papużki nierozłączki" z Andzią.

Zostało też po nich słynne powiedzonko Wojciecha, kiedy przynosiła mu w pole obiad  w trojakach glinianych: "Na Andziu idź, bo ja już ni mogę".

Nasi "Adesici" szczęśliwie znaleźli się w Warszawie. Mieszkanie na Natolińskiej 10 zajęli rodzice z młodszymi dziećmi. Mili jako mężatce, kupili willę na Sadybie, bo spodziewała się dziecka. Romka, jako już mistrza rękawicznika, który jako czeladnik praktykował u ojca, obsadził dziadek Michał w sklepie na ulicy Nowy Świat 7. Małe zaplecze po schodkach, zasłonięte kotarą, służyło mu za pracownię krojczego, a łóżko polowe za sypialnię. Jak w Odessie, praczki z miasta przychodziły po rękawiczki do prania. Tak samo w ramach chałupnictwa, szwaczki przychodziły po skrojone rękawiczki do zszywania (otrzymywały właściwe kolorem i jakością nici). Mitek, jako absolwent szkoły oficerskiej, służył w armii carskiej, pod rozkazami generała Denikina [1], która walczyła z zalążkami armii czerwonej. Mąż Mili, Stasio Jakubowski, Polak, służył na równi z Mitkiem, tyle że w początkującym lotnictwie carskim.

Sklep Romcia służył całej rodzinie jako punkt zborny, gdzie można było wypić herbatkę, umyć ręce, poplotkować i zatelefonować. Wszyscy, a później i ja, bardzo lubiliśmy tę "dziuplę". Obok sklepu była cukiernia Żmijewskiego. Około jedenastej chadzał tam dziadek Michał na "pół czarnej" i poczytanie gazet "z patyka". Jak pokazały się wnuki i samodzielnie poruszały się, to dziadek zabierał takiego osobnika ze sobą na ciastko. Jak przyszła pora i na mnie, to bardzo podobała mi się ta cukiernia. Kelnerka podawała na dół przez duży ustnik sporej rury zamówienie i niezwłocznie odbierała z ręcznej windy tacę z zamówieniem. Ale zaniepokoiło dziadka Michała ogłoszenie zawieszone na karteczce przy gablocie z ciastkami, że "przyjmiemy chłopca", które przeczytałem.

Chłopiec miał pracować w cukierni jako pomocnik w kuchni, co najmniej przez miesiąc za ciastka, które zechce zjeść. Wyjaśniłem dziadkowi, że chciałbym tu pracować. Dziadek Michał zaraz zabrał mnie do sklepu wujka Romka i w długiej rozmowie tłumaczył, że co najmniej dwa tygodnie musiałbym pracować za darmo. Bo sam bym zrezygnował po dwóch tygodniach, wymiotując na widok ciastek. To dało mi do myślenia na całe życie, trzymaj się na dystans od podstępnych ciastek i podobnych transakcji.

Maryla coraz pewniej czuła się w swoim saloniku. Odwiedzali go malarze i poeci. Na przeciw wejścia, wisiał duży obraz pędzla Pronaszki [2]. Pronaszko był kolegą Janka Drewsa i przyjacielem domu. Był fortepian oraz mebelki pozłacane, sporo luster, kryształowy żyrandol, piękny dywan, takież kandelabry (już elektryczne). Artystyczny parkiet, wyszukane firany i ciężkie, tradycyjne obicia okien. Podręczne stylowe stoliki i wyszukane przez panią saloniku małe rzeźby i zharmonizowane babiloty.

Marylka czuła się w tym wnętrzu jak przysłowiowa rybka w wodzie. Grono czwartkowych obiadków poszerzało się. Nowych gości rekomendowanych przyjmowano lampką wina składkowego. Na prośbę Marylki, mama Stasia pokazywała się gościom, podając piękną tacę z kanapkami i znikała, zachęcając zebranych do kosztowania. Czasem słuchała popisu muzycznego lub zamieniała kilka zdań z upatrzoną osobą. Maryla zaś, ze swymi asystentkami amatorkami, parzyły w kuchni herbaty, wiedząc kto w jakiej gustuje. Po małym posiłku następowało merytoryczne działanie z dyskusją i artystycznym komentarzem.

Staś Metelski, zapraszany przez żonę na koncert lub popis recytatorski albo dyskusje, nie czuł się za dobrze. Szczególnie zaś, kiedy wysłuchiwał wyszukanych komplementów słanych przez górnolotnych lekkoduchów Maryli.

Swoich małych bliźniaków Jasia i Stasia, podrzucała Marylka opiece Buni. Stasio Metelski ścierpiał to wszystko w sobie, ale nie miał odwagi pożalić się teściowi. Jako osoba kryształowa za nadto szanował i cenił swego jednocześnie pryncypała, aby mu zadać jakikolwiek ból. Któregoś dnia napisał krótką karteczkę i zniknął w sinej dali... Kartka oznajmiała, "żeby go nie szukali, bo nie znajdą".

Dziadek Leon był zdruzgotany tą sytuacją. Musiał wznowić swoje kierowanie firmą, choć czuł się zmęczony i upokorzony wojną. Nie miał czasu pójść do dentysty, zwlekał aż się okazało, że to zakażenie krwi od zęba. Do mózgu krótka droga, więc nastąpiła nagła śmierć. Nie było penicyliny i nikt już nie mógł mu pomóc.

Rozpacz żony była niepojęta i bolesna. Bunia schudła i sczerniała. Marylka zabrała ją po pogrzebie do Olszanki, aby tam ukoić jej nieopisaną gorycz. Na grobie rodzinnym zawisła czarna tablica marmurowa, przytwierdzona do głazu. Żona w lapidarnym skrócie ogłaszała ogromne zalety męża, ojca i budowniczego miasta stołecznego Warszawy. Nie chciała się z nikim spotykać.

Synowie zjechali z frontu na przepustkę, ale z tygodniowym opóźnieniem i musieli zaraz wracać. Pocieszyli jak mogli matkę, pomodlili się na grobie ojca. Janek wyznaczył nowego technika w firmie na swoje zastępstwo i tyle ich było w domu. Marylka prowadziła administrację obu domów, aby obie panie miały z czego żyć. Należności z pracy spływały nieregularnie, a powodem był rozgardiasz wojenny.

Wojna z zaborcami wymagała też ciągłych ofiar. Zyga zaś interesował się z pasją wojskiem i służył temu celowi ze szczególnym sercem i oddaniem.

Marylka nadal notowała na swych mapach ruchy wojsk swych braci, ale była to czysta grafika. Nie mogła, bo i jak, oddać grozy niebezpieczeństw, które co dnia czyhały na ich życie. Zyga miał ze sobą aparat fotograficzny. Umiał go, co było naonczas rzadkością, obsługiwać a nawet wywoływać zdjęcia. Robił to w zasadzie nocą, kiedy koledzy spali i "banie" stały puste. Były to piwnice we wsiach wschodu, bardzo popularne kąpiele parowe. Pod piramidą kamienną rozniecano ogień. Kiedy kamienie rozgrzano "do białości", zostawały polewane wodą. Unosiła się para, która spowijała kąpiących się na ławach. Aby kąpiel była skuteczniejsza, delikwenci okładali się rózgami lub prosili o to swych sąsiadów.

Kilka  zdjęć Zygi  zachowało się w moich zbiorach. One mogły najlepiej zilustrować grozę wojny, która przetaczała się co dnia wokół żołnierzy. Jedno z nich przedstawia forsowanie rzeki przez baterię artylerii konnej, z użyciem brodu. Inne pokazuje piechotę rozwiniętą w tyralierę, a przed nią wybuchy szrapneli z dział nieprzyjacielskich dokonujących wyrwę w zaśnieżonej ziemi. Były też takie pokazujące szczególny dramat i naszych wojsk. Jedna z baterii odpoczywająca na biwaku, została zaskoczona nagłym atakiem nieprzyjaciela, z szarżą konnicy. Nasi żołnierze zdołali jedynie wysadzić w powietrze zamki własnych dział, co było świętym kanonem, aby nie oddać ich wrogowi. Poczem rzucili się do ucieczki po łące, w stronę zagajnika. Wściekłość wroga dopadła ich ze szczególną siłą. Szarżując z koni, rozpłatywali głowy naszych żołnierzy.

Po pól godzinie przybyła odsiecz naszej baterii, w której służył Zyga. Nieprzyjaciel zdołał ujść. Zdjęcia Zygi pokazują trupy kolegów padłych na twarz i strużkę mózgu wytryśniętego na łąkę z rozciętej czaszki...

Na domiar złego, wróg żądny łupu, obcinał naszym do kolan nogę, jeśli nie zdołał ściągnąć kawaleryjskiego buta i uciec. A nasi mieli takie buty doskonałe, bo zaplecze frontowe działało pełną parą z radością i samozaparciem. Zdjęcia te Zyga przekazał do Muzeum Wojska Polskiego.

Zdjęcia Zygi ustały, kiedy jego koń, po morderczych walkach, wytarzał się "bez rozkazu" i zgniótł mu w jednej z dwóch kabur kochany aparat. Po "objechaniu" konia, jakież było zdziwienie Zygi, kiedy z drugiej kabury wyskoczył w panice żywy kogut, próbujący zwiać do zagajnika. Koledzy współczuli Zydze aparatu, ale rechotali z zadowolenia, kiedy kogut posłużył im do dodatkowej menażki.

Janek Drews miał mniej relacji z linii frontu, bo nie miał aparatu foto i był jako "myśliciel bardziej powściągliwy". Niemniej jednostka jego i Stefana odznaczała się męstwem i odwagą saperską. Bunia otrzymywała dużo gratulacji z linii frontu, jako matka  cieszyła się wydajną pracą swoich synów na rzecz wytęsknionej, niepodległej ojczyzny. Ale po powstaniu warszawskim pamiątki te nie zachowały się w całości.

Po wbiciu słupów granicznych na rubieżach granicy wschodniej, nasi bohaterowie nie nacieszyli się prawie wcale swym powrotem do cywila. Obietnice Lenina względem niepodległej Polski okazały się zwykłym fałszem i obłudą. Za plecami Polski porozumiał się z lewicującymi grupami Niemców i obiecał posłać im swe wojska, aby pomogły przejąć władzę przez komunistów. Nie liczył się absolutnie z Polską niepodległą. Nie certoląc się, posłał dużą konnicę armii czerwonej od strony Lwowa i jeszcze większe siły lądowe od strony Białegostoku, pod dowództwem marszałka Tuchaczewskiego [3]. Tego było Polakom za wiele. Ogłosili pospolite ruszenie i przygotowali się do odparcia tych nieproszonych gości. Duch narodu dokonał "Cudu nad Wisłą" i pogonił gwałcicieli na powrót do wyznaczonych uprzednio rubieży. Wojsko Polskie odniosło wiekopomne zwycięstwo, którego sukces podpisany został w Rydze. Nasi weterani niedawnych wojen musieli podjąć znów niesamowity trud wojenny, aby to osiągnąć. Dopiero wówczas bracia, Janek i Zyga Drewsowie, mogli zająć się swymi cywilnymi sprawami.



przejdź do początku

Komentarze (1)

    • Jacek Talikowski
    • napisał(-a) 2010-08-14
    Drogi Zygmusiu. Cieszę sie że użyłeś określenia "Cud nad Wisłą" w cudzysłowie gdyż nie był to żaden cud. To strategia Marszałka Piłsudskiego zrealizowane przez Wojsko Polskie powstrzymała bolszewików i ocaliła Europe. Hierarchowie kościelni niechetni Piłsudskiemu nazwali to cudem, chcac odebrać Marszałkowi laur zwycięstwa.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku