Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2011-03-06 11:54:09
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Suplement Zygmunta Drewsa

Częstochowa

Zaczęła się nasza kwarantanna przebycia dramatycznej drogi do Częstochowy. /Na szczęście Częstochowę nie włączyli do Reich-u, lecz otoczyli ją podkową graniczną G.G., nie śmieli tego uczynić, choć mieli na to wielką ochotę, ale bali się Polaków i aby nie wdepnąć w gniazdo os/. Przebywaliśmy tę trasę zygzakiem. Najpierw czekaliśmy u zaprzyjaźnionego piekarza, pana Wilde-go w Ożarowie, aż polscy kolejarze upatrzą nam przejazd. Z powodu Powstania Warszawskiego były ogromne komplikacje. Pociągi z rannymi musiały jechać na zachód płynnie, a z materiałami i zaopatrzeniem wojennym na wschód także.

Wreszcie dali nam znać, że z Ożarowa odjeżdża "lorka" przed parowozem do Kutna. W Kutnie trzeba czekać na okazję, najlepiej do Skierniewic. Na lorkę zabierają zakładników za darmo, aby ustrzec pociąg przed partyzantami, a nam lepiej schować się przed peronowymi łapankami, bo wagon staje na przedzie peronów i w pobliżu kolejowych budyneczków, a często i krzaków. Ze Skierniewic pociągi już jeżdżą normalniej, ale trzeba omijać większe stacje z peronami i obchodzić je pieszo. Nie mieliśmy innego wyjścia. Zależeć od szwabskich kolejarzy to była istna wpadka. Podziękowaliśmy więc polskim i w drogę. Oni zaś przekazali nas swoją łącznością do kolegów z Kutna i Skierniewic.

Odjechaliśmy przed nocą opatuleni mocno, bo noce bywały chłodne a lorka była bez ścian i dachu.W dodatku mocno sfatygowana i nie miała wszystkich desek w podłodze. Tak, że było gdzie nogi spuścić. Słychać było wyraźnie stukot kół i szum z samej jazdy. Więc Mama otuliła szczególnie starannie płaszczem i sobą Anię, bo ze strachu kwiliła całą drogę. Nam zaś z chłodu, ale głównie z nerwów, dzwoniły zęby. Lorka była pełna ludzi potrzebujących jak my tej podróży. W takt stukotu nuciliśmy dobrze znane nam pieśni religijne. Zrobiło się przez to cieplej i bezpieczniej. Każdy trzymał czujnie swe plecaki, my swoje z woreczkami cukru, w które zaopatrzył nas stary koneser zawieruch wojennych, błogosławiony świętej pamięci, Józef Byczkowski. Chleba i sucharów dał nam pan Wilde, więc pożywienia dobrego mieliśmy pod dostatkiem, trzeba było uzupełniać butelki z wodą pitną. W Kutnie kolejarze przerzucili nas sprytnie do lampiarni, z poleceniem czekania na następną okazję. Wtedy dopiero uprzytomniliśmy sobie; że mamy papiery z G.G., a tu była Rzesza, gdzie w razie wpadki groziły nam dodatkowe restrykcje. Odwrotu już nie było żadnego. Po kilku dniach doczekaliśmy się przed nocą odjazdu następną lorką. Drogę do Skierniewic oświetlał nam swą pełnią księżyc. Parowóz przystawał co kawałek, jakby nadsłuchiwał spotkania z dynamitem partyzantów. Najdłużej przed większymi mostami, gdzie warta w hełmach wychodziła ze swych bunkrów obłożonych workami z piaskiem, aby przeglądnąć stan pociągu. Oświetlali nas swymi latarkami i sprawdzali, czy nie mamy jakiejś broni. To było bardzo denerwujące, bo w każdej chwili mogli wyciągnąć z platformy i posłać na roboty do Niemiec lub gdzieś jeszcze gorzej...

Naliczyłem mając duszę na ramieniu tych mostów trzy, ale byliśmy przeświadczeni, iż partyzanci mieli swój wywiad i na zakładników nie podnosili ręki, kierując ją na magazyny i areszty, gdzie trzeba było odbijać cennych więźniów z wiejskich aresztów. W Skierniewicach przeczekaliśmy w lampiarniach, aby wymknąć się z dworca i iść w polną drogę. To były bardzo trudne obejścia, bo po drogach spotykało się dużo jednostek wojskowych przegrupowujących się w różne strony. A każdy dowódca był bardzo czujny na widok nawet najmniejszej grupki cywilów. Skutecznym środkiem było schodzenie im z drogi w zarośla lub leżenie w kartoflisku.

Od kolejarzy, naszych dobrodziejów, mieliśmy wykaz stacji kolejowych, które trzeba obejść, aby uniknąć łapanek. Do takich należały: Rogów, Koluszki, Piotrków Trybunalski, Kamieńsk, Radomsko, a nawet Rudniki przed Częstochową, gdzie Niemcy produkowali mączkę strzelniczą. Wszystko to było dla mnie nowe, a myśl o przymusowym opuszczeniu Borzęcina, przerażająca. Ponieważ takie odczucia widziałem i u Mamy, tym bardziej ta sytuacja przytłaczała i paraliżowała. Wiedziałem, że trzeba zacisnąć zęby i wytrwać do końca w osiągnięciu zbawiennej Częstochowy. A za busolę mieć postać Ojca i Biblię. Klucząc po obranej drodze, napotykaliśmy we wsiach na dobrych ludzi. Współczuli nam solidarnie, od czasu do czasu napoili, nakarmili, podwozili furką, dawali się umyć i doradzali. Rewanżowaliśmy się garnuszkiem cukru, choć nikt absolutnie tego nie wymagał. Tak dobrnęliśmy, obchodząc Rudniki, do wsi Mirów, graniczącej z Częstochową.

Bóg chciał, że w jednej z chałup napotkaliśmy chłopo-robotnika, który znał osobiście doktora Talikowskiego. Wysłuchawszy nas rzekł, że wprawdzie zaczyna się godzina policyjna a ale on ma przepustkę, pracuje z wózkiem ręcznym, z którym stoi akurat pod domem numer 13 przy  placu Daszyńskiego, gdzie mieszka i przyjmuje pacjentów, doktor Talikowski. On też posiada przepustkę nocną. Więc widząc tak ważną sprawę dla doktora, pójdzie zaraz go powiadomić, że nadeszła jego siostra Irena od Warszawy z dziećmi. Nie minęło dużo czasu, jak nadbiegli obaj zdyszani, ale radośni. Wujka pamiętałem z rodzinnej uroczystości, jaką wyprawił dla członków rodziny na swoje dziesięciolecie ślubu, ubiegłego roku na Jasnej Górze, w której i ja uczestniczyłem. Był naszym wielkim autorytetem, więc witaliśmy się spontanicznie i bardzo serdecznie. Zaraz też zapakowali wózek naszymi tobołkami, w tym naszą Anię z moim plecakiem, bo skaleczyła sobie nogę i niosłem ją ostatnio od Radomska. Wujek ponaglał, bo widział nas brudnych i zmizerowanych, a ciocia Lenka czekała z kolacją i ciepłą wodą w łazience. Dobry człowiek z Mirowa wzruszył się naszym widokiem i odwiózł nas pod sam dom wujka. Podziękowaliśmy mu z całego serca i przekazaliśmy całą resztkę cukru z pozdrowieniami dla jego rodziny.

Po modlitwie dziękczynnej na Jasnej Górze, po szczęśliwym dotarciu z Borzęcina do Częstochowy. 16-09-1944 Ania mama i ja.
U cioci Lenki powtórzyła się scena powitania... Poczuliśmy wielką ulgę z udanej przeprawy. Zauważyliśmy także, że oprócz nas, przebywa u wujków siostra Lenki, ciocia Myszka z Krakowa z ukrywającym się jej mężem, Kazikiem Nowakiem. On musiał uciekać po jakiejś wsypie w jego miejscu pracy. Niemcy nie mieli już takiej siły, aby uganiać się za każdym zbiegiem, w dodatku partyzancie niższej rangi. Zaczynałem rozumieć w szerszym kontekście, co to jest wojna "druga światowa".

Niestety babcia Micia już nie żyła. Zdążyliśmy ją pochować przed Powstaniem Warszawskim na Powązkach, w grobie rodzinnym Talikowskich. Kiedy szedłem w kondukcie żałobnym za trumną, słyszałem rozmowę jej dwóch koleżanek: "O ta Micia to sobie pożyła". Kiedy spojrzałem na tabliczkę u trumny, dostrzegłem cyfrę "72", która utkwiła mi na całe życie. Pozostał u wujka dziadek Michał, osowiały i samotny, bardzo mi go było żal. Babci Mici, oprócz ran po psach, doczepiła się jeszcze jakaś "różyczka" na pięcie i ona doprowadziła ją ponoć do zgonu. Temu nie mógł zapobiec nawet bardzo kochający matkę wujek Janek, lekarz medycyny ftyzjatra, wespół z jego kolegami po fachu i ich konsylium.

Rano obudził mnie ze snu jakiś strzał, ze "sceny pacyfikacyjnej i rowu Borzęcina". Zerwałem się na równe nogi i z okna drugiego piętra pilnie obserwowałem sytuację na dole. A na dole ciepły, niedzielny poranek. Małżeństwa pod "de pache" odświętnie ubrane, a wśród nich o zgrozo, spieszący się mundurowi Niemcy. Drugi "strzał" to był tylko dzwon, zwołujący ludzi na Mszę Św. w kościele św. Zygmunta. Na to weszła ciocia Lenka, zadowolona, że już nie śpię, bo przede mną dużo dziś spraw. A śniadanie czeka. Załatwiła mi gimnazjum tajnego nauczania, gdzie chodzi jej syn, Jasiek, młodszy ode mnie o rok i że będę mógł z powodzeniem nadrobić początek roku szkolnego, bo jest zaledwie l5-ty wrzesień. Odruchowo palnąłem "Co ciocia. Niech lepiej ciocia zdobędzie mi kopyto, bo Niemcy tu bezkarnie hulają i nie ma kto do nich strzelać!" Ciocia zamrugała powiekami, choć była erudytką, nie wiele mogła z tego zrozumieć. "Kopyto, kopyto. Co to jest?". "To jest spluwa, ciociu", co jeszcze gorzej przemawiało do niej. Zrozumiała jednak, że sytuacja jest groźna, mając do czynienia z takim dzikim, drapieżnym zwierzątkiem, jak ja. Zaczęła więc swym aksamitnym głosikiem przemawiać do mnie, wyjaśniając sytuację na świecie i że Polska po wojnie będzie potrzebowała mądrych ludzi, aby ją odbudowali. Młodzież powinna się uczyć i jeszcze raz uczyć. Wspomniała też o moim ślubowaniu mojemu Ojcu i Biblii, o czym musiała dowiedzieć się już od mojej Mamy. Na koniec podała godzinę, gdzie jutro rozpocznie się pierwsza lekcja mojego tajnego nauczania. Tam zaprowadzi mnie Jasiek. Nie mogłem odmówić. Tak zaczęła się w Częstochowie moja edukacja ostatniej klasy, przed "małą maturą", w warunkach też tajnego nauczania. Zastałem tam komplet 6-cio osobowy. Najsilniej wyciągnęli do mnie swe ręce z pomocą Henio Bednarski i Patryk Seifryd. Zaraz to oni zainteresowali się, czy mam żółtą kartę. Nie miałem pojęcia, co ona mogła znaczyć. Szybko się wyjaśniło, że jest to "karta pracy'', którą Niemcy honorowali przy urządzanych łapankach. A jedna z nich urządzana była na co dzień przy moście w alei "Adolf Hitler" - po naszemu Najświętszej Marii Panny. Tam to urzędnik "Arbaitsamtu" sprawdzał papiery przechodniów, którzy wydawali mu się zdatnymi do wywózki na roboty do Rzeszy... Jeśli papiery były mu wątpliwe, odprowadzał delikwenta do auta osobowego, które stało pod "domem Frank-ego" i kierowca odwoził go do budynku dawnego żydowskiego liceum, przy ulicy Jasnogórskiej 2 - zajmowanego przez ówczesny urząd pracy. Tam, po zebraniu odpowiedniej ilości osób, wagon ze Stradomia odwoził je do Niemiec albo Austrii.

Natomiast na następny dzień mieliśmy spotkanie lekcyjne, akurat po drugiej stronie mostu w domu i mieszkaniu na 3-cim piętrze, państwa Seifrydów, u Patryka. Heniek więc natychmiast orzekł. "Przyjeżdżaj jutro rano o wpół do siódmej rowerem do mnie na ulicę Bocianią 33 (koło rynku na Zawodziu) i jedziemy do Mirowa na ochotnika kopać "Pancergraben". Tam wyrobię ci u ,,Miszki'' kartę. Chyba wujek twój ma jakiś rower?". Pobiegłem do wujka, ten słysząc, co jest, odszukał mi w piwnicy zakurzony rower Jaśka i rzekł: "Masz, działaj!". Rano Heniek zgłosił przed apelem "Miszce", że przyprowadził nowego ochotnika do roboty i żeby przygotował mu kartę na fajrant. Nadto, że będziemy tam, gdzie zawsze. Wzięliśmy narzędzia i weszliśmy do "rowu przeciwpancernego".

Po krótkim czasie, Heniek wziął mnie za rękę i pociągnął za sobą. W jednej ze stodół, odchylił przy ziemi dwie deski i wślizgnęliśmy się do wnętrza. Tam na słomie był rozłożony koc, więc zasiedliśmy i jeszcze dwóch kumpli, biorąc karty do rąk. Po rogach stały szklanki "musztardówki" a jedna czekała na Miszkę. Gdzieś z pod słomy wyciągnęli napoczętą butelkę wódki, aby upozorować nasze picie i mieć co nalać Ukraincowi w mundurze niemieckim z oddziałów "własowców'', którzy służyli Niemcom. Niepostrzeżenie pokazał się i Miszka. Heniek, chwaląc go jako dzielnego wojaka nalał mu szklanę i ukroił skibę chleba na zakąskę z kawałkiem kiełbasy. Żołdak wypił i spieszył się do nadzoru robót. Heniek poklepał go po ramieniu, wręczył na odchodne nie odkorkowaną butelkę czystej i wyprawił za deski. O jedenastej punktualnie wizytował roboty pułkownik niemiecki, więc mieliśmy obowiązek mozolić się w rowie nad kilofem lub wyciągać bryły kamienia wapiennego na górę, stękając i nawołując się do wzmożonego wysiłku. Po wizytacji, powróciliśmy do swej pracy, to jest "książki zza pazuchy" i powtarzać lekcje zadane na popołudnie. Oczywiście picie alkoholu nie było nam w głowie. W domu przy kolacji pochwalił mnie wujek Janek za szybkość w uzyskaniu karty, bo on też to robił zaopatrując swych najbliższych przy pomocy pacjentów, ale trwało to około tygodnia. Tak więc na drugą lekcję do Patryka przeszedłem już przez most względnie "bezpieczny". Wujek też partycypował mi dla dobra sprawy w kolejce wódczanej, gdyż uciekinierów z młodymi chłopcami przybywało do Częstochowy coraz więcej i "kanał Heńkowy" był nam i im bardzo przydatny. Częstochowa licząca normalnie 120 tysięcy mieszkańców, miała ich wówczas według szacunków milion. Trzeciego dnia poszliśmy w wolnej chwili pomodlić się u stóp Królowej Polski, dziękczynnie za szczęśliwą drogę do niej, za wujka Janka i objęcie nas swym skrzydłem opiekuńczym na resztę życia doczesnego. Niestety na Jasnej Górze obsadzili Niemcy garnizon "Luftwaffen" [1]. Po wszystkich posadzkach kamiennych słychać było ich podkute buty. Wywiad AK wiedział, że paulini zdołali zabezpieczyć oryginał ikony w bezpiecznym miejscu i mieli swojego sapera, który umiał poprzecinać druty, gdyby Niemcy chcieli wysadzić Jasną Górę w powietrze.

Stopniowo dołączali do nas wujek Roman Talikowski ze swą młodą żoną Zosią i ciocią Maryś z Wacusiem i siostrą babci Mici ciocią Karolcią Szefner. A także ciocia Jadzia Jakobson z domu Talikowska z siostrą Gienią i mężem Władkiem "z ulicy Senatorskiej" z Warszawy. Dalej, doszlusował brat Stefan Talikowski, adwokat konsystorski oraz siostrzeniec jego Janek Jakobson. Oni jechali już od Pruszkowa pociągiem. Ten ostatni poszedł od razu dalej na zachód, do sprzymierzonych, szukać Wojska Polskiego, bo miał od AK odpowiednie namiary [2]. "Odliczyła się" też u wujka doktora Talikowskiego i Basia, sierota Jakubowska. Bohdan, jej brat, był krótko w Puszczy Kampinowskiej jako telegrafista AK. Wujek z żoną Lenką dwoili się i troili, aby dać u siebie siennik lub materac w gabinecie i wyżywić towarzystwo. Jednocześnie, wujek zaopatrywał nas w "Kennkarty" z miejscową pieczątką i karty pracy oraz wyszukiwał miejsca, aby nas możliwie najwygodniej zakwaterować. Była wielka solidarność Częstochowian z uciekinierami. Dotarł do nas z Kielc pan Żelazowski, tata cioci Zosi, który zostawił żonę u rodziny, a sam przybył odwiedzić córkę i "młodego" zięcia, którego nie znał, bo ewakuowali się z Wołynia. Ja poruszałem się już swobodnie po mieście i zwoziłem prowiant z domów wujkowych pacjentów, a ciocia Lenka ze swą wierną "pomocą" Otylcią i ciocią Myszką optymalnie kucharzyły.

Kiedy Niemcy zdławili Powstanie Warszawskie i przywrócili jakiś rygor w strefie nadgranicznej Warszawy, pociągi zaczęły kursować w miarę regularnie do i z Pruszkowa. Mama nie wytrzymała i pojechały z Basią na rekonesans do Borzęcina. Martwiłem się o nią, bo mimo wszystko teren przywarszawski był ciągle jeszcze niebezpieczny. Ale Mama siłą woli podejmowała to ryzyko.

Zastały tam jednostkę Rona, pod dowództwem majora, Czecha "ichniego volksdeutscha". Miał mały sztab w naszym domu i ochronę. Żołnierze i on sam jedli w budynku szkoły. On miał podobny majątek w Czechach i wiedział, że go przyjdzie utracić, kiedy przeleje się fala ofensywy radzieckiej na Berlin. Przychodziły tego dowody z Lublina, gdzie te praktyki zaczęli już realizować Polacy przeszkoleni w Moskwie pod nazwą "Tymczasowy Rząd Polski", a ściślej Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego. Stalin bał się nazywać wyzwalanej Polski "17-tą Republiką Związku Radzieckiego". Pamiętał zabór carski na tym terenie i trudności z Polakami. Dążył więc do ustanowienia nazwy Polska Ludowa. Mając poparcie Konferencji Jałtańskiej i swoich wojsk NKWD, które były dlań najpewniejsze...

Mama z Basią czuły się w miarę bezpieczne. Nawiązały kontakt z państwem Wlekły. Rodzina Byczkowskiego i Strzelczyka okazała się nadal bardzo lojalna względem Mamy, a szczególnie na pamięć "pana dziedzica" Zygmunta Drewsa, kochanego, wszędobylskiego agronoma. Strzelczyk przekazał Mamie dużą część swoich oszczędności, poczynionych na omłotach u sąsiadów naszą młocarnią. Wujek Janek z Częstochowy dodzwonił się do siostry, za pośrednictwem poczty w Zaborowie i życzliwemu nam jej kierownikowi, informując, że na dniach będzie miał okazję posłać do nich ciężarówkę firmy zaprzyjaźnionej z wujkiem, która przewozi towar do Pruszkowa. Będzie wracać pusta, więc może zabrać coś po drodze z Borzęcina. Zrobił się ruch szykowania świeżych warzyw, mąki itp. A nawet żywego barana. Pan Władzio był w tym niezastąpiony. Ja zatem "miałem czym rządzić" w imieniu Mamy. Bo my w międzyczasie przenieśliśmy się, z poręki wujka Janka, do wolnego mieszkania przy ulicy Garibaldiego 17 na parterze. Ciocia Maryś wespół z ciocią Zosią Talikowską pichciły nam, jak mogły najlepiej. Ja zdobywałem chleb, mleko i mięso, w tym, najczęściej koninę, w której ciocia Maryś wyspecjalizowała się dobrze, w odróżnieniu od mojej Mamy, która na sam widok wymiotowała. Ciocia Maryś i wujek Romek "spuszczali" coś niecoś ze swojej biżuterii i tak się łączyło koniec z końcem, nie siedząc ciągle na karku kochanemu doktorostwu. Ania i Wacuś chodzili przez "most kacapski" do swej szkoły podstawowej, którą Niemcy dozwalali Polakom. A Iruśka dążyła z całych sił, by dostać się do mieszkania cioci Maryś w Warszawie i rozglądała się za właściwą okazją. Wreszcie nadarzyła się taka. Major, Czech, zgodził się wydzielić jeden wózek konny (z hołoblą) i żołnierzem Rona, aby Mama pojechała nim do mieszkania na ulicę Mokotowską 36, róg Piusa i przywiozła co możliwe. Żołnierz zaufał Mamie, bo znał doskonale język rosyjski i miał obiecaną nalewkę ze śliwek. Z Mamy relacji wiedziałem, że otworzyła mieszkanie własnym kluczem. Zobaczyła posadzki zasłane warstwą kurzu i gruzu po kostki. Zastała kartkę Zdzisława, który wraz z kolegami z AK przemieszczali się kanałem kanalizacji z poddanej Starówki do Centrum i dalej na Mokotów. Mieli odpierać ataki czołgów niemieckich od strony lotniska, przy ulicy Puławskiej. Szafy były opróżnione z ważniejszych rzeczy i "zabezpieczone" w piwnicy. W tym i nasze. Iruśka do piwnicy dotarła. Widać było, że chroniły się tam siostra Wieszczyckiego i opiekunka Wacusia, dokąd nie wypędzili ich Niemcy do obozu w Pruszkowie. Oprócz betów do spania był tam węgiel i rzeczy wyniesione z szaf. Mama gorączkowo zaczęła te rzeczy rozkopywać, bo wiedziała, że w jednej z bieliźniarek miała pudełeczko po kremie "Nivea" z dwudziesto-dolarówką złotą na wszelki wypadek. Świeczka przewracała się i gasła, paznokcie Mamy pościnane od węgla, a pot ściekał jej z pleców do pantofli. Serce dzwoniło jak młotem. A żołnierz nawoływał do odjazdu. W ostatniej chwili, ostatnie pociągnięcie ręką uchyliło widok pudełeczka. Iruśka, uszczęśliwiona, chwyciła je i schowała za biustonosz. Resztę w stanie kompletnego wyczerpania. złapała co mogła, więc własną suknię balową i albumy foto ojca, tak pieczołowicie kompletowane. Trochę rzeczy Maryś i było tego trzy tobołki. Żołnierz pomógł złapać je i wyniósł razem z Mamą do wozu. Dotarło wszystko, a nawet stolik na trzech nóżkach, zabytkowy, po dziadku Leonie Drewsie, który mam do dzisiaj w swoim mieszkaniu ze Stasią. Żołnierz bał się, bo został oderwany od swojej kolumny a szybko robiło się ciemno.

Był to ostatni widok domu przy ulicy Mokotowskiej 36 widziany oczyma członka bliskiej rodziny przed zburzeniem. Iruśka miała jeszcze i inne kłopoty, kiedy zachorował żołnierz i mogła być oskarżona o jego otrucie, bo śliwki nie były do końca wydrelowane. Auto na "Holzgaz" było ostatnim kontaktem z Borzęcinem jako naszą własnością. Ilekroć o nim myślałem kląłem Hitlera, Stalina i tę wojnę, jako "staromaluśki" chłopak i wiedziałem, że miliony ludzi wyszły z niej tysiące razy gorzej ode mnie, ale ja byłem przekonany, że wyszedłem najbardziej pokrzywdzony z pokrzywdzonych. Dochodziły do Częstochowy słuchy o zimowej ofensywie sowieckiej, ale nie bardzo wiedziałem, czym ona może się dla nas zakończyć. Łudziłem się jednak naszym powrotem do Borzęcina. To piętno krzywdy pokutuje we mnie do dzisiaj...



przejdź do początku

Przypisy i rozwinięcia encyklopedyczne

  • [2] - Kolejność przyjazdu poszczególnych członków rodziny opisał również Stefan Talikowski i Jan Talikowski. Trzeba brać pod uwagę precyzję tego opisu pod kątem związanych z tym przeżyć. Własne wryły się na lata, dotyczące reszty rodziny poprzez uogólnienia graniczą często z nieścisłościami i zafałszowaniami. Za zgodne z prawdą bezsprzecznie należy uznać własne wspomnienia z podróży Stefana Talikowskiego i Zygmunta Drewsa. Opis zawierający wiele szczegółów świadczy o dość dobrej pamięci, "zaokrąglony" do ogólnych podsumowań może zawierać minięcie się z prawdą. Te błędy mają różną wartość w zależności od powiązań uczuciowych z bohaterami opisu.

przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku