Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Zdjęcia do rozdziału
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2014-03-25 04:54:47
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Jacek Talikowski - zapiski

Nowa ziemia

                                                               Pierwszy krok.

Długo się ociągałem z rozpoczęciem tego rozdziału ale wreszcie dojrzałem.
Nie jest łatwo opisać retrospektywnie swoje zycie, trzeba nabrać dystansu, krytycznie spojrzeć na swoje postępowanie. Nie wiem czy mi się to uda, ale niemniej spróbuję. Opiszę również czas i okoliczności w których podejmowałem decyzję, aby ewentualny czytelnik zrozumiał ich sens. Stefan Talikowski, autor "Kroniki Talikowskich", świadek Powstania Warszawskiego w 1944r, opisuje gehennę ludu warszawy podczas oraz po jego pogromie. Mimo że stracił w powstaniu wszystko, dom rodzinny, wielkie zbiory antyków, sam ledwo uszedł z życiem, nigdy ideii powstania nie potępił. Pokazuje to jak trudno jest, bez znajomości wszystkich okoliczności, osądzić czyjeś postępowanie. Ale do rzeczy...
Zdławienie "Solidarności" stanem wojennym wprowadzonym przez gen. Jaruzelskiego w grudniu 1981 roku, ciągła groźba pacyfikacji przez Armię Czerwoną która stacjonowała w Polsce, która ściągnęła nowe dywizje do Polski i której Wojsko Polskie było podległe (będąc żołnierzem WP składałem przysięgę na braterstwo z Armią Czerwoną), pogrążyło nas w apatii i bezsilności. Nie widząc szans na zmianę systemu uległości wobec ZSRR, będąc przygnębiony propagandą sukcesu socjalizmu, nie widząc szans rozwoju zawodowego gdyż tylko członkowie PZPR mogli awansować, będąc zmęczony codzienną uciążliwą aprowizacją (słynne puste półki u rzeźnika, system kartkowy, jedynie ocet w ciągłej sprzedaży), zmarnowane życie i tragiczna śmierć mojego ojca, powziąłem jedyną słuszną na owe czasy decyzję; wyjeżdżamy z Polski, na stałe.
Czytelników dla których czasy "późnego PRLu" są tylko historią odsyłam do rozdziału - Stary Kraj - Polska przed 1984.
Nie była to łatwa decyzja gdyż pozostanie samowolne za granicą bez zgody PRL karane było dwoma latami więzienia, znaczyło to również zerwanie kontaktów z rodziną w kraju. Uzyskanie paszportu również było trudne, trzeba było być zaproszonym przez kogoś z tego kraju, wyjazdy turystyczne "żeby coś zwiedzić" były nieznane. Niemniej czyniliśmy przygotowania do wyjazdu w całkowitej tajemnicy, nawet przed własną rodziną.
Okazja przydarzyła się dopiero w 1984 roku, Izba Rzemieślnicza organizowała autobusowy wyjazd aprowizacyjny na kilka dni do Pragi, z jednodniowym wypadem do Wiednia. Czekaliśmy na taką okazję od dawna. Zapisaliśmy się z moją ówczesną żoną Krystyną i mamą. Nie mogąc wziąć żadnych bagaży jako że wycieczka była parudniowa, będąc w strachu że zostanie odwołana (zapowiadane były duże opady śniegu), lub że nasz zamiar zostanie odkryty (mieliśmy więcej dokumentów niż było potrzebne), mając niecałe $500, wsiedliśmy do autobusu. Mieliśmy rację, szosa była oblodzona, zniosło nas w zaspę koło Jeleniej Góry ale wspólnym wysiłkiem nas wszystkich udało się go wypchać i kontynuowalismy wycieczkę. Po wieczornych zakupach w Pradze (gdzie Polakom nie chciano niczego sprzedawać) i gulaszu tak ostrym że nie do zjedzenia, poszliśmy spać. Następnego dnia, rano - do Wiednia. Szybko dojechaliśmy do granicy Czechosłowacko-Austriackiej. Po stronie czeskiej - rygorystyczna odprawa: sprawdzanie paszportow, kontrola osobista, rozmowa z oficerem, dokładna rewizja autobusu, psy, wieżyczki strażnicze, żołnierze z bronią automatyczną, pełny horror. Po kilku godzinach wałkowania, szlaban się podniósł, pod czujnym okiem żołnierzy z psami, autokar powolnym slalomem ominął betonowe bloki barykadujące granicę. Po stronie austriackiej, pełny luz. Wsiadł uśmiechnięty oficer straży granicznej, policzył czy ilość paszportów odpowiada ilości pasażerów i powiedział "Witamy w Austrii". Nigdy nie zapomnę tego momentu. Pociągnąłem z gwinta łyk gorzały. Serce zaczęło bić normalnie. "Żelazna Kurtyna" była za nami.

                                          Austria.

Wszyscy pasażerowie przyjechali na zakupy, wiec autokar wyrzucił nas koło jakiegoś bazaru. My jako jedyni, poszlismy w przeciwną stronę. W wiedeńskiej kawiarni pijąc znakomitą kawę, zapytałem mamę: Czy mama chciałaby mieć kogoś za granicą? Mama, jak większość Polaków w tych trudnych czasach odpowiedziała natychmiast: tak, oczywiście. Na to ja powiedziałem: No to mama już ma, my zostajemy. Mama zaniemówiła, nie mogła uwierzyć, dopiero teraz dowiedziała się o naszych zamiarach. Pytała się czy my to sobie przemyśleliśmy, czy aby na pewno, czy damy sobie radę itp. Po jakiś czasie odprowadziliśmy ją płaczącą do autobusu, pożegnaliśmy się nie wiedząc czy się jeszcze kiedyś zobaczymy. Były to bardzo dramatyczne chwile. Podobno płakała całą drogę powrotną. Brat Wojtek który ją odbierał z autokaru w Warszawie, powiedział mi póżniej że gdyby coś się jej stało to by mi nie wybaczył.
My, bez bagaży, udaliśmy się na dworzec kolejowy i kupiliśmy bilety do Traiskirchen. W starych koszarach mieścił się tam obóz przejściowy dla uchodźców politycznych, wszystkich nacji. Po rejestracji i oddaniu paszportów zaprowadzono nas na tzw "kwarantannę". Był to zamknięty oddział na najwyższym piętrze tzw "Hiltonu". W ciągu kilku dni pobytu należało przedstawić swoje dokumenty, spisać życiorys, podać powody obiegania się o status uchodźcy, wystąpić o azyl, wybrać kraj ewentualnej emigracji. Nie wszyscy naprawdę chcieli emigrować, jedni chcieli zostać na zachodzie i zarabiać, inni uciekali przed alimentami, sporo było też kryminalistów z różnych krajów demoludu. Po weryfikacji małżeństwa były wysyłane na zakwaterowanie do "gasthofów" czyli małych, nieczynnych zajazdów, o standarcie za niskim dla turystów ale wystarczającym dla uchodźców. Samotni mężczyźni zakwaterowani byli w "Hiltonie" gdzie rządzili albańscy kryminaliści, policja pacyfikowała nocne awantury, podobno ktoś zginął wyrzucony przez okno. My trafiliśmy do gasthofu "pod Lwem" w Thenneberg-Altenmarkt, około 50 km od Wiednia. Dostaliśmy mały pokoik z umywalką, skromne ale wystarczające wyżywienie, toaletą na końcu korytarza oraz łazienkę z prysznicem z wydzielonymi dniami do użytkowania.
Życie w gasthofie biegło spokojnie, długie spacery po pięknej okolicy, podziwianie pięknych, zadbanych domów (nigdy nawet nie marzyliśmy że możemy się takiego domu dorobić). Rzadkie wizyty w sklepach, z powodu braku pieniędzy (kilka razy kupiliśmy dużą tabliczkę czekolady i z wielką rozkoszą ją zjedliśmy). Na małym placyku przed kościołem był obelisk upamiętniający poległych w obydwu wojnach mieszkańców Thennebergu, większość żołnierzy Werhmachtu, kilku w SS, świeże kwiaty. W tej okolicy nie było pracy na czarno, dla nas, uchodźców.
Czekaliśmy miesiącami na interviev do ambasad państw które miały programy i limity przyjęć emigrantów. Najwięcej brały; Stany Zjednoczone,  Południowa Afryka, Australia, Kanada. Złożyliśmy podania na wyjazd do Stanów, RPA i Australii. Dlaczego tam? Mój wybór był prosty; trwała Zimna Wojna, ZSRR był potęgą atomową z dużym apetytem na podbój Świata, cała Europa nie była bezpieczna, chciałem być jak najdalej od tej przeklętej Rosji. Tygodnie oczekiwań na wiadomości z ambasad mijały powoli. Z powodu braku pieniędzy nie podróżowaliśmy po Austrii, tylko piesze spacery po okolicy. Uczyłem się angielskiego z samouczków po kilka godzin dziennie, nie miałem z kim konwersować. Skutkiem tego, dosyć dobrze znałem język pisany, natomiast nikt nie rozumiał mojej wersji fonetycznej tak jak i ja nie rozumiałem Australijczyków. Mogłem czytać gazety, instrukcje obsługi, pisma urzędowe itp, natomiast nie rozumiałem co do mnie mówi caretaker, czyli dozorca w naszym australijskim bloku. Problem się rozwiązał; pisaliśmy do siebie kartki.
Jedzenie w gasthofie było monotonne ale znośne i wystarczające; na śniadanie bułeczki albo coś z mlekiem, na obiad zawsze rosół i sznycel wiedeński z ziemniakami z occtu, co na kolację; nie pamietam. Nie można było narzekać, w innych gasthofach gdzie można było znaleźć pracę, jedzenie było często gorsze lub nie wystarczajace, gdyż gospodarze liczyli że Polacy sami się wyżywią. Jak wspominałem godziny kąpieli były ograniczone ale też wystarczajace. W sumie nasi gospodarze byli całkiem OK. Po około trzech miesiącach zaczęły przychodzić wezwania z ambasad na intervia. Autobusik zabierał nas rano do ambasady i zabierał po południu, z powrotem do gasthofu. Pierwsze zaproszenie przyszło  z ambasady Stanów, ale Amerykański konsul nas odwalił, RPA się nie odzywała. Następne przyszło z ambasady Australii, sprężyliśmy się do tego interview, pani konsul była bardzo miła, Australia nas przyjęła. Bravo!
Mając warunkową akceptację, dostaliśmy skierowania na badania lekarskie, rentgen, dentysta itp. Byliśmy zdrowi, wszystko OK. Nawet nie mieliśmy czego pakować do walizki (walizki też nie mieliśmy), czekaliśmy na vizy i bilety lotnicze z ambasady. Dokładnie po pięciu miesiącach pobytu w Austrii wsiedliśmy do samolotu zabierającego nas do nieznanego nam miasta w Australii, Perth.
Wielki, srebrny ptak wzbił sie w niebo i zabrał nas, biednych uchodźcow w własnej Ojczyzny, na drugą półkulę, do spalonej słońcem ziemi nazywanej Terra Australis; zaczynać wszystko od nowa.

                         Australia 

Ambasada australijska chciała aby ktoś się zaopiekował nowo-przyjezdnym imigrantem, moim sponsorem byli państwo Czerwcowie z Polskiego Klubu imienia Generała Sikorskiego, bardzo pomocni i przyzwoici ludzie. Odebrali nas z lotniska, zawieźli do wynajętego już mieszkania na Maylands niedaleko Domu Polskiego, wypełnili lodówkę prowiantem, umówili na spotkanie z Anią Harrison.
Co za wspaniałe uczucie - wreszcie wolność - cieszyliśmy się jak dzieci. Nareszcie swoje mieszkanie (wynajęte), z łazienką, kuchnia z pełną lodówką - swój kąt po wolnej stronie świata. 
Ania Harrison, polish social worker, legenda polskiej emigracji, znająca wszystkich Polaków w Perth i wszyscy ją znający, Polka z Warszawy. Pomogła nam załatwić wszystkie urzędowe sprawy jak; rejestracje w różnych urzędach, bankach, kursach angielskiego, kursach zawodowych itp. Wprowadziła w krąg swoich znajomych, pomogła szukać pracy itd. Wielokrotnie pomagała nam, moim braciom i kuzynom załatwić wiele spraw urzędowych, zapewniła pomoc i opiekę naszym starszym rodzicom. Jesteśmy jej dłużnikami. Jest przyjacielem naszej rodziny.
Pierwszy rok, upłynął nam na uczęszczaniu w pełnym wymiarze na lekcje angielskiego, zorientowaniu się w możliwościach pracy, uznawaniu kwalifikacji zawodowych z Polski, konversacji z australijczykami, poznawaniu ludzi, zwiedzaniu okolic Pertu, szukaniu samochodu. Po ukończeniu kursów angielskiego zacząłem rozglądać się za jakąkolwiek pracą, wiedząc że z moim kulawym angielskim, brakiem lokalnego wykształcenia, referencji i znajomości mam liche szanse. Brałem kiepskie prace za kilka dolarów, na czarno, jak; zbieranie jabłek na farmie, polerowanie granitu w zakładzie kamieniarskim, dźwiganie mebli w firmie przeprowadzkowej itp. Jedyne 500 dolarów, które przywiozłem z Polski wydałem na zakup samochodu, małego, zielonego Subaru, z uszkodzoną instalacją elektryczną, którą sam naprawiłem. Początki były naprawdę ciężkie, chociaż nie głodowaliśmy. Mieliśmy mieszkanie rządowe (komunalne) i zasiłek dla bezrobotnych, ale musieliśmy liczyć każdego dolara.
Warty uwagi był stosunek tzw. "starej polonii", czyli emigracji powojennej do nas, "nowej polonii", czyli emigracji okresu stanu wojennego i solidarności. Był on nie przyjazny. Stare Polonusy dyskredytowały nasze wykształcenie jako "nic nie warte, komunistyczne". Porównywali biedę okresu powojennego i ich ciężką pracę w interiorze ze stosunkowo łatwiejszą akomodacją nowej polonii, ludzi dużo lepiej wykształconych. Zapewne nie wiedzieli jakim kolosalnym trudem było odbudowanie Stolicy, innych polskich miast i całej gospodarki. Nie widzieli mojego ojca jak w niedzielę, łopatą odgruzowywał Warszawę. Nie wiem czy ktokolwiek znalazł pracę z ich rekomendacji, trzymali się razem.  
Po ukończeniu kilku kursów zawodowych i kwalifikacyjnych nadszedł czas na szukanie pracy w moim zawodzie czyli jako elektronik. Opisywałem w rozdziale "Elektronika" jaki skok musiałem wykonać aby dogonić tutejszy poziomi i zdobyć kwalifikacje. Pierwsze prace nie były atrakcyjne, ani zawodowo, ani finansowo. Prawdę mówiąc, to wcale się nie opłacało ich brać gdyż zarobek ledwie kompensował stratę świadczeń socjalnych, a jedynie nadgodziny przynosiły prawdziwy zysk. Ale podjąłem je, licząc na zdobycie doświadczenia zawodowego, poznania warsztatu i języka technicznego oraz uzyskaniu dobrych referencji zawodowych. Cały czas rozsyłając moje CV do różnych firm, wspominając o moim obecnym zatrudnieniu.
W międzyczasie moi bracia, Wojtek i Krzysztof oraz kuzyn Łukasz, w Polsce, zdecydowali również, że nie ma co czekać, trzeba emigrować.
Zdecydowali się oni pójść moim przetartym śladem i opuścić Polskę. Była to jeszcze Polska Ludowa, gdzie codzienne życie było trudne i znojne, dużą część czasu zajmowało zdobywanie jedzenia oraz innych podstawowych rzeczy. "Solidarność" była dławiona przez Rząd i wszystkie jego organy, działacze solidarności byli śledzeni i wyłapywani prze Urząd Bezpieczeństwa, pochody i manifestacje były brutalnie rozpędzane przez specjalne zbrojne oddziały policji, ZOMO. Rosyjskie wojsko stacjonowało w Polsce,  zawsze gotowe zbrojnie spacyfikować głodnych polskich robotników.
Uzyskanie statusu uchodźcy politycznego nie było szczególnie trudne dla Polaków w tamtym okresie. Zachód znał sytuację w PRL i każdy który sie sprzeciwiał reżimowi był zagrożony, to był fakt. Gdyby nie pozamykane granice, kraj by się wyludnił, zostaliby tylko emeryci , wojska rosyjskie i Komitet Centralny Partii.

cdn






przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku