Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Zdjęcia do rozdziału
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2011-01-21 10:32:35
Przejdź do komentarzy (1)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Suplement Zygmunta Drewsa

II Wojna Światowa i okupacja hitlerowska cz. 1

Dnia 1 września 1939 roku Niemcy napadły na Polskę bez wypowiedzenia wojny. Była to godzina 4:45, strzałami ostrej amunicji z pancernika "Schlezwik" w Gdańsku w stronę placówki wojskowej polskiej "Westerplatte". Atakami bombowców na miasta polskie, drogi i wsie, setkami wtargnięć wojska w granice Państwa Polskiego od południa, zachodu i północy. Z prowokacją w Gliwicach na czele z radiostacją. Komunikaty radiowe donosiły nam bez ustanku o wszystkich tych incydentach, można było oszaleć. Na wszystkich frontach Wojsko Polskie stawiało bohaterski opór i mimo wielkiej przewagi wroga, aż przez cały miesiąc, nawet po kapitulacji stołecznego miasta Warszawy.

Trzeciego września padła już Częstochowa, ale po wspaniałej bitwie polskiego pociągu pancernego pod Miedźnem i polskiej spieszonej kawalerii pod wsią Mokra utracili Niemcy kilkanaście swych czołgów i musieli się cofnąć przez noc. W tym czasie Polacy wycofali się do drugiej linii obrony w lasach Janowskich uzupełniając amunicję. Niestety, zmuszeni byli oddać Częstochowę.

opis
Mój ojciec w randze podporucznika rezerwy. Niechciany przez komisję lekarską w czasie pokoju, chciany dla wojny obronnej. 03-09-1939 dzień jego mobilizacji.

W tym czasie Zyga dostał w Borzęcinie kartę mobilizacyjną, tak zwaną oficera rezerwy, czerwono białą. Gwałtownie się spakował i 4-go był już w drodze do swej jednostki macierzystej. W Ołtarzewie wstąpił do swego kolegi, równie zmobilizowanego przez I-szy DAK w Warszawie. Kolega miał gospodarstwo ogrodnicze i samochód ciężarowy, który ich odwoził do jednostki. Mama ze mną odprowadzała go do Ołtarzewa bryczką. Pożegnania żon i dzieci były niesamowicie wzruszające. W końcu ojcowie wsiedli na skrzynie ciężarówki, aby mogli nas dłużej widzieć. Wtedy na zakręcie tatę uderzyła gałąź i spadła mu czapka. Kiedy się pochylił, aby ją podnieść, auto zniknęło raz na zawsze z mych oczu. Odebrałem to jako zły omen.

Jeszcze przed odjazdem z Borzęcina, gdy mama pakowała mu walizkę, komunikaty radiowe zagłuszały nasze rozmowy. Tato ciągle coś porządkował i przeglądał po raz któryś swoje biurko. I dawał ostatnie uwagi Mamie, tyczące gospodarstwa. W pewnej chwili wziął mnie za rękę i zaprowadził do stolika, na którym leżała Biblia. Przyłożył doń moje małe dwa palce dziesięciolatka, polecił klęknąć i powtarzać za nim rotę przysięgi. Miałem według niej opiekować się Mamą, jako najstarszy chłopiec tego domu, do czasu powrotu ojca z wojny. Czas ten określił na dwa tygodnie. Bowiem do tego czasu zdobędą Berlin, weźmie udział w defiladzie zwycięskiej i powróci. Tato miał 38 lat i nie miałem powodu, aby mu nie wierzyć. Taka była siła patriotyzmu i wiara w naszą armię. Widać miał jeszcze przed oczyma wizję rozbrajania Niemców w Warszawie w 1917 roku, w czym brał osobisty udział, jako ochotnik. Następnie udział w dwóch wojnach na wschodzie, zwycięskich, raz na froncie z armią carską, drugi z Armią Czerwoną nad Wisłą.

Następnie zajrzał do walizki, wyjął z niej lekarstwa spakowane przez Mamę. Roztrzaskał buteleczki o ścianę, tłumacząc zatroskanej Iruśce, że w wojsku mają dość łapiduchów i tego mu nie trzeba. Natomiast miał pretensje, że nie spakowała mu spodni z lampasami i ostróg galowych. W tym czasie zaczęły kiełkować we mnie jakieś obawy, bo coś mi się nie zgadzało z komunikatami radiowymi... Do listopada ślad po ojcu zaginął. A zaczął się okres gehenny okupacji hitlerowskiej dla Polski i Iruśki.

Irena Drews
Moja mama tusz przed rozstaniem. Sytuację swą nadrabia miną, aby nie smucić męża i dać mu nadzieję na przyszłość.

Kiedy powróciliśmy do domu dziadziowie Micia i Michał opiekowali się małą Anią. Kucharka, która była przyjezdna, spakowała się i zbiegła do swego domu. Przerażały ją bowiem turkoty uciekinierskich wozów dudniących w dzień i w nocy na szosie biegnącej przez wieś z zachodu na wschód.

Chaos ten podniecała ta nieszczęsna piąta kolumna (pro niemiecka), aby drogi polskie stawały się mało przejezdne dla wojska i cywilów i aby stawały się łatwym łupem dla samolotów nieprzyjaciela. Tym bardziej straszono wojskowe rodziny Polaków. Iruśka, na którą spadło naraz samodzielne jarzmo odpowiedzialności za gospodarstwo, bezbronną rodzinę, załogę i wielką niewiadomą wojny, uległa panice i kazała zaprząc duży parokonny wóz, spakować ciepłe ubrania swoje i dzieci, po czym pojechać do Maryś, swojej wypróbowanej od lat powierniczki. Chciała też zapewne wywieźć ubrania wojskowe po ojcu oraz zawieźć trochę ziemniaków i fasoli. Pytana przeze mnie, jak sobie wyobraża korki na szosach i bombardowanie Warszawy, odpowiadała mi nieswoim głosem: "musimy jechać, musimy jechać".

W głowie mi huczało, bo komunikaty radiowe nie ustawały, a były coraz bardziej niekorzystne. Na szczęście zjawił się cichaczem Byczkowski. Nic nie mówiąc zaczął wyprzęgać konie z orczyków. Kiedy wpadła z kolejnym tobołkiem Iruśka i widząc co robi karbowy, wpadła w histerię i wykrzykując, kto tu rządzi, kazała przywracać zaprzęg do drogi. Stary, wierny, nie jedną wojną doświadczony sługa, postawił na swoim. Mama u szczytu swych sił i rozpaczy, zaczęła okładać swoimi piąstkami wypiętą pierś Józefa. "Bij Pani, bija mocne, ale ja nie pozwolę wyjechać Wam w taką zawieruchę. Widziałem nieraz jak uciekinierzy w wojnę, kończyli gdzieś pod obcym płotem swe żywota, z głodu, chorób i nerwów. Jo Pana agronoma za bardzo szanuję, abym pozwolił na taki krok. Jak front przybliży się blisko nas, wymościmy piwnicę i przetrwacie co najgorsze. Jo będę robił co godzinę obchód domu i będę gwizdkiem oznajmiał Was, że jestem i jest w porządku.'' Na koniec tej sceny, która odbyła się przed frontową werandką, Iruśka padła w ramiona babci Mici. Babcia tuliła jej główkę do swej piersi i pocieszała, głaszcząc jej włosy. "Słuchaj córeczko, nie płacz. Wydaje mi się, że pan Byczkowski ma rację..." Pomogłem babci i ułożyliśmy Iruśkę na jej łóżku. Szlochając głęboko, uspokoiła się czując przy sobie anielską postać swej matki.

Władysław Strzelczyk
Władysław Strzelczyk, były plutonowy ułanów WP. i karbowy Józef Byczkowski, mężowie opatrzności. Między nimi ja i Ania, ufnie podająca swą rączkę panu Władziowi. 10-10-1939.

Ja jednak gwałtownie doroślałem pod naporem tylu mało zrozumiałych mi jeszcze zdarzeń. Miotałem się między zleconą mi przez ojca opieką nad Mamą, jednocześnie widząc, że w obliczu histerii należy tak postąpić, jak uczynił to stary doświadczony karbowy.

Nazajutrz Iruśka wstała zrozumiawszy swój błąd i koncentrując się nad maskowaniem pamiątek po mężu w zakamarkach domu. Bardziej jeszcze przylegając do serca swej matki, a mojej kochanej babci. Oddalała jedynie myśl, że będzie musiała się spotkać z oczyma Byczkowskiego i podziękować mu.

Turkot wozów na szosie nie malał, a nawet wzmagał się. Wzmagały się także odgłosy wybuchów artyleryjskich. Przeprosiny nastąpiły, moszczenie piwnicy też, więc przygotowania do najgorszego przebiegały w zgodzie i zrozumieniu. Byczkowski obłożył workami z piaskiem okienko piwniczne, a także ulokował między nimi dość dużą rurkę z dopływem powietrza i głosu zapowiadanego gwizdka.

Ustał odbiór mleka ze wsi przez mleczarnię warszawską, przeto w kuchni gromadziły się zapasy mleka od naszych kilkunastu krówek.. Zlewane do dużych balii i misek, kiedy trochę podkwaśniało, podgrzane, mama przelewała do poszewek poduszkowych. A ich ściągnięte czoła zaciskała w szufladach dużych stołów kuchennych. W workach tych wytwarzał się twaróg, a serwatka spływała do podstawionych garnków. Czasami, któryś z zabłąkanych uciekinierów znalazł się w naszej kuchni, wtedy dostawał za Bóg zapłać dużą pajdę z doskonałym twarogiem. Ale najbardziej mi się wryło w pamięć przechodzenie z rąk do rąk Borzęcina z użyciem artylerii, piechoty, kawalerii i pojazdów pancernych. Którejś nocy, kiedy władali Borzęcinem Polacy, kuchnia nasza zapełniła się dużą grupą naszych zgłodniałych żołnierzy. W jednej chwili worki z serem garściami zostały spałaszowane. Garście te napełniały w lot swoje chlebaki, bo rozkaz do odwrotu ponaglał. Widziałem, że chlebaki te byty opróżniane też z resztek surowej marchwi, którą żywili się od kilku dni. Pożywienie to tej pięknej, słonecznej wrześniowej pogody było dostępne w polu, a kawałki szkła służyły do skrobania w marszu tego jedynego pożywienia. Byli pełni szczęścia z odzyskanej wsi i biegli dalej, mając na karabiny nałożone bagnety, gdyż od dawna brakowało im amunicji. Coś mi się tu nie zgadzało z rozklejonymi plakatami, z widokiem naszych uzbrojonych, atakujących żołnierzy i napisem: ,,Silni, zwarci, gotowi"... Rzeczywistość, która nas otaczała, była cokolwiek inna. Ze wszystkich domów spozierały okna z zaklejonymi na krzyż paskami papieru, na wypadek silnych wybuchów, co miało przeciwdziałać wypadaniu szyb.

Jednej nocy Byczkowski meldował, iż w narożniku przy kuchni, na dachu, rozerwał się szrapnel zapalający, wyrwał kawałek blaszanego dachu, kawałek rynny i wypalił kawałek drewnianego poszycia z desek. Ale i to, że z pomocnikiem ugasił a naprawę blachy wykona we własnym zakresie. Ale w piwnicy poruszenie zrobiło się silne i nikt już do rana nie zasnął W dzień kanonada wzrastała, a pojazdy niemieckie z armatami jeździły w te i wewte. Na noc opuszczali Borzęcin, obawiając się naszych chłopców. Jednak następnej nocy przypuścili atak artyleryjski, aby zmiękczyć przed atakiem o świcie. Tych nocnych salw Mama nie wytrzymała nerwowo i zerwała nas do parku i dalej do przydrożnego rowu, polnej drogi, idącej w stronę Puszczy Kampinowskiej i Izabelina. Obłożeni pierzynami obwiniętymi na prędce w kapy ścielące łóżka, widzieliśmy jak na dłoni kilka płonących chałup w środku wsi. Obraz na czarnym tle nocy był przerażający, co chwila zapadały się do środka chałup płonące krokwie, wzniecając snopy iskier. Ania z zimna i nerwów zaczęła płakać. Mama uprzytomniła sobie, że zostawiła rodziców w piwnicy, a Byczkowski nadleciał, aby nas tam nadal zabezpieczyć. Mama najwyraźniej wystraszyła się o los dzieci, które jako mniej sprawne od dorosłych, mogły by nie zdążyć ujść z piwnicy płonącego domu. Karbowy uspokoił ją, że absolutnie czuwa i pierwszy by nas z tej piwnicy wydobył żywych. Po tych przeżyciach posnęliśmy snem kamiennym, błogosławiąc starego karbowego, który zarósł i przypominał świętego Józefa.

Następnego ranka kanonada wokół Borzęcina wzrosła, Józef zagęścił swe informacje słane nam rurą w okienku. Polska artyleria konna swoim ogniem zaporowym stawiała zaciekły opór Niemcom atakującym od Leszna i Zaborowa. Kiedy wystrzeliła ostatni pocisk, ograniczyła się do wysadzenia zamków w działach. Cztery działa i jaszcze, o ironio losu, znalazły się na podwórzu Zygi - konnego artylerzysty...

Dojazd z szosy do podwórza zasłany był trupami końskimi i resztkami wozów wojskowych. W każdej wiosce przy drodze brukowanej, powstawały samoczynnie wznoszone barykady, aby żołnierze polscy mogli wówczas iść na nieprzyjaciela zawsze zwycięsko, na białą broń. Niemiecka artyleria odgryzała się wściekle. Jeden z takich ataków i pocisków zapalających spowodował, że nasza stodoła pełna tegorocznych zbiorów stanęła w ogniu, a za nią w polu, dwie wielkie sterty słomy ze zbożem. Walki trwały do ciemnej nocy. Wtedy nasze wojsko uformowało swoje szyki i wycofało się wstępując w szeregi obrońców Warszawy. Nastała śmiertelna cisza w sercach ludzi piwnicy i poczciwego karbowego oraz całej wsi i załogi.

O świcie, za zgodą Mamy, pobiegłem wraz z Józefem oglądać nasze pobojowisko. Dusze nam krwawił widok pustych jaszczy z pootwieranymi drzwiczkami i działa z powyrywanymi zamkami porozciągane wzdłuż drogi dojazdowej do podwórza. Między nimi napotkaliśmy ciało naszego żołnierza, z przekrzywioną twarzą w grymasie bólu. Dopiero po chwili dotarł do nas widok opalonych murów stodoły i oczodoły po spalonych z niej wierzei. Józef chwalił swego pracodawcę, że adaptując część stodoły na spichrz, kazał rozdzielić te pomieszczenia ścianą ogniową. Dzięki temu spaliła się tylko część dachu nad spichrzem. Co mogliśmy, naprawialiśmy własnymi siłami, bo okna i drzwi masywne i podłoga gruba zostały, a na niej pryzmy zboża i otrąb. Nadbiegła Mama, więc mogliśmy zdecydować o kolejności bardzo pilnych spraw. Zeszła się też męska część czworaku. Wieś pozostawała pusta, więc po krótkiej modlitwie karbowego, pochowaliśmy naszego kochanego żołnierza w jego płaszczu i z tabliczką znamionową na szyi, tam gdzie poległ, opodal polskiego działa. W jednej chwili ktoś siekierką ściął w parku gałąź, z której uformował niewielki krzyż brzozowy, a na nim zawiesiliśmy poobijany polski hełm. Błyskawicznie też zapadła decyzja, aby rozważyć do worków naddatek ordynarii pracowniczej i pochować na wszelki wypadek po mieszkaniach otrzymane zboże, zdatne do mielenia. Wzięto się też zaraz do prowizorycznej naprawy dachu nad spichrzem, aby nie dopuścić do zacieków ew. deszczu na resztki zboża i otręby (choć wrzesień ów był nadal ciągle ciepły i suchy).

Ochłonąwszy z chowania zboża, zobaczyłem posągowo stojącego i śpiącego na stojąco konia (od pary dyszlowej działa). Okazała się nim klacz, którą krótko przed nami musieli rozebrać z szortów wojskowych uciekinierzy. Zobaczyliśmy też szkielety innych artyleryjskich koni, które leżały przy działach, a z którymi rozprawili się również uciekinierzy. Konia ledwo doprowadziłem do stajni, bo się słaniał na nogach, napoiłem, namieszałem mu sieczki z otrębami, nadałem imię "Berta" i pozostawiłem w gronie naszych koni zastanych wraz z Borzęcinem. Czując się wśród swoich, wiedziałem, że Berta poczuła się lepiej i odprowadzała mnie swym wdzięcznym wzrokiem.

Następnego dnia, kiedy Niemcy poczuli się panami sytuacji w Borzęcinie, zajęli budynek szkoły (nowej) i penetrowali okolicę. Całe boisko zastawili swymi pojazdami wojskowymi, w tym i przyczepnymi działkami. Przybiegł do mnie syn kierownika szkoły, Zbyszek Petrycki i oznajmił, że ojciec podsłuchał rozmowę załogi łazika, iż po południu odwiedzą "Gut besitzer", właściciela majątku. Serce mi zabiło z wrażenia i zaraz podzieliłem się wiadomością z Mamą, a ta z karbowym. Ten przyrzekł, że rozmówi się z nimi, a pani "Besitzer" jest chora. Ja ze Stasiem Majsnerem, synem naszego szweizera [1], moim rówieśnikiem, zrobiliśmy sobie kryjówkę w krzakach parku, graniczącym z płotem podwórza. Tam mieliśmy wgląd na całe podwórze, sami zaś byliśmy niewidoczni i czekaliśmy na to wiekopomne wydarzenie...

Czas wlókł się niemiłosiernie,. Podwórze było puste. Inwentarz żywy w oborze i stajni przeżuwał resztki swych pokarmów. Wreszcie wjechał otwarty łazik wojskowy, a w nim czterech żołnierzy niemieckich w hełmach i z blachami na piersiach. Wyskoczyli z auta z pistoletami maszynowymi w rękach, z twarzami skierowanymi każdy w inną stronę świata, a któryś z nich ryknął gardłowym głosem po polsku - "jest tam kto?"

Na ten czas zbliżał się od czworaka pociągając chorą nogą karbowy. Uchylił swej maciejówki na głowie i słuchał: "Nu starzyku, mytu przyjedziem za godzinę, masz naszykować tyle i tyle masła i jaj. Masz zegarek?" - "Mom" - i pokazał im karbowy swój zegarek kieszonkowy (w dobrym gatunku od Zygi) - "No to pamiętaj, abyś się nie pomylił". I pogroził karbowemu palcem przed nosem. To był dla mnie znak, że nasza Ojczyzna straciła ponownie swą suwerenność... I że powtórnie będziemy musieli o nią walczyć. Ale gdzie, jak i kiedy, moja dziesięcioletnia głowa nie umiała sobie odpowiedzieć. Wiedziałem, że coś się stało strasznego i że będzie trzeba następnego pospolitego ruszenia i "co nam obca przemoc wzięła, szablą odbierzemy". Wiedziałem jednak już, że szabla to za mało i trzeba dążyć do czegoś nowoczesnego i czegoś absolutnie silnego. Martwiłem się bardzo w tym momencie o swego ojca, o którym nic nie wiedzieliśmy. A żadna wiadomość o "berlińskiej defiladzie" do nas nie docierała. Modliłem się za niego i zdałem sobie sprawę z całą mocą, że podstawowym moim obowiązkiem jest wykonywać w miarę możliwości rotę przysięgi, jaką złożyłem na Biblię Bogu i memu doczesnemu ojcu.

Następne dni potoczyły się w ciągłym zagrożeniu życia, za najdrobniejsze nawet narzucone nam przewinienia, wymyślane przez przeklętego okupanta. Jeszcze Warszawa się broniła, więc rychło szwaby podciągnęły swe najcięższe działa i dwa z nich na nasze pole za stodołą. A pozostałe w najbliższej okolicy. U nas zakwaterowali swój sztab, zabierając dwa pokoje, stołowy i kuchnię z łazienką. Kucharza swego osobistego i ordynansów zakwaterowali w szkole. A obsługę dział w dołach, wykopanych przy nich i przykrytych gałęziami. Wewnątrz doły wymościli sobie słomą, którą kazali przywieźć chłopom ze wsi. Podobne doły wykopali obok, gdzie złożyli w nie spore ilości skrzyń z amunicją. W regularnych odstępach czasu oddawali strzały w kierunku Warszawy. Sztabowcy zaś rozłożyli (na ojcowym stole o zgrozo) swe mapy i namierzali drogą radiową pozycje strzałowe. Chcieli być dżentelmenami i zapowiadali, szczególnie babci Mici czas huków. Potem, jak to było regularne, przestali. Zabawiali się głównie grą na fortepianie, którą babcia oceniała przez drzwi jako klasyczną. Posiłki podawał im regularnie kucharz, który w cywilu obsługiwał luksusowe wagony restauracyjne Wiedeń - Berlin. To nam zdradzał, jako przystępny Austriak. Kiedy wiwatowali zwycięstwo nad Warszawą, działa umilkły, a nieproszeni goście zaprosili swych przełożonych na zwycięską fetę. Stół się uginał, ale głównie z powodu naszych wystrzelanych na jeziorze (obok stodoły) jesiennych, tłustych kaczek. Kucharz dwoił się i troił, aby się popisać. Główną potrawą były buliony podane w filiżankach, zaszabrowanych z pałacu w Zaborowie i kaczki upieczone na brązowo, polane obficie tłuszczem, obwiązane każda ozdobną wstążką na kokardkę i położone na odrębnym półmisku z sałatą przed każdym z biesiadników. Lał się polski alkohol i grzmiały toasty. Po tym kawa i słodycze, w tym zdobyczna, wedlowska czekolada. Ponieważ Austriak dostał całe skrzynki czekolady, nie doliczył się ich do końca, więc upłynnialiśmy mu je bezlitośnie. Kiedy odjeżdżał, nasza Ania rzuciła mu się na szyję, widząc w nim "dobrego'' Niemca, gdy pokazywał jej fotkę podobnej do niej swej córeczki. Być może przymknął na te słodkie ubytki oko, wiedząc, że głównym daniem i zainteresowaniem jego gości, były nasze tłuste, polskie kaczki.

Kiedy w pierwszym dniu naszego spotkania z "blacharzami" ich łazik przyjechał po godzinie po masło i jajka, wyszliśmy ze Stasiem z ukrycia i podchodeszliśmy do ich auta, aby go dotknąć i popatrzeć z bliska na ich broń, ten słabo mówiący po polsku poinformował nas o marce samochodu i poczęstował cukierkami. Stanowczo odmówiliśmy przyjęcia, pamiętni przestróg władz polskich. Śledziliśmy ich także, czy nie sypią jakichś proszków do studni lub poidła dla zwierząt. Po czym z godnością oddaliliśmy się do parku, po dobrze spełnionym obowiązku. Ale klnąc z powodu rabowanych nam jajek i masła.

Innego dnia przyszło dwóch rabusiów, aby im oddać jałówkę, którą upatrzyli sobie w oborze. Na to wszedł dziadek Michał i zaczął ich sztorcować po rosyjsku od złodziei i bandytów i zażądał pokwitowania. Na co jeden z nich wyjął notes i pióro. Coś napisał i wręczył kartkę dziadkowi. Ten dalej ich łajał, ale bez żadnego skutku. Na domiar złego, żołnierz uderzył kolbą w łeb jałówkę, ogłuszył ją, poderżnął gardło, założył orczyk pod ścięgna racic z linką i przewiesił przez wrota obory. Obciągnęli ofiarę ze skóry, flaki zostawili psom, a skórę dziadkowi. Poczem nadjechała ciężarówka wojskowa, która stała w oddali i obserwowała tę scenę. Zabrała żołnierzy, sprawnych rzeźników i odjechała z nimi i łupem w siną dal...

Zaciskałem swe małe pięści ze złości za tę samowolę zwycięzcy, bo nie chciałem nic robić, co by zaszkodziło mojej matce, która i tak już doświadczyła za swoje, zaraz na początku tej okrutnej wojny. Tym bardziej, kiedy dowiedziałem się z tłumaczenia tej kartki, danej przez wroga dziadkowi Michałowi. Mówiła ona szyderczo, że "po odbiór pieniędzy należy zwrócić się do ministra Becka" (byłego ministra spraw zagranicznych RP). Cieszyłem się, że Tato jest na wojnie i tam za nas wymierza im polską sprawiedliwość.

Nie wiedziałem tylko, ile nam, cywilom, przypadnie przeżyć tragedii z tej przeklętej wojny. A w zasadzie rodzinie warszawskich Drewsów i Talikowskim. Jak to było w Borzęcinie i szerzej, mogę streścić jedynie w epitetach najcięższych przeżyć. Najpierw wielki wstrząs wywarła na nas kapitulacja Warszawy. Ja przyznam, że nasłuchiwałem sygnałów o defiladzie W.P. w Berlinie. Niestety... Pociechą mi było przybycie ludzi z gminy Ożarów, aby ekshumować "naszego" poległego żołnierza polskiego na nowym cmentarzu "brzozowym" obok gminy. Krótko po tym Niemcy przyjechali po swoich poległych, których tymczasowo pochowali przy wschodniej ścianie kościoła, a było ich kilkunastu. Ta proporcja mi odpowiadała, bo w walce o szosę Zaborów - Borzęcin wsie przechodziły z rąk do rąk.

Zaczęły się wnet i inne problemy okupacyjne. Mamusię wezwano do powiatu warszawskiego na "spęd" właścicieli i administratorów majątków ziemskich. Zaczęli od dużych właścicieli, aby zapewnić sobie w nich posłusznych rządców, iżby dawali rękojmię regularnie odstawianych, a narzuconych kontyngentów z produktów rolnych. Z reguły obsadzali swoich "trojhendlerów" [2]. Niemców lub wypędzonych do Generalnej Guberni z Wielkopolski poznaniaków, agronomów znających język niemiecki. W dalszym sąsiedztwie był taki duży i zadbany majątek Kręczki. Tam obsadzili poznaniaka o nazwisku Putz. Kiedy doszli do Borzęcina mieli kłopot z obsadzeniem odpowiedniego swego człowieka. Ale mając rozkaz obsadzania Niemców przy właścicielu Polaku, nieznającym języka niemieckiego, z braku właściwego kandydata, postanowili odroczyć chwilowo osadzenie Niemca. Mama drżała i modliła się żarliwie, aby to prędko nie nastąpiło, a najlepiej wcale.

Majątek był mały, spalony i nie rokował w nadchodzącym roku zbytnich pożytków. A tylko by przysparzał im kłopotów w pomaganiu pogorzelcy. Pytali Mamę, czy zna język niemiecki. Odpowiedziała, że tyle, ile uczyła się w gimnazjum. Kiedy prowadzący zebranie zadał jej kilka pytań po niemiecku, sala ryknęła śmiechem. Wobec tego skinął na Putza i powiedział mu, żeby miał wgląd w księgowość Borzęcina i na następnym zebraniu referował jego sprawy po niemiecku. Pan Bóg wysłuchał modlitwy i tak zostało do końca okupacji niemieckiej. Okazało się, że Putz wywodzi się z nobliwej rodziny Wielkopolan, która była wierna Polsce. Wobec tego wywalili pana Kazimierza do G.G. wraz z żoną, dwiema siostrami i dwoma synami, których osiedlił u znajomych w Warszawie. Kręczki stanowiły majątek magistratu warszawskiego, więc było mu łatwiej. Ale głównym powodem niechęci do rodziny Putzów przez Niemców, było to, że brat Kazimierza, Narcyz Putz był znanym duchownym w Poznaniu, prałatem, proboszczem w parafii świętego Wojciecha, bastionu polskości. Tak więc z miejsca wywieźli go do Dachau, a rodzinę brata "zesłali" do G.G. W tym jedna siostra Wiktoria, pracowała na plebanii brata, jako gospodyni. Modlitwa tworzy cuda. Takie rozwiązanie Borzęcina stało się optymalne i bardzo dobre dla nas. Ale zanim zaczęło działać, po bardzo ciepłym wrześniu 39 roku, dwunastego października spadł śnieg i tak już nastała sroga zima. Zaczął się koszmar z krowami. Stały one schłodzone lub leżały we własnych odchodach.

Kiedy rano wstawały do udoju, odpadały z nich szyby lodowe. Nie było źdźbła słomy. Tragedia. Konie jeszcze od biedy stały w stajni na łętach kartoflanych. Krowy nie mogły, bo ich mokry obornik zamieniał się po krótkim czasie w istne szambo. Rolnicy we wsi też mieli tragedię, bo wojenne pożary strawiły ich słomę lub siano. A nie było skąd pożyczyć. Mama była zmuszona opatulić się w zimowe szaty i wyruszyć sankami na żebry do dalszych sąsiadów z pełnymi zasobami ściółki. Była przyjmowana ze współczuciem i zrozumieniem, ale uzyskiwała wóz słomy, góra dwa. Po powrocie, uczyniła się spora lista darczyńców. Chodziło teraz o to, aby przygotować mocny wóz drabiniasty i najsilniejsze konie oraz chwackich woźniców i takich że ładowaczy. Na ten czas, zawitał do Borzęcina zaufany ojca, Władysław Strzelczyk. Ułan, któremu Tato oddał jeszcze w Święcicach, kiedy był w wielkiej potrzebie, mieszkanie w czworaku obok Szlamy, dla niego, jego żony i dziecka, a nawet wyrobił mu dobre zajęcie w fabryce kabli w Ożarowie, gdzie dojeżdżał do pracy rowerem. Był ogromnie wdzięczny Tacie i rewanżował mu się niedzielami w ćwiczeniach wojskowych, ułanów rezerwistów, aby nie zapomnieli dosiadania swych koni i fechtunku w pełni gotowości bojowej. Była to organizacja paramilitarna "Krakus" w Błoniu, której Tato przewodniczył z siedzibą u siebie, w Święcicach. Teraz Strzelczyk zaoferował swe usługi Mamie, za mieszkanie i wdzięczną pamięć pana porucznika. Zarobkować postara się na swą rodzinę u osób trzecich, z uwagi na kryzysową sytuację pani agronomowej.

Człowiek ten, jakby spadł z nieba - bo silny i sprytny. W sam raz, aby objąć dowództwo tego bojowego wozu do zwózki słomy w ekstremalnych warunkach drogowych. Mama oddała mu pokój przy małej sionce naszego domu z wyjściem w stronę podwórza. Ułan z wojska w stopniu plutonowego artylerii konnej z miejsca skompletował drużynę mogącą "góry przenosić''. To był istny cud z woli Bożej. Strzelczyk wyręczył sędziwego już karbowego w roli przywódcy "stada", który zaaprobował go widząc, że w zaistniałej sytuacji nie wydołałby w tym obowiązku. Chętnie podjął się nadal pełnić rolę stróża nocnego i mieć oko na całą schedę, którą powierzył mu odjeżdżając przymusowo pan dziedzic. Nadto przyjął na siebie prace warsztatowe. W tym nawet odbudowę całego koła do wozu z piastą, szprychami i górnym kołem do okucia, z twardego drewna. A że sytuacja wymagała bardzo sprawnego wozu, umiejętność ta pozwalała Mamie na spore oszczędności. We wsi był kowal, więc kucie takiego koła nie przedstawiało problemu.

Ekipa Strzelczyka dokonywała cudów, aby na czas dowieźć słomę i uratować krowy. Nie straszne im były odległości, zamieć i zaspy śniegu. Wóz był załadowany do granic możliwości, przepasany górą drągiem dębowym i linami. Jak próbował się przewrócić na bok, to podtrzymywało go dwóch chłopów z każdej strony, uzbrojonych w długie widły (do podawania snopków). Aby przejechać zaspy śnieżne zakładano dodatkową zapasową parę koni, które szły za wozem. Wtedy "fruwał" wóz, jakby konna artyleria forsowała bród na rzece. Jeśli przeciwności sięgały zenitu, Strzelczyk wypatrywał przydrożną kwaterę i zapadał z ludźmi na noc. Następnego dnia niwelowali zaspy i po odpoczynku pchali się dalej. Ta zima kosztowała nas wiele nerwów i niepewności. Na domiar złego, zjawił się w naszym domu jakiś uczestnik walk wrześniowych i oświadczył Mamie, że przykro mu, ale Tato poległ na froncie (na jego rękach). Poczem ów rozpłynął się w oddali. To była następna tragiczna sytuacja dla nas, jaka mogła nas spotkać...

Tydzień co najmniej trwała nasza adoracja, przy świecach i fotografii Zygi, wieczorem i w nocy. A rano w kościele parafialnym. Nie mogliśmy uwierzyć w to nasze największe nieszczęście. Ksiądz proboszcz Osiecki i rodzina Wlekłych, stawali przy nas. Petrycki był z ateistów, więc współczuł nam, ale stal na uboczu. Sąsiad Putz pisał do władz w imieniu Mamy różne podania, które skutkowały w ulgach na kontyngentach, a także w przydziałach na poślad, węgiel itp. Mama jeździła do Warszawy, do Babic rowerem, a potem w zapoznanym sklepiku zostawiała rower i przesiadała się na tramwaj i odwiedzała Maryś i kolejno rodzinę. Ale brała przy okazji osełkę masła i parę jajek, aby podać według pana Kazimierza, wskazanemu urzędnikowi Niemcowi w pokoju X. Co bardzo pomagało na rzecz spalonego Borzęcina. Przy okazji zdołała się zaprzyjaźnić z siostrami Putza i jego żoną. /one były na tyle optymistkami, że snuły plany na radośniejszą przyszłość i że użyczą mi pokój u siebie, w Poznaniu, kiedy przyjdzie mi tam studiować.../ Uprosiły Mamę na przyjęcie do nas gościa na krótko, także wypędzonego Wielkopolanina, bez meldunku. Był to bardzo miły pan, niskiego wzrostu, chodzący zawsze w czarnym paltociku. Widać wykształcony i bardzo uprzejmy. Chętnie rozmawiał ze mną na tematy literatury szkolnej i tłumaczył mi niektóre wersety z Ewangelii. Domyśliłem się, że jest to zapewne ksiądz ukrywający się przed poznańskim gestapo. Ale o nic się nie dopytywałem, aby go nie kłopotać, a głównie Mamę. Odwiedzał nas w wolnych chwilach i Bohdan Jakubowski, który właśnie otrzymał pracę w fabryce karabinów "Waltera" na Woli, jako szlifierz.

Do szkoły chodziłem na miejscu, do czwartej klasy. Uczyłem się bardzo dobrze, aby sprawiać Mamie radość i pociechę. W gospodarstwie, tam gdzie występowało wąskie gardło z personelem, włączałem się w zastępstwie, bo wszystkie roboty w polu znałem i umiałem pracować z końmi. Ciągle rozmyślaliśmy o przednówku, o wiośnie, łące, nowych zbiorach, aby załatać braki w słomie i w innych. Strzelczyk - "Pan Władziu" otrzymał zgodę od Mamy, aby uruchomić lokomobilę i młocarnie i "chodził" z nimi na zarobek dzieląc się nim po połowie z kasą gospodarstwa. Pan Putz robił starania u Niemców, abyśmy mogli kupić na raty silnik diesla na płozach i zastąpić wypracowaną lokomobilę. Wystarczyło ten sprzęt istniejący pociągnąć parą silnych koni i mieć dobry pas skórzany i kalafonię do jego smarowania. Okazało się to owocne i przynosiło dochód, a nawet dodatkową słomę. I nadszedł dzień, kiedy szedł od drogi do naszego podwórza, jakiś zabłąkany przechodzeń, w największą pluchę i wiatr z deszczem i śniegiem. Miał czapę, podniesiony kołnierz i szedł dziarsko. Kiedy wybiegłem mu naprzeciw, okazało się, że to przyszedł wujaszek Roman. Z mety skierował się do Mamy i oznajmił, że "ZYGA ŻYJE!". Zdrętwieliśmy wszyscy na stojąco, a on wymachiwał świstkiem papieru. Było to zawiadomienie z obozu jeńców wojennych w Murnau [3]. Obezwładniliśmy wujka Romka i całowaliśmy go gdzie popadło. Mama, z babcią Micią padły na kolana intonując modlitwę, a my wtórowaliśmy im z całych sił. Wiadomość lotem błyskawicy obiegła całą wieś. Proboszcz wywiesił zaraz przy kościele, że to i to, a msza święta w tej intencji dziękczynnej odbędzie się jutro w najwcześniejszej godzinie. Rano kościół był nabity po brzegi. Nigdy dotąd nie przeżyłem tak wzruszającego nabożeństwa. Proboszcz wyróżnił przy tym wujka Romana, brata pani Drewsowej, że w taką okropną pogodę wyruszył natychmiast z Warszawy, aby powiadomić siostrę. Deo gratias alleluja! Po jakimś czasie przyszedł list od Zygi, z przywieszką na zgodę wysłania paczki (max. do pięciu kilogramów). Zaczęło się z nim nasze serdeczne korespondowanie. Zima dawała się w Polsce we znaki, ale my błogosławiliśmy ojca i męża, że przed wyjazdem na wojnę wykonał nowoczesny system ogrzewania domu (na owe czasy). Zamontował dwa piecyki koksowe, stałopalne. Zostawił nam pełną piwnicę ziemną w parku zaopatrzoną lekkim koksem gazowniczym, w przeciwieństwie do koksu przemysłowego, który nie zdawał egzaminu w przypadku tych piecyków. Mama błogosławiła go za zmysł przewidywania i opiekuńczy. Nie dziwiła się jednak, bo znała męża doskonale. Ponieważ była kucharka odeszła, żona Strzelczyka zaproponowała Mamie swą głuchą siostrę, Jaśkę. Mamusia przyjęła ją na próbę. Okazała się bardzo pracowitą i lojalną. Cala ta rodzina była u nas aż do końca okupacji i wojny. Ja jeden tylko wiem, ile to moje matczysko wycierpiało z powodu nieobecności Zygi w gospodarstwie tej przeklętej zimy oraz wojny.

Pan Władzio uruchomił konną komunikację naszą do Babic, bo okupant nie przywrócił komunikacji autobusowej przez Borzęcin. Wychodził widać z założenia, że nie potrzeba mu takowej, wzdłuż krawędzi graniczącej z Puszczą Kampinowską, o której już wtedy przebąkiwało się, że stanowi doskonałą bazę dla partyzantki. Wóz z siedzeniami otwartymi i kocami jechał w poniedziałki, środy i piątki do Warszawy, ale po kilkunastu jazdach musiał zostać zlikwidowany, jako nieopłacalny.

Przemyśliwaliśmy też potrzebę odbudowy dachu na stodole, ale trudności piętrzyły się, głównie finansowe. Tato wiedział, że w skład areału Borzęcina wchodziła enklawa ziemi piaszczystej, na której nawet żyta nie opłaciło się uprawiać. Więc zaproponował sprzedaż tej enklawy, pod nazwą "Borki", która leżała przy polnej drodze do Izabelina. Zaczęliśmy więc szukać kupca. Dawni znajomi wujka Janka Drewsa, dowiedziawszy się o sytuacji żony Zygi, dość szybko znaleźli kupca, który rozglądał się za terenem zdatnym do urządzenia piaskarni budowlanej. Pomagali też w pertraktacjach, aby uchronić Mamę przed ew. oszustem. Okazało się, że kandydat do kupna jest osobą godną zaufania. Odetchnęliśmy z ulgą. Bardzo interesowała mnie ta sprawa, jako zaprzysiężonego opiekuna Mamy.

Okazała się mała trudność, która mogła opóźnić rozpoczęcie odbudowy dachu nad stodołą. Mianowicie musiała być dostarczona zgoda notarialna Taty, aby Mama mogła podpisać akt sprzedaży enklawy. Poszło to nadspodziewanie sprawnie, bo kierownictwu obozu dla jeńców wojennych w Murnau zależało, aby ich stosunek był w miarę przyjazny. Bliskość Szwajcarii i centralnych władz Czerwonego Krzyża oraz inspekcji, które bywały dość częste w obozie. "Przy okazji" zaproponowali Ojcu, aby zdecydował się podpisać ,,volkslistę''. Z tytułu, jak twierdzili, niemieckiego nazwiska (richtig deutsche name). Tato nie zgodził się, mówiąc, że jest Polakiem. "Pomyśl - jeśli się zgodzisz, za trzy dni będziesz w domu u żony i dzieci"... Tato pomyślał, ale wziął za wzór Langnerów. Skąd mogli wiedzieć, że na przykład Drewsowie z Hanoweru, jak i Warszawy mogą pochodzić ze Szkocji? Pułkownik Stefan, razem z Tatą siedział w Murnau [3] ... Któregoś dnia pod ganek domu w Borzęcinie zajechała bryczka, a w niej czterech cywilów, mówiących po niemiecku. Pytali o właściciela majątku. Mama odpowiedziała, że nie ma. "Co znaczy nie ma?! Jak będziesz kłamać, to wyjedziesz do Oświęcimia!". Na to Mama poszła do pokoju i przyniosła zawiadomienie z Murnau. Rzucili się chciwie do czytania. Po odczytaniu, wsiedli do bryczki i odjechali. A na odjezdne rzucił jeden po polsku: "No to mu starczy, tam mu dadzą za swoje!". Po jakimś czasie dowiedzieliśmy się, że było to gestapo, aby aresztować ojca (za Duchnice)... "Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło". Dopiero wtedy też domyśliliśmy się, że ten informator o śmierci porucznika Drewsa na wojnie, to musiał być podstawiony jakiś mieszkaniec wsi Duchnice. Bo po przekazaniu nam tej złej wiadomości, zaraz się gdzieś ulotnił. Niemcy zawsze lubowali się w zemście, nawet mają takie przysłowie: "Rache ist Jüs" - "zemsta jest słodka". A tym bardziej w słabej i podbitej Polsce.



przejdź do początku

Komentarze (1)

    • avatar
    • Jacek Talikowski
    • napisał(-a) 2012-11-20
    Władysław Strzelczyk po zakończeniu wojny został leśnikiem w Puszczy Piskiej, osiedlił sie w leśniczówce Kowalik. Zmarł w 1986 roku, żona jego w 1994. Zostawili siedmioro dzieci: Eugeniusz, Jacek, Asia, Antoni, Kazimierz, Jan i Barbara. Uzupełniono na podstawie listu wnuczki pana Władysława, córki Eugeniusza, pani Ewy Głód-Strzelczyk.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku