Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Zdjęcia do rozdziału
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2011-03-07 10:01:56
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Suplement Zygmunta Drewsa

Stanisława Drews Nr 2

 

Stanisława Drews
Oto jest ta, którą Pan Bóg łaskawie postawił na mojej drodze życia doczesnego i powojennego, pragnącego MIŁOŚCI, aby móc wyrwać się z depresji tej okrutnej wojny i kolejnych krwawych okupacji. Stanisława Drews, na początku pożycia.
Chciałem założyć rodzinę. Rozglądałem się za jakąś kandydatką do małżeństwa, ale co spotkałem jakąś z pośród rówieśniczek, opadały mi ręce. Bo przy lepszym poznaniu, nazywałem szorstko "ptasie móżdżki". Nadto wiedziałem dobrze, że z moimi zarobkami nie zdołam utrzymać rodziny na poziomie, jakim bym chciał.

 

Przypadek zrządził, że zapoznałem się z lekarzem stomatologii, rówieśnikiem, Zbyszkiem Roeslerem. Był on wesołkiem, miejscowym "casanovą". Ja dorobiłem się "już" motocykla SHL-125 i razem było nam dobrze. Imponował mi lekkością zawierania znajomości u dziewcząt, a nawet mężatek. Miał nieco starszego brata, adiunkta w szczecińskiej Akademii Medycznej. Ten był znanym harcmistrzem ze środowiska szkoły średniej w Częstochowie. Zaprosił nas któregoś lata na Obóz Naukowo-Społeczny tejże uczelni, Akademii Medycznej Szczecińskiej. Brat był tego obozu kierownikiem i świetnym organizatorem. Obóz zlokalizował w pięknym lesie, w pałacu byłego "junkra pruskiego", w dodatku nad jeziorem, z dostępnym sprzętem pływającym. Zapakowaliśmy motocykl i plecaki do pociągu i w drogę. Pałac był obszerny, więc pomieścił w swych pokojach przedstawicieli wybranych wydziałów, lekarzy, i studentów. Ośrodek co dnia przyjmował darmowych pacjentów z całego powiatu Goleniowskiego. Popołudnia i święta były wolne, wypoczynkowe. Władze powiatu, jak i uczelni, były zadowolone a ludność miejscowa tym bardziej. Gabinety obozu pracowały pełną parą. Największe powodzenie miały interna, dermatologia, pediatria i stomatologia. Ludzie byli wyniszczeni wojną, więc powodzenie było szalone. Kuchnia obozu była samodzielna i pracowała bez zarzutu. Pamiętam jak Zbyszek stawał do wyścigów i zawsze zostawał laureatem w ilości usuniętych zębów, bo lubił to i dobrze mu w tym szło. Ja służyłem mu za asystenta. A sędziowie mierzyli ilość usuniętych zębów poziomem usypanym w wiadrze. Proporcjonalnie do jego rekordów, studentki zarzucały na niego swe sieci. Wychodził z nich zawsze obronną ręką, bo trzymał bezpieczny dystans. To był dla mnie dobry poligon w zdobywaniu wiedzy na temat młodych charakterów damskich.

Przyszedł i czas na mnie. Któregoś karnawału, na spotkaniu Zbyszka z kilkoma młodymi dentystkami, po różnych wesołych tematach, ktoś rzucił hasło, że trzeba się wybrać na tańce karnawałowe. W tym celu należy ustalić listę naszej paczki, kto z kim i dlaczego. Kiedy doszło do mnie, zapanowała krótka cisza. Poczym ktoś krzyknął: "O, Zygmunta trzeba umówić ze Stasią. Ona taka milcząca, będą pasować do siebie". Nastał śmiech perlisty. A ja, zastanawiałem się długo, co to tych wesołków tak rozbawiło...

Widocznie musi to być osoba myśląca i nieprzystępna. Czekałem z zainteresowaniem na te tańce. Wreszcie cała paczka zainstalowała się w liceum Kopernika, zajmując w bocznych salach stoliki konsumpcyjne. Korytarz obszerny pozostawał jako parkiet. Ruszyły toasty i tańce oraz posypały się zamówienia konsumpcyjne. Ruszył też bufet dla spotkań indywidualnych. Zatańczyłem ze swoją partnerką, która zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie. Potem jeszcze raz i jeszcze. Rozmawiało nam się doskonale, rozumiejąc się wyjątkowo dobrze. Byliśmy "rozbitkami", ja z Powstania Warszawskiego, a ona od strony Lwowa. Wypadało zatańczyć i z pozostałymi pannami z paczki. Wyczułem od nich opary silniejszych trunków i jakiejś sztucznej, krzykliwej wesołości i nikotyny. Powracałem do stolika z radością, gdzie siedziała Stasia. Świecąca skromnością i umiarem. Jej uśmiech przyprószony był, jak i mój, cieniem ostatniej wojny. W pewnej chwili podszedł Zbyszek i oznajmił z zakłopotaniem: "Zygmunt, weź taksówkę i odwieź te dwie do domu, bo są mocno zawiane''. Przeprosiłem Stasię, która zaaprobowała ten mój krok, bo ja znałem ich adresy, a jedna z nich studiowała w Łodzi (razem ze Stasią) Powiedziałem tylko, że wracam możliwie szybko. Kiedy wróciłem, Stasia zmieniła stolik i siadła w gronie znajomych i swych sąsiadów, z którymi razem mieszkała. Byli to ludzie poważni i bawiliśmy się jeszcze do późnych godzin ze Stasią, razem i godnie. Na koniec, odprowadziłem ją do domu, całując jej dłoń i dziękując za udany wieczór. Umawiając się przy tym na inne spotkanie, na które się zdzwonimy. Kiedy zamykała drzwi do swego mieszkania, zauważyłem na wieszaku czapkę ucznia szkoły podstawowej, ale już o nic więcej nie zdołałem zapytać. Po czasie, Zbyszek mnie oświecił, że Stasia pracuje i ma na utrzymaniu dwoje swych dzieci...

Próbowałem się jeszcze kilka razy z nią umówić, ale zawsze miała jakiś powód, aby mi chwilowo odmówić. Ponadto ma ciasne mieszkanie, a atmosfera kawiarniana jej nie odpowiada. Jak nie to nie, mówi się trudno.

Przyszła wiosna i lato, a w nim, otrzymałem w pracy z Funduszu Wczasów Pracowniczych, skierowanie do Rucian nad jeziorem Nidzkim (z możliwością szkolenia żeglarskiego). Były to cudowne Mazury. Dostałem przydział do załogi na żaglówce "Omega", której sternikiem szkoleniowcem był starszy student, poznaniak. Załoga składała się z dwóch par świeżych absolwentów, mnie i sternika. Ucinaliśmy po jeziorach mazurskich niezapomniane rejsy. Sternik lubił poznański porządek i bezpieczne pływanie. Radość moją przelałem na pocztówkę wysłaną do Stasi, zaznaczając, że do mego szczęścia, brakowało tutaj jej...

Po powrocie, otrzymałem telefon, że Stasia ma trochę urlopu i może spotkać się ze mną w jej mieszkaniu. I tak się zaczęła nasza pogłębiona przyjaźń.

Po trochu wyjaśnialiśmy sobie wszystko i snuliśmy naszą przyszłość, zaczynając od kroków rozwodowych Stasi. Trzymaliśmy to wszystko w naszej tajemnicy, myśląc o mojej Mamie, dla której mogłoby to być istnym trzęsieniem ziemi. Dzieci poznawałem z relacji Stasi. Przebywały właśnie na wakacjach u Stasi brata, Roberta,w Krynicy Morskiej. Spotykaliśmy się już dużo częściej, radośni wzajemnym urokiem. Jednak proces rozwodowy trwał całą jesień i zimę. Mieliśmy dość czasu, aby przybliżyć naszą koncepcję dalszego życia razem z Czarusiem i Anią. I tak wrosłem w uroczą rodzinę Cisowskich, prawdziwych Polaków i katolików, kochanych kresowiaków. Zacząłem więc stopniowo rozumieć, co to jest prawdziwa miłość dwojga dobranych osób.

Tymczasem lata 50-te zapisały się, do 56-tego, makabrycznym i krwawym uciskiem Polski, według wzorców stalinowskich. Wszechwładny Urząd Bezpieczeństwa wyrzynał bezkarnie co wartościowszych Polaków w najdrobniejszych wsiach i miastach. Borzęcin utraciliśmy bezpowrotnie, a i trzeba było siedzieć cicho i nie przyznawać się do niego. W "Ludowym Wojsku Polskim" stanowiska opanowali oficerowie stalinowscy. "Informacja Wojskowa" (wojskowe UB) wyniszczała skrycie lub w sfingowanych procesach resztki polskich przedwojennych oficerów. Przykład mógł stanowić pułkownik Kuropieska, współjeniec z obozu wujka Janka Drewsa w Woldenbergu, który wrócił do Armii Polskiej, aby służyć Polsce. Wierząc w Tymczasowy Rząd "Jałtański". Zamknęli go na podstawie fałszywych oskarżeń i groziła mu siedzącemu w lochach "IW" przez wiele lat kara śmierci. Jednego dnia na przykład, zniszczono całe dowództwo "Szkoły Orląt" w Dęblinie, niszcząc też i szkołę. Szczytem tego było obsadzenie na stanowisku Ministra Ochrony w Polsce marszałka Armii Czerwonej - komunistę urodzonego w Warszawie o nazwisku Konstanty Rokossowski.

W tym czasie przygotowany był proces pułkownika Tatara i jemu podobnych oficerów przedwojennych, "wrogów ludu polskiego", oskarżanych z fałszem i obłudą "Informacji Wojskowej'' o wszystko, co najgorsze.

Na przykładzie pułkownika Stefana Langnera mogę dowieść, co się za tym kryło. Otóż Stefan postanowił wrócić do kraju i zająć się rolnictwem pomagając żonie w gospodarstwie w Czarnocinie. Tym bardziej, że teść Duńczyk postanowił wyposażyć córkę w biednej Polsce i dać jej drugi posag w postaci żywego inwentarza i narzędzi rolniczych, jako że poprzednie zagrabili Niemcy. Dalej miała produkować bekony, eksportowane do Anglii wzorem lat przedwojennych. Stefan nie zgłaszał, wiedząc, co się dzieje, żadnej chęci powrotu do armii.

Szybko odbudowali gospodarstwo i Stefan uwierzył, że będzie mógł wreszcie odpocząć. Nieświadomy podstępu cieszył się spokojnym życiem u boku kochającej żony, wzorowej rolniczki. Ale nie było mu to dane. Komunistyczne władze powiatu kościerzyńskiego wytropiły go szybko, a nawet zazdrościły szybkiej odbudowy gospodarstwa. Razem z UB, NKWD i IW, otoczyli go pełną inwigilacją radiową podejrzewając o szpiegostwo, zakwalifikowali go do grupy pułkownika Tatara. Kiedy nasłuchy radiowe nie dały im pozytywnego rezultatu, padł rozkaz aby go zniszczyć fizycznie, nie czekając na wynik procesu pułkownika Tatara. Stefan został nagle i nikczemnie o świcie aresztowany, bez sądu i uzasadnienia. Żonie zaś zagrozili, aby siedziała cicho, bo jako "kułaczka" może też wylądować w pudle. Zamknęli go w piwnicy powiatowego aresztu UB w Kościerzynie, gdzie woda na posadzce sięgała kostek. Upokorzony weteran, kawaler srebrnego i złotego Virtuti Militari, zaczął zdawać sobie sprawę, że to już bliski jego koniec...

Żona Elżbieta, roztrzęsiona i zastraszona przez nasyłanych zbirów. /Wytruli jej psy podwórzowe. Na budynkach gospodarstwa wymalowali słowo "Kułak" i inne/.Więc wyjeżdżała do przyjaciół męża w Leśnej Podkowie pod Warszawą. Zaniedbywała gospodarstwo i kontyngenty. Więc nałożyli komisaryczny zarząd nad jej gospodarstwem przez Spółdzielnię Rolniczą z sąsiedniej wsi. Ona jednak nie ustępowała w usilnych poszukiwaniach pomocy dla męża, do którego nie miała dostępu, ani nawet nie wiedziała, gdzie jest więziony.

Opatrzność czuwała widać jakoś, niemal w nadprzyrodzony sposób, nad nią i Stefanem. Będąc w Warszawie, spotkała byłą ich gosposię, jeszcze z Saskiej Kępy i okupacji spędzonej razem z nią w Danii. Kiedy gosposia usłyszała o tragedii Stefana, zainteresowała się żywo ich aktualnym losem. Obiecała, że porozmawia z mężem (niedawno wyszła właśnie za mąż) i zadzwoni co dalej.

Zadzwoniła w konspiratorskim nastroju i rzekła: "Niech pani robi, co powiem, ściśle i dokładnie. Mąż mój obiecał pomóc, bo jest właśnie majorem UB w podwładnym mu rejonie Gdańska. Trzeba napisać do Stefana gryps do więzienia swoją ręką, aby mąż nie miał wątpliwości, że jest prawdziwy. I powiedzieć mu, że ma robić ściśle co poleci mu rozmówca, okaziciel grypsu. A będzie szansa, że wyjdzie na wolność." Tak więc, Elżbieta to wszystko uczyniła. Dobrodziejka Eli wzięła gryps i pożegnały się, nie umawiając na żadne inne spotkanie. "Jak będzie trzeba, skontaktuję się z panią..."

Okazało się potem, że major telefonicznie polecił aresztanta przenieść do aresztu gdańskiego na dodatkowe przesłuchania, poczym sam w Gdańsku "przesłuchał" aresztanta, podyktował mu wniosek o zwolnienie i zobowiązanie, że nikomu nic nie powie o jego aresztowaniu. Rzeczywiście, po jakichś dwóch tygodniach, Stefan zameldował się u żony w Leśnej Podkowie, gdzie dobrzy ludzie i byli saperzy użyczyli jej pokój do zamieszkania. Radość była nieopisana, ale głęboka konspiracja obowiązywała ich nadal. Dopiero dużo, dużo później okazało się, że ich pomoc domowa miała pochodzenie żydowskie i Ela, biorąc ją do Danii, uratowała jej życie. Był to więc naturalny rewanż, życie za życie... Już więcej panie się nie spotkały.

Ela ze Stefanem odzyskali gospodarstwo. Mieli z nim jeszcze dużo trudności, bo Spółdzielnia wystawiła słony rachunek za jego (bardzo nieudolne) administrowanie i za fikcyjne remonty budynków. Kilka lat kosztowały Stefana jeszcze sądy, aby umorzyć koszty za zaległe obowiązkowe odstawy itd. Sprzedał sąsiadom zagrodę oraz łąki nad rzeką. Resztę gruntów rolnych piaszczystych zalesiał, ale przepisy wzbraniały tego, aby nie uszczuplać kontyngentu zbożowego i mięsnego. Borykał się z tym wszystkim ogromnie, ale po kawałku dopiął swego. Pomagali mu w tym jego saperzy, którzy go jeszcze z byłego Wojska Polskiego pamiętali. Spotkali się w Warszawie, kiedy jako inżynier budowlany rozpoczął pracę w państwowym przedsiębiorstwie i kiedy jeden z nich nawet w randze wiceprezydenta Warszawy przydzielił mu na Żoliborzu działkę budowlaną na otarcie łez. Wiedział, że obecne wojsko przyznało mu emeryturę głodową, niegodną Inspektora Krajowego Saperów z 36 roku. Działkę z Elą ogrodzili, sprowadzili cegły i kamień ze zrujnowanych budynków w Czarnocinie i zaczęli budować typowy domek piętrowy. Pomagali im swą robocizną niezawodni jego saperzy różnej rangi. Ela otrzymywała paczki żywnościowe od swojej rodziny w Danii i zapewne jakiś grosz na budowę. Postęp robót był wolny, ale domek dał się zamieszkać na parterze, w stanie "surowym zamkniętym", który wymagał jeszcze wielu robót wykończeniowych.

U nas, w Częstochowie, Tato po 56-tym roku, otrzymał wreszcie umysłową pracę kierownika finansowego w częstochowskim państwowym przedsiębiorstwie budowlanym. Przedsiębiorstwo to parcelowało działki dla swych pracowników pod domki. Tato otrzymał przydział na taką, z myślą o córce, Ani i Tolku, którzy się właśnie pobrali, a Tadzio był w drodze. Tato skrzyknął nas do roboty i ruszyliśmy wykopami pod fundamenty, i do lasowania wapna. Miasto dawało za robociznę własną i wywózki materiał rozbiórkowy. Zyga chwycił za kilof. Po paru dniach, odbił sobie niezwyczajną dłoń do kości. Leżał w szpitalu z temblakiem, z rokowaniem kilku miesięcy do rehabilitacji całkowitej. Wszyscy pracowali gdzieś, więc postęp na budowie zaczął się ślimaczyć. W dodatku okazało się, że bohatersko odzyskana przez Mamę, w gruzach Warszawy, 20-to złota dolarówka, okazała się śmieszna w morzu dalszych potrzeb budowy. Tato kazał czekać, bo był hurra optymistą.

winklerowie.jpg
Teofil Winkler Tolek z moją żoną Stasią i Malinką oraz swoim synkiem Tadeuszem na dwa dni przed swoją śmiercią z Anią w wypadku drogowym.

Niestety fatum wojny w naszej rodzinie doprowadziło nas do bram wytrzymałości. Pan Bóg wezwał w sposób gwałtowny Annę i Teofila Winklerów do wieczności. Narzędziem okazał się pijany kierowca z 2,5 promilami alkoholu we krwi, mieszkaniec dzielnicy Błeszno w Częstochowie o nazwisku Maj. Recydywista z wojska, który zniszczył w ten sposób samochód wojskowej radiostacji o dużej wartości materialnej. Niestety, ta plaga wśród niektórych kierowców ciągle narasta... Byliśmy głównymi organizatorami tego podwójnego, dramatycznego dla nas pogrzebu. Tolkowie pozostawili po sobie trzyletniego Tadzia (pół roku starszego od Malinki). Dzieci chowały się razem, a Zyga doprowadził do dobrego z możliwych odszkodowań w ZUS [1] i kupił w imieniu sieroty działkę leśną w Żarkach Letnisku, którą wyszukała moja Stasia. Tam ogrodziliśmy ją, wykopaliśmy studnię, dobudowaliśmy do budynku sąsiada drewnianą kuchenkę i postawiliśmy na fundamencie betonowym zakupiony w Mikołajkach składany kamping.

Jeździliśmy ze Stasią i naszymi dziećmi na całe wakacje do Krynicy Morskiej, gdzie brat Stasi miał domek letni. A my dwóch szwagrów postawiliśmy domki campingowe drewniane tj. ja i Janusz Brolski na działce Roberta Cisowskiego. Więc było 9 dzieci po troje z rodziny 3 szwagrów. Było ciasno, ale my dobieraliśmy jeszcze Tadzia Winklera po mojej śp. siostrze Annie. Był raz z nami i Krzysio Talikowski, co uwieczniłem na załączonej fotce. Tadzio był dla Krzysia wujkiem ciotecznym, ale, że wujek Roman Talikowski ożenił się późno, więc ich wiek i wysokości ciała stały się równe.

Zyga dziadzio, przez okres przedszkola dzieci, przebywał z nimi tam przez 5 miesięcy, od maja do października. Po okresie przedszkola musieliśmy dzieci rozdzielić, bo w szkole Tadzio uważał, że lekcje winna mu odrabiać i wpisywać do zeszytu Malinka, gdyż mu się to należy, jako sierocie. Zamieszkał więc u dziadków, a Malinka nadal u rodziców. Dziadzio Zyga dużo czasu i swej traconej energii poświęcał wychowaniu wnuka. Ale wnuk nie odpłacał mu tego "pięknym za nadobne". Potem rolę tę, po śmierci Zygi, przejęła babcia Iruśka, aż do końca jego studiów na wydziale energetyki parowej na Politechnice Częstochowskiej. Ale z okazywaniem babci wdzięczności było nadal słabiutko. Ja ze Stasią, pomagaliśmy babci finansowo, bo miała po mężu bardzo skromną emeryturę, ale co o tym mógł wiedzieć obrażony na cały świat, wszystko najlepiej wiedzący, Tadzio. Okazało się, że jest dogłębnie zawistny o los Malinki. Tak, że nie raczył nawet przyjechać na pogrzeb babci Irenki. Choć o pogrzebie był w porę zawiadomiony przez szkolną koleżankę Ani i miał jeszcze dwa pociągi z Warszawy, żeby zdążyć. To była jego wyraźnie zła wola i jawny sygnał odcięcia się ostatecznie od rodziny Drewsów. Bywa i tak, nawet w najlepszych rodzinach, że trafi się jakaś "czarna owca"... Wyciągnąłem wprawdzie wielokrotnie ze Stasią rękę do zgody, szczególnie w Adwencie, ale listy wracały "adresat wyjechał". Proponowałem też połączyć grób Winklerów na "Kulach" z grobem Drewsów seniorów w Częstochowie, aby urządzić jeden wspólny, okazalszy, ale listy z tą koncepcją moją podzielały los poprzednich. Trudno...

Z pojawieniem się mojej żony w rodzinie Drewsów poszerzyła się tym samym ta gałąź ujęta dotychczas w moim suplemencie. Przedstawiam za tym pamiątkowe zdjęcie ze świąt Wielkiej Nocy, na które zaprosiliśmy ze Stasią to szacowne grono w 1960 roku.

Święta w Cz-wie na Sląskiej w 1960 roku.
Siedzą od lewej: Stanisława Drews, moja żona, ojciec Stasi, a mój teść Franciszek Cisowski, matka Stasi Rozalia Cisowska, moja matka Irena Drews z małą Malinką na kolanach, mój ojciec Zygmunt Drews Drews senior z małym Tadziem Winklerem.
Stoją od lewej: syn Stasi a mój przybrany Cezary Peszyński-Drews, ja Zygmunt Drews junior, brat Stasi Robert Cisowski, Basia Lubaczewska córka siostry Stasi Lili z pierwszego jej małżeństwa, szwagier Stasi mąż Lili Janusz Brolski, Tomasz Cisowski syn Roberta brata Stasi, żona brata Stasi Roberta Krystyna Cisowska, Lila Brolska siostra Stasi żona Janusza, mąż mojej siostry Anny Teofil Winkler, nasza pomoc domowa Władzia i moja siostra Anna Winkler.
Kucają: Danuta Cisowska, córka brata Stasi Roberta, Bogdan Brolski syn siostry Stasi Lili i Janusza, Andrzej Cisowski syn brata Stasi Roberta, Piotr Brolski syn siostry Stasi Lili i Janusza, córka Stasi a moja przybrana Anna Peszyńska-Drews.

Drogi nam bardzo, Stefan Langner, po śmierci Elżbiety, ożenił się z wdową Marylą Metelską z domu Drews i został moim wujkiem. Mieli się oni, jak wiadomo, już przed wojną, ku sobie. Ale węzeł małżeński nie pozwalał im nawet myśleć o jakimś fałszywym kroku. Teraz mogli się połączyć i mieszkać ze sobą w Stefana domku. Maryla nigdy nie była starannym domatorem. Cierpiała, po powojennej tułaczce, w Świdrze w domku ogródka działkowego, użyczonym jej przez dobrych znajomych. Żaliła się na bóle serca. Nie była już tą panią swego saloniku artystycznego, jaką w młodości poznał Stefan. Domek popadał w zaniedbanie, bo Stefanowi zaledwie starczyło sił, aby móc spełniać jedynie ogólną posługę nad Marylką. W tym czasie wujaszek Janek Drews w Poznaniu przeszedł na emeryturę, umarła mu żona, Helena. Andrzejowi udało się przedostać do USA przez Italię. Krysia po ukończeniu studiów inżynierii sanitarnej wyszła za mąż za brata ciotecznego, Janka Metelskiego w Kanadzie, aby zaspokoić ogólny pęd ucieczki naszej młodzieży na zachód.

Piotr Metelski wnuczek Maryli Metelskiej z domu Drews. Dalej w prawo moja żona, mama Piotra, moja mama i ja.

Zdjęcie obok zrobiliśmy w czasach wczesnej solidarności w Częstochowie. Nawet przez chwilę nie spodziewaliśmy się co za tragedję może im urządzić ten nieodpowiedzialny Jaś Metelski swym ożenkiem z Krysią – córką mojego stryja Jana Drewsa.

Byliśmy tym zszokowani, bo zostawił dla niej żonę z trojgiem dzieci a od Krysi był starszy o około 20 lat. Krysia pracowała tam krótko w prywatnym biurze projektów, odnosząc sukces zawodowy, projektując rurociągi dla inwestorów petrodolarowych Bliskiego Wschodu. Wujaszek Janek Drews został zaproszony do dzieci i czuł się tam dobrze, bo Krysia kupiła dom. Został zaopatrzony w samochód i pieniądze, poczem znając język francuski, angielski i rosyjski, zwiedzał Kanadę radosny i wolny jak ptak. Kiedy nadeszła zima otrzymał prośbę od dzieci, aby pojechał do Polski i zrobił im zakupy kożuszków zakopiańskich i niektórych upatrzonych wcześniej mebli (z drzewa brzozowego)? Kiedy wrócił z kożuszkami, a meble posłał statkiem, zastał list i pieniądze, aby jechać do Vancouver samolotem, gdzie się spotkają, gdyż oni wzięli sobie dłuższe wakacje i pojechali tam romantycznie autem z trailerem. Tam chcą osiąść z uwagi na bajeczny, ciepły klimat i z dala zapewne od pierwszej żony Jasia (która go wyklęła). Kiedy wszyscy dotarli do pięknej zatoki nad Pacyfikiem, okazało się, że zastali tam światowy kryzys petrodolarowy oraz napływ bogatych Chińczyków z Hong Kongu. Ceny skoczyły momentalnie w górę. Stać ich było tylko na bardzo skromne mieszkanie i świadomość, że stali się w jednej chwili bezrobotnymi. Janek dostał dorywczą pracę przy robieniu kolorowych zdjęć, i to wszystko. Z rozrzewnieniem wspominali prosperitę Krysi w biurach Montrealu i pracownię artystyczną grafiki użytkowej Janka. Byli załamani i myśleli wracać do Ottawy, gdzie było o pracę najłatwiej. Jednak tato Jan zachorował na żylaki i powrót zaczął się opóźniać. Tym bardziej, że ich mała Jola wymagała opieki. Dziadek dla oszczędności leczył się potajemnie "liśćmi bobkowymi, pajęczyną i chlebem razowym''. W krótkim czasie doprowadził rany do gangreny i musieli mu odjąć nogi. Jedną pod kolano, a drugą za kolano. Więc oddali go do składkowego Domu Opieki, ukraińsko-polskiego. Krysia musiała zarabiać po domach dorywczo, a wujek Janek opiekował się Jolą, z wózka inwalidzkiego. Miał też deskę rysunkową i wykonywał odpłatnie dla Domu Opieki różne tablice informacyjne, a czasem i dla sąsiadów. Janek Metelski złapał świra i oddalał się od domu na długie dni nie dając o sobie znaku, gdzie jest.

Andrzej Drews, brat Krysi, mieszkając i pracując na Florydzie, niewiele mógł z żoną Zosią pomóc w ich sytuacji, nawet, gdy wspierali zasiłkami w gotówce Krysię z dzieckiem. Kiedy bardzo kochany Tato Krysi zmarł na zapalenie płuc, mogła powrócić ze swoimi na Wschodnie Wybrzeże obierając Ottawę. Wujaszek Janek Drews, pochowany został w Vancouver, na dalekiej, obcej ziemi. Nawet nie znam miejsca jego pochówku...Wiem, że jego dom opieki nazywał się "Kopernik". Na szczęście, mam możliwość modlić się za jego duszę, jako swemu dobrodziejowi, i za dwie jego, wspaniałe ś.p. żony. Może, gdybym wygrał większą sumę w Totolotku, próbowałbym sprowadzić jego zwłoki do grobu rodzinnego na warszawskich Powązkach. Jeśli zaś nie uda mi się tego ziścić, pozostanie nam spotkać się z Nim u świętego Piotra. Modlitwą swą obejmuję z czułością także dobrodziei moich: Rodziców doczesnych, dziadków Drewsów i Talikowskich, wujka Janka Talikowskiego wraz z żoną Lenką, Janka Drewsa i oczywiście duszę Stefana Langnera wraz z jego trzema ś.p. żonami, a którego pochowałem w lipcu 1989 roku, na cmentarzu Wawrzyszewskim w Warszawie obok jego I-szej żony, Elżbiety. Tam wysoko, będzie czas nacieszyć się sobą i powspominać okrutną II wojnę jak i dwie krwawe okupacje. W tym wielką wolę przetrwania członków naszej rodziny, jak i wszystkich Polaków, z pośród których wojna zabrała 6 milionów...

Po śmierci mojego wujka i ojczyma Stefana Langnera, zająłem się jego pogrzebem, możliwie najokazalszym, na jaki było mnie stać. Zgodnie z jego wolą, dbając, aby rzeźbiarz wiernie wyciął na białej marmurowej płycie tekst epitafium jaki ułożył Stefan osobiście: "Ś.p Stefan Langner, inż. i pułkownik W.P., kawaler orderu Virtuti Militari. Dowódca wojsk inż. i saperów Armii Obrony Warszawy w 1939 roku". ,,Ś.p Elżbieta Langner 1894-1972''.

W pogrzebie brało udział wielu weteranów, kolegów i byłych podwładnych zmarłego jak i członków rodziny. A także dwóch oficerów Sztabu Generalnego WP, z dużym wieńcem, ułożonym z biało czerwonych goździków i złotym orłem. Towarzyszyło nam wielkie wzruszenie i cześć oddana, temu wielkiemu Polakowi, żołnierzowi - saperowi. Ale nade wszystko Mężowi i Ojcu powinowatemu z wyboru i niezapomnianemu członkowi rodziny warszawskich Drewsów.

Trzeba też wspomnieć nasze doczesne życie ze Stasią, oparte absolutnie na odwzajemnionej miłości. To ono właśnie, może potwierdzić trafność słów pana Andrzeja Wajdy, który dał niezawodną receptę wychodzenia z dna rozpaczy, przeżytej wojny... i jej skutków.

Ze zdjęć, które się zachowały, że w tym doczesnym życiu oprócz kłopotów i ciężkiej pracy były chwile odpoczynku, ba nawet radości i satysfakcji z „doczesnych” osiągnięć.

W tych ciężkich czasach wykładnikiem pozycji finansowej był samochód. Zawsze trzeba było za niego dużo płacić, ale i załatwić talon. Jedno i drugie nie każdemu było sądzone. My mieliśmy Syrenę, Warszawę I, Warszawę II, Trabanta, Malucha I, Wartburga, Malucha II, i Golfa III. Dzięki tym samochodom możliwe były różne wypady turystyczne i całe urlopy z własnym ekwipunkiem.

Babcia często śpiewała Malince w czasie usypiania jej „a, a, a, Malineczka, a”. Tak to dziecku zapadło w pamięć, że jako dorosła osoba zmieniła sobie imię Maria na Malina całkiem oficjalnie.

Malinka w Warszawie brała udział w uroczystym spotkani z żeglarzem panem Teligą. Opłynął on świat jako pierwszy Polak na swym małym jachciku. Malinka zaś została laureatką konkursu na rysunek dziecięcy w „Płomyczku” pod tytułem „Powrót Teligi”. Gala dla żeglarza i laureatów konkursu odbyła się w Pałacu Kultury.



przejdź do początku

Przypisy i rozwinięcia encyklopedyczne

  • [1] - Sprawę załatwił na najwyższym szczeblu, nieosiągalnym dla Zygmunta, Jan Wieszczycki. Był to człowiek, który nie uznawał protekcji, nie tylko z przekonań, ale z musu, jednak kochał żonę, dla której ta sprawa była najwyższej wagi. Nikt w Polsce tamtych lat nie miał tak wszechstronnego odszkodowania i tak było jeszcze wiele lat później. Obejmowała odszkodowanie jednorazowe /które normalnie wykluczało automatycznie inne/, oraz stałą rentę i inne drobniejsze świadczenia dla Tadzia/. Pomogła atmosfera niebywałego tragizmu rodziny, którą opisała w "Przekroju" świetna i modna felietonistka p. Falkowska. "Przekrój" był cenionym pismem, praktycznie jedynym dla inteligencji, urzędnik nie mógł powiedzieć: "nie czytałem".

przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku