Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Zdjęcia do rozdziału
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2010-11-15 13:34:04
Przejdź do komentarzy (1)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Suplement Zygmunta Drewsa

Święcice

Stefan Langner pojechał do Danii na krótko. Ożenił się tam z Elżbietą i wrócił już razem z nią do Polski. Zamieszkali w odzyskanej twierdzy Przemyśl, gdzie Stefan został dowódcą garnizonu wojska polskiego i dowódcą batalionu saperów. Ela, z początku była zachwycona, ale nie czuła się zbyt dobrze w ciężkich murach z kamienia i cegły. Tęskniła za swą profesją rolnika, a szczególnie jako hodowcy bekonów eksportowanych via Dania do Wielkiej Brytanii.

Stefan Langner.jpg
Stefan Langner odprowadza swą żonę na przystani promowej na wybrzeżu.

Tato Eli zaprosił ich na urlop do Danii. Tam dowiedział się, że Stefan kupił żonie gospodarstwo rolne 50 ha, niedaleko swego ojca (20 km od Konarzyn), z domem i zabudowaniami gospodarskimi. Ojciec jej, wiedząc w jakich ciężkich warunkach powojennych znajduje się Polska, postanowił wyposażyć gospodarstwo w niezbędny inwentarz żywy i martwy. Pojechały do Czarnocina wagonami dwa konie, dwie krowy, kilkanaście świnek zarodowych rasy bekon. A także pługi, brony, kultywatory, siewnik, parowniki do ziemniaków i niezbędny sprzęt do zestawu konnego. Ziemia była lekka, nadawała się do uprawy żyta i ziemniaków, przeto Ela miała dobry start dla swej hodowli. Szybko rozwinęła ją i bekon zaczął raźno "schodzić" do Anglii. Małżeństwo urlopy planowało stosownie do swoich możliwości. Wtedy byli razem i na dłużej.

Stefan awansował i przeniesiony został, już w randze majora na dowódcę garnizonu do Brześcia nad Bugiem. Kiedy mieli urlop, wpadali do Warszawy. Odwiedzali tam rodzinę Drewsów, bardzo serdecznie i gorąco witani. Chodzili wspólnie do teatrów, kin i opery. A nieraz i do cyrku Staniewskich na Ordynackiej, który miał tam swój gmach a stał na wysokim, europejskim poziomie. Szczególnie Zyga lubił te spektakle i zabierał nas do cyrku, Jasia, Stasia, mnie i Bogdana, jak był w Warszawie oraz Zdzisia Myślińskiego, syna z pierwszego małżeństwa cioci Maryś. Zabierał też Basie Jakubowską, córkę cioci Mili, siostrę Bogdana, lub chodziliśmy z wujkiem Zygą do ZOO, gdzie nam prawił ciekawe lekcje z zoologii i nie tylko.

Stefana w 1936 kolejny raz awansowano. W stopniu pułkownika oddelegowano do Ministerstwa Spraw Wojskowych na stanowisko inspektora jednostek saperskich w kraju. Wówczas z Elą wynajęli mieszkanie w Warszawie na Saskiej Kępie. Gospodarstwo rolne na Pomorzu przekazali w dzierżawę bratu Stefana. Kupili sobie Fiata-508 tak dla celów prywatnych jak i służbowych. Stefan proponował nam przejażdżki turystyczne, korzystała z nich Maryla Metelska, moi rodzice no i ja. Były to dla mnie lata niezapomniane, aż do początku wojny. Samochód uległ rekwizycji na rzecz WP. Stefan po wojnie i wielu latach PRL-u został moim ojczymem, równie kochanym co Zyga.

Stefan lubił posłuchać też "czwartków literackich" Maryli, które kontynuowała w swoim saloniku. Znał je i cenił od czasów, kiedy przyjeżdżał z frontu na różne odprawy sztabowe do Warszawy. Eli też się one podobały, bo łaknęli oboje sztuki. Mieli ją wtedy w zasięgu ręki i mogli o niej podyskutować bez krępacji.

Bohema saloniku była coraz wartościowsza, ale żadnemu z bywalców stanu wolnego nie przyszło do głowy, aby się Maryli oświadczyć. Bliźniacy męczyli ją tak dalece, że oddała nad nimi stery kochanej Buni.

Janek mieszkał na dole, przy biurze po ojcu, ś.p. Leonie. Odsprzedał część firmy, tak zwane wykonawstwo budowlane. Pozostał przy biurze projektów architektonicznych, co mu w zupełności wystarczało. Tym bardziej, że studiował ciągle jeszcze architekturę i miał masę roboty. Utrzymywał na górze dom matki i częściowo Marylę z chłopcami. Zastępował im ojca, troszczył się o ich szkołę i dawał im różne korepetycje, w tym rysunek, bo mieli ku temu predyspozycje. A jeśli interweniowała matka specjalnie, to dostawali klapsy.

Janek stołował się w domu, ale częściej na mieście. Szczególnie, kiedy umawiał się z klientami na uzgadnianie założeń projektowych przyszłej budowy.

Nie wymigiwał się też ze spotkań towarzyskich. Był przystojny, mądry i zasobny, więc wszystkie cwaniarki z Warszawy polowały na niego, a lokali wytwornych w Warszawie nie brakowało. Zainteresowanie wzbudzał i u rodzin zaprzyjaźnionych, gdzie córki były na wydaniu.

Zyga zaraz z wojny ruszył z kolegami w nagrodę (jako kaprale do podchorążówki) do Poznania. Uprzednio zdali maturę jako eksterni. Czuł się tam jak ryba w wodzie, planując dalsze służenie ojczyźnie. Było jeszcze sporo ziem królewskich do odbioru w kierunku zachodnim. Śnili o szlifach oficerskich i byli pełni szczęścia.

SZyga na oniu
Zyga utrwala swe umiejętności ułańskie.

A tu nagle, jak grom z jasnego nieba, spadł na Zygę werdykt komisji lekarskiej. Miał opuścić szeregi szkoły, bo wykryli u niego wadę serca. Nie pomogły odwołania i raporty, opinia mówiła, że serce jest ,,w kształcie buta". Powoływanie się na trudną służbę wojenną i że dawał sobie ze wszystkim radę nie pomogło. Powiedzieli:  "Synu, to było pospolite ruszenie, ale teraz wojsko polskie musi być nieskazitelne zdrowe, a szczególnie korpus oficerski". Zyga poczuł się jak bocian odtrącony przez swoich, kiedy odlatują do ciepłych krajów.

Bunia pocieszała syna, ale mało skutecznie. Nag1e zawalił mu się cały świat... Radziła mu, aby poszedł na studia prawnicze, ale on wymarzył sobie wojsko. Denerwowało go, że alianci wymyślają sobie jakieś plebiscyty na Prusach Wschodnich i Śląsku litując się nad Niemcami. A tu trzeba ich stawiać przed faktami dokonanymi. Koligację tronu z nad Tamizy z tronem berlińskim należy z całą siłą odrzucać i robić swoje. Bo tu chodzi o wielki biznes przemysłowy Śląska i rekreacyjny na Mazurach, który trzeba ratować dla Niemców i Anglii. Zyga, posłuszny matce, chciał złożyć swoje papiery na Wydział Prawa, ale już dotarły negatywne opinie z wojska o jego stanie zdrowia. Jak nie, to nie. Może to i lepiej. Pojechał do Bydgoszczy i złożył papiery na Akademii Rolniczej, gdzie został przyjęty bez zastrzeżeń. Chciał życie ułożyć sobie blisko kolegów i Warszawy i koniecznie mieć do czynienia z końmi. Ciągle liczył na to, że w końcu przyjmą go do wojska z opóźnieniem i na podchorążówkę. A tu nic i nic. Akademię Rolniczą ukończył z wyróżnieniem, jak i wszystkie praktyki w dużych majątkach Kujaw. Zaczął szukać jakiegoś sporego gospodarstwa rolnego pod dzierżawę.

W Warszawie Talikowscy zamieszkali na ulicy Natolińskiej 10. Dziadkom Michałom zaczęły się rodzić wnuczęta. Jak przystało w tamtych czasach, mieszkanie babci zamieniło się w porodówkę. Pierwsza rodziła tam ciocia Mila. Przyszedł na świat Bogdan i Basia. Potem Zdzisław u cioci Maryś i ja. Cała rodzina spotykała się w Olszance, ale również na Czerwonego Krzyża 6 i na Natolińskiej 10.

Stachowi Jakubowskiemu udało się przyprowadzić powietrzem 7 samolotów z armii Denikina, które pilotowali piloci polskiego pochodzenia, jako "trofiejne". Warszawa z całym garnizonem W.P. zgotowała im wielką galę. Posypały się awanse wojskowe i wielka miłość rodaków. Stach był zapraszany na różne przyjęcia zakrapiane. Przygotowywał różne loty widokowe i popisowe dla oficjeli i ich rodzin. Zyga zaraz skorzystał z zaproszenia i poleciał ze Stachem wokół Warszawy. Jazda była kawalerska w górę i w dół z wyłączaniem na chwilę silnika. Po takiej przejażdżce pasażer miał dość. Tym bardziej, że te samoloty miały sporo rys i pęknięć na kadłubie, jak i przewiewności. Stach rozhulał się na dobre i coraz częściej zaglądał do kieliszka.

Mila miała z nim problem, więc dziadek Michał wkroczył w to i sprzedał willę Mili, kupując im mieszkanie obok kościoła św. Zbawiciela.

Stacha po ostatnim wypadku z oficjelem, przeniesiono do lotnictwa cywilnego. Został w Krakowie dyrektorem nowo powstającego LOT-u. Tam też długo nie zabawił, bo nie dotrzymał zobowiązań. Zdążył przewieźć członków rodziny z Warszawy do Krakowa na ślub Janka Talikowskiego, który żenił się z Lenką Lendówną w Tymowej. /Przy drodze Brzesko-Czchów./ Przelotu odmówili wujek Janek Drews i moja przyszła mama, Irenka Talikowska. Woleli pociąg. Stach zaś popracował tam jeszcze jakiś czas i odszedł z honorami wojskowymi na zasłużoną emeryturę. Zamieszkał z Milą i dziećmi, ale nie nadawał się już na dobrego męża. Więcej czasu spędzał na lotnisku i w kasynach wojskowych.

Mitek jeszcze służył w armii Denikina, aż do jej rozwiązania. Wrócił niepostrzeżenie do Warszawy, ale zaraz awansował i podjął służbę w "Dwójce" na placówce dyplomatycznej R.P. w Moskwie (czerwonej). Pokazywał się w rodzinie bardzo rzadko, a nawet wcale. Odwiedzał zaledwie żonę, ciocię Ziutę, która mieszkała na Marszałkowskiej, róg Wilczej.

Roman prowadził sklep i pracownię przekazaną mu przez ojca i cieszył się ogromną sympatią całej rodziny. Był urodzonym milczkiem i zapowiadał się na starego kawalera. Należał do Narodowej Demokracji (N.D.) i wyżywał się w różnego rodzaju masówkach. Wtedy z milczka przemieniał się w głośnego politykiera. Maryś mieszkała u męża, Stasia Myślińskiego, jako przykładna żona i matka. Staś pracował w ministerstwie skarbu, był tam radcą. Do czasu, aż afektem do Maryś zapałał jego kolega z pracy, na podobnym stanowisku, ale zasobniejszy z domu. Matka była wdową, miała majątek ziemski na Kujawach i kamienicę secesyjną w Warszawie przy ulicy Szczyglej. Mieszkała tam z synem i córką.

ciocia Maryś
Ciocia Maryś ze swoimi chłopcami Stanisławem Myślińskim, jej I-szym mężem i ich synkiem Zdzisiem, początek lat dwudziestych.

Syn, Jan Wieszczycki zabałamucił w głowie Maryś. Był absolwentem Szkoły Głównej Handlowej i otrzymał staranne wykształcenie, częściowo w Paryżu. Miał ładny samochód z kierowcą i odnajmował garaż przy placu Trzech Krzyży. Łatwo zatem namówił Maryś do rozwodu i ślubu. Maryś miała inklinacje bycia światówką. Miała urodę paryżanki, więc Jaś doprowadził wszystko pomyślnie do finału i zaczęli spędzać swoje wakacje w Paryżu, a także w Algierii lub Maroku.

Babcia Micia nie podzielała tego kroku. Wyizolowała Maryś od wspólnoty z rodzicami, jako karę rzędu moralnego i religijnego. Kobiety z klanu nie poruszały w rozmowach tego tematu, solidaryzując się z mamą lub ciocią Micią. Wewnątrz zaciekawione były, co też to będzie z tą szokującą zuchwałością Maryś, odsyłając ją pod jurysdykcję sądu ostatecznego...

Póki co, świeżo upieczona pani Wieszczycka pławiła się, urzeczona wielką miłością męża w jego dobrobycie. Wujek Janek, zakochany też we Francji, nabył elegancki patefon i wygrywał na nim wszystkie najnowsze szlagiery, z uroczą Piaf na czele. Wynajął mieszkanie na ulicy Mokotowskiej róg Piusa, gdzie zamieszkał z Maryś i Zdzisławem. Matka jego zerwała z nim i wypowiedziała mu część apartamentu na Szczyglej. Miał kontakt nieoficjalny tylko z siostrą Zosią. Kara ze strony matki miała być  protestem za okropny mezalians jakiego dopuścił się jej genialny syn żeniąc się z rozwódką niższego stanu. Była wdową, więc rozpaczała, że jej kochany mąż, tam "w grobie się przewraca", a także ze złości i swej bezsilności. Żyła wygodnie w Warszawie, a ich majątkiem zarządzał administrator, któremu sprawa ta była całkowicie obojętna, gdyż pracodawczyni nie zarządziła wszczęcia postępowania wydziedziczającego syna z całego majątku [1].

Tymczasem Zyga Drews zakochał się w Irence Talikowskiej, spędzali ze sobą dużo czasu w Olszance. Zyga uczył Irenkę jazdy konnej i adorował ją na każdym kroku. Oboje myśleli, że jest to ich słodka tajemnica. Ale czujne oczy matek w lot wykryły w czym rzecz. Aeropag uznał, że jest to zapewne płonna miłość młodzieńcza. W dodatku Irenka nie ma jeszcze matury i o zgrozo, łączy ich zbyt bliskie pokrewieństwo. Starszyzna uradziła, że Irence trzeba wybrać gdzieś w oddali internat z gimnazjum, aby w cichości i pod dobrą opieką mogła spokojnie zdać maturę. Wybór na wykonawcę zadania padł na Michała, ojca Irenki.

Irena Drews
Moja mama piękna i młoda, a mnie jeszcze nie ma.

Tato Michał miał kontakt z Witanowską, która po ucieczce z Odessy osiadła z mężem na opuszczonej gospodarce poniemieckiej na obrzeżu Puszczy Tucholskiej [2]. Przez znajomych wiedzieli, że jest taka szkoła z internatem w byłym pałacu gospodarstwa ziemskiego, który zagospodarowały siostry zakonne. Miejscowość ta nazywała się Dębowa Łąka pod Toruniem. Tato Michał poszedł tym tropem i załatwił w mig obsadzenie córki w tym miejscu, powierzając Irenkę opiece siostrze przełożonej. Rodzice byli kontenci z tego rozwiązania sprawy, ale młodzi nie. Udawali, że wszystko idzie po myśli rodziców, ale Zyga pertraktował już o dzierżawę gospodarstwa w Święcicach pod Błoniem, a miał słowo Irenki, że "pójdzie za nim na koniec świata".

W Polsce nastała prawdziwa euforia z racji odzyskania po 123 latach zaborów niepodległości. Politycy pod wodzą Józefa Piłsudskiego mieli pełne ręce roboty. Musieli scalać prawo polskie z trzech zaborów. To samo dotyczyło wojska, sztabu generalnego i waluty.

U Drewsów też się bardzo wiele działo. Wujek Janek Drews przejął po ojcu przedsiębiorstwo, co wymagało dużej reorganizacji. Ograniczył firmę "Leon Drews" wyłącznie do prowadzenia projektów architektonicznych. Zmienił szyld firmy na "Jan Drews".

Zyga dwoił się i troił w pracach nad formalizacją dzierżawy Święcie i doprowadzanie gospodarstwa rolnego do stanu używalności według własnych koncepcji agrarnych. Brat Janek pomagał mu w remontach i modernizacji budynków. Stworzyli specjalną do tego celu grupę rzemieślników. Niektórzy pamiętali jeszcze małego Zygę, kiedy odwiedzał razem z ojcem jego budowy. Roboty przebiegały raźno i dobrze, w tym także na budynku mieszkalnym. Do decyzji Iruśki pozostawał rodzaj i koloryt tapet oraz techniczne urządzenia kuchni i spiżarni, właściwe ówczesnym możliwościom. Młodzi uzgodnili ze sobą różnymi grypsami, że Iruśka zrobi maturę później. Teraz, razem z Zygą, możliwie najszybciej zaczną uruchamiać gospodarstwo rolne z produkcją dla Warszawy. A czas niemiłosiernie gonił.

Więc Zyga wdział mundur wojenny, który miał prawo mieć w szafie, schował szablę pod płaszczem, wynajął wierzchowca pod Dębową Łąką i stanął u wrót klasztornej furty. Pozdrowił siostrę furtiankę i z miejsca przystąpił ad rem. - przyjechał po narzeczoną, ślub już jest zamówiony, a dom jest w remoncie i panna młoda musi wydać różne pilne dyspozycje. I że nie ma ani chwili do stracenia. Panienka jest na stancji i nazywa się Irenka Talikowska.

Siostra odpowiedziała bożym pozdrowieniem, wykazała ogromne zainteresowanie niecodzienną sytuacją i bąknęła coś, że to nie takie proste, odwracając się do innej prostej czynności. I wtedy poczuła jakieś ostrze przyłożone do jej szyi. Zyga oświadczył, że nie żartuje i nie takie problemy rozwiązywał na froncie. Siostra zmieszana sytuacją zaczęła wydzwaniać do siostry przełożonej. Przełożona zaskoczona grozą chwili sprawdziła tylko, czy aby siostra furtianka nie postradała zmysłów, rzuciła do słuchawki "czekajcie, zaraz tam przyjdę".

Zyga powtórzył swe żądanie, ale siostra odparła stanowczo, iż musi porozumieć się z ojcem Irenki, który oddal ją jej opiece i zaprosiła pana oficera do swego gabinetu. Pan oficer (w stopniu kaprala) przystał, ale na błyskawiczną rozmowę telefoniczną do przyszłego teścia. Na szczęście czekając na rozmowę przełożona wezwała do siebie Irenkę wypytując o jej zdanie. Irenka odpowiedziała, że jest po słowie z Zygą i pragnie wykonać swe zobowiązanie choćby zaraz. Telefon odebrał tato Michal. Równie zaskoczony, zdołał rzucić do słuchawki w obecności już żony swe sakramentalne powiedzonko "psiaaakrew - to on już tam jest..."

Przynaglany przez Zygę przyjął od niego zobowiązanie, że Irenka do ślubu będzie nietknięta, tato Michał po krótkiej naradzie z żoną, rzekł do słuchawki: "Niech się dzieje wola boska..." Zyga tylko na to czekał. Zasalutował siostrze, dziękując i mówiąc, że po rzeczy Irenki przyjdzie odrębnie. Poczekał tylko na kożuszek Irenki, podziękował siostrze przy furcie, wciągnął Irenkę przed siebie na koń i tyle. Bo zdążyli jeszcze oddać konia i w sam raz na pociąg. I tak młodzi rozpoczęli swe rządy w Święcicach,  odkładając ślub na później. Dzierżawa opiewała na 12 lat i posiadała 200 hektarów. Wydzierżawiła gmina w Błoniu. Tato jeszcze dokooptował 200 ha od proboszcza parafii w Rokitnie. Tak, że Zyga poczuł się dobrze na takim areale.

Zawierał wieloletnie umowy na współpracę z cukrownią obok Płochocina (stacji kolejowej na linii Warszawa - Poznań). Umowy z wojskiem w Warszawie na dostawy owsa i słomy owsianej. Umowy z renomowaną mleczarnią warszawską. Warunki były dobre z gminą i parafią, bo obie strony miały nadmiar gruntów rolnych i radzi byli z dzierżawcy, tym bardziej młodego, prężnego z cenzusem.

Młodzi rozdzielili między sobą obowiązki i maszynka do produkcji rolno - hodowlanej ruszyła z kopyta. Inwentarz żywy tato zakupywał za gotówkę ze sprzedawanej Olszanki, a konto. To było wcześniej umówione. Zarówno ślub młodych, jak i pożegnanie Olszanki musiało poczekać.

Tato rozglądał się za znalezieniem odpowiedniego kandydata na karbowego, aby tworzyć razem z nim całą administrację gospodarstwa. Księgowego wynajął na ułamek etatu z cukrowni (praca z niedzielnego doskoku).

Akurat zakupił od kolegi Włocha z wojny, Franciszka Lazzariniego w Żyrardowie kilka zarodowych krów rasy nizinno holenderskiej. Rodzina Lazzarinich miała duże majątki ziemskie na Ukraine. Zdołała je sprzedać przed rewolucją w Rosji i kupić obiekty przemysłowe włókiennicze w Żyrardowie, łącznie z tamtejszym majątkiem ziemskim. Przyjechał z nimi wąsaty karbowy imieniem Józef Byczkowski. Tego właśnie polecił tacie Francesko. I tak skompletował się zarząd gospodarstwa rolnego Święcice, który trwał do końca dzierżawy. Józef zamieszkał w mieszkaniu po byłym administratorze Święcie, w budynku mieszkalnym na terenie podwórza gospodarstwa. Miał żonę i syna, który był już samodzielny.

Tato był bardzo zadowolony z tego doświadczonego rolnika, a zarazem prawego doradcy i dobrego człowieka oddanego swemu młodemu pracodawcy. Byczkowski był analfabetą i samoukiem, podpisywał się trzema krzyżykami. Ale był filozofem, umiał wyciągać wnioski z przyrody jaka go otaczała i ludzi. Był mężem opacznościowym dla naszej wiejskiej rodziny, co miało się sprawdzić w niedalekiej przyszłości.

Irenkę odwiedzały jej siostry i Marylka. Pomagały szybko kompletować firany itp. Stacja kolejowa była w Płochocinie blisko, a i mężowie Maryś mieli swoje prywatne samochody, więc miały czym dojechać. Wystrój mieszkania Irenki szybko nabierał właściwego wyglądu. Starszyzna zatem i one nalegały do ceremonii ślubnej Zygi z Irenką. Zyga bywał w Warszawie, ale głównie za interesami Święcic. Jeśli poruszał te kwestie to tylko, aby to był, jeśli idzie o wydatki, skromny ślub. Dbał, aby każdy grosz kierować na rozwój gospodarstwa.

Państwo Drewsowie
Państwo Drewsowie Zygmuntowie seniorostwo.

Wreszcie ustalili termin pożegnania z Olszanką i termin ślubu. Do Olszanki zostali zaproszeni koledzy Zygi z wojska, najbliższa rodzina Drewsów i Talikowskich oraz rzecz jasna, osoba pana pułkownika Langnera.

Wspomnieniom radosnym nie było końca. Czoło Zygi jedynie zasmucała świadomość, że nie jest absolwentem podchorążówki, tak jak by sobie tego życzył. Pocieszał się tylko tym, że koledzy są blisko niego, bo w Warszawie. Większość z nich wylądowała w I-szym dywizjonie artylerii konnej im. generała Józefa Bema, na Agrykoli przy ulicy Łazienkowskiej. Inni rozeszli się po różnych garnizonach.

Pożegnanie z Olszanką było bardzo wzruszające. Zarówno rodzina Drewsów i Talikowskich wspominała jej wszechstronne zalety, jak i chłopcy od Rontalera, którym Pan Bóg pozwolił przybyć i uczestniczyć "z tarczą". Hołubiono całym sercem pułkownika Langnera za jego ojcowskie przyjęcie do saperów. A co niektórych oddelegował do szwoleżerów. Wspominali maturę dla eksternów i podchorążówkę w Biedrusku. Zabrakło im tylko dziadków Rudlickich i weterana z Kijowa, uroczego "Eroska". A miejscowy kurnik wydał ekstra popis z potraw drobiowych i miodu pitnego. Po czym w Olszance nastąpiło wesele Zygi z Irenką, skromne jak sobie zawinszowali. Chłopcy z wojska zorganizowali dla młodych karetę zaprzężoną w cztery piękne, białe rumaki. Więc młodzi zajechali weselnie z pompą pod kościół św. Zbawiciela w Warszawie. A chłopcy stanowili osobisty szpaler z wyciągniętymi szablami. Uroczystość zakończyła się na Czerwonego Krzyża 6 toastem z szampana i bojowymi pieśniami.

Zyga promieniał ze szczęścia i tym samym pożerała go nieodparta chęć tworzenia od podstaw swego warsztatu pracy, mając przy swym boku tak kochanego i kochającego człowieka, jak Iruśkę...

Moja mama organizuje poczęstunek
Moja mama w trakcie organizowania okolicznościowego poczęstunku.

Każda okazja dawała dodatkową radość Polakom z osiągniętej niepodległości. To były najpiękniejsze dni z okresu naszego polskiego dwudziestolecia międzywojennego, a tym samym naszej rodziny.

Tato postawił na produkcję ekstra mleka, wyprawianego co noc wozem z parą koni i 40-toma bańkami (40-to litrowymi) do najlepszej mleczarni w Warszawie. Odległość liczyła 26 kilometrów dobrej drogi klinkierowej.

Produkcję tą oparł na 50-ciu krowach holenderskiej rasy czarno białej. Stado to otrzymało licencję klasy zarodowej. Nawet buhaja młodego tato kupił w Holandii i sprowadził go małym polskim samolotem RWD w czarterze. Kooperacja z cukrownią Józefów (w pobliżu Płochocina) dawała obu kontrahentom wspaniałe rezultaty. Cukrowania miała liczące się obroty. Pięknie wypielęgnowane buraki cukrowe o dużej wydajności cukru z kwintala. No i bardzo sympatycznego plantatora, którym mogła się zawsze popisać. Krowy ojca "dujki" co roku zdobywały pierwsze miejsca na powiatowej wystawie zwierząt hodowlanych w powiecie Grodziskim. Stare przysłowie polskich rolników mówiące, że: "krowa pyskiem doji", sprawdzało się u taty w 100-tu procentach.

Z cukrowni zwoził wytłoki świeże lub suszone i melasę, którą bardzo lubiły z otrębami i sieczką konie pociągowe, a która dawała im potrzebną krzepę i lśniącą sierść. Liście buraczane były ubijane w pryzmach i przechowywane w kopcach. Była to świetna pasza na zimę, witaminowa.

Nadto tato sprowadzał makuchy z Indii, to prasowane suszone krążki poolejowe. Trzeba je było tłuc z dużą siłą na drobne i mielić dodatkowym młynkiem. Krowy dostawały je z otrębami. I to stanowiło tą tajemnicę "z pyskiem doji". Latem dostawały też zielonki z żyt ozimych, potem z łąk, a na końcu z poplonów.

Irenki działka przypadła właśnie w zagrodzie. Wydawała obroki ze spichrza krowom i koniom (mając ogromny klucz do tego budynku). Stawała do wszystkich trzech udojów dziennych i pilotowała mleko, aby było higieniczne i schłodzone w bańkach, one zaś w wielkiej żelaznej kadzi, obłożone wodą i pływającymi kawałami lodu (pozyskiwanymi zimą z jeziorka i przechowywanymi w specjalnym kopcu w cieniu za stodołą). Po schłodzeniu baniek plombował je specjalny, zaufany człowiek mleczarni i ładował z woźnicą nocą do wywózki. Człowiek ten nazywał się Szlama i mieszkał z rodziną w budynku ojca, ze stałą załogą gospodarstwa w tak zwanych czworakach.

Rzecz jasna, na głowie Iruśki był cały dom. Zimą dochodziło jeszcze przyjmowanie do spichrza omłotów z pod stert młóconych w polu. A latem doglądanie kilku kobiet szuflujących tam zboże, aby było suche i cerujące worki z juty.

Karbowy doglądał robót polowych wykonywanych końmi. Łącznie z wywózką oborników. Tato nigdy nie używał nawozów sztucznych. Wyjątek stanowiły młode buraczki cukrowe i saletra amonowa w małych ilościach. Pielęgnację ich doglądał Byczkowski z wielkim pietyzmem, wychodząc w pole z tyralierą 36-ciu kobiet.

Tato doglądał z konia wierzchowego całości robót dorywczo i wymagających jego obecności (sprzedaże z pertraktacjami, rozliczanie dzierżaw i podatków, remonty budynków, umowy kontraktacyjne, kontakty z sąsiadami i inne). Doglądał też umów z kowalem we wsi i rymarzem, który na codzień pracował w koszarach warszawskich. Kowal był zobowiązany kuć konie na bieżąco, remontować i konserwować narzędzia rolnicze, okuwać wozy, ale nade wszystko przed żniwami przygotować zapas wałków napędowych do żniwiarek, które ulegały częstym awariom. Rymarz miał obowiązek robić swe przeglądy w niedziele i święta, kiedy konie nie pracowały. Nadwyrężone chomąta zamieniał zapasowymi i brał do wymiany lub naprawy. Nie mogło się absolutnie u ojca zdarzyć, aby chomąto mogło "nawalić" podczas wywózki buraków cukrowych z pola na wagę do cukrowni, lub zabraknąć w żniwa wałków napędowych. Znal doskonale te wszystkie prace, które musiał osobiście wykonywać w warsztatach akademickich w Bydgoszczy. Kiedy byłem mały, ojciec zabierał mnie przed siebie na konia, a jak podrosłem, to dostałem od Buni kuckę, i jeździłem za ojcem samodzielnie. Miałem okazję słuchania rozmów z tymi panami. Ojciec grzmiał, że "nogi z d. powyrywa jeśli mu coś z tych rzeczy nawali". Obeszło się zawsze bez potrąceń, bo bali się pana agronoma weterana jak ognia i to skutkowało.

Tato marzył dla mnie o karierze wojskowej i przygotowywał mnie do tej profesji. Widząc, że chłonę od niego wszystkie tajniki wiedzy agrotechnicznej i zootechnicznej udawał, że tego nie widzi. Wiedział jednak, że "lepszy wróbel w garści niż na dachu". A tym samym własny niezależny warsztat pracy. Ale też udawał, że tego nie widzi, bo wolał wojsko, ja nie za bardzo...

Dziadzio Michal z babcią Micią mieszkali nadal na ulicy Natolińskiej 10. Mieli jeszcze trochę oszczędności z Odessy. Dziadzio rozglądał się, jaki by tu zrobić jeszcze interes, ale samodzielnie choć raz i bez Mici.

Trzeba było trafu, że Witanowski zadzwonił do Michała i powiedział, że jest wspaniały interes do zrobienia w Toruniu. Niemcy po wojnie wyjeżdżali z Torunia i sprzedawali hotel na chodzie "za grosze". "Michał, kup - powiedział - będziesz sobie cygaretkę palił, a ja się zajmę kuchnią i wszystkim, czym jeszcze trzeba". Michał pojechał, zorientował się, że istotnie hotel za pół ceny. Dobił targu i poszedł do notariusza. Witanowski zabrał się do dzieła i Michał wrócił pochwalić się żonie, jaki to świetny zrobił interes. Na drugi dzień Witanowski zatelegrafował, "Michal przyjeżdżaj, bo jest źle". Okazało się, że właściciel hotelu był w zmowie z notariuszem i sprzedał hotel dwóm Polakom jednocześnie, ale każdemu za pół ceny. I natychmiast wyjechał do Niemiec na stałe, jako jeden i drugi szwab oszust.

Dziadek Michał odwoływał się po sądach, ale przegrał proces, bo kupił obiekt jako drugi... spóźniony o godzinę.

Babcia Micia nie miała nawet żalu do swego męża, że zrobił aż tak zły interes. Wielokrotnie go osłaniała  przed podobnymi interesemi i być może Michał pozazdrościł jej tego osobistego fartu i dobrej intuicji handlowej. Chciał jej wreszcie udowodnić, że i on może zrobić także dobry interes. Ale to już nie była Odessa. Morale ludzi po wojnie pogorszyło się diametralnie. Michał padł ofiarą oszustów. To był ich ostatni "udany" akord prosperity. Babcia Micia pociągnęła za sobą Michała, sprzedali mieszkanie na ulicy Natolińskiej i skorzystali z zaproszenia Zygi i Irenki do zamieszkania u nich na stałe w Święcicach.

Cała rodzina cieszyła się z takiego obrotu sprawy, bo Zyga i Irenka rozwiązali sprawę idealnie na linii dorosłe dzieci - rodzice -  rezydenci. Święcice przypominały Olszankę niedzielnymi rozgaworami dorosłych, a dzieci i młodzież szalały w miesiącach wakacyjnych..

Babcia Micia nadal piastowała godność głowy rodziny Drewsów i Talikowskich. Rozsądzała różne trudne kwestie familijne, ale była przy tym bardzo pogodna i sprawiedliwa. Od wyroków Mici nie było odwołania, bo wszystkie one konsultowała z Bunią. Była prawdziwą naszą "mater familias". Kontakt z nią był bardzo łatwy. Wystarczyło dojechać do Święcic.

Micia stanowiła dla Zygi kilka tytułów, jak ciocia, teściowa, chrzestna i jeszcze inne, Zyga potrafił wyrecytować z pamięci chyba siedem. Bardzo lubił i cenił swoją teściową, Talikowską z domu Drews.

Dziadzio Michał nie zaniedbywał swojego hobby z wędką na ryby i hodowli gołąbków. Zyga kazał mu wykonać w szczycie budynku spichrza drewniany pokoik, dostępny po schodkach od wewnątrz, z klateczkami - półeczkami na ścianach do wylęgu młodych. Iruśka bywała co dnia w spichrzu i ojciec jej miał wtedy dostęp do swoich pupili. Gołębie wracały ze swych podniebnych lotów przy pomocy okienka z wystającą deską. Kiedy weszły do "duka", mogły od zewnątrz być zamknięte zapadką z siatki. Wtedy dziadek mógł im przyglądać się z bliska, parować właściwe egzemplarze. Znały go i tolerowały, bo mogły zawsze liczyć na szufelkę ziarna. Kiedy miał parowania, Iruśka zostawiała tatę na dłużej i otwierała w umówionej godzinie. Wtedy miał swój raj, mógł przesiedzieć tam całe godziny. Gołębnik huczał gruchaniem i fruwaniami od gniazda do gniazda i na podłogę do jedzenia i picia wody. Także czyścił swój duk do perfekcji. Ale Iruśka ogromnego klucza od spichrza (wykutego przez kowala) nie odstępowała na krok. Taka była umowa "klucznicy" z szefem gospodarstwa i karbowym.

Za stodołą w stronę Błonia, w polu było jeziorko porośnięte po brzegach trzciną i tatarakiem. Jego owal miał około 100 na 50 metrów i głębokość na środku 2,5 metra. Dojście od strony podwórza było piaszczyste i oddalone około 250 metrów. Właściwie był to zbiornik retencyjny gromadzący wody deszczowe, których ewentualny nadmiar był rozprowadzany rowami w pola.

Zyga zarybiał to jeziorko karpiami, dożywiając łubinem. Przed świętami Bożego Narodzenia były odławiane siecią przez Szlamę z pomocnikami a osobniki handlowe, jako prezent Iruśki, odkładane do woli i komu było potrzeba na stoły całej miastowej rodziny, która przyjechała na umówiony dzień do Święcie

Zimą lód był pozyskiwany piłą dwuręczną, z jednej ręki obciążoną odpowiednim ciężarkiem i poruszającym się pod wodą i ciągnioną z powierzchni lodowej. Roboty te były kierowane przez Byczkowskiego, jako doświadczonego eksperta, bo były niebezpieczne w pracy na jeziorze. On też nadzorował, aby zwózka i magazynowanie lodu odbywało się prawidłowo w specjalnym kopcu za stodołą i aby lodu wystarczyło do następnego pozysku dla mleczarni i dla lodówki ówczesnej pracującej na bryły lodu, na rzecz domu. Na wiosnę i na jesieni jeziorko służyło jako miejsce odpoczynku dla ptactwa wodnego odlatującego do ciepłych krajów. Latem służyło pod wieczór do kąpania koni po ciężkiej pracy.. A także do kąpieli naszej młodzieży i nadchodzącej za zgodą Zygi ze wsi. Dziadek Michał miał zaś małe molo w szuwarach do wędkowania. Przy nim i ja nauczyłem się pozyskania odpowiedniej grubej witki na wędzisko i oporządzenie jej żyłką, haczykiem, ciężarkiem i spławikiem. Oddzielną czynnością było pozyskiwanie przynęty. Dziadek łowił na dżdżownice, głównie płocie, karasie i kiełbie. Rybki te naniosły z ikrą cyranki lub dzikie kaczki. Karpie zwalniał zaraz z haczyka do jeziorka.

Pewnego, ciepłego dnia mając 4 lata byłem tam z dziadkiem, kiedy pojawił się nad jeziorkiem wujek Stach Jakubowski. Porozmawiał z teściem o rybkach i skoczył do wody, aby się wykąpać. Ale wnet zawrócił i zabrał mnie na plecy, aby powozić płynąc. Miałem z tego wielką uciechę. Ale zabawa ta okazała się dla małego dzieciaka wielce niefortunna. Stach odjechał, a mnie napadła po południu gorączka. Ponieważ trzymała się zbyt wysoko, tato zadzwonił do Błonia po nadwornego jego lekarza i posłał poń konie z powozem. Doktor stwierdził zapalenie płuc. Chłopiec był zbyt długo do polowy ciała pod wodą, a od połowy nad wodą. Zaraz też zaaplikował bańki, w tym dwie "cięte". Zapakował pod pierzynę i zawyrokował "jak do północy przeżyje, to będzie żył"... Pozostawiając zrozpaczonych rodziców przy łóżku dziecka, odjechał, będąc pod telefonem. Tato jak wiem, zabawiał mnie swoim zegarkiem w formie wahadełka. Mama zaś z Micią wycierały mi czoło i pogrążały się w żarliwej modlitwie. Po dwunastej dziecko żyło, więc zebrani, po konsultacji z lekarzem, aplikowali dziecku nadal co trzeba. Stach, dobrze, że już dawno był daleko. Miał wszystko do reszty u Mici "przechlapane" (w tym i nieudane pożycie z Milą). Tak więc jego stopa nie miała już więcej prawa pokazywać się w Święcicach. Za to ciocia Mila z Basią i Bogdanem byli jak najserdeczniej przyjmowani.

Zyga był dla Święcic wypróbowanym społecznikiem. Dawał do zwózki materiałów budowlanych swoje konie z wozami i ludźmi do transportu dla rozbudowy szkoły podstawowej. Pracownia projektów Jana Drewsa robiła projekt. W efekcie powstała szkoła wyższa, piętrowa, ku wielkiemu zadowoleniu mieszkańców. Z czteroklasowej stała się siedmioklasową. Gmina i komitet rodzicielski, któremu także przewodniczył pan agronom, starali się o finanse. Dlatego w remizie strażackiej odbywały się zabawy i różne loterie fantowe. A także sponsorami bywała cukrownia w Józefowie i I-szy Dywizjon Artylerii Konnej w Warszawie. Po szkole przyszła kolej na rozbudowę remizy. Ten sam komitet działał dalej, tylko zmieniał się szyld. Zyga był znany w Święcicach i lubiany z uczynności. Lubił go i szanował ksiądz z Rokitna, gdzie była nasza parafia. Co niedzielę jeździliśmy tam powozem i parą koni cugowych na mszę świętą. A zimą karetą. Jak latem było więcej gości to szła dodatkowo bryczka, albo i "linijka" dla młodzieży.

Wśród stałej załogi gospodarstwa tato z czasem wymienił wszystkich fornali na swych ukochanych ułanów - kombatantów. Konie były zadbane i o świecącej sierści. Ciężkie wozy z burakami cukrowymi były wyciągane z pola w czwórkę koni po artyleryjsku na szosę. Kiedy się ustawiły w kolumnę, na czele stawał Zyga i dawał znak do najazdu wagi w cukrowni. Zanim Zyga pozwolił wagowemu ważyć, kazał mu wyjść z pomieszczenia i ocenić procent zabrudzenia buraka. Jeśli był niesprawiedliwy, kazał wozom stać, a sam jechał do zarządu i stamtąd wyciągał odpowiedzialnego urzędnika dla dodatkowego przeglądu. Jeśli jeszcze i ta ocena była krzywdząca, wozy stały przed wagą i tarasowały przejazd, aż ktoś z dyrekcji pofatygował się osobiście i ocenił procent właściwy. Wtedy kawalkada ruszała do zrzutni i wysypywała buraki. Wyjazd następował niezwłocznie, a wozy pana Drewsa robiły niesamowity huk, aż było ich słychać na kilometr (wozy były naonczas drewniane, kute na żelaznych obręczach).

Konie zaś miały fikuśnie podwiązane ogony, ponoć aby jesienna plucha nie umazała ich błotem. A de facto, aby zaprzęgi pana Drewsa miały jednolity blichtr i fason. Cała kolumna wracała po kolejne buraki. Kobiety na polach buraczanych pana agronoma Drewsa miały opinię najlepiej czyszczących w okolicy przez skrobanie, a ich pracodawca mógł zawsze bezbłędnie walczyć o procent zanieczyszczenia na wadze. U niego zawsze dożynki buraczane były ważniejsze niż zbożowe, bo przynosiły lepsze profity. Dożynki te obfitowały dla każdej kobiety po dodatkowym worku cukru (oprócz ordynaryjnego). A ułani pana Drewsa mogli liczyć na kieliszek gorzałki w karczmie i toast za nasze buraki. Drugą "setkę" też na koszt pana porucznika, ale już bez niego. Po czym, zarządzano - u karczmarza basta, co było rozkazem świętym. Tak to Zyga potrafił owocnie wychowywać swych ułanów.

W Święcicach spotykali się u Zygów mężowie Maryś, były i obecny, co było dość dziwne. Żyli ugodowo. Jaś Wieszczycki i Maryś wzięli do siebie Zdzisława, a Myśliński mógł go zabierać ze sobą na różne wypady samochodem. Babcia Micia cierpiała z tego powodu w duchu, ale tolerowała tę sytuację, bo panowie traktowali się po dżentelmeńsku. Jedno ze zdjęć z tego okresu pokazuje grupkę gości niedzielnych w Święcicach, jak przysiedli sobie na schodkach wejściowych do domu, w tym obaj "chłopcy od Maryś". Inne ujęcie pokazuje ciocię Milę, jak dosiada konia na oklep, ale którego syn Bogdan trzyma za uzdę. Jak bardzo jest uradowana! Jest i zdjęcie zbiorowe miejscowych, jak i gości, opartych na wielkim, okorowanym, zwalonym pniu drzewa topolowego. Wszyscy oni potwierdzają swoim fizis, jak bardzo te spotkania były im radosne, swojskie i szczęśliwe. Nikt z pośród zbierających się tam osób, nawet przez chwilę, nie uprzytamniał sobie jaką nową katorgę szykują nam Hitler i Stalin.

Pierwszy znienawidził Polskę za przegrany "traktat wersalski", gdzie przywrócona została Polska niepodległa. Drugi za przegraną wojnę w 1920 roku Armii Czerwonej z wojskiem polskim. To, co miało po kilku latach się wydarzyć i co wymyślili względem nas, to czysta Apokalipsa biblijna. Powstał tajny protokół, jaki podpisali Ribbentrop z Mołotowem tuż przed napaścią na Polskę w 1939 roku. Dopiero po II Wojnie Światowej uświadomił nam, jaki był perfidny i wyzuty z jakiegokolwiek człowieczeństwa. Wojna obronna Polski i dwie bardzo krwawe okupacje tych satrapów jak i udział naszych wojsk u sojuszników na Zachodzie, kosztowało śmierć 6 milionów naszych polskich obywateli. W tym 15 tysięcy oficerów polskich zamordowanych z rozkazu Stalina strzałem w tył głowy, w trzech miejscach mordu z Katyniem na czele.

Tato dowiedział się, że przedłużenie dzierżawy Święcie jest niemożliwe. Przeto musiał zabiegać, aby do dnia 1 kwietnia 1939 roku oddać gospodarstwo i dom. Za każdy dzień zwłoki groziła nam kara 100 przedwojennych złotych (pensja dozorcy na ul. Czerwonego Krzyża 6, stanowiła tę kwotę za miesiąc). Buty oficerskie z cholewami, tzw. "szlanki" (lakierki) kosztowały też tą kwotę. Zyga zatem nie miał czasu interesować się zbrojeniami sąsiadów, które trwały i były ogromne. Kupił bilet kolejowy za 100 złotych, który uprawniał go do przejazdu wszystkimi pociągami w Polsce, także pospiesznymi. Rozpoczął więc jazdę tropem ogłoszeń "sprzedam gospodarstwo rolne, tyle i tyle za hektar." Musiał też wyszukać kupca, głównie na swe krowy zarodowe i wszystko to, co wolno mu było spieniężyć z pożytków uzyskanych z dzierżawy oraz konie, wozy i narzędzia rolnicze. Celował w duże gospodarstwo rolne, podupadłe, blisko cukrowni i szkoły podstawowej oraz stacji kolejowej. Tak, by mógł je kupić za swoje krowy, pożytki i oszczędności oraz ewentualnie z pożyczką bankową, ale niewielką. Do końca zaś musiał prowadzić swe dotychczasowe gospodarstwo i współpracować z gminą, bo Święcice jako pierwotnie zaniedbane, szły z ustawy lewicowej do przymusowej parcelacji i nie było odwołania.

Jeśli tato coś znalazł odpowiedniego dla siebie, telegrafował po Iruśkę, aby przyjeżdżała na taką i taką stację, gdzie będą czekały na nią konie. Wspólnie oglądną całe obejście, a głównie dom i dojazdy. Długo nie mogli sobie coś odpowiedniego znaleźć i odjeżdżali "z kwitkiem". Któregoś razu Iruśka się budzi, a tu ze ściany modrzewiowego domu przez noc wyrósł na jej oczach grzyb budowlany, zapowiedź wilgoci i stęchlizny. Innym razem dojazd do szkoły był daleki i konie grzęzły na wertepach. Podobnie było na drodze do miasteczka i jarmarku. Po kilkunastu takich nieudanych oględzinach Zyga zaczął się niepokoić. Znalazł jednak ogłoszenie, że "Fundacja Ossolineum" poszukuje agronoma dla administrowania majątkiem ziemskim w Gądkach pod Poznaniem. Obiekt pięknie utrzymany, stacja kolejowa i szosa do Poznania pod nosem. Wszystkie szkoły dla dzieci też. Dusza Zygi zaśmiała się do tego obiektu. Więc złożył swe papiery do konkursu. Kazali mu czekać na odpowiedź listowną, przeto czekał. Przed Wielkanocą robiono porządki w Święcicach i pokojówka wymiotła list z pod biurka ojcowego. Okazało się, że była to wiadomość o wygranym konkursie i o tym, że może pan Zygmunt Drews obejmować majątek w administrację choćby zaraz. Ale wszystko okazało się przeterminowane. Tato wpadł w szał, bo dziadek Michał odebrał list polecony i położył zwyczajnie na biurku. Złośliwy chochlik go strącił pod biurko. Tato, już nie mając czasu zbyt wiele, był zmuszony kupić ,,chwilowo" małe gospodarstwo rolne o 76 hektarach, ale pod Warszawą we wsi Borzęcin. Bo o wojnie huczało już przeraźliwie. Udało się to jeszcze załatwić tacie w styczniu 1939 roku.



przejdź do początku

Przypisy i rozwinięcia encyklopedyczne

  • [1] - (Przyp. red. Wacława Wieszczyckiego) Opis początku małżeństwa z Janem Wieszczyckim jest subiektywny do granic mijana się z prawdą. Jan Wieszczycki, mój ojciec, był ewidentnie jednym z najbogatszych ludzi w Polsce. Wielki zwolennik Piłsudskiego, odznaczony złotym krzyżem zasług za walkę zbrojną z bolszewikami /duża wyjątkowość wśród urzędników/, był człowiekiem zaufania obecnego wówczas rządu. /Wiele lat po wojnie znaleziono dokumenty wojskowe tzw. 2-ki, ukryte w górach na terenie Czechosłowacji. Za te "zasługi" postanowiono rozstrzelać ojca. Był on już jednak vice-dyrektorem departamentu Najwyższej Izby Kontroli. Postanowiono poczekać, aż stanie się mniej użyteczny. O tym wszystkim dowiedział się ojciec już na emeryturze od oficera UB, swojego stałego kierowcy, również na emeryturze/. Stąd liczne synekury w rodzaju ciał kontrolujących różne przedsięwzięcia, takich jak produkcja uzbrojenia, wydatków na wojsko, kontrola skarbowa pracy ważnych i dużych przedsiębiorstw. Wiele tych zajęć miało charakter stały i stałe wynagrodzenie. Na moje pytanie o wielkość tych dochodów ocenił je na około osiem tysięcy zł. miesięcznie, a w tym czasie nowy samochód Opla kosztował sześć tysięcy /kilo cukru-1zł/. Był pierwszym urzędnikiem Polski posiadającym własny samochód. Kolejny sprowadził z Ameryki, wraz z kolegą Franaszkiem, znanym przemysłowcem. Były to w Polsce dwa pierwsze egzemplarze Chevroleta, pięknych limuzyn. Kolor dobierała moja mama, a że nie była zdecydowana, samochód w połowie miał ozdobną listewkę, która rozdzielała dwa najładniejsze, według mamy, kolory.

    Nic dziwnego więc, że nadmiar gotówki lokował w nieruchomościach, których miał "bez liku". Administrację tymi domami i placami powierzał matce, która zajmowała się tym zawodowo. Jej majątek był konsekwencją tej dochodowej profesji. Była w Warszawie znaną administratorką, której swe domy powierzali ludzie z wyższych sfer. Jej cechy osobiste wyjątkowo pasowały do profesji. Była oszczędna do chorobliwego wymiaru. Pamiętam rugę, jako dostałem za pogryzienie kawałka czekolady. Ona uważała, że skoro już poniosło się na to koszty, należy trzymać czekoladę w ustach bez gryzienia, aby uzyskać dłużej przyjemność. Jednocześnie oszczędność jej była połączona z swoiście rozumianą uczciwością i drobiazgowością. Wszystko miało swoją cenę i ona ją egzekwowała. Często myślałem ze współczuciem o lokatorach, których ona "administrowała". Mimo nigdy niezakłóconej miłości jej do syna i vice-versa, syn wolał mieszkać w wynajętym mieszkaniu bojąc się niewygodnych w tej sytuacji kontaktów z sąsiadami. Dom na Szczyglej nie stanowił poważnej pozycji w majątku Wieszczyckich. Nie było mowy o wydziedziczaniu. Niechęć do małżeństwa miała charakter typowy dla sytuacji "zabrania" syna, i do potężnych wydatków, jakie to pociągnęło. Do dziś w mentalności matek Polek jest głęboka niechęć do synowej rozwódki, a szczególnie z dzieckiem. Ciekawe, że głównie dotyczy to kobiet, panowie są bardziej wyrozumiali, myślę o teściach i męskiej stronie rodziny. Dlatego i tym razem każdy kontakt miał charakter napiętych stosunków z pozorami poprawności. Brak poprawności mógł pociągnąć lawinę sankcji materialnych o trudnej do wyobrażenia skali. Natomiast podłoże o charakterze rodowym było mało prawdopodobne, bo to Marianna Wieszczycka, matka ojca była kobietą z ludu, o czym świadczyć może nawet jej imię. Z punktu widzenia psychologii taka dbałość o fortunę wywodzi się z biedy w dzieciństwie. Dziadek zaś, Wacław Wieszczycki nie był bogaty, z zawodu mierniczy, dziś z pogardą nazwano go by "skoczybruzdą". Właśnie wśród tych bruzd znalazł sobie żonę, która swoją zawziętą pracą doprowadziła do zdobycia środków na guwernantki z Niemiec i Francji, na podwaliny majątku. Nie "przewracał się więc w grobie" patrząc na małżeństwo syna. Akcję przeciwko mojej matce prowadził w czasie okupacji Piotr Wieszczycki, dziedzic Daszyny, bardzo dużego majątku pod Łęczycą.

    Rodzina ojca była w przeważającej części ziemiaństwem. Nie miał dobrego zdania o tej grupie społecznej, zarzucając jej bierność życiową i nieuctwo. Jako młody człowiek odwiedzał majątki w okolicach Kutna i Łęczycy, imponując nie tylko fortuną, ale znajomością francuskiego, niemieckiego oraz dalekimi podróżami. Na jedną z nich do Afryki zabrał dziedzica Leszna k/Kutna Sławińskiego, późniejszego mojego ojca chrzestnego. Jednak mnie upoważniał z dumą wielokrotnie do mówienia, że jestem z dziada, pradziada warszawiakiem. Ojciec ukarał niektórych ziemian z rodziny za brak wsparcia matki w okresie okupacji. Mojemu chrzestnemu skutecznie pomagał w komunistycznej rzeczywistości.

    Tak więc kończąc ten przydługi przypis, stwierdzam iż Marianna Wieszczycka nie miała administratora, sama zawodowo administrowała, używając do pomocy swą córkę Zosię/ nie Janeczkę/, była całkowicie zależna finansowo i społecznie od swego syna Jana.

    Jan Wieszczycki brał ślub w kościele ewangelickim /odsyłam do metod rozwodu w opisach Boya-Żeleńskiego/, a po śmierci Myślińskiego w kościele katolickim "per procura". Ojciec był w oflagu, przed ołtarzem Roman Talikowski, brat żony.

    Opis Zygmunta należy traktować jako opis treści przekazywanych w jego obecności z nadzieją, że nic nie zapamięta. Tak więc "kobiety z klanu" jednak szeptały po kątach budząc zaciekawienie Zygmusia. W rzeczywistości zapamiętał sporo, ale niezbyt dokładnie dodając własną interpretację. Jakby nie było, w rodzinie były napięcia, których u Stefana Talikowskiego nie ma. Takie pomijanie ważnych faktów w opisach rodziny traktujęę jako kłamstwo historyczne. Dlatego z życzliwością czytam niezbyt dokładne, ale szczere wspomnienia Zygmunta.


przejdź do początku

Komentarze (1)

    • Jacek Talikowski
    • napisał(-a) 2010-12-28
    Po przeczytaniu Zygmunta wspomnień na temat Maryś oraz Twoich przypisów, Wacławie, zdaję sobie sprawę jak różnie można opisać to samo zdarzenie, nie sprawdzając faktów, krzywdząc opisywane osoby. Rozumiem teraz Twoje krytyczne nastawienie do pamiętnikarstwa. Niestety nie wszystkie fakty mogą zostać właściwie zapamiętane, niektóre mogą zostać pominięte ("o tym się nie pisze"), źródła informacji mogą być subiektywne, lub (co jest karygodne) przekaz może być celowo zafałszowany. Nie traktujmy pamiętników jak materiałów archiwalnych, znane są przykłady koloryzacji a nawet "naginania pawdy", niemniej prostować trzeba.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku