Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2011-03-09 14:50:37
Przejdź do komentarzy (1)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Suplement Zygmunta Drewsa

Gawęda

Gawędę prowadzi Zygmunt, dla rodziny Zygmuś, syn Zygmunta, dla rodziny Zygi.
Odsłuchał z taśmy magnetofonowej, spisał, usunął drobne "przejęzyczenia" i skomentował Wacław Wieszczycki herbu Grzymała, syn Marii Talikowskiej, dla rodziny Maryś.
Całość skorygował Jerzy Marian Kopeć, dr nauk pomocniczych historii, historyk sztuki.

50 rocznica
50 rocznica naszego ślubu cywilnego. Częstochowa 24.III.2008 rok.
Jesteśmy razem ze Stasiunią na letnim wypoczynku w Olsztynie koło Częstochowy. Jest 2009 rok. Pojutrze będą imieniny naszego Krzysia, będziemy duchem łączyć się z nim i z Krzysiem w Australii, ale onegdaj otrzymaliśmy wiadomość od Wieszczyckich z Kutna, że w Perth w Australii, gdzie mieszkał, zmarł Wojtek Talikowski, ten średni z braci Talikowskich. Umarł tak niespodzianie, w nocy podczas snu, nie wiadomo, z jakiego powodu. Nie wiem, czy będą robili tam jakieś badania w tej sprawie, czy nie. Będzie pochowany w Australii. Był to syn wujka Romana, oczywiście. Są wyroki Boże. Prosiliśmy o jakieś kwiaty w naszym imieniu. W sprawie jego przejścia do Pana, to znaczy Wojtka Talikowskiego, będziemy się tutaj modlić za jego duszę. Wojtek był moim bratem ciotecznym, o jakieś około 20 lat młodszym ode mnie. Dziwny jest ten świat, jak śpiewał Niemen, ale można dodać, że i bardzo ciekawy, jeżeli szczególnie idzie się drogą chrystusową przez życie.

 Ze śmiercią Wojtka Talikowskiego kojarzą się takie zawiłe losy polskich rodzin, między innymi Talikowskich. Jak wiadomo babcia Micia Talikowska, żona Michała, była z domu Drews, siostra rodzona mojego dziadka Leona Drewsa. Jako młoda dziewczyna poznała się z młodym mistrzem rękawiczniczym, Michałem Talikowskim. Był on jednak sierotą, i z tego powodu rodzina odradzała wyjścia babci Mici za tego chłopca. Biedna babcia Micia miotała się między młotem a kowadłem. Młodzi, zakochani, nie chcieli się poddawać.

Jedynie jej brat, Leon Drews, a przyszły mój dziadek, rozumiał młodych, a że był pozytywistą, więc myślał jak by tu im ulżyć Mici zaszczutej tą nagonką, jaką rodzina Drewsów przeciwko niej rozpętała. Trzeba było w jej sytuacji przyjąć jako błogosławieństwo Boże dla młodych fakt, że Michał otrzymał telegram od swego kuzyna w Odessie. Kuzyn jak się dowiedział, że Michał ma już papiery mistrzowskie rękawicznika, napisał krótko: "Michał, przyjeżdżaj potrzebują tutaj rękawicznika ze sznytem warszawskim" cha! cha!. Ale dziadek Leon był pozytywistą, widząc zakłopotanie młodych, bo nawet nie mieli pieniędzy na bilet do Odessy, zaraz radził im, żeby się pakowali i niechybnie jechali tam na miejsce. Michał zaraz spakował swoje narzędzia, a Leon zaopatrzył ich w pieniądze na podróż i odprowadził na dworzec.

Kuzyn, który nadał telegram z Odessy nazywał się Witanowski, był tam z zawodu kucharzem i w jednym z hoteli prowadził kuchnię polską. Był mężem jednej z sióstr żony Leona, Stanisławy Drews, z domu Jedlickiej. W tym przypadku nie zbadane wyroki niebios. Młodzi zaraz przystąpili do pracy twórczej zaczynając bardzo skromnie w sklepiku, tak zwanym "pod schodami", jakie w tamtych czasach bywały w dużych czynszowych budynkach. Babcia Micia zajmowała się klientelą, a dziadek Michał za firanką z pomocnikiem prowadził warsztat. Wziął sobie czeladnika do krojenia nowych rękawiczek. Bardzo śledził współczesną modę, oczywiście paryską, oboje modlili się bardzo żarliwie i dziękowali Bogu, że opatrznościowo nasunął im takie rozwiązanie u progu swojego dorosłego życia.

Bardzo szybko klienci zwiedzieli się, że przyjechał mistrz rękawiczniczy z Warszawy o tak zwanym "warszawskim sznycie", a szczególnie pięknotki, które śledziły modę i oczywiście chciały być jak najmodniej ubrane. Babcia Micia bardzo szybko dała się poznać w sklepie jako ta przysłowiowa biznes women.

Ja sporo napisałem w swoim Suplemencie do kroniki rodziny Talikowskich autorstwa Stefana Talikowskiego i nie chcę się powtarzać. Teraz, będąc w Olsztynie koło Częstochowy, kojarzy mi się końcówka żywota dziadka Michała, który właśnie odszedł w tymże miejscu, to jest w tej miejscowości.

Dziadek Michał korzystał z opieki swego syna, Jana Talikowskiego, lekarza medycyny, który mieszkał w Częstochowie od roku 1936-go, kiedy to wygrał konkurs na lekarza powiatowego /Tu wtrącę parę słów o tej posadzie, jako nieco młodszy od Zygmusia, autora gawędy, ale jako świadek wielu wydarzeń tamtych dni w Częstochowie i Olsztynie

Nazywam się Wacław Wieszczycki, jestem lekarzem głównie z powodu zauroczenia się tym zawodem w wykonaniu wujka Janka. Jak pamiętam, powiat nazywał się starostwem, a lekarz lekarzem starostwa. Obowiązki na pozór podobne do lekarza rejonowego, ale w efekcie dziś już prawie nie do wyobrażenia. Obejmowały na przykład obowiązki lekarza sądowego z wykonywaniem sekcji sądowych. Sam wykonywał badania histopatologiczne, orzecznictwo dla potrzeb starostwa, cały zakres obowiązków z zarządzaniem wszystkimi placówkami służby zdrowia. Jednym słowem wydział zdrowia w jednej osobie. Był nie tylko pierwszym lekarzem starostwa, ale absolutnym władcą w zakresie służby zdrowia, od spraw personalnych do podejmowania decyzji wszelkich zakupów i dysponowania finansami starostwa na cele zdrowotne.

W czasie okupacji i po jej zakończeniu obserwowałem bacznie wszystkie te obowiązki, moje zainteresowanie spotkało się z taką życzliwością, że byłem w gabinecie starostwa. Imponował mi swoisty mocarz życia, od poczęcia, poprzez poród, leczenie wszystkich specjalizacji (oficjalnie jeszcze ich nie wymyślono) i orzecznictwo do karty zgonu włącznie. W gabinecie starostwa pacjenci stanowili przeważnie ludzie najbiedniejsi, inni chodzili prywatnie. Widok tych ludzi zaniedbanych, wręcz prymitywnych pozostał mi w pamięci do dziś, był przyczyną wieloletniego nie brania pod uwagę studiowania medycyny, ale chciałem leczyć bez ich oglądania. Dlatego przez lata szykowałem się na mikrobiologię. W ostatniej chwili przeraziła mnie myśl, że mogę po takich studiach nie dostać wymarzonej pracy, a zostać nauczycielem.

Tak nie cierpiałem tych ludzi, że poszedłem na medycynę, przemogłem się do prostych ludzi, a w prywatnym gabinecie odmawiałem leczenia... nauczycielkom. Wujek Janek był moim idolem, i jak to bywa, był dość precyzyjnie obserwowany; jego zwyczaje, a nawet słabostki stawały się moimi. Piszę to po to, żeby uzmysłowić rolę wujka Janka przy realizacji zadań starostwa w budowie szpitala w Olsztynie, jego "przekrętów" przy zakupach różnych rzeczy. Już Stalin umarł, a ja spałem na szpitalnym łóżku od wujka, miało przycięte nogi i robiło za tapczanik, były nożyczki, sztućce, koce i Bóg wie co jeszcze. A wiem, że moja mama nie była jedyną obdarowywaną. Spotykałem ludzi po wielu latach, na przykład w Szczecinie na studiach, gdzie mieszkała kobieta, która nie mogła się nadziękować mnie, za wujka, który wystawił jej jakieś dokumenty ratujące życie i dał wyprawę. Nieprzebrana lista imion i nazwisk przewijająca się na liście podopiecznych wujka czyniła z niego herosa, radził sobie z tym po mistrzowsku, to mało. Przecież mistrzów mamy wielu. Takiego człowieka jak doktor Talikowski nigdy nie spotkałem. Nie spotkałem nawet namiastki wdzięczności, na jaką zasłużył, kiedy dożywał ostatnich swych dni w Krakowie. Ale teraz wracam do gawędy, którą podsłuchał magnetofon/.

Dziadkowie po przyjeździe do Polski, uciekając przed rewolucją sowiecką z Odessy zamieszkali początkowo u moich rodziców, czyli u swojej córki Ireny Talikowskiej z domu, a z męża Drews. Natomiast w Warszawie wyposażyli swoje dzieci w mieszkania, a nawet najstarszą córkę Kamilę zwaną Milą w willę w Konstancinie. Potem już znużeni życiem zawodowym mieszkali po Święcicach w Borzęcinie u nas, już w czasie okupacji niemieckiej. Babcia Micia miała wypadek w tym czasie, u nas w Borzęcinie. Idąc do kościoła na skróty przez ogród proboszcza, na co miała zgodę, została pogryziona przez psy, które przypadkowo nie były zamknięte po nocnej służbie. Tak więc wujaszek Janek zabrał mamę do Częstochowy, do siebie, na leczenie. Niestety przypętała się jakaś inna choroba, zwana różyczką bodajże, i zmarła /W erze antybiotyków zgony z tego powodu są rzadkością. Nazwa pochodzi od silnego zaczerwienienia skóry wokół zakażonej rany, zadanej w tym przypadku w antyseptycznych warunkach, szarpanej, z beztlenowcami w brudnych pyskach psów, źle zaopatrzonej - rany takie nie zasklepia się w opatrunkach, wprost przeciwnie, natlenia się, a nawet dodatkowo nacina, czy wręcz wycina w walce o dostęp tlenu.

Pamiętam, już w Częstochowie, takie gnijące miejsce nad ścięgnem Achillesa. Miejsce to nie predysponuje do pierwotnego wycięcia rany, ale gdyby starczyło wyobraźni, należało uniknąć zgonu przez amputację. Był na to czas i szybko przeminął. Nie zawsze należy czekać na znak od Boga, trzeba myśleć i korzystać z wiedzy. Wierzący mogą powiedzieć, że Bóg dał człowiekowi rozum, a człowiek przez zaniedbanie wywołał niezamierzony przez siebie skutek. Przyp. Wieszczycki/.

Wujaszek Janek zrozpaczony zorganizował pogrzeb babci, swojej matki na Powązkach w Warszawie w grobie Talikowskich za katakumbami. Dziadek Michał został w Borzęcinie, ale tam już troszeczkę zaczął narzekać na pamięć. Dlatego wujek Janek zabrał go do Częstochowy, bo bez babci źle się poczuł. W tym czasie skończyła się II Wojna Światowa,  nowe władze po okresie wojennym przywróciły wujka na stanowisko przedwojenne, na lekarza powiatowego w Częstochowie. Trzeba przyznać, że wujaszek Janek i jego żona Helena, ciocia Lenka, bardzo ofiarnie po powstaniu warszawskim pomagali członkom rodziny, którzy zgłaszali się kolejno po kilka osób do Częstochowy wiedząc, że tam znajdą ratunek. Tak też ratowali moją mamę z dziećmi, to znaczy z moją siostrą Anią i ze mną, wówczas 15-letnim chłopcem.

Tutaj, jako pierwszy ze swojej rodziny, odszukał ciocię Maryś i swojego syna Wacusia Wieszczyckiego wujek Janek Wieszczycki, który uwolnił się z obozu jeńców wojennych gdzieś na terenie Westwalii. Szybko dotarł do Warszawy i zorganizował powrót do swojego przedwojennego miejsca pracy tzn. do Ministerstwa Skarbu, jak to się dawniej nazywało, a obecnie Ministerstwa Finansów. Tam też otrzymał mieszkanie na Rakowieckiej i postanowili się przenieść jak najszybciej do Warszawy. W ślad za nimi kolejno opuszczali Częstochowę pozostali rozbitkowie, w tym i stryjeczni członkowie rodziny Talikowskich z mecenasem Stefanem Talikowskim na czele, którzy osiedlili się w Kutnie. Odjechała Myszka, siostra cioci Lenki razem z mężem do Krakowa. Zostali natomiast w Częstochowie: moja mama, moja siostra i ja oraz Basia Jakubowska - sierota. Wujaszek Janek starał się w miarę możliwości angażować nas w pracy w powiecie częstochowskim na różnych stanowiskach.

Otrzymałem pracę pomocnika dezynfektora powiatowego, jednocześnie rozpocząłem uczęszczanie do Liceum Matematyczno - Przyrodniczego Liceum Ogólnokształcącego im. Sienkiewicza w Częstochowie. Musiałem godzić pracę powyższą z nauką w szkole i jakoś dzięki wujkowi to się udawało. Wujek natomiast, kontynuując swoją pracę w powiecie częstochowskim, napotkał na nieprzewidziane kłopoty. Czerwoni oczywiście rozpoczęli swoje rządy od zabierania własności w różnych nieruchomościach, jak młyny, apteki, warsztaty itp. Nie mówię już o reformie rolnej, która pozbawiła bez odszkodowania wszystkich właścicieli majątków ziemskich prawa własności.

Czerwoni pozbawili własności nieruchomości położonych właśnie w Olsztynie koło Częstochowy diecezje częstochowską. Był to Dom Rekolekcyjny przedwojenny i tam kazali wujkowi Jankowi zorganizować szpitalik powiatowy. Wujek miał z tym okropny kłopot, ponieważ te budynki nie nadawały się zupełnie do adaptacji na pomieszczenia szpitalne. A tu wymagano by adaptować natychmiast. Wujek zaangażował do pomocy Basię Jakubowską, aby mieć swojego człowieka w tym obiekcie i żeby te roboty posuwały się możliwie szybko.

Był rok 45 i 46, ciągle czepiano się wuja za mały postęp w tych robotach. Ja też tam Basi pomagałem.

Nastał okres letni i wujek postanowił dziadka Michała ulokować tutaj obok, w sąsiedztwie tego obiektu, gdzie wynajął dla niego pokój z wiktem i opierunkiem, jak to się kiedyś nazywało. Częstochowa natomiast, jak i przed wojną, należała do województwa kieleckiego i tam trzeba było jeździć sanitarką z demobilu po różne sprzęty. Drogi były kiepskie, w jedną stronę musieliśmy w połowie drogi nocować a potem dopiero jechać do Kielc, zabierać materiały, i znowu nocować w połowie drogi powrotnej. Byłem wtedy też bardzo pomocny wujkowi. W 48 roku zdałem egzamin konkursowy na Politechnikę Warszawska na Wydział Architektury i pojechałem studiować. Natomiast wujek został z Basią w tym Olsztynie i tam ciągle miał kłopoty. Teraz wspominam tą miejscowość z rozrzewnieniem. Pamiętam historię związaną z wujkiem i z tym nieszczęsnym szpitalikiem a przy okazji coraz bardziej postępującą chorobą dziadka, który stopniowo tracił pamięć. Niestety szpitalika tego nie dało się uruchomić. Kiedy czerwoni to zrozumieli, przekazali obiekt na Dom Dziecka.

Kończyło się lato i któregoś dnia dziadek Michał umarł. Wujek Janek zorganizował mu pogrzeb do Warszawy, na Powązki, gdzie babcia Micia była pochowana,  tam razem spoczął w grobie Talikowskich. Jak to się u nas w rodzinie mówi za katakumbami. A mnie ta okupacja stalinowska coraz bardziej denerwowała i nie podobała się, ale człowiek był bezradny. Dziś sporo już po wojnie, synowie wujka Romana Talikowskiego Jacek, Wojciech i Krzysio osiedli kolejno w Australii, akurat sobie wybrali miejsce tam dogodne pod nawą Perth, zachodnia Australia. Jakże to są losy niezbadane u Najwyższego. Do trzech braci Talikowskich dołączył jeszcze z czasem i Łukasz, syn Jaśka wnuk Jana Talikowskiego. Teraz dowiadujemy się, że Wojtek mimo, że dość młody człowiek, niestety zmarł. To będzie pierwszy Talikowski, który spocznie na ziemi australijskiej./Wcześniej pochowano tam matkę Wojtka - Zofię Talikowską. Przyp. red./ Tak myślę, że rodzina Talikowskich, pochodzenia tatarskiego, nadawała się lub była skazana na podróże, na koczownicze życie. To jest moja mała, obecna refleksja.

Obecnie świętowaliśmy 1 sierpnia rocznicę Powstania Warszawskiego, co uczyniliśmy również w kontekście naszej rodziny. Modlimy się za duszę moich braci ciotecznych Talikowskich po kądzieli, Bogdana Jakubowskiego, żołnierza Armii Krajowej poległego w Powstaniu Warszawskim za wolną Polskę a także Zdzisława Myślińskiego. Pierwszy był synem Kamilii z domu Talikowskiej, zwanej Milą i drugi syn Marii z domu Talikowskiej zwanej Maryś.

Ostatnie dni Bogdana, które pamiętam były takie: Bogdan wraz ze swą młodszą siostrą Basią mieszkali w Warszawie w mieszkaniu po swoich rodzicach w pobliżu kościoła św. Zbawiciela. On pracował w fabryce karabinów Waltera jako szlifierz. Ona gdzieś po domach u ludzi. Dawali sobie radę, ale Bogdan pracując na 3 zmiany miał i dłuższe przerwy w pracy, które natychmiast wykorzystywał aby skoczyć do Borzęcina. Moja mama Irena Drews z domu Talikowska prowadziła gospodarstwo rolne o powierzchni 72 hektarów, przyuczona jako agronom, bo tato mój siedział w niewoli niemieckiej jako jeniec podporucznik rezerwy w Murnau. Bogdan pomagał w czym tylko mógł cioci Irence, najczęściej przy naprawie narzędzi rolniczych lub przy żniwach. Był absolwentem Szkoły Kadetów we Lwowie, bardzo rozpaczał, że spóźnił się 15 minut na odlot swojego ojca - pilota Stanisława Jakubowskiego, kapitana rezerwy, zasłużonego kombatanta I wojny Światowej, na lotnisko Okęcie, kiedy to jego ojciec w grupie pilotów Wojska Polskiego odlatywał samolotami wojskowymi do Rumunii. Szukał go, aby mu powiedzieć, że otrzymał i dla niego na to zgodę. Bogdan jako kadet, wakacje spędzał na obozach szybowcowych chcąc iść w ślady ojca. Osiągnął już nawet odznakę 3 Mewek świadczących o ukończeniu trzech letnich obozów szybowcowych. Bogdan, jako brat cioteczny 10 lat starszy ode mnie, był moim bożyszczem.

1 sierpień 1944 roku zastał Bogdana akurat u nas w Borzęcinie. Wspominałem już w moim suplemencie o jego nasłuchiwaniu radia londyńskiego BBC dla Polaków. Odbywało się to nocami na naszym strychu; mama naszego radia na akumulator, które w 1939 roku nie zdążyło być zarejestrowane, nie oddała. Było schowane w grubej warstwie zgrabionych starych liści stanowiącej izolację termiczną naszego zbiornika na wodę. Wiedziałem, że Bogdan trzymał to w największej tajemnicy i zachowywałem ją także, czując, że w jakimś stopniu jestem jako 11-letni chłopak współodpowiedzialny. Za posiadanie przez Polaka radia Niemcy grozili śmiercią. Bogdan w ten sposób zaopatrywał naszą warszawską rodzinę i super zaufanych swoich kolegów, dążących jak i on do partyzantki, w bieżące wiadomości ze świata.

Nadszedł dzień powstania, wychodziliśmy w nocy za stodołę ustawioną w stronę Warszawy, skąd nadchodziły odgłosy armat i samolotów, a łuna pożarów sięgała do nas w Borzecinie. Byliśmy przerażeni, ale i pewni, że to co robią nasi w Warszawie, jest absolutnie potrzebne Polsce i jest naszą odpowiedzią dla Niemców znienawidzonych przez Polaków do granic wytrzymałości. My i cała nasza załoga z gospodarstwa, łącznie z dziećmi wpatrywaliśmy się w ten bohaterski aczkolwiek bardzo groźny spektakl. Jedynie Bogdan miał zmarszczoną brew i przeżywał widać niespokojny los swej siostry Basi a także oceniał swoją sytuację, mając warszawski dokument tożsamości.  /Jak pisze Stefan Talikowski meldunek warszawski był "karany" karą śmierci/. Mruczał wtedy za moim uchem: "ja nie zdołam przeżyć tego piekła". Pocieszałem go w tym jak mogłem, wierząc w jego absolutne męstwo i nieśmiertelność.

Ale teraz wrócę do ostatnich dni Bogdana Jakubowskiego w Borzęcinie i całą resztę jego życia. Krótkiego niestety życia. I nadszedł najtragiczniejszy dzień w losie Borzęcina i nas jako jego mieszkańców. Miało to miejsce 8 sierpnia 44 roku, gdy nocą nastąpił atak żołnierzy Armii Krajowej ze zgrupowania w Puszczy Kampinowskiej na naszą wieś. Chcieli oni zdobyć maksymalną ilości broni, amunicji na Niemcach kwaterujących wtedy w Borzęcinie. Niemcy poprzedniego dnia nie zajęli kwatery w naszym majątku, ponieważ był położony na skraju od strony wschodniej i nie był ogrodzony stałym murem. Natomiast zajęli kwatery w całej wsi, a dla swojego dowódcy zajęli kwaterę we młynie w nieruchomości, która była ogrodzona wysokim murem a nawet posypana tłuczniem ceglanym na wierzchu. Akcja partyzantów odbyła się błyskawicznie. Wystrzelali wszystkich Niemców we wsi, co do nogi, a największą ilość na kwaterze w plebani, załadowali broń i amunicję na kilka furmanek, poprzyczepiali po parę sztuk krów lub jałówek i koni, zabrali wiele innych potrzebnych im rzeczy jak umundurowania, artykuły zbożowe. Wycofali się około północy w stronę Puszczy. Ja zapamiętałem tragiczny obrazek: naradę u nas w domu między innymi proboszcza i wikarego oraz Bogdana i naszego rządcy pana Józefa Poraja, oraz mojej mamy. Postanowiono bardzo szybko, że księża i Bogdan muszą uciekać przyłączając się do partyzantów, na co oni dali też zgodę. Natomiast cała reszta mieszkańców naszego domu pozostanie na straży naszego mienia i co Bóg da, to będzie. Opis rozpoczętej o 6 rano przez żandarmerię niemiecką z Zaborowa pacyfikację Borzęcina umieściłem w moim suplemencie. Dziś chcę skupić się na osobie Bogdana. Dowiedzieliśmy się z czasem, że Bogdana przydzielono w lesie do kompanii łączności radiowej i z dużą częścią jednostki partyzanckiej przerzucono go do pomocy jednostkom Armii Krajowej w Warszawie przez Powązki na Żoliborz. Bogdan zginął niestety na Marymoncie w pobliżu stacji benzynowej. Jak to sobie nieszczęsny wyprorokował wcześniej. Ja nie mogłem przez bardzo długi czas pogodzić się z jego śmiercią.

Natomiast mój drugi brat cioteczny Zdzisław Myśliński miał długi szlak ciężkich walk na Starówce w jednostkach utworzonych na bazach harcerskich. Kiedy po ciężkich walkach musieli opuścić Starówkę i przemieścić się kanałami do Centrum, przyszło im zająć stanowiska na ulicy Puławskiej, aby odpierać ataki czołgów niemieckich i piechoty od strony Pola Mokotowskiego, ze szczególnym uwzględnieniem Parku im. Orlicz Dreszera. Tam też Zdzisław zginął raniony śmiertelnie odłamkami cegieł okolicznych zburzonych domów w ataku sztukasów. Zginął w okopie, kiedy przemęczony upałem zdjął na chwilę hełm. Po wojnie ciocia Maryś ekshumowała go stamtąd do grobu Talikowskich za katakumbami, na cywilny cmentarz Powązkowski. Natomiast Basia przeżyła Powstanie bohatersko i odszukała ciało Bogdana, pochowała go w alejce powstańców na Powązkach Wojskowych, gdzie łatwo doń trafić z głównej alejki, za rogiem grobu generała Rómla.

Była też i ciężka ofiara z rodziny Drewsów, to jest żony mojego stryja Jana Drewsa, Wiesławy Drews, która użyczała swoje mieszkanie na ulicy Śniadeckich dla sztabowców Armii Krajowej. Po wpadce wylądowała w Oświęcimiu-Brzezince. Tam też dała się poznać dalej jako działająca w sprawie, uśmiercona męczeńsko. Opisane to jest w książce "Dymy nad Birkenau" lub jej podobnej. Nie pamiętam tytułu.

Wujaszek Janek Drews w tym czasie siedział już jako jeniec wojenny u Niemców w Oflagu pod nazwą Woldtenberg. Przedtem jego żona Wiesia urodziła mu drugie dziecko, bo pierwsze to był Andrzejek a drugie Krysia. Ponieważ mama zginęła w Oświęcimiu, wychowywane były przez babcię, matkę Wiesi. Przeżyły Powstanie Warszawskie w piwnicy pod mieszkaniem na ulicy Śniadeckich. Zatem Krysia nie znała swojego ojca, a raczej ojciec nie znał Krysi, bo ona jeszcze nie miała pojęcia o świecie. Bracia Zygmunt i Jan Drewsowie powołani byli do Wojska Polskiego w 39 roku do walk obronnych przed Niemcami. To samo dotyczyło wujka Janka Wieszczyckiego, który również znalazł się w obozie Niemców w Westfalii. A mój ojciec Zygmunt trafił do Murnau. Na wojnę powołany został w stanie spoczynku pilot Stanisłąw Jakubowski kapitan Wojska Polskiego. To samo dotyczyło i wujka Mitka Talikowskiego, żołnierza czynnej armii w Wojsku Polskim. Kapitan Jakubowski szkolił w Armii Generała Andersa młodych pilotów polskich w mieście Aleksandria w Egipcie. Tam też ożenił się z Egipcjanką i tam zakończył swoje bohaterskie życie. Wujek Mitek, pułkownik, brał po I Wojnie Światowej udział w Wojsku Polskim w służbach wywiadowczych. W czasie II wojny, w armii gen. Andersa, przeżył wojnę w ciężkich okolicznościach, ożenił się z Angielką i zamieszkał w Londynie. Powrotu do Polski z uwagi na sytuację, jaka była wtedy, nie doczekał się. Zostawił w Londynie syna i wnuka obaj o imionach Michel Talikowski. Ten ostatni, jak mi wiadomo, interesuje się poważnie kontynuacją drzewa genealogicznego Talikowskich i zachowuje kontakty z Talikowskimi w Australii i Wacławem Wieszczyckim w Kutnie w Polsce. Trzeba by tego wnuka przybliżyć rodzinie jak najmocniej i czule, co daj Boże Amen. A za wszystkich tych naszych wojaków składajmy do Boga serdeczne "Wieczne odpoczywanie racz im dać Panie a światłość wiekuista niechaj im świeci, niech odpoczywają w pokoju wiecznym. Amen."

Muszę wspomnieć jeszcze Zdzisia Myślińskiego, który bywał przed wojną w czasie wakacji u nas, to znaczy u mojego ojca i mamy, na majątku dzierżawionym prze ojca w Święcicach koło Błonia. Tam była zapraszana cała młodzież rodzinna przez mojego ojca i ćwiczona w jeździe konnej. Między innymi oczywiście. To były prześliczne okresy wakacyjne, gdy do Święcic przyjeżdżał i Bogdan i bliźniacy Jaś i Staś Metelscy, synowie cioci Maryli Metelskiej z domu Drews, siostry mojego ojca. Mieliśmy używanie na całego, w czym uczestniczył bardzo czynnie wujek Zygmunt mój ojciec, razem z ciocią Ireną, swoją żoną. W czasie okupacji Zdzisio bywał i u nas w Borzęcinie, ale jako student Tajnego Uniwersytetu na Wydziale Lekarskim nie miał za dużo czasu. Jak pamiętam razem ze swą mamą, ciocią Maryś a nawet z małym Wacusiem, pomagał cioci Irenie a mojej mamie przy żniwach. Zdzisio był o 4 lata ode mnie starszy, a więc utratę Bogdana i Zdzisia przeżyłem bardzo ciężko i boleśnie. Chłopcy wujka Romana Talikowskiego rodzili się już po wojnie, tak więc ja stałem się żyjącym seniorem dla tego pokolenia, naszych braci ciotecznych.



przejdź do początku

Komentarze (1)

    • Jacek Talikowski
    • napisał(-a) 2010-07-18
    1. Moj brat Wojciech Talikowski zmarł niespodziewanie 18/7/2009, sekcja wykazala przedawkowanie lekow.
    2. Michal Talikowski (Mitek) mial syna Michala ktory ma kilkoro dzieci, Aleksandra, Krzysztofa i Alicje. Krzysztof (Kris)jest bardzo zainteresowany dziejami rodziny.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku