Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Zdjęcia do rozdziału
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2011-03-06 15:05:19
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Suplement Zygmunta Drewsa

Okupacja stalinowska, w skrócie PRL

Martwiłem się więc o Iruśkę, bo łączność z nią była coraz gorsza, aż pękła na dobre. Wigilia przeszła nam względnie dobrze, bo wśród choinki i kolęd u cioci Lenki, a także pozostałych uciekinierów rodzinnych na ulicy Garibaldiego 17.

W sąsiednim domu pod numerem 19, był szwabski szpital wojskowy i stała warta za workami z piaskiem przy jego wejściu. Wartownik grał na trąbce rzewną kolędę "Cicha noc". Pomyślałem, że musiał to być Austriak (jak i autor tej pięknej kolędy). Grał ją jeszcze o zmroku kilka razy, chyba do Trzech Króli, kiedy pełnił wartę. Ale nie było mu dane rozczulać się więcej. Bo ruszyła ofensywa z nad Wisły i 16-tego stycznia w południe, dotarły do nas pierwsze czołgi z czerwoną gwiazdą. Jeszcze rano byłem przy pracy w Mirowie. Starszy feldfebel Otto rozpuścił nas wcześniej, tłumacząc się naradą u "Obersta" i nakazując rano normalną zbiórkę. Kiedy dojechałem rowerem do domu, zobaczyłem w bramie grupkę przypadkowych przechodniów rozprawiających o wjeździe do Częstochowy około godziny czternastej pierwszych czołgów.

Usłyszeliśmy na potwierdzenie tego kilka czołgowych strzałów. A na dodatek widoczny słup czarnego dymu z I-szej Alei NMP z nad domów naszego podwórka. Chciałem jeszcze skoczyć po odbiór należnego mi przydziału aprowizacji z tygodnia, ale ciocia Maryś wciągnęła mnie za rękę nie pozwalając mi wyjść za bramę. To samo czynili ludzie z bramy. Oni też naradzali się między sobą czy lecieć do swych domów kiedy się ściemni. Wychylaliśmy się z bramy, widzieliśmy Niemców gotowych do strzału ze swych pancerfaustów zza worków z piaskiem ułożonych na balkonach szpitala.

Kiedy wyjrzałem jeszcze raz, ludzi z bramy już nie było. Zrobiła się szarówka rozwidniana śniegiem na ulicy. Kiedy się przyglądnąłem mocniej, zobaczyłem Niemców w białych pokrowcach, kiedy przeskakiwali chyłkiem od domu do domu od strony wschodniej, ku szpitalowi. Moi domownicy zbili się ciasną grupką w kuchni, przy herbacie, uspokajając dzieci i samych siebie, bo odwiedzili nas też w tym dniu Jakobsonowie. Wujek Władek rozprawiał o podobnych sytuacjach, jakie przeżył w przeszłości, tragicznych, jak i wesołych, ale do śmiechu nam nie było. Słychać było strzały, poczym następowała cisza. Po północy zrobił się ruch ciężarówek pod szpitalem i stukot wielu podkutych butów, w zadziwiającej cichości ludzkich głosów. Wreszcie silniki ciężarówek zamilkły i zrobiła się wielka cisza.

Rano, kiedy się rozwidniło, zobaczyłem sporą grupę wyniszczonych, ale radosnych ludzi wiedzących, że są wreszcie wolni. Rozbiegli się, plądrując domy poszpitalne i myśląc tam o zajęciu dla siebie mieszkania. Ja zaś kierowałem się z synem naszego dozorcy w kierunku mieszkania wujka Janka Talikowskiego, czy aby się im coś nie przytrafiło? Kiedy szliśmy koło piekarni, zatrzymali nas czerwonoarmiści, pytając o składy mąki i jakąś sadzawkę do brania wody. Mieliśmy jakieś przebłyski wiedzy na ten temat, więc posadzili nas na otwartą ciężarówkę z kilkoma pustymi beczkami i w drogę. Wiedzieliśmy, że na "Kamieniu" w "Aniołowie" jest przy kuźni zamarznięty stawek. Wcześniej znaleźliśmy na tej samej ulicy Warszawskiej skład z mąką poniemiecką. Kowal miał małą chacinę, ale przyjął "towarzyszy" z wielką atencją. Więc "starszyna" z kierowcą skorzystał z gościny. Nam wyznaczył miejsce na wyrąbanie przerębla i nalewanie beczek wodą. Kiedy buchała z nas para ze zmęczenia, starszyna potrząsał swą wielką łapą rękę kowala i dziękował za wodę i za gościnę. Dał rozkaz do odjazdu. Widząc nasze zmoczone ubrania i buty oznajmił, że wodę dowieziemy, a po mąkę wyznaczy inny zespół robotników. Oznajmił też, na naszą uwagę, że woda posiada zanieczyszczenia, "niczywo", lepsza taka niż zatruta przez "germańca" w studniach lub miejskich wodociągach. Zaczęła się szalona jazda, aby zdążyć na możliwie maksymalny wypiek chleba. Na każdej dziurze, woda bryzgała z beczek, chlapiąc nas niemiłosiernie, kiedy kierowca jechał ostro i wężykiem, oszołomiony poczęstunkiem kowala... A przed nami pokazały się słupy żelbetowe przy krawędziach jezdni, których Niemcy nie zdołali wysadzić, aby przeciwstawić się czołgom nieprzyjaciela. Serca nam zamarły, kiedy w ostatniej chwili starszyna chwycił za kierownicę i wjechał między słupy. Przy piekarni potrząsnął nam ręce swą grabą i orzekł "maładiec rebiata Polszy". Poczem wyniósł nam kilka bochenków chleba i obdarował ze swych zapasów. Przy tej okazji nie omieszkał nas pouczyć: "pamiętajcie chłopcy, że na wojnie najważniejszy jest chleb i woda. Resztę sobie żołnierz doszuka".

Przypomniałem sobie, że rano przed wyjściem z domu jakiś żołnierz z czerwoną gwiazdką na czapie wołał w stronę klatki schodowej: "wychodzić, już idziemy". Spali na strychu, w jakimś barłogu lub starym meblu, w kufajce z "pepeszą" załadowaną w dłoni. Pierwszy ześlizgnął się młodzik z woreczkiem wojskowym na plecach i kocem przepasanym przez plecy. Zapukał do nas. Otworzyła ciocia Maryś i na prośbę wody, zaprosiła go do kuchni na "czaj". Chłopiec rozkoszował się gorącą herbatą a jeszcze bardziej pięknym językiem rosyjskim, którym operowała ciocia. Drugi stał w bramie i nawoływał go do pośpiechu. Na kilka danych mu na gorąco kotletów z koniny jeden zjadł, drugi przygotował dla kolegi, resztę schował a sam wyciągnął ze swego ,,mieszoka" kawałek materiału na letnią sukienkę, podając Maryś. Kiedy się wzbraniała, że nie trzeba, wykrzyknął: ,,Trzeba, bo to za twoje serce" i zniknął. Ta armia idąc nieprzerwanie do przodu musiała się sama wyżywiać.

U wujka Janka było dobrze, więc wróciłem do domu. A z dozorczakiem poszliśmy przeglądnąć były szpital. ,,Mrówki" wyniosły już z niego wszystko, a ludzie z Hasagu zabezpieczali sobie mieszkania. Na schodach zauważyliśmy ciężką skrzynkę, stojącą jak sierota. Wzięliśmy się za nią i zataszczyliśmy do naszej piwnicy. Głowiliśmy się, co może w niej być. Granaty, może krótka broń. Delikatnie podważaliśmy deszczułki. Za nimi pokazały się wióry drewniane. Teraz palcem rozsuwaliśmy delikatnie te wiórki i co namacaliśmy? Grube szkło z winem. "Eureka", krzyknęliśmy. Okazało się dwadzieścia pięć butelek, które zostały w szpitalu po świętach. Jednej zaraz utrąciliśmy szyjkę, aby napić się dobrego wina, bo usychaliśmy z pragnienia i głodu. Pozyskany łup wojenny zanieśliśmy dumni swoim domownikom. Powstała wielka wrzawa za tę dobrą robotę. Wujek Władek, który miał przed wojną, "na Senatorskiej" skład win francuskich, ocenił wino jako wyborne francuskie. Wujkowie i ciocie poczuły się raźniej, nalewając po połowie do szklanek z herbatą. Tak przetrwaliśmy całą noc, bo szły domysły, że Niemcy wrócą i nas wyrżną. Ale nic takiego się nie stało.

W południe następnego dnia, na placu Daszyńskiego, zajechały "katiusze" i posłały swe rakietki w stronę Gnaszyna, gdzie porobiły się korki z pojazdów wojskowych i pociągów wroga. Narobiły przy tym ogromnego huku między domami, że szyby leciały jak dzwonki. Byłem wtedy przy ruinie synagogi, gdzie zastał mnie potworny huk, taki, że padliśmy na chodnik obok murku tej byłej świątyni. Nie wiedzieliśmy skąd, ani gdzie jakieś bomby lecą i ziemia się trzęsie. Pchaliśmy spory wózek ręczny z synem dozorcy w drugą Aleję, do posesji zaprzyjaźnionego dozorcy, gdzie był duży sklep spożywczy. Mieszkanie tego dozorcy w oficynie przylegało do sklepowego zaplecza i dawne drzwi zostały tam zabite na dwie strony dyktą. Kiedyśmy się tam zeszli, dykta uległa odbiciu częściowemu i na czworakach znaleźliśmy się w nietkniętym sklepie "nur fur Deutsche". Na zapleczu stało łóżko z odchyloną kołdrą i nocna szafka z nadpitą szklanką herbaty. Widać kierownik sklepu uciekał w popłochu.. I dobrze mu tak. Na początek wzięliśmy się za "metrowe" worki z mąką, które ślizgały się dziurą po posadzce. Kiedy był ich dosyć w mieszkaniu, penetrowaliśmy inne produkty. Trzeba było się uwijać, bo od frontu ludzie zaczynali rozbijać metalowe osłony sklepu. Zdołaliśmy jeszcze przerzucić parę skrzynek z jajkami, duże wiaderka z marmoladą, jakieś paczki z margaryną, kilka pudełek z sacharyną i w nogi. Przegrodę z dykty odtworzyliśmy, a wnet po tym, runęła zapora drzwi wejściowych do sklepu. Słychać było tumult, bitwy na łokcie i krzyki. Postanowiliśmy przeczekać do zmroku, wyczyścić ubrania z mąki i brudu, aby potem bezpieczniej przerzucić "trofiejny" towar, na ulicę Garibaldiego, w drobniejszych porcjach. Ja pobiegłem do pomocy wujkowi Jankowi, który miał już u siebie znajomego szklarza i trzeba było znosić szkło do roboty. A wszystkie szyby frontowe poleciały od rakiet.

Podział żywności dokonał się solidarnie na trzy części, w czym pomogła wiedza moich kompanów o tym, że jest nas spora ilość uciekinierów warszawskich bez środków do życia. Kiedy przybyłem do domu z workiem mąki, jajkami i innymi produktami, zostałem okrzyknięty jako mąż opatrznościowy moich kochanych. Byłem bardzo dumny z tego powodu i nie miałem wyrzutów sumienia, skoro wojna zabrała nam wszystko, co mieliśmy, a teraz zwróciła choć trochę na nasze potrzeby. Martwiłem się jednak bardzo o Iruśkę, od której byliśmy kompletnie odcięci. Żałowałem tylko, że kiedy jechała do Borzęcina, nie uparłem się jechać z nią. Ale wiedziałem, że nie miałem wtedy na to żadnych szans, a ja miałem tu za największe zadanie robić małą maturę.

W pierwszym dniu "wyzwolenia" miałem razem z moimi świadomość, że wpadamy pod groźniejszą okupację, bo pod skrzydła czerwonych ze wschodu. Trzeba było ostatecznie opuścić Borzęcin. Był nawet zakaz mieszkania w tym samym powiecie, mimo braku jakiegokolwiek odszkodowania. Wynikało to z dekretu "władzy ludowej" "o reformie rolnej". Odszkodowanie w Polsce, o których mówiła Jałta było fikcją w głowie i czynach Stalina. I nie tylko w Polsce, bo i pozostałych państwach podbitych przez Kreml. Był to wianuszek republik buforowych rządzonych przez "imperium zła". Wpędzeni zostaliśmy w tę niewolę na całe 50 lat. Lat straconych dla naszego rozwoju gospodarczego i wszelkiego innego. Nadto mocniejszy brat ze wschodu wymordował nasz kwiat inteligencji już w 1940 roku, w dołach śmierci Katynia, Starobielska i Ostaszkowa, w postaci wziętych do niewoli 15-tu tysięcy oficerów polskich 1939 roku, którzy nie chcieli za nic iść na współpracę. W latach zaś 45-56 wymordowali perfidnie naszych ludzi z Armii Krajowej i innych organizacji nie mogących się pogodzić z niewolą sowiecką. Ginęli bohatersko, ze słowami na ustach "jeszcze Polska nie zginęła..." Ale jednak dla Polski tragicznie i z ogromną stratą w potencjale ludzkim. Do dziś nie do odrobienia przez jedno, a nawet kilka pokoleń...

Reszta, to już historia współczesna, którą każdy światły człowiek i patriota potrafi sobie uzmysłowić. Stalin nasłał po wojnie na Polskę 12 dywizji wojsk NKWD. Nadto, przeszkolili polski Urząd Bezpieczeństwa i co nie wymordowali sami naszego ruchu oporu, to zrobił to Urząd Bezpieczeństwa. W roku 56-tym nie było już kogo mordować, przemienili więc UB na Służbę Bezpieczeństwa. Ta nie była już urzędem samodzielnym i dla niepoznaki, połączyli ją z Milicją. Funkcjonował Urząd Kontroli Prasy, czyli "cenzura". Byliśmy więc nadal niewolnikami Moskwy. Dopiero w 1989 roku, dzięki "Solidarności", dobiliśmy się do wolnych wyborów parlamentarnych. Miała być ustawa reprywatyzacyjna, uchwalona w sejmie i senacie, i była, ale spaliła na panewce i legła w biurku byłego komunisty prezydenta Kwaśniewskiego, który nie podpisał jej projektu. Teraz w sprawie Borzęcina, przebąkuje się zwrot utraconego majątku w wysokości 15-tu procent jego aktualnej wartości. Ale kiedy to nastąpi, Bóg raczy wiedzieć. Już wiele obietnic w tym względzie było i nikomu już nie wierzę. Raczej gra idzie "na zwłokę", a więc i na wymarcie prawomocnych spadkobierców tych majątków. Narzucony nam po wojnie system doprowadził mnie do kompletnego załamania i niewiary w jakąkolwiek uczciwość i sprawiedliwość. Będąc osowiały wiedziałem tylko, że życie idzie naprzód i trzeba jakoś nadążać za braćmi aby być pożytecznym moim kochanym najbliższym.

"Małą maturę" osiągnąłem w gimnazjum żeńskim "Nauka i Praca" w Częstochowie (do niedawna, w tajnym w gimnazjum ogólnym przy ulicy Staszica 10), pod kierunkiem dyrektorki i nauczyciela matematyki, pani Rymkiewicz. Zanim to nastąpiło, znosiliśmy majątek szkolny wzięty przez rodziców uczennic na przechowanie. Były to ławki, zbiory biblioteczne, ale nade wszystko wyposażenie pracowni fizycznej, chemicznej i biologicznej oraz polonistycznej, historycznej i języka łacińskiego. Pracowni fizycznej przewodziła młoda absolwentka tajnego uniwersytetu, entuzjastka, panna Mońka rodem z Panek. Od języka polskiego panna Orpych. Władze szkolne Częstochowy, już wtedy zadecydowały, że od nowego roku szkolnego 45/46, nasz komplet chłopców przeniosą z żeńskiego liceum do męskiego imienia Henryka Sienkiewicza. Tak się też stało. Zaczęliśmy swe lekcje na początek w suterenie, do niedawna urzędu pracy po Niemcach. Natomiast do właściwego naszego gmachu wejdziemy po zwolnieniu przez wojsko radzieckie szpitala polowego.

Wszystkie gmachy liceów częstochowskich zajęte były na szpitale. Pierwszego dnia liceum siedzieliśmy w ławkach, oczekując przedstawienia nam naszych profesorów. Wchodzi taki wysoki brunet. Wstajemy z miejsc jako dobrze wychowana klasa, a on daje znać, aby siadać. "Bo ja jestem taki sam, jak wy". Prasnęliśmy śmiechem. Poczym wchodzi pani sprzątaczka i kręci się koło podium nauczycielskiego. My oczywiście ignorujemy ją i rozmowy trwają na całego. Więc ona wchodzi na podium, wyciąga z torby dziennik lekcyjny i zaczyna wyczytywać alfabetem nazwiska chłopców. My od niechcenia wstajemy i patrzymy co tu znowu za kawał. Na co ona; "jak się klasa nie uspokoi..."; i zaczyna się nam przedstawiać. "Nazywam się Jadźwińska, jestem absolwentem Uniwersytetu Jagiellońskiego, będę was uczyła fizyki". Klasa zaniemówiła, wszystkie oczy wlepiły się w jej posturę, a postura ta była niezwykle myląca, jak przystało na ludzi wielkich i wartościowych. Pierwsza godzina upłynęła nam z wielkim zainteresowaniem a w klasie nie było słychać nawet muchy. Tym bardziej, że klasa otrzymała przymiotnik "fizyczno-matematyczna''. Druga połowa klasy miała kierunek "biologiczno-chemiczny". Chłopcy schodzili się na przedmioty humanistyczne i praktyczne. Niebawem, przekonaliśmy się, że mamy kadrę "profesorską'' przedwojenną, o bardzo wysokim poziomie wiedzy i morale.

Przez te dwa lata liceum bardzo starali się oni przekazać nam wszystko, co mieli najlepsze. Tym bardziej, że byliśmy młodzieżą polską, która przetrwała wojnę i trzeba w nią inwestować maksimum tego, co najlepsze. Bo ubytki były ogromne. My wiedząc o tym i doświadczywszy wojny, odwdzięczaliśmy się im z całego serca, ucząc się nadzwyczaj odpowiedzialnie. W 46 roku oddano nam gmach szkoły. Zatem błyskawicznie poznosiliśmy sprzęty szkolne od ludności, która je przechowała i szkoła nasza wróciła do swojej postury, łącznie z pracowniami specjalistycznymi. W nagrodę nasza wychowawczyni, nauczyciel geografii, pani Jakubowska, wespół z ojcem kolegi, wicedyrektorem Huty Częstochowa, panem inżynierem Turskim, zorganizowali nam przepiękną wycieczkę poznawczą ,,po ziemiach odzyskanych, zachodnich". Ciężarówką do Gliwic, Wrocławia i Karkonoszy. Mieliśmy wgląd w ogrom zniszczeń Wrocławia i jego pięknych zabytków. Wgląd do kamieniołomów karkonoskich o bajecznych zestawieniach petrografii, której nasza wychowawczyni, pani Jakubowska, była specjalistą. A także zobaczyliśmy przemysł górnego Śląska, a na obrzeżu Gliwic ogromne pobojowisko. "Krajobraz księżycowy", lej przy leju po bombach aliantów, którzy nalotem dywanowym zniszczylii Niemcom w jednym dniu fabrykę benzyny wyrabianej z węgla w Kędzierzynie - Koźlu. To była dla nas nadzwyczaj pouczająca wycieczka. Dziękowaliśmy pani Jadzi stokrotnie, bo jechała z nami, a jej komentarze i wykłady były kapitalne.

Była piękna, wrześniowa pogoda, więc zrolowawszy plandekę, śpiewaliśmy całą jazdę piękne przedwojenne piosenki i aż pozdzieraliśmy sobie gardła. Ale to nic, wyhuśtaliśmy pana inżyniera Turskiego, jego kierowcę, a na koniec jego syna, Jarka Turskiego, z którym do końca matury siedziałem w jednej ławce. Jarek do dziś mieszka z żoną Tereską w Warszawie na ulicy Krochmalnej 3. Do naszej klasy doszedł jeszcze chłopak ze wsi Kłomnice o imieniu Konrad (z wypędzonej do G.G. rodziny poznańskiej). Jego ojczym, pan Różański, znając język niemiecki, został tam mianowany kierownikiem sporego młyna. Dobrze położonego, bo przy stacji kolejowej i przy szosie przelotowej Warszawa-Katowice. Mając dwóch synów i dwóch siostrzeńców, organizował z tamtejszym nauczycielem, księdzem proboszczem i innymi światłymi mieszkańcami wsi komplety tajnego nauczania. Postarał się też wyszukać wypędzonych również z Wielkopolski kilku nauczycieli z liceów - Poznania. Zatrudnił ich również w młynie. I tak zaczęło się ich tajne nauczanie w Kłomnicach.

Dunio przypadł mi do serca, bo znalem już z Borzęcina kilka osób, wypędzonych z Wielkopolski. Byli to ludzie cisi, opanowani, skromni, żądni wiedzy i porządku, pracowici i religijni. Obserwowałem jak na początku nasza klasa "paniczyków z wielkiego miasta Częstochowy", traktowała z góry "jakiegoś tam kmiotka ze wsi". Dunio przyjmował z pokorą wszystkie uszczypliwości. Siedział "przepisowo" wyprostowany na lekcjach z rękoma założonymi nad pośladkami i odpowiadał ściśle na zadawane mu pytania. Ale zawsze pełnymi zdaniami i precyzyjnie. Imponował mi, więc przybliżyłem się do niego tym bardziej, że mieszkał parę kroków ode mnie i chodziliśmy rano razem do szkoły, a po drodze na pacierz do kościoła Najświętszej Marii Panny. Zacząłem zachodzić do niego na odrabianie lekcji.

Rodzice Dunia mieszkali w Koźlu, gdzie pan Różański dostał willę do dyspozycji i kierował młynem, gdyż był z zawodu maklerem zbożowym z Poznania (razem z żoną panią Jach z domu Peltz). Czekali, aż wojsko radzieckie da im ich willę w Poznaniu (byli tam żołnierze technicy, pilnujący i utrzymujący sprawność linii teletechnicznej, łączącej Moskwę z Berlinem). Rewindykacja szła, jak po grudzie i pani Różańska z siostrą musiały zużyć sporo sił i środków, aby swoją nieruchomość i kilka innych po ojcu odzyskać. Do tego czasu, utrzymywały wynajęte mieszkanie w Częstochowie, aby Dunio (od słowa Konradunio) mógł ukończyć maturę. Mama jego sprowadziła swą kuzynkę, "ciocię Manikę", która gotowała i wychowywała oddanych jej pod opiekę chłopców sztubaków. Brat Dunia, młodszy Krzysio, przebywał wraz z rodzicami w Koźlu. Ciocia Manika traktowała mnie jak czwartego oddanego jej opiece chłopca. W piątki mogłem korzystać u nich z kąpieli. Dunio w krótkim czasie dał się poznać jako doskonały uczeń i kolega, więc nasza klasa zmieniła swój stosunek do niego. Nasze drogi z Duniem rozeszły się po maturze na rok. Kiedy on z rodzicami wrócił do Poznania i zaczął studiować chemię, ja zaś architekturę w Warszawie (a po roku w Szkole Inżynierskiej w Poznaniu). Ta nasza przyjaźń przetrwała aż do dzisiaj.

Na wycieczce, wszyscy powzięliśmy decyzje co do wyboru swej profesji. Agronomia odpadła z uwagi na Borzęcin. Pozostała architektura jako ciągłość familijna. Wujaszek Janek Drews wrócił z wojny, pracował w Poznaniu jako architekt i miałem nadzieję, że będziemy się wspierać w przyszłości. Ku mojej wielkiej radości i intensywnym kursie letnim przygotowawczym w Warszawie, dostałem się na uczelnię o własnych siłach, choć kandydowało 6 osób na jedno miejsce. Nie obyło się bez adrenaliny. Kiedy wywiesili listy, szukałem w tłoku swego nazwiska na liście przyjętych, w około 120-tu pozycjach i nic. Serce mi łomotało, bo byłem przyzwyczajony szukać swego nazwiska na początku alfabetu. Wtedy ktoś ze znajomych szturchnął mnie dosadnie gratulując sukcesu! Kiedy kolejny raz nie znalazłem, pokazał mi swym paluchem, o tu... Była to lista chronologicznych ocen i nazwisko moje tkwiło na przedostatnim miejscu. Podziękowałem Bogu i poleciałem kupić czapkę Politechniki Warszawskiej, bo pociąg do Częstochowy odjeżdżał za pół godziny. I chciałem koniecznie pochwalić się rodzicom. Tato wrócił z wojny w czerwcu 47 roku, akurat na rozdanie świadectw maturalnych w mojej klasie i szkole,  uczestniczył w tej imprezie.

Tu kursywą dopisek redakcyjny Wacława Wieszczyckiego:

Wujek Zyga przywiózł ze sobą zdjęcie, którego odbitkę jak relikwie trzymała moja mama obok zdjęcia swego syna Zdzisława.. To z niego u mnie powstawało wyobrażenie o wujku bohaterze, o wujku chlubie całej rodziny. To znajomość Wujka Mitka otwierała niejedne drzwi Stefanowi Talikowskiemu, który na swoich stronach kroniki niejednokrotnie go wspomina. Nie tylko drzwi, ale trybunę dla oficjalnych gości z okazji uroczystych obchodów rocznicy walk nad Bzurą.

XVI_05.jpg

Wujek Zygmunt odwiedził wujka Mitka służbowo z Ankony. Sam fakt dania swojego zdjęcia wskazuje na wyjątkowy charakter spotkania tych podwójnie skoligaconych bohaterów. Podpis jest co prawda „przeinaczony” ale wrogowie nie mieliby najmniejszych trudności z rozszyfrowaniem zdjęcia z takimi dystynkcjami. Kto wie, czy pierwszej odbitki nie zrobili w czasie czekania na Zygę po dobiciu do portu „Batorego”. Nikt z rodziny tak skutecznie i dotkliwie nie zaszkodził moskalom, jak wujek Mitek. Nie był odosobniony, to prawda, ale doświadczenie i wykształcenie wojskowe jego przyniosły nie tylko sukcesy wojenne, ale i uznanie aliantów. Dla nas w Polsce pozostanie na zawsze chlubą rodziny. Odwiedzając grób rodziny Talikowskich na Powązkach, gdzie jest informacja o pochowaniu go w Londynie, składamy i jemu najwyższy hołd.

Byłem bardzo dumny z tego i zadowolony, że ojciec zwolnił mnie z dawnej przysięgi złożonej na Biblię w kwestii opieki nad Mamą. Zobaczyłem lekki zawód u Taty, który wolałby mieć syna studenta medycyny. Przyjąłem to z pokorą, bo już miałem za sobą zbyt dużo przygotowań branżowych aby zaczynać wszystko od podstaw. Skwitowałem to lakonicznie: "Przecież Tato, mówiłeś zawsze, iż nie cierpisz "łapiduchów" - "No tak, ale po doświadczeniach życiowych, zmieniłem zdanie..."

Do Warszawy wrócił najwcześniej z wojny wujek Janek Wieszczycki. Szybko odzyskał swą posadę z przed wojny, radcy ministerialnego w ministerstwie finansów. Szybko też awansował na dyrektora departamentu budżetowego. Otrzymał mieszkanie służbowe i przeniósł tam swoich; Maryś i Wacusia na ulicę Rakowiecką 45. Tam też mieszkałem z wujkiem Jankiem, kiedy Maryś z Wacusiem byli na wakacjach. Robiłem na Politechnice kurs przygotowawczy do egzaminu konkursowego. Było to dla nich małą konsternacją, bo nie spodziewali się, że taki kmiotek ze wsi uzyska upragnioną nostryfikację na uczelni. Myślałem, że będzie mi tam wolno zamieszkać dalej na łóżeczku polowym choćby w ciągu nocy. Ale niegodnie, lecz przypadkowo, podsłuchałem rozmowę wujka z ciocią: "Kiedy właściwie ten smarkacz się wyprowadzi?". Na drugi dzień, złapałem swą skromną tekturową walizeczkę i podziękowałem za gościnę, mówiąc, że znalazłem sobie miejsce u kolegów z Częstochowy. De facto, nie byłem jeszcze pewien, czy mnie przyjmą.

Poszedłem więc do gmachu YMCA koło Placu Trzech Krzyży, gdzie wiedziałem, że przyjmują studentów z poza Warszawy na nocleg od godziny 22-giej do 6-tej rano. Można było wówczas korzystać z sali gimnastycznej i materacy sportowych. Mieli tam trochę kocy,  wszystkim wystarczało. Nawiązałem kontakt z Jarkiem Turskim i Leszkiem Nagłowskim, którzy wynajmowali mały pokój przejściowy przy rodzinie na ulicy Chmielnej 12. Przyjęli mnie do siebie, gdzie ledwo mieściły się trzy wąskie łóżka, plus jakiś mały stolik i kredensik. Czwarta ściana była, jako szczytowa, zaszroniona i sąsiadowała na zewnątrz z wielką pryzmą gruzu po zburzonej oficynie. Zaczęła się właśnie mokra jesień, więc chleb po nocy i nasze pantofle na skórzanej zelówce pleśniały. Jarek i Leszek studiowali wydział elektryczny, więc obkuwali się wzorami matematycznymi i fizycznymi leżąc w łóżkach, raz na plecach, raz na brzuchu. Ja nie miałem gdzie ustawić deski kreślarskiej, bo kreślarnia na Polibudzie leżała właśnie jeszcze w gruzach i czekała na odbudowę. Więc my, studenci, po godzinach jeszcześmy ją odgruzowywali.

Odwiedził mnie stryjek, popatrzył na to ubóstwo nasze i porównał do jego warunków studenckich, jakie miał przed wojną. Ale my hardo wyjaśnialiśmy, że się nie poddamy. I szukaliśmy lepszego lokum. Leszek któregoś dnia oznajmił, że znalazł coś odpowiedniego na ulicy Grażyny przy Puławskiej w Mokotowie. Pokój duży, suchy na I-szym piętrze. Ale właściciel, pan Józef, wdowiec i emeryt, gaduła straszliwy. Nasi "elektrycy'' zaszywali się w Bibliotece Warszawskiej, a ja musiałem się opędzać od okropnego natręta, zostając uwiązany do deski i rysując jakieś domowe zadania. Pan Józef lubił zbierać od nas czynsze i chętnie przystał, kiedy się dowiedział, że przyjęliśmy jeszcze jednego kandydata na studia (wyciągając go z YMKA) Marka Wieczorka z Częstochowy. Był o rok młodszy od nas i miał więcej czasu i cierpliwości, aby służyć nam jako piorunochron od poczciwego wdowca. Pan Józef prowadził kiedyś jakieś interesy, w tym z Częstochową. I Leszek wytropił te możliwości, nam potrzebne. Wujaszek Janek Drews, przywiózł mi składany, drewniany rajzbret z Poznania, ale po rozłożeniu, nie mieścił się nawet i tu w tym nowym lokum. Wujek pochwalał wyprowadzkę ze spleśniałego lokum, ale nie rokował mi nic dobrego w towarzystwie samych elektryków i ekonomisty. Nic mi nie mówił, ale chyba już wtedy rachował swoje możliwości przeflancowania mnie do siebie z Warszawy i do "SI" - Szkoły Inżynierskiej w Poznaniu, która właśnie wtedy uruchamiała wydział architektury. Profesorowie latali ze swymi wykładami z Warszawy do Politechniki Szczecińskiej, a Poznań ich przechwytywał dla siebie.

Wujek Janek Drews skontaktował się z moimi rodzicami, a w najwyższej mierze ze swą drugą żoną, kochaną Heleną i od nowego roku akademickiego zainstalowałem się u nich. Akurat organizowano biura projektów - przedsiębiorstwa państwowe i napędzano inżynierów budowlanych do tych jednostek przy pomocy "kwitka skarbowego" (niszcząc te wolne zawody). Pokój pracowni architektonicznej, w której wujek zatrudniał oprócz siebie, dwóch techników budowlanych, musiał zlikwidować i iść na państwowe. Wtedy pokój ten przeznaczył dla mnie.

Ciocia Helenka była z pochodzenia kurlandką, wynajmowała obok swego brata profesora Akademii Ekonomicznej mieszkanie na Wildzie przy ulicy św. Jerzego 5. Kochana kobieta, księgowa w Zakładach Cegielskiego (Niemcy jej nie wyrzucali do G.G.). Była starą panną i miała wówczas wewnętrzną potrzebę pomóc polskiej rodzinie, szczególnie w wychowaniu światłej młodzieży, po tej przeokropnej wojnie. Pierwsza żona bowiem wujaszka Janka, zginęła śmiercią męczeńską w Oświęcimiu, za sprawę Polski podziemnej. Kiedy iskrzyło na linii dzieci wujka a wymagającą macochą, ja starałem się być katalizatorem łagodności i wyrozumienia. Wujaszek Janek, też poświęcał mojej skromnej osobie wiele swego czasu "wolnego'', nocnego! Był utalentowanym nauczycielem akademickim, choć bez patentu. Jego osobie zawdzięczałem wszystko, co ułatwiło mi w zdobyciu właściwej branżowej edukacji. Cześć jego świetlanej pamięci!

Potem otrzymałem z ministerstwa gospodarki komunalnej "nakaz pracy" do Mielca. Broniłem się, aby uzyskać korektę do Częstochowy. Byłem bardzo stęskniony za mieszkaniem z Ojcem, z którym ciągle mi nie było dane. Owszem, korektę uzyskałem, ale do Piotrkowa Trybunalskiego. Ciągle zapiski z "UB" chodziły za mną, jako synem repatrianta z korpusu generała Andersa, "domniemanego szpiega". Bo wyjechałem na jego spotkanie do Gdańska, kiedy dopływał jego statek z dwoma i pół tysiącami żołnierzy Polaków opromienionymi sławą zwycięskiej bitwy aliantów pod Monte Cassino. Zaczynały się represje Polaków ze strony władzy komunistycznej. Jak i wiele innych groźniejszych, w których prym wiodły UB i NKWD. Jednak kiedy otrzymałem na piśmie z Piotrkowa rezygnację ze mnie z braku dla mnie mieszkania, natychmiast pojechałem do Warszawy, zatrzymując się u Jarka i Leszka, którzy mieszkali już w "Pasażu" ulicy Nowego Światu i udałem się do ministerstwa, aby drążyć korektę nakazu do Częstochowy. Tam, dyrektor odpowiedniego departamentu, wyrzucił mnie za drzwi, słysząc o co mi chodzi. Jednak napisałem odwołanie i pozostawiłem sekretarce, która - wiedziałem - że w tej kwestii mi sprzyja. Dała mi telefon i znak, abym dzwonił i dowiadywał się, bo będzie starała się nakłaniać szefa, aby mi poszedł na rękę. Chłopcy też chcieli mi autentycznie pomagać, więc zaprosiliśmy ją po godzinach na kawę i lampkę wina do nich. Zaproszenie przyjęła i przez tydzień bawiła się z nami, bo wyczuwała właściwy w nas materiał do ew. matrymonium. Po tygodniu, kiedy zjawiłem się na korytarzu ministerstwa, już z daleka wymachiwała mi świstkiem papieru. Była to decyzja mojej zmiany z Piotrkowa na Częstochowę...

Wyprawiliśmy jej ucztę pożegnalną z nami, a ja uszczęśliwiony pojechałem natychmiast do Częstochowy. I tak rozpocząłem swą pracę zawodową w Częstochowie, mieszkając nareszcie z kochanymi rodzicami. Sekretarka jeszcze długo kolegowała się ze środowiskiem Jarka i Lesia, aż wyszła za mąż za któregoś kończącego studia ich kolegę. Na domiar złego, komuniści aresztowali Prymasa Polski, Kardynała Wyszyńskiego. Mój stan wewnętrzny, maskowany, przeżywał ogromne dalsze wstrząsy z powodu radykalnych, wściekłych szykan stosowanych na Polakach, nawet przez samych Polaków. Czułem się tak okaleczony przez tą wojnę, że nie mogłem sobie poradzić sam ze sobą. Coraz silniej wczuwałem się w sytuację Polski, a bandyci z UB bezkarnie robili z człowiekiem, co chcieli...

Wtedy wpadła mi myśl pana Wajdy, znanego reżysera filmowego, o zapaściach rodaków ze skutków tej najokropniejszej z wojen. I jak się temu bronić. Myśl tę, wpisałem w motto tego "Suplementu".

Wiedziałem, że miłość istnieje na świecie, ale głównie w literaturze pięknej i romantycznej. Ale, że istnieje jako dostępna dla zwykłych śmiertelników, to absurd.



przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku