Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Zdjęcia do rozdziału
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2010-11-15 16:20:27
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Suplement Zygmunta Drewsa

Borzęcin

Przeprowadzka odbyła się ostatniego dnia marca. Dom miał 9 izb i kuchnię. Był parterowy, murowany i pod kuchnią podpiwniczony. Do kuchni przylegał mały budynek pomocniczy. Miał stryszek i drzwi wejściowe od zewnątrz. Jedna w nim izba dostępna była z kuchni i po dwóch stopniach prowadziła doń, jako spiżarni. Pokoje były ustawione w dwóch rzędach w amfiladzie. Dach kryty blachą cynkową. Jedna izba od frontu (z klombem) stanowiła przedpokój. Z niego wchodziło się do dużego pokoju stołowego, na prawo do gabinetu ojca. Na lewo drzwi zamienione były na wieszak, a za nimi był sypialny pokój rodziców.

Gospodarstwo, w tym i dom mieszkalny właściciela oraz czworak nie miało elektryczności. Ani także, jak w Święcicach, wodociągu i kanalizacji. Tato więc pod domem od ogrodu kazał wykopać studnię z kręgów żelbetowych, która zasilała wodą kuchnię i łazienkę. Izba przy kuchni i pokoju stołowym posłużyła jako korytarzyk i dojście do łazienki, w.c. i pokoju sypialnego. Wodę ze studni ciągnęła ręczna pompa zainstalowana w kuchni na ścianie przy zlewozmywaku i dalej do dużego zbiornika stalowego, ogaconego deskami i starymi liśćmi na strychu. Stamtąd schodziła do "podkowy" w kuchni węglowej i do bojlera nad wanną w łazience, aby zasilić w ciepłą wodę łazienkę i zlewozmywak. W zimną wodę zaś, oddzielną nitką z rurek od zbiornika. Szambo trzykomorowe wykonali ojcu z dala od domu w ogrodzie. A wszystko to z myślą o wygodzie dla Iruśki. W dodatku, już na swoim, nie na dzierżawie.

Z kuchni, przez małą sionkę, wychodziło się obok kurnika, gdzie w parku stała ziemna piwnica, służąca jako skład na opał, a latem częściowo na produkty żywnościowe. Z pokoju stołowego wychodziło się na otwarty, murowany taras, osłonięty balustradką i dzikim winem. Po kilku schodkach wychodziło się do ogrodu warzywnego i owocowo ozdobnego. Prostopadle do tarasu widoczna była alejka spacerowa, około 50-cio metrowa, zakończona drewnianą altanką. Po prawej stronie był staw ozdobny, a w nim karpie i karaski. Po lewej plantacja porzeczek i drzewa owocowe. Od stołowego dwie izby prowadziły do małej sionki na zewnątrz, w stronę podwórza. Od małej sionki przy kuchni była izba dla kucharki z zamurowanymi drzwiami od strony pokoju sypialnego rodziców.

Od szosy, biegnącej przez wieś od Warszawy (z ulicy Górczewskiej), w stronę Zaborowa, Leszna i Kampinosu, a dalej Żelazowej Woli, naprzeciw nowej szkoły, siedmioklasowej, w Borzęcinie zjeżdżało się drogą własną, wysadzoną drzewami, około 100 metrów do bramy gospodarstwa. Z szosy było widać murowane zabudowania. Całość była ogrodzona.

Na wprost stała stajnia z oborą, z przejazdem po środku na wylot. Do przywózki pasz, głównie zielonek i kiszonek oraz wywózki obornika. Z boku od frontu tato wygospodarował pomieszczenie wozowni, gdzie ulokował swą karetę i powóz ze Święcic Następne stanowiło sieczkarnię i małą zamykaną paszarnię na otręby. Następnym budynkiem, dużym na ścianie wschodniej podwórza, była stodoła murowana o dwóch bramowych przejazdach. W południowym szczycie budynku adaptowano przez Zygę pomieszczenie na spichrz, z grubą wentylowaną posadzką drewnianą. Na ścianie zachodniej podwórza stał mniejszy budynek pomocniczy, warsztatowy, graniczący z parkiem części mieszkaniowej. Do tej części terenu parkowego należało przejechać skosem przez podwórze gospodarskie i wjechać drugą bramą przez park pod budynek mieszkalny z klombem i werandką z ławeczkami. Trzecia brama z podwórza, między szczytami budynków obory i stodoły, prowadziła do drogi polnej, rozprowadzającej dojazdy do poszczególnych pól uprawnych. Za szczytem stajni, od strony północnej, tato wybudował drugą studnię i budyneczek mleczarni na centryfugę i zmywalne ściany z posadzką. Woda z tej studni, jako zdrowa, służyła do pojenia koni i krów na wybiegu, przy pomocy długiego koryta (wydłubanego z wielkiego kloca drzewa topolowego).

W domu z pokoju stołowego, jeden pokój zajęli dziadkowie Talikowscy, a drugi w amfiladzie za pokojem biurowym taty i dziadków, przeznaczony został na pokój dziecinny. Pozostałe dwa pokoje miały wyjście małą sionką do parku, w kierunku podwórza gospodarskiego. Ponoć miały służyć dla guwernera lub guwernantki, uczących języka obcego, wychowania i uzupełniania programu szkolnego dzieci. Jeden zaś ewentualnie dla mnie, kiedy moja siostra młodsza o pięć lat podrośnie i trzeba będzie dzieci rozdzielić. W pokoju stołowym stał przywieziony ze Święcic fortepian. Był też kredens oraz stół z jasnego dębu, odziedziczony przez Zygę po dziadku Leonie. Stół był rozsuwany na 12 osób, z możliwością więcej. Był stylizowany na meble gdańskie. Meble te, które upodobał sobie Zyga były ogromnie ciężkie. W przeciwieństwie do Janka i Marylki, którzy hołdowali modzie, Zyga uwielbiał je i przewiózł jeszcze do Święcic z największym pietyzmem, osobiście nadzorując wozy aby im się nie stało nic złego.

Fortepian służył nadal Zydze do grania marszu ,,Madelą'' i ćwiczeniu syna w sztuce wojskowej. Nadto przydzielił mi nadal wszystkie lampy naftowe do czyszczenia i pucowania, abym nabrał pod jego nadzorem umiejętności porządków panujących w wojsku. Lampy o wysublimowanych kształtach stały w gabinecie Zygi na specjalnym stoliku i tacy, gdzie przy każdej okazji wybrane przezeń szkło sprawdzał pod światło, czy aby nie ma najmniejszego śladu jego zadymienia. A ich metalowe części świeciły pucowane sidolem.

Zyga marzył dla mnie o karierze wojskowej, "czego jemu nie dała złośliwość wojskowej komisji lekarskiej ''. Ale patrzył też z ukrywanym zadowoleniem, kiedy widział moje zamiłowanie do agrokultury i zootechniki i chłonięcie jego przykładów przez 10-cio letniego syna. Jak nie zechce wojska, to niech przynajmniej rozwinie według taty koncepcji nasze gospodarstwo do areału docelowego. Tego nie dała mu uczynić nadchodząca wojna...

Tato zdążył jeszcze wykonać ileś dołków odkrywkowych do analiz laboratoryjnych badania gleby swoich pól. Miał na myśli posadzenie jesienią drzewek owocowych w rzadkich rzędach, aby między nimi zasiewać zboża dla własnego żywego inwentarza. Analizy gleb potrzebne byty do doboru gatunków drzewek. Miało tam być miejsce także dla poplonów w formie zielonek paszowych. Na glebach lepszych nie zaniechał tato zasadzić swoich ulubionych buraków cukrowych. Do cukrowni w Lesznie było około 8-miu kilometrów. Były to "kocie łby", ale zawsze droga utwardzona.

Przed Lesznem był jeszcze Zaborów, a w nim nasza poczta i telefon przełączany ręcznie przez dyżurnego kierownika poczty na Borzęcin. Między naszym parkiem a szosą i kościołem, był ogród proboszcza i plebania. Babcia Micia chodziła tędy na skróty do kościoła, przez teren zaprzyjaźnionego księdza Osieckiego (rówieśnika dziadka Michała). Ksiądz, dziadek nasz i młynarz, pan Wlekły, lubili zagrać sobie w preferansa i od czasu do czasu spotykali się w młynie. Pani Wlekła kolegowała się z Mamą i chętnie przy okazji coś upiekła, bo moja siostra Ania kolegowała się z młynarzówną Weroniczką. Kierownik szkoły, pan Petrycki, pochodził z gór. Razem z żoną ukończyli Szkołę Pedagogiczną w Warszawie i osiedlili się w Borzęcinie, mieli synka młodszego ode mnie. Kierownik był wiecznie zapracowany i mało co wychylał się na zewnątrz. Dbał o szkołę i swoje mieszkanie w starej szkole. Zaplatał tam z wierzbowych gałęzi ogrodzenie, robił zakupy, jeździł rowerem do gminy, miał niedobór nauczycieli i dużo lekcji brał na siebie. Na karty nie miał czasu ani chęci. Cieszył się rodziną, rąbał ze znawstwem drzewo na opał, umiał reperować rower i to mu zajmowało dużo czasu. Ja go lubiłem, bo dużo od niego mogłem się nauczyć, kiedy asystowałem przy jego praktycznych zajęciach. Chodziłem do tej szkoły, do czwartej klasy i starałem się nie być dla niego natrętem. Uczyłem się dobrze, kolegowałem się ze Zbyszkiem, jego synem i jakoś to było.

Kiedy przyszło święto Bożego Ciała, proboszcz zaprosił Zygę do prowadzenia księdza pod baldachimem pod rękę z jeszcze jednym parafianinem, aby odciążyć księdzu omdlewające ręce podczas dość długiej procesji. To było wielkim zaszczytem we wsi, jak na nowego właściciela pokaźnej nieruchomości. My, pozostali mieszkańcy gospodarstwa, uczestniczyliśmy w procesji. Byłem dumny i blady z honoru, jaki spotkał kochanego Zygę.

Krótko potem ksiądz proboszcz wciągnął mnie na listę ministrantów i wyznaczył starszego chłopca, aby mnie do tej roli przygotował. Moja siostra, Ania, była jeszcze za mała, aby móc sypać kwiatki w procesji. Zaczynałem więc od uczenia się na pamięć ministrantury i według grafiku musiałem rozpalać węgiel drzewny do kadzielnicy na podwórku kościoła, aby zdążyć na czas i podać do ołtarza.

Z wielkim rozrzewnieniem wspominaliśmy przez lata nasze rodzinne uroczyste spotkanie w Częstochowie, zorganizowane przez kochanego wujaszka Janka i kochaną ciocię Lenkę na ich dziesięcioleciu ślubu w 1938 roku. Zachowało się pamiątkowe zdjęcie z tej okazji. Z takim samym rozrzewnieniem żegnałem w Krakowie ostatniego z żywych Jaśka Talikowskiego. Zostałem już tylko ja.

Mam więc obowiązek przedstawić wszystkich, zanim zapomnienie nie uczyni ich anonimowymi na tej już bardzo starej fotografii.
Od lewej góra:
Zygmunt Drews + żona Irena z domu Talikowska
„Myszka” Michalina Lenda z mężem „Kotkiem” Kaziem Nowakiem
Ciocia Ziuta (żona Mitka Talikowskiego)
Brat Lenki Lendy Kazik z żoną
Roman Talikowski
Brat Lenki Jan z żoną
Kamila (Mila) Talikowska – Jakubowska
Od lewej siedzą:
Lenka Lende
Ojciec Lenki – p. (?) Lende
Babcia Micia Talikowska (z d. Drews)
Dziadzio Michał (jej mąż) Talikowski
Mama Lenki – p. Michalina Lenda
Janek Talikowski (mąż Lenki)
Siedzą od lewej:
Zygmunt Drews (syn Zygi i Iruś Drews)
Jasiek Talikowski (syn Lenki i Janka Talikowskich)

Pewnego dnia zajechało blisko remizy strażackiej i naszego jeziorka przy drodze w stronę Puszczy Kampinowskiej kilka wojskowych samochodów ciężarowych z drużyną radiolokacyjną. Oczywiście wszyscy chłopcy ze wsi zbiegli się jak zwariowani. Żołnierze robili swoje, było ciepło, więc widzieliśmy wszystko jak na dłoni. Nasze komentarze były wręcz entuzjastyczne. W życiu nie widzieliśmy samochodów z radiostacją przewoźną. Ta technika szokowała nas. Nasze zachwyty krzyżowały się z dotykaniem palcami samochodów i wykrzykiwaniem "no kochani, to na pewno z resztą wojska dacie radę Hitlerowi". Jak szybko przyjechali, tak szybko odjechali, ale nasze główki szalały z radości jeszcze długo.

Przyszedł rozkaz z gminy, że należy zdać wszelką broń posiadaną na zezwolenie. Tato z trudem zawiózł i rozstał się ze swym parabellum i sztucerem, dubeltówką i rewolwerem, w który uzbroił dziadka Michała, na wypadek gdyby ktoś chciał zaatakować nocą nasze okiennice. Iruśka była uzbrojona w damski pistolecik, który mieścił się akurat do mufki, kiedy jechali nocą karetą. Gmina tego małego do rekwizycji nie przyjęła, ale Zyga zatrzymał go sobie na pamiątkę jako breloczek. To była scena dla nas już bardzo groźna, bo ludzie, radio i gazety huczały o prowokacjach Hitlera i o ostrych utarczkach rządu i opinii publicznej. A niemiecka "piąta kolumna" dawała o sobie znać już w całym kraju. Kiedy w Warszawie zarządzono oddawanie samochodów osobowych prywatnych na rzecz wojska poczułem, że jest źle. Zaraz też przyjechała cała dorosła rodzina do Borzęcina, aby skorzystać z ostatniej jazdy, tym bardziej, że przyjechał z nimi nasz legendarny wojskowy, pułkownik wujek Mitek. Ppoinformował rodzinę o sytuacji i pożegnać się z rodzicami.

Wujek Mitek Talikowski
Wujek Mitek Talikowski
Pułkownik Stefan Langner nie przyjechał, bo jako przydzielony do sztabu "Armii Łódź", wizytował umocnienia w rejonie miasteczka Praszka.

Wpadli na bardzo krótko, zostali poczęstowani roztrzepańcem z mleka zsiadłego z bańki wyciągniętej ze studni. Nas, dzieci, wysiudali ze stołowego. Został tylko przydatny i rozciągnięty stół z jasnego dębu, chluba zabytku rodzinnego i Zygi osobiście. W szczycie, jako honorowego przewodniczącego posadzono dziadka Michała Talikowskiego, po lewej Mitka jako fachowca, a po prawej, jako gospodarza Zygę.

Powód narady był jasny, aby solidaryzować się z zarządzeniami władz, aby dać tym skuteczniejszy odpór bezczelnemu Hitlerowi i diabelskiemu kłamcy. Na głos, czy są pytania, zrobił się szum i przekrzykiwania. Dopiero dziadek Michał musiał zakończyć zebranie swym stanowczym "basta, psiakrew!". Panie grzecznie ulotniły się do pokoju sypialnego, naradzając się praktycznie i po swojemu, co mają rzeczywiście robić. Zyga zaś, zaprosił "chłopców" do tacy z kieliszkami nalewki, aby wznieść toast za pomyślność...

Szybko dopadli swych samochodów, w tym służbowego czarnego "biucka" [1], Mitka. Drzwiczki się pozatrzaskiwały, zostały opary kurzu i złowroga cisza.

Pana Szanownego, Zygmunta Drewsa, gmina powołała do komisji poboru koni do wojska. Pan agronom, jako wielki znawca koni i kombatant artylerii konnej, koncentrował się nad kompletowaniem tak zwanych cięższych par ,,do dyszla". Akurat padło to na wieś Duchnice za Ożarowem, gdzie jej mieszkańcy niemieccy koloniści -  warzywnicy mieli takie konie, zaprzęgane do swych resorówek dla wywozu do Warszawy produkowanych wyrobów. Tato wiedział, że takie konie włożone od lat do pracy w jednej parze, nie umiały pracować ze sobą, nawet, gdy tylko zamieniali do zaprzęgu z prawej strony na lewą. Tato przekonał gminę i ta podjęła w drodze wyjątku decyzję w takim przypadku, poboru tych koni parami, tak jak pracowały ze sobą na co dzień, (przepis mówił, że z gospodarstwa mającego dwa konie, można zarekwirować tylko jednego). Wszyscy wiedzieli o tym, że wieś stanowi "piątą kolumnę" pro niemiecką, ale rząd polski zabraniał drażnić Niemców, aby nie rozgłaszali w świecie, że Polacy to sami prowokatorzy i tak obejmowano to milczeniem.

Wujaszek Janek Drews nie przyjechał na zebranie rodzinne do Borzęcina, bo był "młodym" żonkosiem i ojcem małego Andrzejka. Ponadto musiał zabezpieczać swe interesy w biurze projektów i przygotowywać teściową i żonę na najgorsze (teść jego już nie żył). Wyczuwał, że jako podporucznik rezerwy, saper, będzie zapewne w razie potrzeby zmobilizowany. Musiał odwiedzić też w tej samej sprawie matkę, czyli kochaną Bunię i siostrę Marylkę, i ustawić bliźniaków siostrzeńców, którym de facto ojcował. A matka nie umiała sobie z nimi gimnazjalistami poradzić. Wujek Janek Drews mieszkał z żoną i teściową w luksusowym mieszkaniu przy ulicy Śniadeckich, a do pracowni dojeżdżał z doskoku. "Młoda" żona nie puszczała go na krok poza dom (strasznie go to irytowało i gniotło, bo miał nawyki starokawalerskie, a żeniąc się miał 44 lata). Żona, Wiesia Drews, chciała się bawić. Była sporo młodsza i ciągnęła wujka po teatrach, kinach i dancingach oraz imprezach towarzyskich. Byłem kiedyś u niego i widziałem jak się zżymał na tę sytuację, a nawet dochodziło do ostrych sprzeczek, kiedy widział jak Wiesia traktuje pracownię, jako "niebezpieczną konkurentkę do jego serca i myśli". Bunia zaś wraz z Marylką, jako administratorką ich dochodowych domów, przeniosły się do nowoczesnej kamienicy spółdzielczej z windą i zsypem do śmieci, na ulicę Grójecką 40, zajmując 5-cio pokojowy apartament.

Kiedy byłem tam, zazdrościłem chłopcom dwóch pięknych rowerów (zawieszonych na ścianie korytarza kuchennego), na których uwijali się na sąsiadującym Polu Mokotowskim. Czasem, trzeba przyznać, zabierali mnie na ramę. Ja miałem w Borzęcinie rower po ojcu, jeszcze z Olszanki. Miał opony kauczukowe, które pękały i trzeba je było bezustannie obwiązywać szpagatem. Najważniejsze, że był i się nim jeździło. W 1938 roku rodzice zafundowali sobie wycieczkę do Italii, więc mnie zostawili u Bunii. Miałem tam radochę, bo jeździłem za 20 grosze tam i z powrotem tramwajami z placu Narutowicza, które tam brały początek. A także windą, z każdym pół wiaderkiem śmieci mimo zsypu, bo Bunia przymykała na to oko. Wszystkie dorosłe osoby odwiedzające dom Buni i cioci Maryli, molestowane były, aby pójść ze mną do kina "Roma" na ulicę Nowogrodzką na film pod tytułem "Królewna Śnieżka" Disneya, który właśnie zaczął być grany w Polsce. Jak pamiętam, byłem na nim siedem razy, tak mi się podobał. Podobnie było z pójściem do warszawskiego ZOO. Tato Zyga zapalił we mnie i bliźniakach Jasiu i Stasiu chęć oglądania zwierząt. Jak zabierały mnie tam różne ciocie, to zaraz za bramą ukazywały się piękne ptaki flamingi, które majestatycznie, na jednej nodze stały w bezruchu w dużym okrągłym basenie i najedzone drzemały. Ale tuż za nimi był okrągły, spory klomb, przy którym ówczesny przedsiębiorca uruchomił odpłatnie elektryczny samochodzik. Można było samodzielnie objechać kilka razy klomb tym dziecięcym autkiem. Opiekun czujnym okiem obserwował ,,danego'' kierowcę i w razie potrzeby dobiegał przez klomb do delikwenta. Do mnie nie dobiegł, więc czułem się bardzo usatysfakcjonowany. Moje ciocie zrozumiały w lot moje intencje pójścia do ZOO i polecały mnie dalszym, aby mi zrobić przyjemność...

Tato Zyga zabierał też do cyrku swoich siostrzeńców, a także Basię i Zdzisława. Był to wspaniały cyrk z własnym gmachem i zawsze z atrakcyjnymi światowymi także aktorami. Potrafili oni (bracia Stanieccy) całą arenę napełnić wodą, po której poruszały się na przykład gondole weneckie. I w jednej chwili spuścić wodę, abyśmy za chwilę mogli się pasjonować ekwilibrystyką na linach i drążkach huśtawek i tresurą zwierząt. To było coś wspaniałego a co jeden popis to lepszy. Nie mówiąc o klaunach, którzy nas zabawiali do łez. Chodziliśmy więc z tatą i wujkiem w jednej osobie z największą radością i zaciekawieniem. Czasem bywał i z nami Bogdan, jeśli spędzał jakiś drobny urlop, wpadając do Warszawy z Korpusu Kadetów, w którym odbywał wojskową szkołę oficerską, kończąc odpowiednikiem matury. Był synem sławnego pilota wojskowego w Polsce i przyjmowany tam był w pierwszeństwie. Czuł się wielce wyróżniony i pozwalał sobie na wiele bezczelnych "zagrań". W Polsce były trzy Korpusy: we Lwowie, Chełmży i Toruniu. Bogdan więc "zaliczył" wszystkie trzy, przenoszony po cichu karnie, a nawet zawalił w jednym z nich cały rok szkolny. Był dziesięć lat starszy ode mnie, wujek Zyga bardzo go lubił i zapraszał do siebie przy każdej okazji. Marzył bowiem jak wiadomo i o czymś takim dla mnie. Wakacje spędzał też i w szkole szybowcowej. Szybowiec musieli kursanci wciągać na górę, aby potem naciągnąć grubą gumę i wypuścić szybowiec wraz z kursantem w przestrzeń. Wiem, że jednego razu mieli swoje namioty pod Częstochową na górze "Osona", wśród białych ostańców Jury Krakowsko - Częstochowskiej i odwiedzając tam mieszkającego wujka Janka Talikowskiego - lekarza powiatowego.

Z Bogdanem było też i inne wspomnienie, jeszcze ze Święcic Był on moim bożyszczem, więc relacja od niego samego utkwiła mi głęboko w pamięci. Pewnego letniego wieczora Bogdan był gościem wujka Zygi i dziadka Michała Talikowskiego w Święcicach, kiedy zajechał motocyklem szef posterunku policji z Błonia i oznajmił panu agronomowi, że jest projektowany napad na dwór w Święcicach z bronią w ręku, jutro o zmierzchu. "My obstawimy w parku swój patrol, a pan ze swymi mieszkańcami obstawi okiennice swych okien". Zezwalamy panu użyć broni, którą wiemy, że pan ma, bez ostrzeżenia, gdyby któraś z okiennic była zaatakowana. Zyga przyjął tę wiadomość z wdzięcznością i obstawił wnętrze swojego domu. Następnego dnia przed zmrokiem kazał pozamykać okiennice i zrobił naradę szczegółową z teściem i Bogdanem. Kucharka szła spać wcześnie, więc jej nie wtajemniczał wcale, aby nie panikowała. W tym czasie na szczęście Iruśka była z dziećmi i Marylą oraz Bunią w Orłowie kolo Gdyni. Zyga miał pojechać po nas pociągiem na trzy dni, aby nas odebrać i samemu zażyć kąpieli morskiej. Żniwa nie pozwalały mu na dłużej. Wujek Zyga przygotował sobie sztucer i parabellum, Bogdanowi dał dubeltówkę naładowaną breneką i grubym śrutem, a teściowi przydzielony mu już dawniej pistolet. Dziadek obstawiał okno swego pokoju od parku, Bogdan okna od stołowego, a wujek okna od kuchni i werandy. Byczkowski, który mieszkał w podwórzu, był już przygotowany na taką okoliczność wcześniej według wariantu Zygi. Gdyby go ewentualnie jako zakładnika prowadziły bandziory do drzwi wejściowych dworu i nakazały dać swój głos, aby otworzyć, wtedy hasło umowne brzmiało: "Kto jest?" odpowiedź "jo", to drzwi zostawały otwarte. Na odpowiedź "Byczkowski", winien się uchylić od "światła drzwi'', bo szły za tym natychmiast kule z całego magazynka 9-cio strzałowego parabellum (co było też uzgodnione z szefem policji w Bloniu). Chłonąłem tę relację od Bogdana, jak i te godziny oczekiwań, które im się wlokły i jak miał porozkładane na stoliku zapasowe naboje, gdyby mu przyszło repetować dubeltówkę... Po nieprzespanej nocy naszych obrońców okazało się, że bandziory zrobiły napad na inny dwór, pozorując Święcice. Ale te omijali, znając zapewne stan uzbrojenia pana agronoma Drewsa, jego znawstwo broni oraz frontową odwagę.

Z niewielkiej ilości zdjęć z tego okresu załączam kilka. Patrząc na nie ożywają we mnie wspomnienia.

Oto sanki zaprzężone w dwa konie przed naszym domem. Kiedy po bardzo ciepłym wrześniu 1939 roku, 12-go października spadł śnieg i nastał mróz, a jednocześnie zaczęła się okupacja, moja matka była zmuszona wyjechać sanną do bliskich i dalszych sąsiadów, aby użebrać wóz albo dwa słomy dla ratowania naszych krów.

W tle południowa elewacja naszego domu, w którym przyszło mi rozpalać nowe piece koksowe. Była to zima 1939/40 rok. Zachowało się zdjęcie Władysława Strzelczyka, który kompletował odpowiednią załogę jako ułan, do zwózki tej użebranej słomy.



przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku