Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Zdjęcia do rozdziału
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2011-03-06 11:11:48
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Suplement Zygmunta Drewsa

Szkoła Tajnego Nauczania w Ożarowie

Nadszedł czas, kiedy Mama zapisała mnie na tajne komplety nauczania odbywające się w Ożarowie. Stało się to z namowy pani Dahlenowej. Prowadziła ona razem z mężem gospodarstwo ogrodnicze w Ołtarzewie, gdzie mieli obszerny dom z dużą werandą. Szkołę tajnego nauczania zorganizowały w Ożarowie, w domku własnym, siostry szare matki Ledóchowskiej, który prowadząc przedszkole otrzymały kiedyś w spadku i darowiźnie. Kiedy Niemcy kasowali też przedszkola, zajęły się oficjalnie ogrodnictwem. Po cichu zaś i przedszkolem. Nazywaliśmy je "szare myszki matki Ledóchowskiej". Przyjechały z Warszawy dwie siostry z cenzusem nauczyciela szkoły średniej. Jedna została dyrektorką tej filii Gimnazjum imienia Górskiego (byłego). Miała kwalifikacje polonistyczne. Druga będąc magistrem uczyła nas historii. Matematykiem był miejscowy emerytowany nauczyciel i drugi uczący przyrody. Ksiądz dochodził z zakonu Pallotynów z Ołtarzewa. Lekcje odbywały się na zmiany w domach rodziców uczniów. Było nas siedmiu, dla zmyłki umawiano nas na następny dzień w ostatniej chwili. To samo było z kompletami dziewcząt. Jednak najczęściej spotykaliśmy się u pani Dalenowej, gdyż weranda była mało widoczna od drogi Warszawa - Poznań i była zdatna do szybkiej ewakuacji, na wypadek jakiegoś niebezpieczeństwa.

Dojeżdżałem więc na te zajęcia rowerem z Borzęcina 6 kilometrów, nie licząc jazd po Ożarowie i Ołtarzewie, kiedy nauka odbywała się w różnych mieszkaniach. Strzelczyk znał się dobrze na rowerach i wyszykował mi możliwie najlepszy na tamte czasy. Pani Dahlenowa matkowała nam, ilekroć mieliśmy u niej zajęcia na werandzie.

Pan Dahlen, były wojskowy z armii Hallera w randze pułkownika, będąc chorym nie wychylał się z domu. A w dodatku nienawidził Niemców. Rodzice moi, będąc w Święcicach, odwiedzali się co jakiś czas towarzysko, przez związek dwóch patriotów i militarystów. Tak więc znajomość ta, w tych ponurych czasach, zaowocowała dobrze w mojej gimnazjalnej edukacji. Janka Dahlena, ich syna, mojego rówieśnika, znałem zatem z przed wojny. Był szczupłym chłopcem, bardzo wrażliwym i wychowanym w domu wojskowego polskiego patrioty. W gabinecie jego ojca, weterana z ostatnich wojen z armią carską i bolszewicką, obowiązkowo musiała wisieć na jednej ze ścian paleta pamiątkowych szabel i innych militarnych precjozów. Była to chluba pana pułkownika i myślał, jak by to przechować w całości nienaruszone przez wojnę. Emerytowany pułkownik Wojska Polskiego, jako rolnik-ogrodnik, czuł się mało zagrożony. Sąsiedzi Polacy szanowali go i nikomu by nie przyszło do głowy, aby go zadenuncjować. Rodziny Volksdeuczów mniej go znały a inne też wiedziały, że ciągle chorował. Tak więc ten dom był dla nas w miarę bezpieczny i tu spotykaliśmy się na lekcjach z nauczycielami najczęściej. My, tak zwany komplet, wiedzieliśmy, że niebezpieczeństwo mogło nam grozić od zniemczonych rodzin, głównie od młodszych chłopców, którzy chodzili na zbiórki Hitlerjugend. Tam uczyli ich fanatycy Hitlera jak denuncjować takich jak my i wysyłać do obozów zagłady. Ale widocznie ich rodzice chcieli żyć z nami nadal w poprawnych stosunkach i hamowali swych chłopców w niepotrzebnych zapędach. My zaś postanowiliśmy profilaktycznie na własną rękę postraszyć tych gnojków. Ci z Hitlerjugend byli odważni tylko w grupie, na swych zebraniach. W pojedynkę zaś byli tchórzami. Więc kilka razy zapolowaliśmy na tych młodszych łebków.

Kiedy namierzyliśmy takiego w miejscu odludnym i w osłonie zieleni, zajeżdżaliśmy go w czterech znienacka, przy świście opon i hamulców. Jjeden z naszych o głosie stanowczym wygłaszał krótką mowę. "Ty mały, jakby Ci przyszło kiedyś do głowy zaszkodzić nam, Polakom, w naszym życiu, to pamiętaj, że nikt Ci nie pomoże i nie znajdzie, a pójdziesz do Abrahama dwa metry pod ziemię. A jeśli będzie Ci tego mało, to wasze domy i gospodarstwa pójdą z dymem". Poczem mówca dawał rozkaz do odjazdu. Obserwowaliśmy potem różne ich reakcje, ale żadnej wsypy z ich strony na naszym terenie nie było.

Winienem jestem Czytelnikowi wspomnienie o jednym z Drewsów warszawskich o imieniu Zygmunt, gospodarującym dość krótko przed dziadkiem Leonem. Odlewnia żeliwa funkcjonowała w dobrej kondycji, ale kierujący nią nieopacznie doprowadzał ją do ruiny. Otoczenie nazywało go "Zygmuś piękny", a panienki rozpuszczały go do kwadratu. Trwał obyczaj, że w niedzielę zjeżdżały się powozy do Alej Ujazdowskich z odpowiednim wycugiem, gdzie zamożna młodzież harcowała w swych pojazdach na odcinku od Placu Trzech Krzyży do Belwederu. Bywały i małe wyścigi, a także przeskakiwania z jednego powozu do drugiego i inne wygłupy. Zygmuś nie chciał zostawać w tyle, więc sprawiał sobie co lepsze sprzężaje i szalał na równi z innymi. Koszty jego zachcianek szybko rosły w górę. W końcu Odlewnia Drewsów nie mogła sprostać ich rozmiarom. Dowiadywałem się o tym przodku, hulace, gdzieś z boku i cichości, ale chciałem skonfrontować te gadki z wiedzą Buni. Ta ucinała taką rozmowę i mówiła, że to źli ludzie z zazdrości rozgłaszają takie plotki. Ta "puszka pandory" rozpłynęła się na całą rodzinę i stąd ta cisza z nastałą kurtyną. Dopiero w moim dorosłym życiu wujek Janek Drews uszczknął mi trochę rąbka tajemnicy. Jedna z dam tych wojaży warszawskich zakochała się w "pięknym" i doprowadziła rodziców do zgody na wybór narzeczonego. Ojciec zakochanej panny był administratorem generalnym dużej firmy browarnianej w Warszawie pod nazwą "Haberbusch i Szile". Doszło do mariażu. Zygmuś swą elokwencją i bystrością umysłu całkowicie ujął swego teścia o znanym w Warszawie nazwisku Openheim. Sielanka w rodzinie trwała długo. Teść rekomendował zięcia do samodzielnego kierowania wydzielonymi działami produkcji. Wszystko rozwijało się znakomicie. Nawet stara Odlewnia odmłodniała, kiedy otrzymywała zastrzyki gotówki. "Pan młody" pławił się w pochwałach teścia. Ale uderzyła mu po części "woda sodowa" do głowy. Stawał się zbyt zuchwały i zaczął zaniedbywać swe wydzielone obowiązki. Natura niestety ciągnęła młodego wilka do lasu. Przypomniał sobie o różnych młodzieńczych flirtach i uważał, że to przystoi "wielkiemu człowiekowi". Ale przeoczył, że może to nie podobać się żonie i teściowi. Teść zaczął skrupulatniej badać jego bieżącą i poprzednią działalność. Przy pierwszym potknięciu gospodarczym w firmie, pozbawił go ról współkierowniczych. Nie wyobrażał sobie, aby mógł wstydzić się zięcia i nie dbać o swą nieskazitelną opinię szefa dużej firmy. Flirty i romanse nie mogły ujść uwadze żonie i teściowej. Udowodnione, pozwoliły im wyrzucić zięciaszka z ich nobliwego domu. W odlewni też zmieniono rodzinnego jej kierownika. Leon Drews, dojrzewając w takiej atmosferze, postanowił odciąć się od tego wszystkiego i zapoczątkować nową branżę odlewników żeliwa na wykonawstwo budowlane i projektowanie architektoniczne. Tak rozpoczęła się więc nowa profesja w rodzinie Drewsów, której prekursorem stał się nieodżałowany, przedwcześnie zmarły, mój dziadek, Leon Stanisław Drews. Stryjek (wujaszek) Janek Drews przejął gotowy, świetnie rozkręcony "warsztat pracy" po ojcu. Kończył studia przez dziesięć lat, bo nie musiał się spieszyć. Bunia prowadziła mu dom, łącznie z Marylą i żyło im się szczęśliwie i dostatnio. Jako kawaler, lubił życie towarzyskie, ale bez żadnych zobowiązań matrymonialnych. Do wujaszka Janka jeszcze powrócę. Lubiłem go bardzo, a on mnie też, stąd wolno mi było buszować w jego pracowni architektonicznej, ilekroć bywałem z ojcem, albo rodzicami, na ulicy Czerwonego Krzyża 6.

W Borzęcinie, i w ogóle, Niemcy przykręcili sprzedaż węgla na wolny rynek. Przydziały były bardzo skromne, trzeba było zakrzątnąć się o jakiś opał zastępczy dla załogi gospodarstwa.

Strzelczyk nawiązał kontakt z leśniczym, Polakiem w Izabelinie i mógł kupić chrust leśny, układany w metrach przestrzennych po okorowaniach drzew na wywózkę, do składów strzeżonych przez Niemców. Jechało się w trzy wozy dwukonne piaszczystą drogą z koleinami. Ja też powoziłem jednym z tych wozów. Chodziło o to, aby w chruście zakamuflować jakiś grubszy kawałek, a jeśli się dało to i kilka, aby z opału tego był jakiś trwalszy pożytek. Bo chrust owszem, ale do piecyków typu "koza" trzeba było go dokładać i pilnować ciągłej dokładki do ognia. Byczkowski miał ku temu spore doświadczenie z Ukrainy, gdzie pracował za młodu w dużych majątkach ziemskich i był to ich główny opał na zimę. Dowodził nami szybko i w mig każdy wóz był gotowy do drogi. Drogę mieliśmy ciężką, bo konie ciągnęły wóz na żelaznych obręczach w koleinach z piachu. A obsługa często, aby pomóc koniom, musiała pomagać i go pchać.

Strzelczyk jednak zapuszczał się w dłuższe utajnione rozmowy z leśniczym, który powiadamiał go o przypadkach i dniach, kiedy Niemcy uprzedzali go dzień wcześniej o potrzebie wyłączenia leśnych prac z pewnego rewiru. Aby absolutnie nikt nie pokazywał się w tym miejscu z jego ludzi, łącznie z nim. On jednak czujnie analizował co się może dziać. Na drugi dzień słyszał ryki ciężarowych samochodów na dukcie leśnym i serie strzałów karabinowych. Potem następowała cisza i kolumna samochodów odjeżdżała. Stał w oddali i domyślał się czegoś strasznego, ale milczał bo zagrozili mu, że jak się sprzeniewierzy narzuconej mu tajemnicy to odjedzie do Abrahama! Jednak odważny Polak, patriota, dzień po wyżej wymienionych ruchach Niemców, szedł w to miejsce, gdzie napotykał duże ilości łusek karabinowych. Wtedy część z nich wbijał siekierką w pnie dużych drzew okolicznych. I tak było do końca wojny, co się powtarzało w różnych odstępach czasu. Niemcy zawsze zdołali wyrównać, przywożonymi dodatkowymi więźniami Pawiaka, świeże doły i posadzić tam młode sosenki. Ówczesna praca leśniczego wydała owoce, kiedy szukano po wojnie grobów więzionych na Pawiaku patriotów polskich. W tym, odnaleziono ciało Janusza Kusocińskiego [1], mistrza olimpijskiego w biegach długodystansowych. Niemcy nienawidzili go, że taki "głupi Polak" zdobył dla Polski złoty medal na igrzyskach w Los Angeles w 1932 roku. A nadto, że nie chciał zmienić obywatelstwa swego na niemieckie. "O tempora o mores" - takie to były czasy...

O tym wiedziałem i ja, już wtedy, ale uszanowałem tajemnicę Strzelczyka i Bohdana, a głównie pana leśniczego, kiedy podsłuchałem rozmowę tych dwóch pierwszych panów. A tajemnicę tę oparłem na przysiędze Ojcu, abym na biblię opiekował się Mamą do jego powrotu.

Niemcy, nie mogąc zdobyć Wysp Brytyjskich, gdzie Anglikom pomagali bardzo skutecznie polscy piloci myśliwscy, rzucili się w 41 roku z całym impetem na Związek Sowiecki. Odczuliśmy to i my w Borzęcinie. Ogromne kolumny wojsk zatrzymywały się w naszym parku, a sztabowcy w naszych pokojach. Co jedni odjechali, przybywali nowi kwatermistrze. Ugniatali nas w naszych pokojach do granic możliwości. Nowa szkoła, od początku w rękach niemieckiego wojska i na przemian z żandarmerią. Kwatery zajmowali na plebani i w młynie jak i w co lepszych zagrodach małorolnych rolników. Największe nasilenia trwały od kwietnia przez maj do połowy czerwca. Było ciepło, Niemcy wystawiali swoje radia i na cały głos wsłuchiwali się w przemówienia Hitlera. W przerwach ryczeli z zachwytu, wyciągali ręce zbiorowo do góry na ,,Hail". Sceny te powtarzały się bez końca. Zaglądałem też do Ożarowa, gdzie przyzwyczajałem się już do tajnego nauczania. Pociągi towarowe z wojskiem i sprzętem przejeżdżały jeden za drugim non stop. Żołnierze śpiewali swe ulubione marsze ochrypłymi gardzielami lub nastawiali radia z mowami Hitlera. Szosą "poznańską" jechały kolumny aut ciężarowych z przyczepkami lekkiej artylerii. Na lorkach pociągów pod plandekami duże cielska czołgów i skrzyń z amunicją. Nie mogłem się nadziwić, że tyle tego mają.

W domu Zbyszek, syn kierownika szkoły, zacierał ręce i głosił, że spotka ich sromotny odwrót z Moskwy, wzorem Napoleona. Tym bardziej, kiedy wojska te uderzyły na Związek Radziecki 21-go czerwca. Była to rocznica uderzenia na Moskwę przez Napoleona. Hitler chełpił się, że podbije całą Rosję przy pomocy "blitz Krieg" - wojny błyskawicznej. Jak to się potoczyło, to teraz już dobrze wiemy. Rodzina Zbyszka już wtedy po cichu komunizowała i jej horoskop miał rację. Byłem wściekły, kiedy widziałem jak jeden z żołnierzy "trupiej czaszki" (S.S.) zakradł się do naszego ula w ogrodzie. Kijem zrzucił daszek pszczołom i bezczelnie zaczął wyciągać ramki z miodem do worka. Krótko trwała ta nasza bezsilność, bo kochane polskie pszczółki dały mu natychmiastową ripostę. Tak go drania pogryzły, że opędzając się całą drogę trafił do lazaretu. Kiedy jednak bóle mu uśmierzyli, wrócił z benzyną i z wielką złością podpalił resztkę ula. Kiedy odjechali, ze Stasiem Majsnerem, oglądając tę scenkę z krzaków, usypaliśmy mały kopczyk, bohaterskim polskim pszczołom, zatykając w nim małą tabliczkę. Pszczoły, okazało się, że żyją i w nieco zmniejszonym składzie założyły sobie na drzewie w dziupli nowy ul, przytomnie ratując w niebezpieczeństwie swoją królową.

Dochodziły też do nas za pośrednictwem karawaniarzy i rozwożonej "bibuły'' wstrząsające i przerażające słuchy co się dzieje w Oświęcimiu, wewnątrz obozu. A także w podobnych obozach na terytorium G.G. i w samych Niemczech. Ale najokropniejsze z Ghetta Warszawskiego i innych dużych miast Polski, z których w rezultacie wywożono Żydów do obozów śmierci. Niemcy szykowali w drugiej kolejności taką jatkę Polakom, ale na razie potrzebowali siły roboczej do swojego przemysłu i rolnictwa. Więc masowo wywozili naszych na te roboty niewolnicze.

Mieliśmy też sygnały, jak obchodzili się Niemcy z jeńcami Czerwonej Armii. Na przykład w przedwojennym więzieniu na Świętym Krzyżu na skraju Puszczy Jodłowej na kielecczyźnie. Tam, głodząc jeńców kapustą, doprowadzali ich do rozpaczy, silniejsi fizycznie rozrywali zwłoki swych zmarłych nocą współbraci i zjadali na surowo ich wątroby i co tylko jeszcze nadawało się do tego celu... Makabra. Nam na szczęście od Boga, udawało się względnie bezpiecznie przetrwać nieludzką wojnę. Zawsze mieliśmy swoją kurę i kawałek baraniny oraz kawałek chleba upieczonego z wykradzionego z kontyngentów niemieckich ziarna. Wszystko oni potrzebowali gwałtownie na zaopatrzenie swego frontu wschodniego. I każda wpadka groziła wywózką do obozu śmierci. Ale trzeba było ryzykować, aby samemu żyć i uszczknąć cokolwiek od wroga oraz dla "karawaniarzy warszawskich". W nocy mieliłem ziarno na ręcznym młynku, aby nie zdradzić się z tą czynnością. Chleb wychodził bardzo razowy, ale był. Także nocą dokonywał się u nas ubój rosłej świni, którą sprawiał masarz (syn organisty). Na rano wędliny szły do wędzenia, w wędzarni zakamuflowanej w budynkach gospodarczych na plebani. A podroby i kawałki świeżego mięsa na stoły grupy sąsiadów, którzy w umówionych terminach powtarzali to tajne zadanie i tak w kółko dzieląc się swym pożytkiem. Słonina i boczek szły do wędzarni na potrzeby bijącego. Świnkę taką chowano u nas zakamuflowaną wśród bałaganu kurnikowego i klatek z królikami. A jej kolczyk przechodził z ucha na ucho zarejestrowanego w buchalterii. Szynki zaś trafiały do beczek i były peklowane, aby najlepiej utrafić na stół wielkanocny i bożonarodzeniowy. Właściciela zaś kolczyka, co jakiś czas weterynarz zaprzyjaźniony z sąsiedniej wsi kwalifikował jako wieprza padłego. Wtedy też Mama mogła podać coś lepszego nam i Taty rodzinie w Warszawie. Nie mówiąc o szwabie, który odraczał narzucenie Borzęcinowi trojhendlera. Mama nie zapominała też o rodzinie pana Putza w Warszawie, bo Kazimierz bał się o swą posadę naszpikowaną szpiclami niemieckimi w Kręczkach.

W zaistniałej sytuacji zaczęli nas nachodzić nocami "kwatermistrzowie". Grupki partyzanckie, zakwaterowane w Puszczy Kampinowskiej. Z odcieniem prawicowym "AK" i polskim lewicowym "AL", a także niestety i sowiecke. Kiedy nocą rozlegało się do okien stukanie w szybę Mama zamierała ze strachu. Początkowo ujadały psy podwórzowe, ale szybko milkły, partyzanci smarowali cholewy swych butów sadłem wilczym. Trzeba było otwierać. Wybierali wówczas sobie jakieś resztki garderoby po ojcu i najchętniej deputat z wódki, który Mama otrzymywała w części jako środek płatniczy za kontyngenty. Meldowali też, że zabierają krowę lub jałówkę, dziękowali i pytali, czy potrzebuje pokwitowania. Ja towarzyszyłem Mamie w tych trudnych dla niej chwilach, bo wyczuwałem jak jej serce wali jak miotem i pocieszałem, jak umiałem. Wiedziałem, że znów trzeba będzie narażać weterynarza i siebie na najgorsze...

Ta zapłata w wódce była stosowana z premedytacją dla Polaków, aby ich rozpijać możliwie szeroko i rządzić nimi w miarę bezpiecznie. Dawało to odwrotny skutek, bo partyzanci idąc na trudną robotę, pili dla kurażu i rozpruwali szwabów bezpardonowo i odważnie. W tym uwalniając z więzień gminnych zakładników polskich, przeznaczonych na rozstrzelanie lub wywózki do obozów straceń czy na roboty do Niemiec. Chwała im i cześć za to!

Nie dochodziły nas natomiast słuchy, aby Żydzi z ghett masowo zasilali stanice "leśnej braci". Woleli przeczekiwać cierpliwie swoje katusze licząc, że ich starszyzna udobrucha Niemców i pozwoli przeżyć wojnę przy pomocy złota, dolarów i brylantów. Niestety srogo się w tym mylili...

Kiedyś trafił mi się w powrocie rowerem z tajnego nauczania w Ołtarzewie, groźny przypadek. Zauważyłem na poboczu drogi pod drzewem pompującego dętkę rowerzystę. Kiedy go miałem ominąć, wyprostował się i zagadnął czy mam dobrą pompkę rowerową. Przystanąłem stojąc okrakiem na ramie i podałem mu ją. Wtedy ów typ sięgnął dłońmi do swych kieszeni i wyciągnął z nich dwa pistolety, celując we mnie. "Ściągaj teczkę i złaź z roweru". Przemknęła mi myśl, że to podstęp gestapo i że książki w teczce dadzą mu podstawę do aresztowania. Kiedy wziął teczkę do ręki i zajrzał doń, serce mi żywiej zabiło. On zaś teczkę rzucił pod drzewo, wsiadł na mój rower i odjechał prowadząc jedną ręką mój rower a drugą swój. Na odchodne pogroził mi, żebym nie robił szumu, bo innego dnia zakatrupi mnie lub zgłosi na żandarmerię. Kiedy oprzytomniałem z wrażenia, odjechał już daleko, a na drodze nie było akurat żywej duszy. Stałem samotny, poniżony w południowy, upalny dzień, wściekły z bezsilności i utraty wspaniałego na ów czas roweru. Doczłapałem się na ołowianych nogach do domu. Mama pocieszała mnie, jak mogła najlepiej. Ale ja wiedziałem jedno, ta cholerna wojna winna jest wszystkiemu...

Strzelczyk też mnie pocieszał i był pewien, że to jakiś bandyta Polak rządny tego roweru i znający moją niebezpieczną sytuację z tajnego nauczania. Następnego dnia wcześnie rano, wziął mnie na ramę swego roweru i pojechał ze mną do Ołtarzewa. Tam złożył mi rower drugi. Jednak na oko mało atrakcyjny, ale lekko chodzący i posiadający inne jeszcze walory wewnętrzne. Tak, że do wakacji 44-go roku służył mi wybornie i nie wzbudzał w nikim grzechu pożądania cudzej własności. Nauczyłem się przy tym, co znaczą "wartości wewnętrzne'', nie tylko w sprzętach, ale co ważniejsze w ludziach. Skąd mogłem wiedzieć, że ta nasza diabelsko dramatyczna tragedia z Borzęcinem dopiero miała nastąpić?

Informacje ze światowej sceny wojennej przynosiły wreszcie upragnione zwycięstwa sprzymierzonych. U nas skutki bitew pod Stalingradem, w trójkącie Kurskim, pod Monte Cassino, lądowanie aliantów w Casablance, na przyczółku francuskim z kanału La Manche, masowe bombardowania przemysłu niemieckiego podcięły całkiem widocznie butę szwabów. Stali się mniej wrzaskliwi. A my, młodzież z Ożarowa, z lubością obserwowaliśmy pociągi z rannymi i odmrożonymi żołnierzami, jadącymi coraz częściej na zachód. Część z nich odłączana była na leczenie i opiekę w warszawskich szpitalach polowych. I nie tylko, bo i w większych miastach G.G. Na rekonwalescencję upychano ich do rodzin polskich. U cioci Maryś dokwaterowana była od dawna rodzina niemieckiego kierownika rzeźni warszawskiej z Raciborza, do której "dojechał" ranny syn z frontu wschodniego.

U nas, do Borzęcina, przysłali kilku żołnierzy na rehabilitację pod pretekstem przeciwstawienia się ewentualnym partyzantom. Woleli oni jednak nocować w oborze, aby nie być osaczeni w domu, a stołowali się w nowej szkole, gdzie mieli wojskową kuchnię. Bohaterowie, kiedy psy nocami naszczekiwały od strony puszczy, otwierali ogień w powietrze ze swych pistoletów maszynowych i rzucali pokaźną ilość ręcznych granatów. Czasem zaglądali do naszego domu, aby zagrać z nami w "chińczyka". Wtedy rozgadywali się z panem Porajem po niemiecku. Pamiętam, że jeden pochodził z wyspy Rugia, a drugi z Torunia. Ten ostatni przejawiał dawną niechęć do Polaków i musiał być z mniejszości niemieckiej w tym mieście. Zapewne chodził na zajęcia Hitlerjugend i był członkiem piątej kolumny. Teraz był cichutki i spokorniały. Ten drugi prawił o swych walkach na froncie. "Kiedy bronił okopu z broni maszynowej przed kolejnymi czerwono-armiejcami, lufy im się rozpalały do białości i wreszcie odmawiały posłuszeństwa. Wtedy osłaniali się granatami i wycofywali do drugiej linii obrony. Kiedy się oglądali, widzieli za sobą spiętrzone zwały trupów żołnierzy radzieckich. I tak raz po raz, aż obudził się w szpitalu polowym. Marzył o powrocie na Rugię i do matki. Grupkę tą zmieniały szwaby co jakiś czas ze sporymi przerwami. Tego z Torunia, chętnie bym zastrzelił, ale Mama mi kategorycznie odradzała...

Rok temu, Niemiec, fachowiec z powiatu, przyjechał "oplem kadetem" z kierowcą, Polakiem. Wziął Mamę na ważną rozmowę i oznajmił, że ma rozkaz wydzielić w polu odrębną działkę i zasiać na niej przywiezione nasiona rośliny zastępującej kauczuk naturalny. Że to ma być oczko w głowie właścicielki majątku, bo roślina strategiczna! I że głowa jej poleci jak zbagatelizuje ten rozkaz. Mama więc powierzyła mnie tę plantacyjkę, na powierzchni 30 x 30 metra. Wiedząc, że nie zawiodę ją w walce o jej życie...

O roślinę tą, rzeczywiście dbałem bardzo, tak, że miała ona najlepszą opinię tego inspektora w okolicznych dużych gospodarstwach rolnych. A ja, kiedy zeszliśmy z pola i mama częstowała go herbatą, już z jego kierowcą uganiałem się Oplem po łące, bardzo zadowolony z tego faktu, iż mogę poprowadzić ten nowiutki samochodzik. Kierowca też był rad, bo zawoził do domu parę jajek. Rośliny omawiane rosły, ale ich naukowcy stwierdzili, że klimat nasz nie sprzyja właściwemu rozwojowi i dali sobie spokój z tą uprawą. A nam kamień spadł z serca i cieszyliśmy się, że Niemcy "kaput'' i chylą się wyraźnie ku upadkowi. W Ołtarzewie zaś Janek Dahlen, hurra patriota, zwrócił się do mnie, jako syna też patrioty polskiego, konspiracyjnym tonem, iż jest okazja zapisać się do prawdziwej partyzantki. I że przysięgę możemy złożyć na dniach, trzeba tylko mieć sztukę broni (może być bagnet wojskowy). W Borzęcinie było ich sporo, ale pordzewiałych. Więc z Jankiem szorowaliśmy dwa i okazały się w całej swej krasie. Zgłosiliśmy za pośrednictwem Janka swą gotowość i termin został nam wyznaczony.

W oznaczonym dniu i miejscu, zameldowaliśmy się służbiście i czekali o zmroku na odbierającego od nas rotę. Po krótkim czasie wojskowym krokiem zjawił się ów pan, w płaszczu gabardynowym i kapeluszu z piórkiem, nasuniętym na czoło i w ciemnych okularach. Na powitanie rzucił ,,Czołem kandydaci chwalebnej służby dla Polski" i odebrał rotę przysięgi, którą powtarzaliśmy za nim. "Dalsze rozkazy otrzymacie za kilka dni". Uścisnął nam mocno dłonie, popatrzał głęboko w oczy, zasalutował, my w odpowiedzi też i zniknął. Poczuliśmy się z Jankiem mocno usatysfakcjonowani, nie myjąc swych dłoni przez trzy dni. Odżyliśmy z ulgą, bo Bohdan i Zdzisław byli w "AK", ale nie chcieli mnie jako małolatowi pomóc. Zagrałem im na nosie uchylając swojego rąbka tajemnicy.

Po czterech dniach nadszedł rozkaz: zorganizować sobie drukarenkę ręczną (dziecinną), naciąć paski papieru z napisem "Polska Żyje'' i rozprószyć z roweru w okolicy stacji kolejowej Ożarowa, apteki, sklepu i kilku zagród volksdeustchów i zniknąć o zmroku. Następnie czekać na dalsze rozkazy. Przyszły niebawem, wcielając nas do zapasowej drużyny grabarzy oraz sanitariuszy. Rozkaz, to rozkaz, odwołania nie ma. Życie nasze biegło nadal szkolną ścieżką, lecz już w prawdziwym ruchu oporu. Świadomi, że nasi ojcowie byliby z nas dumni, Ojczyzna też.

Pociągów z rannymi widzieliśmy coraz więcej. Alianci zaciskali mocno pętlę na hitlerowcach i Wermachcie. Groźne były jedynie dla nas pomruki w Borzęcinie o wyczynach Armii Czerwonej na "burżujach''... Informacje te czerpaliśmy z bibuły podziemnej. My, w podziemnej szkole uczyliśmy się możliwie najlepiej na rzecz przyszłej Polski. Przygotowywaliśmy się do czerwcowej "małej matury" w roku 45-tym.

Szwaby zaś wyżywały się na polskich członkach ruchu oporu przy użyciu wściekłego gestapo, jak również na pozostałych resztkach Żydów w gettcie. Sodoma i gomora! I wreszcie nasza tragiczna chwila w Borzęcinie przyszła...

W nocy z siódmego na ósmy sierpnia 44 roku przyszła silna grupa Akowców z lasu, zasięgnąwszy wcześniej języka, że wojsko "Rona" kwateruje we wsi. Wycięła w pień wszystkich ich członków na kwaterach Borzęcina, a maksymalnie na plebani. Zdobyli parę wozów broni i amunicji, a od mieszkańców kilka sztuk rogacizny. U nas jakoś nie kwaterowali. Nocą, kiedy trwała strzelanina, wpadli do naszego domu zdesperowani proboszcz i wikary. Mieli obietnicę, że mogą pójść z nimi. Po krótkiej naradzie z Porajem, Bohdanem i praktykantem rolnym, Władkiem, szybko zdecydowali. Ja mam zostać opiekować się Mamą, która właśnie zapłakiwała się, Poraj ma rano dzwonić jakby nigdy nic o godzinie szóstej w lemiesz do roboty. Bodzio i Władek, jako z nie miejscowymi papierami, ujdą z księżmi. Tak też się stało. My nie zapalając nadal świateł, ułożyliśmy się w sposób normalny do snu. Mamę, w miarę możliwości, uspokoiłem, a Ania rozbudzona i przerażona przylgnęła do Mamy i obie udawały, że śpią.

Któregoś dnia, babcia idąc na skróty do kościoła przez nasz park i ogród księdza, natrafiła fatalnie na dwa wilczury, nie zamknięte przez pomyłkę po nocy, pogryzły ją bardzo dotkliwie. Biedną, zabrał do siebie wujek Janek Talikowski (syn babci) na leczenie do Częstochowy. Zabrał także dziadka Michała razem z nią.

O 6-tej rano, kiedy Poraj zaczął dzwonić na załogę do pracy, wjechał samochód z czterema żandarmami. Wszystkich ustawili na podwórzu obok pana Józefa. Jeden pilnował ich, a trzech przetrząsało dom załogi i dwór. Wypędzili nas pozostałych, w tym mnie i Mamę z Anią. Całą zaś złączoną grupę popędzili na szosę we wsi, w pobliżu młyna. Kobiety, dzieci i starych, zamknęli za wysoką bramą w młynie. Nas (mnie zakwalifikowanego do mężczyzn) postawili w jednym rowie, z rękoma zaplecionymi na głowie i kazali stać jeden obok drugiego na odległość wyciągniętej ręki. W drugim rowie, naprzeciwko nas, ustawili lekkie karabiny maszynowe. Sprowadzili posiłki żandarmerii. Kiedy się im przyjrzałem, zobaczyłem niewiele ode mnie starszych chłopców w hełmach. Zapewne było to pospolite ruszenie zmobilizowane przez Hitlera z konieczności. Rechotali oni głośno i przymierzali się do strzału, czekając na rozkaz. Widać zaczęła się pacyfikacja wsi. Sierpniowe słońce weszło szybko i prażyło nas niemiłosiernie, ale narzuconej nam pozycji stojącej nie wolno było zmieniać. Nogi nam omdlewały, a strach i słońce spowodowały, że pot spływał nam do butów. Starsi żandarmi biegali po poszczególnych zagrodach, do niektórych po dwa razy i coś zapisywali razem z sołtysem. Obok mnie stał starszy człowiek i zaczął nucić pieśni kościelne. Podchwyciłem jego sposób przetrwania i z wyraźną ulgą robiłem to samo. Wreszcie szwaby powróciły do nas z komendą ,,Achtung" i kazali odczytać sołtysowi listę chłopców, którzy mają wystąpić z rowu do nich na szosę. Ustawili ich w dwuszereg, potem jeden ze szwabów wyciągnął z kieszeni notes i odczytał im po niemiecku wyrok jaki im przypisali. Poczem pod eskortą wyprowadzili ich za najbliższą stodołę i rozstrzelali. Było ich, jak naliczyłem dwudziestu trzech. Niech Bóg ma ich w swojej łaskawości...

Następnie uruchomili czołg stojący w pobliżu, wzięli w asystę załogę karabinów maszynowych i dalej z dowiezionymi psami, powędrowali śladami partyzantów, aby namierzyć ich kierunki. Nam w rowie dali komendę spocznij, poczem kazali wkroczyć na podwórze młyna. Tam, natychmiast i bezszelestnie zjawiła się Mama z panią młynarzową opasały mnie jakąś spódnicą, założyły chustkę na głowę i jako trzy kobiety wepchnięty zostałem w głąb domu młynarza. Potem widziałem z okna, jak za rowem od strony Puszczy Kampinowskiej, żołnierze rozprawiali się z chatami, jakie tam stały. Jeden wybijał kolbą szyby, drugi wlewał z kanistra benzynę, trzeci wrzucał tam zapaloną pochodnię i szli do następnej chaty. W jednej chwili płomień buchał szparami słomianych dachów. Krótko potem ustawiono znajdujących się mężczyzn w czwórki, zaopatrzono ich w szpadle i łopaty poczym pognali w siną dal. Pozostałej ludności kazano szykować się do spania w dwupiętrowym, drewnianym młynie. Ale ani jedna osoba nie chciała skończyć życia jako żywa pochodnia. Woleli koczować na podwórzu, wśród cegieł zastawionych garnkami z wrzątkiem i herbatą rozdawaną przez pana Wlekłego.

Wnet dowiedzieliśmy się, że jesteśmy pod strażą jednostki "Rona", złożoną z renegatów - jeńców radzieckich pod wodzą brygadiera Kamińskiego, oddającą swe usługi armii niemieckiej [2]. Niemcy używali ich do opasania Powstania Warszawskiego w lewobrzeżnej Warszawie, które trwało właśnie od 1-go sierpnia 44 roku. Była to wyjątkową swołocz, która miała niemieckie mundury i czapki a robiła z Polakami co chciała, a na koniec powstania burzyła i podpalała na rozkaz masowo domy warszawskie. Bazy swoje mieli w lasach w Zaborowie na polanach. Mieli  tam swoje wozy i konie z hołoblami, a nawet częściowo swoje żony i dorosłe córki. Zaopatrywali się głównie u ludności polskiej, w tym u uciekinierów warszawskich. Oni to dostawali przyzwolenie, aby "powetować" swoje straty w Borzęcinie. Mieli się za narodową armię rosyjską wrogą czerwonemu Kremlowi. Nam nie wolno się było wychylić za ogrodzenie murowane młyna, co groziło z miejsca kulą w łeb. Na drugi dzień pozwolili naszym kobietom pobiec w południe do swych domów i przynieść coś do jedzenia. Ale po półtora godzinie grożono śmiercią. Mama pobiegła do siebie, ale zobaczyła przerażający widok. Po krzakach kręciły się tylko psy i kury. W szafach były kompletne pustki. To samo w oborze i stajni, a także w stodole i spichrzu. Mamusia zdołała złapać na przynętę kurę i wrócić o czasie do dzieci (to samo robiły kobiety z naszej stałej załogi). Mama zdołała jeszcze zabrać z mojej zabałaganionej szufladki nocnej szafki, mój zegarek kieszonkowy na rzemyku. Widziała, że został fortepian i ciężki, pamiątkowy stół dębowy, którego nikt z szabrowników nie mógł udźwignąć. To był ogromny szok dla nas obojga. Myśleliśmy intensywnie, że trzeba będzie uruchomić nasz zapasowy plan ewakuacji z Borzęcina, przed najazdem Czerwonej Armii i rodzimych komunistów. Myśleliśmy, jak każdy z rodziny Talikowskich, o Częstochowie i błogosławionym skrzydle wujka Janka i jego żony, cioci Lenki. Decyzja ta przyszła szybciej, bo zostaliśmy bosi i nadzy. Jedyną pociechą było dla nas to, że partyzanci z AK uzyskali znaczną ilość broni i amunicji, z którą nieśli pomoc przez cmentarze powązkowskie do walczącej Warszawy. W nocy widać było ogromną łunę. Istne piekło...

Strzelczyk, który pracował z młocarnią u ludzi poza Borzęcinem, skombinował jakąś bryczkę i na prośbę Mamy odwiózł nas do Ołtarzewa, zaopatrując także w zimową odzież. Ja byłem bez swoich butów z cholewami, bo żandarm wypędzający mnie z domu w okolicę młyna, spieszył się i ponaglał tak, że zdołałem naciągnąć po drodze zaledwie spodnie. Chodziłem dotąd w butach darowanych mi przez pana Wlekłego, acz mało dopasowanych. Front wschodni zatrzymał się w tym czasie na Wiśle i nie ruszył, aż dopiero w połowie stycznia 45 roku, uderzając silną ofensywą. Pozwalało to Niemcom niszczyć metodycznie Warszawę. Znaczącą rolę odgrywały bandyckie oddziały "Rona". A zza Wisły nie nadeszła żadna pomoc...

Jadąc z naszego podwórka do szosy, oglądałem się wielokrotnie na nasze budynki Borzęcina i park z domem, licząc każde drzewo przy drodze. Wiedziałem, że trzeba utracić ich panoramę, tylko nie wiadomo na jak długo. A jednak chyba na długo...



przejdź do początku

Przypisy i rozwinięcia encyklopedyczne

  • [2] W moich zbiorach jest wycinek prasowy dotyczący RONA i domniemanych powiązań z Putinem. Tekst umieszczam poniżej.

    rona_small.jpg

przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku