Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Zdjęcia do rozdziału
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2015-01-05 06:42:10
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Jacek Talikowski - zapiski

Stary kraj - Roman RAN

Wstęp


Nigdy nie myslalem, ze przyjdzie czas kiedy zdecyduje sie pisac wspomnienia. Urodzilem sie, i zyje w szczesliwych czasach, niezmiernie rzadko wystepujacych w historii mojego narodu, kiedy nie bylo zadnej wojny, nie wybuchlo zadne powstanie. Bylo jednak kilka zagrozen, w wyniku ktorych byt narodu mogl sie raptownie pogorszyc, mam na mysli ryzyko konfliktu nuklearnego w czasach "Zimnej Wojny", oraz mozliwosc uzycia Armii Czerwonej do stlumienia ruchu Solidarnosci.
Zyjac w Polsce w tamtych czasach nie zdawalem sobie sprawy jak blisko swiat byl od wybuchu konfliktu nuklearnego. Ruch Solidarnosci rowniez niosl w sobie ryzyko kleski narodowej, pamietam ze zdawalismy sobie z tego sprawe.
Niewatpliwie niespodziewany upadek Zwiazku Radzieckiego, oraz wszystkich ideii ktorych byl propagatorem, byl najwiekszym wydarzeniem mojego dotychczasowego zycia.
Szczęśliwie, nie byłem pędzony "wiatrem historii" z miejsca na miejsce, nie musiałem uciekać przed okupantem, nikt do mnie nie sztrzelał. Byłem tylko niemym świadkiem upadku jednego z najgrożniejszych systemow społecznych na swiecie; komunizmu. Systemu totalnego podporządkowania ludzi, dla ideii. Systemu ktory ma rożne twarze, potrafi sie przepoczwarzać i dostosowywać do każdego kontynentu. Obiecuje wolność i dobrobyt, przynosi niewolę i biedę. Mam nadzieje że już nigdy się nie odrodzi.


1. Dzieciństwo, raczej niemowlęctwo.


Urodziłem sie w Kielcach, 18 sierpnia 1946 roku, gdzie moi rodzice znależli schronienie u krewnych mojej mamy Zofii. Mieszkaliśmy tam tylko jeden rok, oczywiście nic nie pamiętam z tamtego okresu. Jestem najstarszym synem moich rodzicow, chociaż nie pierworodnym, podobno pierwszy syn Roman umarł kilka dni po porodzie.
Były to ciężkie czasy, województwo kieleckie było bodajże najbiedniejszym regionem polski. Kiepska ziemia i duże rozdrobnienie gospodarstw powodowało, że głód był nieobcy jego mieszkańcom. Kiepskie plony (sztuczne nawozy nie były jaszcze znane), obowiazkowe dostawy produktow rolnych nałozone przez niemców a potem sowietów powodowały znaczne ubożenie mieszkańców.
Brak dobrej służby zdrowia, brak szczepień ochronnych, zapewne niedożywienie oraz stress po-okupacyjny powodował dużą śmiertelność noworodków. Moja mama po pierwszej porażce zdecydowała sie na nastepne dziecko, czyli mnie, już po "wyzwoleniu".
Zapewne lepsza aprowizacja u krewnych, spokojniejsze czasy, lepsza opieka medyczna oraz "łut szczescia" sprawiły że szcześliwie przyszedłem na świat, przeżyłem wczesne dzieciństwo. Po roku pobytu w Kielcach moi rodzice zdecydowli sie przeprowadzić bliżej Warszawy.
Rodzina mojego ojca, Romana od dawna była związana z Warszawą.

2. Troche o moich dziadkach, Mrozowskich

Rodzina mojej mamy,Zofi z domu Mrozowska pochodziła z kieleckiego, ze zubożałej szlachty. Dziadek, Józef Władysław Mrozowski słuzył w legionach, w Pierwszej Brygadzie za co został odznaczony prze Marszałka Piłsudskiego, Krzyżem Niepodległości w 1933 roku. Również mój wuj, Julian Mrozowski zostal odznaczony w 1932 roku, pośmiertnie Krzyżem Niepodległości za walkę w legionach. Moja babcia Józefa z domu Michcińska, również była wielką sympatyczką marszałka, należała do kobiecych służb pomocniczych legionów, widziałem jej zdjęcie w mundurze.
Po odzyskaniu niepodległości w 1920 roku, dziadkowie moi jako wojskowi osadnicy osiedlili sie we Włodzimierzu Wołyńskim, należącym wtedy do Polski a obecnie na terytorium Ukrainy.
Po wybuchu drugiej wojny światowej w 1939 roku, po zajęciu przez armie czerwoną  wschodnich rubiezy polski, nacjonaliści ukraińscy zaczeli mordować polskie rodziny, dążac do powstania wolnej Ukrainy.
Mój dziadek, Józef który pracował w miejscowym sądzie jako obrońca, był lubiany jako że bronił lokalnych ukraińców, został ostrzeżony przez jednego z klientów o planowanym przez narodowych ukraińców tzw. petlurowców mordzie na naszej rodzinie. Nic nikomu nie mówiąc moi dziadkowie spakowali sie do paru walizek i nocą uciekli z Włodzimierza, wywiezieni przez znajomego żyda, furmanką.
W ten sposób uniknęli losu wielu polskich rodzin, bestialsko wymordowanych przez ukraińskich nacjonalistów.
Zainteresowanych dalszymi losami moich dziadkow i życiem na Wołyniu odsyłam do pamiętników mojej mamy Zofi, ktore wkrótce opublikuję.

3. Dzieciństwo

Tak wiec w roku 1947 moi rodzice przeprowadzili sie pod Warszawę. Mój ojciec jako przedwojenny warszawiak nie mógł dostać meldunku w Warszawie, takie były rozporządzenia pro-sowieckiego rządu Bolesława Bieruta. Warszawa została zasiedlona przybyszami ze wsi, przesiedleńcami, podczas gdy przedwojenni warszawiacy musieli szukać mieszkań poza Warszawą. Była to oczywiscie kontynuacja planu wyeliminowania inteligencji z życia państwa i zmienienia charakteru miasta.
Ojciec mój znalazł mieszkanie i meldunek bodajże pod Piastowem, na trasie WKD w kierunku Milanówek/Grodzisk, wysiadało sie w Regułach. Otrzymał pozwolenie i przydział lokalu na pracownię rękawiczniczą i sklep na ulicy Hożej 35.
Niewiele pamiętam z tamtych czasów, ale zachowało się kilka zdjęć. W szpitalu w  Piastowie urodził się mój młodszy brat Wojtek w 1949 roku.
Około roku 1952 przeprowadzilismy się do Komorowa, pare przystanków dalej, również na trasie WKD. Ojciec wynajął parter w niewykończonym domu. Pan Orzechowski, piekarz z Pruszkowa, postawił duży dom ale zabrakło mu funduszy na jego wykończenie. Ojciec podjął sie wykończyć za własne pieniądze parter, a nastepnie tę sume odmieszkać. Był to dobry interes dla obojga. Piekarz nie musiał pokazywać że ma pieniądze, ojciec miał zapewnione mieszkanie na pewien czas. Budowanie w tamtych czasach domu przez tzw. prywatną inicjatywę równało sie samobójstwu (finansowemu).
Wczesne dzieciństwo upływało mi beztrosko. Opiekowała sie nami pani Maria, gosposia która mieszkała z nami, miała własny pokoik. Ojciec codziennie jeżdził do sklepu, do Warszawy, troche póżniej jechała do sklepu mama. Sklep był otwarty przez sześć dni w tygodniu, włączając soboty, od 9 do 17.
W niektóre niedziele były organizowane dni odgruzowywania Warszawy i mój ojciec musiał w tym uczestniczyć. Wszyscy dostawali łopaty i ładowali gruz na ciężarówki. W wolne niedziele chodziliśmy z rodzicami do lokalnego kościółka. Ubrani świątecznie, musieliśmy stać przed ołtarzem z innymi chłopcami, nie rozglądać sie i słuchać mszy po łacinie. Potem szliśmy na spacer i na lody.
Ulubionym moim zajęciem w tych czasach zanim poszedłem do szkoły były akrobacje na trzepaku, balansowanie na środkowej belce lub zwieszanie sie głową w dół. Ponieważ przed pójściem do szkoły zabronione nam było oddalanie sie od domu, podwórko, ogród pana Orzechowskiego był naszym całym światem. Wspinanie się na drzewa w ogrodzie, strzelanie z procy, chowanie się do psiej budy przed gosposią wypełniało moje dni. Mieliśmy zawsze psa, przeważnie owczarka niemieckiego, czasami skundlonego, ktory zawsze nazywał sie "Żok". Szczególnie po wyprawie do cyrku, do którego ojciec zabierał nas regularnie, ćwiczenia na trzepaku intensyfikowały sie znacznie.
Ponieważ ojciec wychodził do sklepu rano, po śniadaniu, a krótko po nim wyjeżdzała mama, cała opieka nade mną i młodszym o 3 lata bratem Wojtkiem spadała na barki gosposi, pani Marii. Ta kobieta która spędziła w naszej rodzinie około połowy swego życia a której nazwiska nawet nie znałem, opiekowała się nami w tamtych czasach, karmiła, pilnowała, cerowała podarte koszule, łatała portki, sprzątała, gotowała dla nas i dla rodziców kiedy wracali z pracy. A w miedzyczasie robiła konfitury, kompoty, tzw. weki czyli konserwowane w wysokiej temperaturze jedzenie na zimę. Pani Maria była członkiem naszej rodziny, musieliśmy się jej słuchać, miała prawo przyłożyć nam ścierką. Od wymierzania poważniejszych kar był ojciec. Kupił sobie nawet tak zwaną dyscyplinę czyli sarnią nóżkę z pięcioma rzemieniami którymi zamierzał nas chłostać. Ale jako że był człowiekiem o łagodnym usposobieniu, lub dlatego że wszystkie rzemyki jeden po drugim wycieliśmy, dyscyplina nigdy nie była użyta. Pamietam że czasami dostawałem parę klapsów od mamy za zniszczenie ubrania. Pamietam też, że w tamtych trudnych aprowizacyjnie czasach, ojciec polecił zbić  kilka klatek dla królików, opieka nad nimi i karmienie były moim obowiązkiem i przyjemnością.
Najwięcej uciechy i radości sprawiały nam zjazdy rodzinne. Ubierani bylismy w nowe ubranka, białe podkolanówki, sandałki. Siedzieliśmy pod stołem, wywoływani do powiedzenia wierszyka. Wójek Janek, doktor z Częstochowy, oglądał nam migdałki, osłuchiwał płuca, potem dawał nam parę złotych na cukierki. Wypraszani bylismy kiedy starsi zaczynali opowiadać kawały, ale po wyjsciu gosci natychmiast wracalismy zaopiekowac sie ciastkami i skosztować pozostawionych likierów.


4. Szkoła Podstawowa

Nadszedł wreszcie oczekiwany czas pójścia do szkoły podstawowej. Mieściła się ona w drewnianym baraku w sosnowym lesie, w odległości około 400 metrow od naszego domu. Przyjęcie do pierwszej klasy odbywało sie bardzo uroczyście. Uczniowie ostatnich klas wprowadzali pierwszoklasistów do szeregów z których formowały się klasy. Pierwszy tydzień był najgorszy, skończyła się wolność a zaczeły się obowiazki. Kierownikiem szkoły był pan Henryk Kotoński. Bycie uczniem, noszenie mundurka, czapki z daszkiem oraz tornistra był widocznym dowodem starszeństwa dla mojego brata Wojtka który majac zaledwie cztery lata i usiłował sie wskrobywać na trzepak.
Gosposia również pozwalała oddalać się nieco od domu, jednak nie dalej jak na odległość glosu, którym to wołała nas na posiłki. Ta odleglość głosu poszerzyła mój swiat na tyle że mogłem po szkole grać z kolegami w piłkę na polu koło sklepu. W piłkę nożną graliśmy każdego dnia po szkole i po obiedzie, dopóki się nie sciemniło lub gosposia nie zawołała mnie do domu do odrabiania lekcji. Dla nie zorientowanych dodam że telewizji jeszcze nie było ani innych gier komputerowych. Wieczorem rodzice sprawdzali moje prace domowe. Zimą piłkę zastępowały sanki lub łyżwy przykręcane do butów. Nauka nie sprawiała mi kłopotów, lubiłem przedmioty scisłe, natomiast gramatyka budziła mój opór.
Wychowawczynią mojej klasy była pani Janina Kępna, stara panna, perfekcjonistka, pedagog starej daty, nie tolerujaca żadnych psot czy figli. Tępiła wszystkie psoty z żelazną konsekwencją, nie mając żadnej wyrozumiałości dla szczenięcych lat. Była też inna nauczycielka, pani Kukwa, od matematyki która potrafiła dać linijką po rekach lub po głowie. Stawianie ucznia do kąta, wyrzucanie na korytarz czy wysyłanie do kierownika szkoły do raportu był często stosowane. Lekcje były monotonne, bez próby zainteresowania ucznia, polegały na wkładaniu wiedzy łopatą do głowy, nic dziwnego więc ze chłopcy z nudów płatali niewinne figle, jakieś śmiechy, wygłupy które przerywały monotonię lekcji ale były kamieniem obrazy dla smiertelnie poważnego belfra.
Cieżko to obecnie zrozumieć ale wtedy światy dzieci i dorosłych były od siebie oddzielone niewidzialnym murem. Dorosły zawsze miał rację a dziecko tylko pytane mogło dorosłemu odpowiedzieć, nikt nie starał się zrozumieć dziecka, pruska dyscyplina i tresowanie dzieci było powszechne i nikogo nie raziło.
Rodzice moi cieżko pracowali i byli ustawicznie dręczeni przez różne kontrole finansowe, których efektem były domiary czyli dodatkowe podatki. Rzemiosło było klasą wrogą socjalistycznemu państwu na drodze budowania komunizmu i tylko czasowo, z wieloma ograniczeniami i pod silną kontrolą państwa było dopuszczone do egzystencji. To nie były żarty, za czasów Prezydenta Bieruta rzemiosło i rolnicy indywidualni byli traktowani przez władzę jako zło konieczne.
Gospodarka sterowana centralnie nie była w stanie zaspokoić potrzeb obywateli, lukę tę wypełniała produkcja rzemieślnicza i produkcja indywidualnych gospodarstw chlopskich. Jakiekolwiek odstępstwo od reguł wytyczonych przez urzędy kontroli groziło aresztowaniem, procesem pokazowym i bardzo wysokimi wyrokami, nie wyłączając kary smierci. Mój ojciec fatalnie znosił tę presję, był to okres podobny do czasu kiedy w ZSRR wprowadzono N.E.P. i podobnie miał się skończyć.
My oczywiście jako chlopcy nie zdawalismy sobie sprawy ze stresu w jakim ustawicznie żył nasz ojciec i beztrosko przeżywaliśmy nasze dzieciństwo. A czasy naprawdę były ciężkie. Wspominałem już o naszej hodowli królików i o pani Marii robieniu przetworów z owoców. Pamiętam że tylko raz ojcu udało się kupic orzech kokosowy który zamiast mleczka miał jakąś brudną wodę w środku. Czasami w okolicy Świąt Bożenarodzeniowych udało się kupić po długim staniu w kolejce kilka kubańskich bananow lub pomarańczy. "Owoce południa" oraz inne "luksusowe towary" były wielką rzadkoscią w sklepach i przewaznie były dostarczane do wielkich zakładów przemysłowych i rozdzielane pomiędzy robotników. Zdaję sobie sprawe że wspomnienia z dzieciństwa dzieci innych grup społecznych mogą być inne i zapewne są, w zależności od przynależności rodziców do innych grup społecznych lub zawodów jak np. dzieci robotników, milicjantów, działaczy partyjnych, lekarzy, wojskowych itp. W moim przypadku ilość pomarańczy które zjadłem uczęszczając do szkoły podstawowej policzyłbym na palcach jednej ręki.
Bodajże w trzeciej klasie zostałem ministrantem, rodzice kupili mi białą komeżkę. Niewiele rozumiejąc z całego ceremoniału nauczyłem sie odpowiadac ksiedzu po łacinie, dzwonić w odpowiednich momentach, rozpalać i przynosić kadzidło. Nigdy nie podpijałem wina mszalnego i nigdy ksiądz nie zachowywał się nieprzyzwoicie wzgledem mnie, miał gosposię.
Dwa razy do roku wyjeżdzalismy z mamą na wakacje, ojciec musiał pilnowac sklepu i czasami tylko sie do nas dołączał na kilka dni. Zimą jeździliśmy na narty do Zakopanego, latem zaś do Sopot, na plazę. Ojciec wynajmował prywatną kwaterę i codziennie chodziliśmy się kąpać. Często jezdziliśmy z panią Giedrojciową, żoną taty kolegi, lub innymi znajomymi. Starszyzna poza krótkimi zanurzeniami w Bałtyku siedziała w koszach lub za parawanikami jeżeli byliśmy w Łebie. Myśmy się kąpali niezależnie od temperatury wody, rodzice wyciągali nas szczękających zębami z zimna i sinych. Na parę dni przed końcem przyjeżdzał ojciec, brał nas na lody albo na ciastka (cukiernia SŁodka Dziurka na deptaku Monte Cassino), pomagał się pakować i wracaliśmy do domu. Strasznie lubiliśmy podróżować pociągiem, zaraz po ulokowaniu sie w przedziale jak tylko pociąg ruszył bylismy głodni, dostawaliśmy jajka ugotowane na twardo. Jajka na twardo były częscią naszych wakacji, potwierdzały koniec szkoły, zapowiadały wakacje, coś nowego, wielką przygodę. Idąc deptakiem w Sopocie czy na Krupówkach staraliśmy się jeść lody jak najszybciej aby przy następnej budce z lodami poprosić o następne. Och te szczęśliwe, szczenięce lata kiedy woda sodowa z saturatora lub "lody" z mrożonej wody tak smakowały.
Ponieważ lubiłem tańczyć, mama zapisała mnie do szkolnego zespołu tańca gdzie tańczylismy rózne tańce ludowe na wszystkich uroczystościach szkolnych, ubrani w regionalne stroje.
Na krótkich 10 minutowych przerwach dziewczynki zbierały się w kątach plotkując, my chłopcy goniliśmy sie i przepychali na środku sali pod czujnym okiem dyżurnego nauczyciela, do czasu aż wąsaty woźny w czapce z daszkiem nie oznajmił dzwonkiem końca przerwy. Na dużej pauzie puszczana była z adapteru (prekursor CD player) muzyka taneczna, walczyki, tanga. Chłopcy wybiegali na dwór żeby tam się wybiegac, dziewczynki po krótkim oczekiwaniu na kawalerów zaczynały tańczyć ze sobą. Chłopcy z 7 klasy palący papierosy w ubikacji musieli uwazać na wożnego którego kierownik szkoły pan Kotoński wysyłał na kontrolę. Kary były surowe, za pierwsze złapanie uwaga w dzienniku i powiadomienie rodziców, za następne wezwanie rodzicow na rozmowę i zawieszenie w zajęciach, dla niepoprawnych wyrzucenie ze szkoły.
Nauczyciel zawsze miał rację, uczeń zawsze powinień przyznać się do winy, jeżeli tego nie zrobił nauczyciel zaprowadzał go do pana Kotońskiego który również bardziej wierzył nauczycielowi ale czasami wykazywał wyrozumiałość dla figlów młodości i łagodził karę. Takie postępowanie grona nauczycielskiego wobec uczniów szybko pozbawiło mnie złudzeń i nauczyło ze przyznanie sie do winy zawsze powoduje karę a nie przyznanie się tylko czasami. Będac w szkole raczej urwisem czasami byłem karany za czyny których nie popełniłem.
Wychowawczyni mojej klasy pani Janina Kępna była szczególnie uciażliwa, zaniżała mi stopnie z odpowiedzi, prac domowych, nie tolerowała zadnych wybryków. Jak szczerze powiedziała mojej mamie, że ponieważ jest ona (moja mama) w komitecie rodzicielskim chce uniknąć podejrzeń że mnie faworyzuje. Tak to szkoła podstawowa dała mi lekcję zycia, zestresowała mnie wystarczająco i pozbawiła złudzeń sprawiedliwości.
Gdyby to było możliwe chciałbym spotkać moich nauczycieli, szczególnie panią Kępną, którzy pozbawiali mnie prawa głosu, zawsze przedkładali swoje racje ponad moimi. Trzeba pamietac że wychowywanie dzieci w tamtych czasach było inne, podejscie do dzieci równiez. Z perspektywy czasu nie sądze żeby pani Kępna robiła to złośliwie ale jej brak zrozumienia mentalności chłopca i tego konsekwencje (zapewne wbrew jej oczekiwaniom) na pewno położyło się cieniem na moim przyszłym życiu.
Moi rodzice też traktowali mnie jak dziecko (bo takim byłem) ale zawsze z wyrozumiałościa i respektem. Czasami dostawałem paskiem od ojca ale tylko wtedy gdy moja wina była dowiedziona. Zawsze czułem szacunek i respekt dla rodziców.
Pewnego razu do Polski przyjechali koledzy ojca z czasow studiow w Wyzszej Szkole Handlowej. Wszyscy mieszkali we Francji, byli bogatymi ludźmi. Jeden miał wytwórnie narzędzi medycznych, drugi miał kilka sklepów, trzeci był profesorem uniwersyteckim. Przywieźli mi w prezencie piękny, lekki, wyścigowy rower z przerzutkami. To był królewski prezent, cała szkoła mi go zazdrościła. Długo jeździłem pod ramą zanim dorosłem na tyle że mogłem usiaść na siodełku. "Francuzi" - jak ich nazywaliśmy, byli kolegami ojca na studiach, często z żydowskich rodzin, musieli uciekać z Polski przed wejściem wojsk niemieckich.
Ojciec, człowiek kryształowej uczciwosci nadzorował ich sklepy i pieniadze wysyłał za granicę. Francuzi wielokrotnie proponowali ojcu pomoc w wyjeździe z kraju i pomoc w otwarciu pracowni i sklepu we Francji. Ojciec zawsze odmawiał, pomimo że znał francuski. Do tej pory nie rozumiem jego uporu, tym razem też odmówił.
Byłem też w harcerstwie. Najpierw w tzw. "czerwonym", nosilismy czerwone chusty, potem po tzw. "odwilży" czyli po smierci Stalina i Bieruta w drużynie imienia Janka "Czarnego" żolnierza-bohatera AK, nosilismy czarne chusty obszyte frędzlami z wyhaftowanym znakiem PW. Jeździłem na obozy harcerskie, zdobyłem wiele sprawnosci, doszedłem do stopnia zastępowego.

5. Szkoła średnia


Po ukończeniu szkoły podstawowej w Komorowie ze stopniem "dobry" z zachowania złożyłem dokumenty o przyjęciu do Liceum Ogólnokształcącego w Milanówku. Liceum te znane było z wysokiego poziomu nauczania i duża ilość absolwentów dostawała się na studia wyższe. Większość dzieci z tzw "inteligenckich rodzin" wysyłała dzieci do Milanówka. Egzamin wstępny zdałem bez trudności, zapewnie dzięki pani Kępnie która podwyższała mi poprzeczkę w szkole podstawowej.
Zaczęły się dojazdy do szkoły kolejką elektryczną WKD, 35 minut jazdy plus około 20 minut dojścia do szkoły mieszczącej sie w starym budynku, chyba poklasztornym, w willowej dzielnicy Milanówka. Tyle samo zabierał powrót, pociąg odjeżdżał co pół godziny.
Mundurki nie obowiązywały ale strój musiał być czysty i schludny, żadnej ekstrawagancji. Czapka szkolna oraz tarcza z imieniem szkoły (nie na zatrzaski ale dobrze przyszyta do swetra), były sprawdzane przez nauczyciela przy wejściu. Była nas spora grupka uczniów dojeżdżających kolejką do Milanówka. Po drodze dosiadali się uczniowie z Podkowy Leśnej. Nie wiem dlaczego zapisałem się do klasy łacińskiej, medycyna mnie nie interesowała, zawsze miałem techniczne inklinacje, podobno po dziadku Mrozowskim, jako że mój ojciec nie miał takowych. Nic specjalnie ważnego, związanego z Liceum,  nie zapisało się w mojej pamięci z tamtych lat, może tylko to, że z braku dobrych połączeń (ostatni pociąg do Komorowa odchodził bodajże o 21.00) trzeba było wychodzić z prywatek przed zakończeniem. Te strasznie długie dojazdy do szkoły zabierały mi prawie cały mój wolny czas, postanowiłem przenieść się do Liceum Ogólnokształcącego im Tomasza Zana w Pruszkowie. Kolejka do Pruszkowa odjeżdżała co kilka minut, do szkoły było bliżej i język niemiecki wydawał się bardziej użytecznym.
W Liceum w Pruszkowie spotkałem wielu kolegów z podstawówki, nauczyciele, czyli tzm "profesorowie" byli bardziej dostępni. Siedzenie na lekcjach i wysłuchiwanie nudnych prelekcji (próby zainteresowania ucznia tematem były jeszcze nie znane) było mordęgą, życie naprawdę zaczynało się po lekcjach lub na wakacjach. Na wakacje jeździłem z kolegami na auto-stop (zatrzymywanie samochodów na szosie), na obozy żeglarskie na Mazury albo spływy kajakowe. Zdobyłem uprawnienia ratownika pływackiego oraz sternika żeglarskiego. Ojciec kupił mi motocykl marki WSK (na raty, żyrantem była ciocia Basia Jakubowska Gut) z którego byłem bardzo zadowolony, zacząłem jeździć nim na wakacje po Polsce. Z nauką nie miałem wiekszych problemów, grałem w kosza i piłkę nożną, dobrze pływałem, elektronika była moim hobby. Niestety w klasie przedmaturalnej zacząłem opuszczać nie lubiane lekcje (chodziliśmy z dziewczynami na baseny, kąpać sie, opalać oraz pić tanie wino). Zaowocowało to brakiem postępów w języku rosyjskim i koniecznością powtórzenia roku. Powtarzanie roku jest szczególną głupotą, zna się cały program z wyjątkiem jednego przedmiotu, spędziłem ten wolny czas na  włóczeniu sie po kawiarniach oraz koneserowamiu tanich polskich win.
Najlepiej wspominam egzamin maturalny a szczególnie historię. Historia II Wojny Światowej była moim hobby, przeczytałem wszystkie dostępne mi książeczki tyczące II WŚ z serii "Tygrys". Jednym z pytań maturalnych z historii była ofensywa radziecka, bitwa pod kurskiem, zostawiłem to pytanie na koniec. Przed zdziwioną komisją egzaminacyjną podałem przebieg całej bitwy, wymieniłem ilość żołnierzy, armat, czołgów, samolotów biorących udział w bitwie i to po obydwu stronach frontu (Ostatnio czytałem opis tej bitwy). Komisja słuchała z otwartymi ustami, po zakończeniu historyk wstał, podał mi rekę, pogratulował, i wpisał najwyższy stopień z egzaminu, bardzo dobry. Dopiero parę dni później sięgnąłem po tą samą książke, bo coś budziło moje wątpliwości. Przebieg bitwy sie zgadzał ale ilość żołnierzy, sprzętu zapożyczyłem z innej bitwy.
Na Politechnikę nawet nie zdawałem, ku zdziwieniu nauczycieli i moich rodziców, uważałem (mylnie), że dyplom to tylko papierek i tylko wiedza się liczy.

6. Mój Ojciec, Roman.


Ten rozdział moich wspomnień jest rodzajem epitafium dla mojego Ojca i dla innych członków Rzemiosła Polskiego bezlitośnie gnębionych i wykorzystywanych przez wszystkie instytucje Polski Ludowej a szczególnie Urząd Skarbowy.
Piszę ten rozdział szczególnie dla tych szczęśliwców którzy nie pamiętają socjalizmu, lub pracując w zakładach państwowych pamiętają darmowe wczasy, sanatoria, stałe pensje, ekstra premie na koniec roku tzw "trzynastki", paczki pomarańczy na Boże Narodzenie, talony na samochody, mieszkania zakładowe, darmowe żłobki etc. Żadne z tych dobrodziejstw nie było dostępne dla naszej klasy społecznej - Rzemiosła. Rzemiosło jako zło konieczne w panstwie socjalistycznym, budującym komunizm, było regulowane i ściśle kontrolowane, taki komunistyczny apartheid. Prasa rządowa (innej nie było) sterowana przez partę komunistyczną zawsze przedstawiała Rzemiosło w złym świetle, jako wyzyskiwaczy, spekulantów, oszustów zarabiających krocie. Społeczeństwo było do nas wrogo nastawione i ja nie zawsze się przyznawałem ze mój ojciec jest rzemieślnikiem. Rzemiosło płaciło bardzo wysokie podatki, nie miało żadnych zniżek dostępnych reszcie społeczeństwa a jeszcze musiało samo utrzymywać swoje przychodnie lekarskie i sanatoria. Rzemiosło było dojną krową dla wszystkich urzędów (i urzędników) nadzorujących, szczególnie urzędów finansowych, nakładających podatki.
Za czasów Stalina w Rosji a Prezydenta Bieruta w Polsce, rzemiosło było szczególnie prześladowane. Po śmierci Stalina i Bieruta nastały czasy prezydentury Gomułki i represje troche zelżały.
Ojciec jako rzemieślnik (co za degradacja dla absolwenta Wyższej Szkoły Handlowej), mógł prowadzić pracownię rękawiczniczą i sklep, bez prawa zatrudniania pracowników (jedynie ekspedientkę, panią Helenę). Skóry na rękawiczki były rozdzielane centralnie, roczny przydział wynosił około 15 metrów kwadratowych lichej jakości(tak, to nie pomyłka, 15m, jest to ilość wystawczająca na dwa tygodnie). Wszystkie garbarnie były państwowe, kupno surowca nielegalnie groziło więzieniem.
W takich okolicznościach, płacąc wysokie podatki, jedynym pomysłem na przeżycie były usługi, czyli nieznane nigdzie pranie i cerowanie starych rekawiczek.
Rękawiczki skórzane muszą być ręcznie prane w rozpuszczalniku benzynowym. Pranie takie niszczy skóre na rękach piorącego, jest niezdrowe, wdychanie oparów benzyny powoduje stany euforyczne, stwarza niebezpieczeństwo eksplozji. Praliśmy całą rodziną, ojciec po pracy, wieczorem w łazience, namaczał a potem miętosił w dużym słoju, stare, przepocone rękawiczki klientów, ja wycierałem je na bagietce, żeby nie było zacieków. Mama nastepnego dnia reperowała pęknięte szwy ponieważ były to przeważnie stare, przedwojenne rękawiczki. Niebezpieczna, niezdrowa, mozolna, śmierdząca praca, ale innego wyjścia nie było.
Jedyną przyjemnością dla ojca były sporadyczne zamówienia na wykonanie rękawiczek dla teatrów, czyli wykonawstwo z powierzonego materiału. Wszystkie rękawiczki do filmu "Krzyżacy" były szyte w naszej pracowni, moi rodzice bardzo lubili teatr i czasami otrzymywali darmowe bilety.
Moi rodzice byli ludźmi inteligentnymi, Mama, studiowała prawo na kompletach w czasie okupacji ale przerwała, lubiła poezję, miała łatwość rymowania (wydała zbór wierszy napisanych w Australii), chodziła do teatru, opery, lubiała literaturę klasyczną, znała niemiecki, chodziła do kina. Ojciec, absolwent Wyższej Szkoły Handlowej, tenisista i wioślarz w młodości, grał na pianinie, chodził z mamą do teatru, lubiał operę, widział jeden polski film "Krzyżacy", znał biegle rosyjski i francuski, mistrz rękawiczniczy.
Mimo permanentnego braku surowca (kiepskiej jakości) wysokie podatki trzeba było płacić regularnie, oraz tzw. "domiary" czyli dodatkowe podatki zależne od uznania kierownika Urzedu Skarbowego. Oprócz częstych tzw. "nalotów" czyli niespodzianych kontroli kiedy to urzędniczki urzędu skarbowego kontrolowały książki finansowe, sprawdzały czy nie ma jakiegoś nielegalnego surowca, zostawiały nam kilkadziesiąt par rękawiczek zebranych chyba z całego wydziału, które mój ojciec prał i reperował za darmo, nie chcąc sie narazić na ich niełaskę. Łapówek chyba nie płacił, był za uczciwy i za strachliwy żeby ryzykować więzieniem. Samochodu nigdy nie mieliśmy, każdy większy wydatek musiał być znany Urzedowi Skarbowemu, po kupnie działki i w czasie budowy domu ojciec często musiał chodzić tłumaczyć Urzedowi Skarbowemu skąd ma pieniądze. Często wracał z wieścią że dostał domiar. Raz wrócił i powiedział ze kierownik wydziału, który podobno żył z urzędniczej pensji, miał garnitur jak spod igły, wielokrotnie droższy od ojca garnituru. Urzędnicy Urzędu Skarbowego znani byli z wymuszania łapówek. Kiedyś imię ojca padło w jednej z tzw."afer skórzanych", chociaż jestem pewien w 100% że ojciec nie kupował niczego nie legalnie. Każda skóra musiała mieć stępel garbarni, zawsze był to ostatni kawałek który ojciec mógł użyc, skóra bez stępla była traktowana jako ukradziona.
Adwokat polecony przez znajomego, zamiast wnieść o wykluczenie ojca ze sprawy jako że żadnych dowodów winy nie było, przewlekał, przekładał rozprawy, za każdym razem prosząc o zapłatę i zaliczkę.
Ta wieczna nagonka i gnębienie spowodowało u ojca chorobę serca, palpitacje, nie mogł spać nocami, ustawicznie się martwił, miał trzech synów i żonę na utrzymaniu.
26 stycznia 1976 roku ojciec źle się czuł, powinien zostać w domu, serce mu dokuczało ale pojechał do sklepu. Gdy wszedł do sklepu około 10, pani Helena oznajmiła "panie z Urzedu Skarbowego przyszly na kontrolę". Ojciec poczuł się jeszcze gorzej, pani Helena zadzwoniła po Pogotowie Ratunkowe, panie ze skarbowego natychmiast się ulotniły, pogotowie które się mieściło 50 metrów od sklepu przysłało karetkę po pół godzinie, lekarz stwierdził zgon na atak serca. Następnego dnia rzemiosło warszawskie wiedziało co spowodowało smierć pana Talikowskiego, podobno był to nie pierwszy przypadek.
Już po śmierci ojca adwokat wpadł jak zwykle po pieniądze, pani Helena powiedziała "może pan zamknęć sprawę, pan Talikowski nie żyje", adwokat wyszedł, wyraźnie zmartwiony.
Tak skończył swoje trudne, znojne życie moj ojciec śp. Roman Talikowski, człowiek uczciwy i poczciwy, dobry mąż i ojciec, zaszczuty przez Urząd Skarbowy Polski Ludowej.
Po śmierci ojca, mama dostała zgodę na prowadzenie warsztatu i sklepu na prawach wdowich pod warunkiem że zatrudni krojczego. Krojczym został mój najmłodszy brat Krzysztof, po ukończeniu kursu czeladniczego i zdania egzaminu. Mama opłacała się kontrolerkom w formie rękawiczek, ale po smierci ojca sklep podupadł, ledwo zarabiał na siebie.
Znojne życie i tragiczna smierć ojca miała wielki wpływ na decyzję mojej emigracji.

                                       7. Roman Talikowski - nieznany

Ostatnio napłynęły do kroniki listy tyczące okupacyjnej przeszłości mojego ojca Romana. Dotyczyły one nieznanych nam zdarzeń które pragnę opublikować. Sa to wyjątki ze wspomnień pana Zdzisława Przygody zebranych w książce "The Way to Freedom", wydanych przez Lugus Publications w Toronto w 1995 roku. Pani Karen Kirsten, wnuczka Zdzisława, przysłała mi ten fragment i udzieliła zgody na opublikowamie.

“Our daughter Joasia was born in the Warsaw ghetto, in the apartment of her grandparents at Number 11 Orla Street, on June 17th 1942.  She was delivered by an excellent specialist, Dr. Gordon, who lived in the same apartment block.  A few days later, he was deported to the death camps.  By this stage, I knew I had to do something to save my wife and daughter.  Life in the ghetto had become very risky, with he introduction of deportations.  My in-laws did not want to risk traveling to the Aryan side. 
Mr Roman Talikowski, a gentleman who owned a small shop selling gloves, helped me to find living quarters on the Aryan side and a job in Warsaw.  Roman was not a wealthy merchant.  At the outbreak of the war, he had obtained some leather and gloves from my father-in-law. 
Even though the total value of the goods he had obtained was not large, as long as my in-laws were alive in the ghetto, Roman provided them every month with food and money which he managed to smuggle into the ghetto.  He was an exceptionally honest and courageous individual!  My father-in-law only gave his allegiance to the wealthy, and so he gave the majority of his leather and gloves to one of his richest clients, Mr Karlowicz who owned one of the largest leather goods shops in Warsaw.  This 'gentleman'  however, offered my in-laws no help at all.  Instead he squandered the goods for himself!  It was Roman Talikowski, a solid and honest Catholic Pole, who assisted my in-laws, my wife and daughter, and myself.  He rented  a small room in a private residence not far from Milanowek, a suburb of Warsaw, for Irene and myself.    (Zdislaw told me that as long as his wife Irena was alive Mr Talikowski gave them money every month to survive, from selling gloves on the black market).
The day we decided to take my wife and child out of the ghetto, Roman waited for us on the other side of Leszno Street.  I bribed the leader of a group of Jewish workers who worked on the Aryan side of the ghetto.  I crossed the German checkpoint with my daughter in a rucksack on my back.  Not long before, I had given her two sleeping pills.  The doctor who had given me the pills, had warned me that she may never wake up again, but without the pills there was a danger that she may cry and so be brought to the attention of the Germans. 
After crossing the checkpoint I gave out another bribe enabling us to cross to the side of the street where Roman Talikowski was waiting. 
Our new lodging was about twenty minutes drive by electrical train from the center of Warsaw.  Roman had not only found us a place to live, but had also organized for me a new official job with a Polish contracting firm working on the construction of warehouses for the Germans at the Warsaw railway station of  "Warszawa-Gdansk".  With the help of another school friend, I was able to obtain an original  'Kennkarte' for myself and my wife.  Without this pass that displayed our photos and fingerprints, it was not possible to live in German-occupied Poland. 
I attempted again to get my in-laws out of the ghetto.  I entered the ghetto with a group of Polish bricklayers under the pretense that I was repairing the ghetto walls.  Instead, I went to speak to my father-in-law.  Despite the fact that he did not look Semitic, and that I had rented a room in a suburb of Warsaw, and that I had obtained for him the papers of a retired railway worker, he still refused to go. 
I had to leave him shortly before the German imposed 9.00pm curfew.  I asked him one more time if he would leave.  He asked me for a few days to think about it. We embraced before he helped me to climb a ladder over the ghetto wall. It was the last time I ever saw my father-in-law. 
 As it was 8.45pm, the smugglers had vacated their post before the Germans implemented their curfew.  On the other side of the wall, I had organized for a bicycle-taxi to meet me.  It was very foggy as I jumped from the wall so I did not see the German Gendarme standing with his back to me, and I almost landed on him.  I ran to the taxi-cyclist and took my place in the two person carriage as he began to pedal away quickly.  Behind us, the German fired his gun, but by this time we were already around the next corner!  The taxi took me to Roman Talikowski's shop, where at the rear, behind some shelves, there was always a bed waiting for me.  He was indeed a true friend. “ 


  Roman Talikowski - Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata

Z największą przyjemnością pragnę powiadomić że mój ojciec, Roman Talikowski, na wniosek pani Karen Kirsten i jej mamy Joanny Przygody został uznany Sprawiedliwym Wśród Narodów Świata (Righteous Among the Nations). Matka pani Kirsten jest jedynym dzieckiem rodziny żydowskiej, państwa Przygodów, uratowanym z Holocaustu. Mój ojciec Roman, był zapewne jednym z wielu Polaków dzięki którym pani Joanna przeżyła. Pomoc Żydom w czasie okupacji hitlerowskiej w Polsce było karane śmiercią. Pragnę podziękować paniom Iwonie Rychter i Karen Kirsten (oraz szczęsliwemu zbiegowi przypadków że znaleźliśmy się dzięki publikacji Kroniki Talikowskich na internecie) za ich pomoc i zaangażowanie.

Yad_Vashem_Roman_3.jpg


                   Canberra, Israel Ambassy, 18 Nov 2014.

Tego dnia miała miejsce Ceremonia nadania Romanowi Talikowskiemu, (pośmiertnie - na ręce rodziny), dyplomu i medalu - Sprawiedliwy wśród Narodów Świata (Righteous Among the Nations), za ryzykowanie swoim życiem dla ratowania prześladowanych Żydów ("during the holocaust period in Europe, risked his life to save persecuted Jews").
Medal i dyplom został wręczony przez Ambasadora Izraela w Australii H.E. Shmuel Ben-Shmuel, w obecności Ambasadora RP p. Pawła Milewskiego oraz Nuncjusza Apostolskiego H.M.R.E. Paula Gallaghera i przedstawicieli Polskich, Katolickich i Żydowskich organizacji. Imię Romana Talikowskiego zostanie uwieczniome na Ścianie Honoru w Jerozolimie.
Ceremonia została odnotowana przez prasę we wszystkich stanach Australii. Ze strony rodziny w ceremonii uczestniczyli: Jacek i Barbara, Krzysztof i Anna, Łukasz, Michał i Zuzanna Talikowscy.


8 . Wyższa Szkoła Techniczna.


Po maturze złożyłem papiery do Wyższej Szkoły Technicznej przy ulicy Długiej w Warszawie. Był to nowy koncept kształcenia kadr inżynierskich dla przemysłu elektronicznego, na zamówienie przemysłu i częściowo finansowane przez takowy, coś na wzór Institute of Technology.
Jednym z kierunków była Automatyka Przemysłowa (przekształcona na Technikę Mikrofalową). Po przeczytaniu kilku książek science-fiction z życia robotów, wybranie kierunku Automatyki Przemysłowej było dla mnie oczywiste.
Na pierwszym roku oczywiście uczyliśmy się podstaw elektroniki. Niestety profesor który to wykładał znał się dobrze na lampach elektronowych i o nich najwięcej nas nauczał. Nauczyłem się jak projektować układy lampowe, dobierać prądy i napięcia w zależności od punktu pracy na histerezie lampy. Niestety cała ta wiedza z trudem zdobyta, okazała się bezużyteczna. Polski system edukacyjny siłą bezwładności uczył nas nieprzydatnej, przestarzałej  wiedzy. Świat wchodził już w epokę pół-przewodników, kadra wykładowcza oraz podręczniki nie nadążały za postępem nauki.
Po pierwszym roku nauki nasz dyrektor Dr. Jerzy Partyka zapewne zdał sobie sprawę z bezsensu używania lamp elektronicznych w procesach automatyzacji i nasz wydział zmienił profil na Techniki Mikrofalowe.
Mikrofale w tamtych czasach miały tylko wojskowe zastosowanie, w radiolokacji i łączności. Wiele czasu upłynęło zanim wynaleziono piecyki mikrofalowe, telefoniczne łącza mikrofalowe, telefony komórkowe oraz GPS.
Jak już wspomniałem duża inercja polskiej edukacji sprawiała że nie było podręczników i w tej dziedzinie, używaliśmy skryptów oraz rosyjskich podręczników. Naszym przyszłym pracodawcą miały być wojskowe zakłady produkcyjne "Rawar", na Grochowie produkujące radary i wojskowy sprzęt łączności.
Po trzyletniej nauce, obronie pracy i dostaniu dyplomu znalazłem pracę na Wojskowej Akademii Technicznej na Bemowie, w Katedrze Radiolokacji. Niestety nie pamiętam nazwiska szefa Katedry, był w randze podpułkownika. Zajęciem moim było utrzymanie w dobrym stanie technicznym stacji radarowych służących do treningu przyszłych oficerów łączności.

                                                         Polska przed 1984.

Ludzie urodzeni już w wolnej Polsce, czyli w III RP zapewne nie są w stanie wyobrazić sobie innej Polski, tak jak ja nie byłem w stanie wyobrazic sobie życia w czasie okupacji niemieckiej o której słyszałem od rodziców. Uciążliwość życia w PRL zależała od przynależności do  określonej grupy społecznej. Najlepiej się żyło rodzinom kierownictwa i aparatu partyjnego, służb bezpieczeństwa wewnętrznego, prokuratury i sadownictwa, policji i wojska. Następne w kolejności były takie zawody jak; górnicy, hutnicy, stoczniowcy i pracownicy wielkich przedsiębiorstw. Żadnych przywilejów nie mieli; pracownicy małych zakładów, rzemieślnicy i rolnicy. Ci pierwsi dostawali mieszkania zakładowe, talony na samochody, mieli swoje wydzielone dobrze zaopatrzone sklepy, deputaty itd. Ci ostatni nie dostawali nic.
Zaopatrzenie sklepów pogarszało sie nieustannie, ludzie stali w kolejkach dniami i nocami żeby kupić meble, telewizor, lodówkę. Sklepy spożywcze świeciły pustkami, towaru z reguły nie było, nieregularne dostawy były wykupywane przez szczęśliwców w kilka minut, tylko ocet był w ciągłej sprzedaży. Kwitł handel "spod lady" czyli dla znajomych, lub dostawy mięsa "od baby", czyli wiejskich domokrążców.
Aprowizacja pochłaniała dużo czasu, energii i kosztów. Ludzie opuszczali pracę żeby stanąć w kolejce i coś kupić, jeździli do znajomych na wieś po mięso i kartofle, handlowali na bazarach przywiezionymi z "demoludów" rzeczami. Życie naprawdę było ciężkie i mozolne. Pomimo ciągłej "propagandy sukcessu" ludziom żyło się coraz gorzej. Wybuchały strajki spowodowane głodem, włókniarki w Łodzi nie miały czym nakarmić dzieci. Rząd brutalnie tłumił strajki ale w końcu musiał wprowadzić racjonowanie żywności tzw "kartki". Ważne były tylko w miejscu zamieszkania i uprawniały do zakupu podstawowych produktów spożywczych (cukier, mięso, wędliny), oraz innych (papierosy, alkohol, buty), w minimalnych ilościach. Do takiej to nędzy doprowadziła nas PZPR w 30 lat po wojnie, prawie cała produkcja szła do ZSRR, w Polsce zostawały ochłapy. Ta desperacja zrodziła ruch Solidarności.
Inną sprawą która wymaga wyjaśnienia była polityka paszportowa. W PRL nikt nie miał paszportu w szufladzie, trzymane były na Komendach Policji, wydawane po rozmowie z oficerem i udokumentowaniu konieczności wyjazdu. Jakakolwiek działalność antyrządowa mogła wstrzymać wydanie paszportu, równocześnie Rząd PRL wysyłał za granicę bandytów i złodziei (akcja "Żelazo"). Oficer policji często warunkował otrzymanie paszportu podpisaniem tzw "loyalki", czyli zobowiązania że nie będzie się "szkodziło interesom PRL" za granicą. Podpisanie loyalki nie było w żadnym stopniu zgodą na współpracę z SB. Po powrocie, często zdarzało się wezwanie na komendę w celu złożenia sprawozdania gdzie się było i z kim się rozmawiało. Odmowa mogła skutkować wstrzymaniem paszportu na nastepny wyjazd. Protokół z rozmowy należało podpisać, ta rozmowa nie musiała ale mogła być zakwalifikowana jako poczatek współpracy z SB (w zależności od stopnia kooperacji). Po powrocie, paszport należało oddać do Komendy, samowolne przedłużenie pobytu było karalne.
Osobiście nie dotknęły mnie te upokorzenia, znam je z opowieści moich znajomych. Tylko raz byłem wezwany do Komendy Policii w Pruszkowie, na rozmowę z oficerem SB, w 1982 roku. W czasie świąt bożonarodzeniowych, śpiewaliśmy całą rodziną pieśni legionowe i powstańcze (mama była wielką sympatyczką Marszałka), ktoś doniósł do UB. Zostałem ostrzeżony że to było nie legalne i zostało zanotowane w aktach (wygląda że mam swoją teczkę w IPN). Taka była Polska którą zdecydowałem się opuścić; o upadku ZSRR, opuszczeniu Polski przez wojska rosyjskie i odzyskaniu niepodległości nikt nawet marzył.

                                            Budowa własnego domu w Komorowie.

W latch 50-tych ojciec namówiony przez kolegę z Politechniki zdecydował się na budowę własnego domu. Pomysł karkołomny pod wieloma względami. Tata nie miał pojęcia o budowaniu domu, szczegółnie przy ustawicznym braku materiałów budowlanych. Pan Czajkowski, bo tak zwał sie ten kolega doradził budować dom ciepły i zdrowy a więc tylko z bali świerkowych, w zakopiańskim stylu. Po trzecie, był to znak dla Urzędu Finansowego i jego kontrolerów że pan Talikowski ma pieniądze. Budowanie domu z bali świerkowych, zamiast z cegły, horrendalnie powiekszało koszty budowy. Świerki ścinane w górach były spławiane tratwami, cięte w tartaku, transportowane koleją a następnie furmanką dowożone z bocznicy na budowę. Na działce musiały schnąć 3 lata. Następnie cieśle z Nowego Targu, zbudowali z nich dom (na ceglanym podpiwniczeniu), poprawnie, po góralsku zacinając zręby i upychając pakułami szczeliny. W miedzyczasie zabrakło bali bo architekt ukradł część budulca. Trzeba było zamówić nowe i znowu czekać. Po kilku dobrych latach dom stanął w surowym stanie.
Budowanie swojego domu oczywiście spowodowało zwiększenie częstotliwosci kontroli finansowych i domiarów które ojciec musiał płacić.
Zmęczony tą budową i nie mając już pieniędzy na wykończenie, ojciec był zmuszony wynająć dom państwowej instytucji która go wykończyła i miała odmieszkać komorne. W międzyczasie toczyła sie sprawa sądowa z nieuczciwym architektem. Trwała ta budowa ponad 10 lat, wszyscy byliśmy umęczeni tym pechowym domem. Myśmy już po dorastali, woleliśmy zakładać rodziny i mieszkać samodzielnie w jakimś osiedlu mieszkaniowym niż razem z rodzicami w jednorodzinnym domu. Rodzice postanowili dom sprzedać i wpłacić pieniadze na depozyty naszych mieszkań.
Dom kupił pan Parnell, dobrze prosperujacy prywatny przedsiębiorca. Po spisaniu umowy, zobowiązań płatniczych i przepisaniu domu pan ten wprowadził sią na Klonową. Po zapłaceniu kilku rat, pan Parnell zwinął interes, przeszedł na emeryturę, a w sądzie powiedzał że pieniędzy nie ma, ale może płacić raty po kilkadziesiąt złotych miesięcznie (spłata zajęłaby grubo ponad 100 lat), na co sąd wyraził zgodę, ku naszej rozpaczy. Zostaliśmy bez domu i bez pieniędzy. Dlatego mama nie chciała o tym pisać.

                                         Pracownia rękawiczek na Hożej 35.

Ustaliliśmy z Wacławem że skoro zdecydowaliśmy sie na publikację kroniki Stefana to nie możemy robić tego wybiórczo. Jakkolwiek wspomnienia są zawsze pisane subiektywnie, to nie można ich dodatkowo fałszować. Fałszerstwo nie zawsze jest celowe, ale filtrowanie wspomnień przez filtr: "o tym się nie pisze", powoduje ich zakłamanie. Poza tym tradycja że o zmarłych należy mówić dobrze albo wcale, też jest nam obca.
Po takim wstępie przystępuję do pisania.
W młodości nie bardzo się sklepem interesowałem. Wpadaliśmy do niego z Wojtkiem aby wypić herbatę, zjeść jakąś zupę lub poprosić o pieniądze na obiad na mieście. Pani Helena, ekspedientka, zawsze stała za ladą, mama siedziała na zapleczu zajęta reperacjami a tata albo kroił skóry na rekawiczki albo był na mieście, załatwiał jakieś sprawy.
W latach 50-tych , o ile pamietam, rynki były zamknięte i polska gospodarka nie eksportowała wiele, było więcej surowca i sklep sprzedawał wiecej rękawiczek. W latach 60-tych i połowy lat 70-tych w miarę zwiększania sie eksportu ilość surowca się kurczyła, dochodząc do przydziałów kilkunastu metrów kwadratowych, niskiej jakości, na rok. Garbarnie były państwowe i kupno surowca prywatnie groziło więzieniem. Żeby przeżyć, trzeba się było przestawić na usługi; pranie i cerowanie starych rękawiczek. Ojciec umarł pod koniec tego okresu. Zamiętałem go jako starego mężczyznę, dźwigającego ciężką teczkę, załadowaną butelkami z rozpuszczalnikiem do prania rękawiczek idącego do kolejki WKD. Mama też była zawalona reperacjami, robiła to cały dzień. Wieczorami w Komorowie, wszyscy siadaliśmy do prania rękawiczek.
Po śmierci ojca mama dostała zezwolenie na prowadzenie pracowni jako wdowa, pod warunkiem że zatrudni kroiczego. Mój brat, Krzysztof poszedł na praktykę i po zdaniu egzaminu został kroiczym. Pani Helena przejęła stery biznesu, znała kroiczych, szwaczki i praczy. Sklep ledwie na siebie zarabiał.
Kilka lat później ja wprowadziłem się do sklepu. W jednym rogu otworzyłem punkt naprawy i napełniania zapalniczek. Szło mi wyjątkowo dobrze, dochody miałem większe niż sklep. Zacząłem się przyglądać dlaczego sklep ledwo przędzie. Za czasów ojca pani Helena prowadziła zeszyt gdzie były zapisywane sprzedane pary rekawiczek, po śmierci zeszyt zniknął. Czasy zaczynały być lepsze dla rękawiczników gdyż ludzie przywozili z zagranicy ścinki skóry galanteryjnej, kolorowej i cienkiej, z której się dawało wykroić rękawiczki damskie. Mimo zwiększonej produkcji i sprzedaży par, sklep kulał. Pewnego razu odkryłem że pani Helena z pod lady sprzedaje "swoje" rękawiczki, bez naszej wiedzy. Sprawa stanęła "na ostrzu noża", nie pamiętam czy ja ją zwolniłem czy sama zrezygnowała, dalsza wspólpraca była niemożliwa. Mama stanęła za ladą, pani Helena złorzecząc nam poszła pracować do sąsiada. Dopiero teraz odkryliśmy ile pieniędzy naprawdę sklep zarabia i kto tu naprawdę robił kasę. Helena płaciła mamie "pensję", tyle ile uważała, ot tyle żeby sklep ciągnął. Sasiad zwolnił panią Helenę po kilku miesiącach, może z podobnego powodu.
Wkrótce po tym ja już szykowałem się do odlotu ale nie zwijałem zapalniczek, nie chcąc aby moje zamiary się wydały. Kilka lat po mnie, Krzysztof wyjechał do Australii, potem mama. Sklep przeszedł w ręce naszego znajomego Tomka S. Tak się zamknęła historia istnienia firmy o ponad stuletniej tradycji "Pracownia Rękawiczek - Roman Talikowski".

PS. Podczas mojej obecności w sklepie kontrole finansowe nie były już takie częste. Może spowodanie śmierci ojca, może za dużo ludzi w sklepie a może moja niechęć do płacenia haraczu, odstraszyły to stado wilków. Potem Tomek odrzucił ofertę mafii płacenia za "ochronę biznesu", został ciężko pobity.


                                               Moja Solidarność.

Ruch Solidarność - był to czas mojej młodości, i doskonale pamiętam jak to wszystko się zaczynało. Poniżenie ludzi i determinacja zmiany, z których to powodów ten ruch sie narodził. Są pewne progi ludzkiej wytrzymałosci przekroczenie których skutkuje wybuchem niepohamowanego gniewu społeczeństwa. Pierwsze zwiastuny zmian miały miejsce zapewne już w 1970 roku, kiedy w grudniu, przed Swietami Bożego Narodzenia a więc w czasie kiedy zakupy żywności znacznie obciążają budżety każdej rodziny rząd podniósł ceny żywności o kilkadziesiąt procent. Wywołało to natychmiastowe strajki w całym kraju, milicja strzelała do robotników w Gdańsku, rząd Gomułki upadł, Edward Gierek został tzw. 1 Sekretarzem Partii czyli de facto zarządzającym Polską pod dyktando Związku Radzieckiego. Znój dnia codziennego jak brak żywności w sklepach, brak podstawowych sprzętów gospodarstwa domowego jak pralki, lodówki, telewizory, samochody na talony, meble na zapisy itp. zepchnął ludzi do roli szczurów w pogoni za niezbędnymi do życia produktami. Za Gierka co prawda zaczęto produkować w Polsce pralki, telewizory, traktory i samochody, ale wszystkie te rzeczy były drogie albo przydzielane działaczom partyjnym lub innym zasłużonym dla budowy socjalizmu w Polsce. Ludzie ci dostawali je po zaniżonych cenach lub za darmo, mieli również swoje sklepy z dobrym zaopatrzeniem. Ceny dalej rosły. W 1978 roku wybranie Karola Wojtyłły na Papieża dodało ludziom otuchy i oczy świata zwróciły się w stronę Polski, jego uciśnionej ojczyzny. Przed Igrzyskami Olimpijskimi w Moskwie w 1980 roku nastapiła kolejna podwyżka cen mięsa - Polska, tak jak reszta krajów podległych, zaopatrywała Rosję we wszystko; węgiel, statki i żywność.
Wybuchły ponownie strajki na Wybrzeżu, w stoczniach Gdańska i Szczecina, kopalniach Śląska, potem w reszcie kraju. W Stoczni Gdańskiej powstał Międzyzakładowy Komitet Strajkowy z Lechem Wałęsą na czele. Pierwsze porozumienie podpisano 31 sierpnia 1980 roku. Gierka odwołano z funkcji 1 Sekretarza Partii.
Jednym z punktów porozumienia była zalegalizowanie Niezależnych Samorządnych Związków Zawodowych "Solidarność", co się stało. Ponad 10 milionów ludzi zapisało się natychmiast, niemal cała klasa robotnicza.
Solidarność zaczęła domagać się poprawy warunków życia robotników i rolników. Inteligencja włączyła się do negocjacjii. Przypierana do muru rządząca Polska Zjednoczona Partia Robotnicza sięgnęła po broń ostatniej szansy; wprowadziła stan wojenny (13 grudnia 1981).
Kontrowersyjna jest ta decyzja. Czy była to próba utrzymania władzy, czy powstrzymania armi czerwonej od interwencji. Breżniew żył i według jego doktryny kraje Układu Warszawskiego powinny pomóc zdławić każdą próbę zmiany ustroju, co już miało miejsce na Węgrzech i w Czechosłowacji. Ujawnione po latach dokumenty rosyjskie tyczące tych spraw są nie wiarygodne, brak zbliżania się wojsk radzieckich do granicy polskiej wykazany przez satelity szpiegowskie jest bez znaczenia, dywizje radzieckie stacjonowały w Polsce od dawna i wszystkie gotowe do rozjechania czołgami wrogów komunizmu. Wszyscy czuliśmy oddech niedźwiedzia na naszych plecach. Wprowadzenie stanu wojennego było bardziej bezpiecznym sposobem powstrzymania rosjan od masakry polskich robotników.
Solidarność została zdelegalizowana, przywódcy aresztowani, strajki stłumione siłą. Ruch Solidarności zszedł do podziemia, Milicja i Służba Bezpieczeństwa tropiła go bezlitośnie. W 1982 umiera Breżniew, kilka dni później Wałęsa jest wypuszczony z odosobnienia. W lipcu 1983 stan wojenny został zniesiony, pozostali działacze Solidarności zostali zwolnieni. Lech Wałęsa dostał Pokojową Nagrodę Nobla, którą odebrała żona Danuta. Żelazny uścisk SB na gardle narodu troche zelżał, sankcje zachodu nałożone na Polskę za stan wojenny pogrążyły gospodarkę. Rosja w dalszym ciągu była mocarstwem, trwała Zimna Wojna, o Gorbaczowie jeszcze nikt nie słyszał, mur berliński stał, kraj w upadku; postanowiłem emigrować. 7/09/2014



przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku