Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2010-09-18 16:59:37
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Rozdział XIV

Częstochowa

Wyjechaliśmy z Ożarowa w końcu września, a jak wspominałem w drodze, spotkaliśmy się z Maryś Wieszczycką z Wacusiem i Romanami.

Była już noc, kiedy stanęliśmy w Częstochowie. Cały nasz skromny dobytek składający się z mnóstwa tłumoczków, toreb i walizek, złożyliśmy na ręczny wózek i ruszyliśmy pustymi o tej porze ulicami do mieszkania dr Jana Talikowskiego, przy pl. Daszyńskiego 13. Janek przyjął z serdecznym wzruszeniem nie tylko swoje rodzeństwo, ale i mnie, stryjecznego brata, traktował jednakowo gościnnie. Zastaliśmy u niego stryja Michała, już staruszka z osłabioną pamięcią.

W te pierwszą noc mieszkanie Janka wyglądało jak zajazd, we wszystkich pokojach, gdzie się tylko dało na łóżkach, kanapach, a nawet na podłodze, na materacach, spaliśmy snem utrudzonych wędrowców.

Przyjechało nas przecież tej nocy ni mniej, ni więcej tylko 8 osób, a gdzie domowi? Mimo tego najazdu Janek cieszył się, on już odzyskał swoją rodzinę.

Na drugi dzień, dzięki stosunkom w Częstochowie, uzyskał dla nas przydział dwupokojowego mieszkania z przedpokojem i kuchnią, które, jako tako umeblował, zdobył dla nas pościel, garnki, nakrycie, troszczył się i zabiegał o najdrobniejszy szczegół. Okazał się dobrym bratem i uczynnym człowiekiem.

Zamieszkaliśmy więc razem, wygnańcy z Warszawy, przy ul. Garibaldiego nr 17. Maryś Wieszczycka gotowała dla wszystkich, a myśmy jej pomagali i jakoś to było.

W mieście panoszyli się Niemcy. Bez karty zatrudnienia miejscowego Arbeitsamtu niebezpiecznie było wychodzić, żyliśmy więc w ciągłej obawie, że któreś z nas po wyjściu na miasto zostanie złowione w łapance i więcej go nie zobaczymy. Staraliśmy się nie wychodzić na ulicę chyba, że zmuszała do tego konieczność. Mieszkaliśmy bez zameldowania.

Myśl o moich najdroższych nie opuszczała mnie ani na chwilę, nie miałem od nich żadnej wiadomości. Chodziłem kilkakrotnie na stację węzłową do Stradomia, na przedmieście Częstochowy, dokąd przychodziły transporty mieszkańców Warszawy, kobiet, dzieci i starszych mężczyzn. Przywozili ich wagonami towarowymi, otwartymi tzw. węglarkami. Z sercem zamarłym przebiegałem transport, wagon po wagonie. Część osób już odeszła ze stacji, zabrana przez rodziny, inni poszli do miasta, w wagonach pozostały tylko osoby samotne.

Widzę jakąś starszą panią o inteligentnych rysach twarzy, siedzi na brudnej podłodze węglarki, oparta plecami o wagon, blada, błędnym wzrokiem wpatrzona w jeden punkt, pończocha zsunęła jej się z nogi, w ręku trzyma nadgryziony pomidor - widocznie był tu już Polski Czerwony Krzyż. Spazm chwycił mnie za gardło, ta bezradna, samotna, opuszczona kobieta, była żywym oskarżeniem zbrodniarzy.

W innych wagonach na podłodze leżeli i spali jacyś śmiertelnie zmęczeni ludzie.

Wędrowałem tak na Stradom gdy tylko usłyszałem o jakimś transporcie, o które pilnie wypytywałem kolejarzy.

W tych tragicznych dniach poszedłem, rozbitek życiowy, na Jasną Górę do kaplicy Matki Boskiej. Nic mi nie pozostało prócz wiary w opatrzność, bo tylko ona mogła mi ocalić i powrócić najdroższych.

I wówczas, klęcząc przed cudownym obrazem, przypomniałem sobie kult jaki matka moja obdarzała ten cudowny wizerunek. Przypomniałem, jak w chwilach dla niej ciężkich, po stracie Julii, przyjechała ze mną do tej kaplicy i we łzach i modlitwie szukała pociechy. Uświadomiłem sobie nagle, że na tej samej posadzce, może w tym samym miejscu co ja teraz, klęczała moja matka i nagle jakby radość przeniknęła me serce. Ta kaplica stała mi się bliską. Patrzyłem w obraz Matki Najświętszej i widziałem twarz mojej matki, czułem jej obecność, była ze mną i pocieszała mnie. I już nie byłem rozbitkiem, miałem już coś, co przetrwało śmierć, co rzuciło pomost między utraconą przeszłością a teraźniejszością.

Codziennie rano szedłem do pobliskiej katedry św. Rodziny i tam w lewej nawie, przed obrazem Matki Boskiej Nieustającej Pomocy modliłem się i płakałem.

Mówiono mi, że miejscowy proboszcz ks. prałat Wróblewski, wysoki, szczupły starzec, późniejszy infułat, to kapłan wielkiej świątobliwości.

Poszedłem do niego do spowiedzi. Opowiedziałem, jak powstanie rozdzieliło mnie z ukochanymi siostrami i rodziną, że nie wiem co się z nimi dzieje, że może one pragną, a nie mogą zaznać pociechy spowiedzi św. i komunii. Pytałem, czy mogę się na ich intecję, a właściwie za nie wyspowiadać.

Ksiądz Wróblewski słuchał mnie uważnie i ze wzruszeniem. Zaczął mi opowiadać o swojej ukochanej siostrze, którą niedawno utracił, w tragicznych okolicznościach wojny. Powiedział, że nie możemy się za nasze siostry spowiadać, ale możemy się modlić i że on przyrzeka mi do swoich codziennych modlitw dołączyć modlitwę za szczęśliwe ocalenie i powrót mojej rodziny. Po tym mnie wyspowiadał.

I od tej pory zamienialiśmy przy spotkaniu ukłony i zawsze spotykałem z za okularów życzliwe spojrzenie ks. Wróblewskiego, jakby się chciał zapytać: "no co? nie ma od nich wiadomości?".

Ulicami Częstochowy coraz częściej wędrowali przybysze z Warszawy i okolicy. Nikogo ze znajomych. Aż tu jednego razu spotykam p. Junkę Kwiecińską, dobrą znajomą Władków i naszą. Ucałowaliśmy się i ja ze łzami w oczach spojrzałem pytająco, a p. Junka woła "żyją, wszyscy żyją, niedługo tu będą" - kiedy - pytam - "widziała ich pani ostatnio?" - "tydzień temu" - mówi.

Ucieszyłem się ogromnie, ale przecież tydzień w walczącej Warszawie, to wieczność. Lęk nie ustępował z mego serca, ale już łagodziła go nadzieja. Rozmyślałem co się przez ten ostatni tydzień działo i gdzie one mogą teraz być.

Minęło kilka dni, byłem u p.p. Trawińskich, na sąsiedniej ulicy, kiedy wpada Zygmuś Drews i woła: "wujku, przyjechali wszyscy z Warszawy, są na Garibaldiego".

Wybiegłem jak szalony, pędzę ile sił i już widzę te moje jedyne, kochane twarzyczki.

Padam na kolana i całuję ich nogi, a potem ściskam w ramionach i płaczę ze szczęścia. Boże Wielki, Jadzia, Geniusia, Władek, Jacuś i Zosia, wszyscy. Wszyscy żywi i cali i znów razem ze mną.

Zajechali do dr Janka i tam się dowiedzieli, że jestem na Garibaldiego.

Po kilku zaimprowizowanych noclegach u Janków i na Garibaldiego, wynajęliśmy duży, dwuokienny pokój na przedmieściu, w oficynie na piętrze przy ulicy Nadrzecznej 12, od p. Dzianokowej, wdowy po robotniku, sprzedawczyni gazet. Miała pokój z kuchnią więc pokój nam odnajęła, a sama mieszkała w kuchni. Ponieważ wychodziła bardzo wcześnie do pracy, więc w praktyce korzystaliśmy z obu pomieszczeń. Była to osoba starsza, miłej powierzchowności, głuchawa, ale poczciwa.

Widząc nasze położenie, oddała nam do dyspozycji wszystko, od talerzy do łóżka z pościelą. Trafiliśmy do niej przez Edków Piaszczyńskich, którzy w tym samym robotniczym domu, na przedmieściu wynajęli pokój z kuchnią.

Jadzia z Jackiem spała w jednym łóżku, zaś reszta na siennikach wypchanych słomą, na podłodze. Na dzień Zosia układała te sienniki jeden na drugi, wiązała i nakrywała pledem, tworząc coś w rodzaju kanapy do siedzenia. Ubikacji w mieszkaniu nie było, tylko ogólna w podwórzu.

Trzeba było teraz pomyśleć o środkach egzystencji i o jakimś dokumencie, uprawniającym do poruszania się po mieście i chroniącym przed łapankami.

Wielką przysługę oddał nam dr Janek. Mając stosunki w magistracie, a u siebie w łazience zapasik spirytusu w ćwiartkach, stanowiący "walutę okupacyjną" załatwił sprawę naszego zameldowania i to jak jeszcze. Urzędnik wydziału ewidencji, obowiązany był sporządzić kartę zameldowania w 3-ch egzemplarzach: jeden pozostawał w magistracie, drugi przesyłał do wydziału kartek żywnościowych, a trzeci do miejscowego Arbeitsamtu, celem ewentualnego zatrudnienia zameldowanego, w kraju bądź w Niemczech. Otóż urzędnik ów, urzeczony argumentem dr Janka, te trzecie egzemplarze naszych meldunków zniszczył i w ten sposób uratował nas od przymusowej pracy i wywiezienia.

"Waluta okupacyjna" - była dobrze notowana.

Jankowie byli dla nas bardzo życzliwi i okazali nam wiele praktycznej pomocy w codziennych sprawach.

Wkrótce przez ks. Wróblewskiego otrzymałem posadę w biurze Polskiego Komitetu Opiekuńczego R.G.O. z niewielką co prawda pensją, ale ze skromnymi przydziałami żywności. Najważniejsze, że przez ten właśnie Komitet Opiekuńczy, uzyskałem dla całej, mojej rodziny poduszki, jedną pierzynę i nieco różnej bielizny pościelowej. To nam pomogło urządzić znośne spanie. Ks. Wróblewski, jako wiceprezes komitetu R.G.O. wiele mi pomógł, dał mi nakrycie stołowe, a dla Jacka komplet dziecięcy: nóż, łyżkę i widelec. Okazywał przy każdej okazji wielką radość z ocalenia mej rodziny.

Zostałem kierownikiem magazynu R.G.O., dzięki czemu mogłem pomagać innym. Wielu naszych znajomych z Warszawy otrzymało pościel, przeważnie poduszki. Była to przecież pościel "ewakuowana" z Warszawy, słusznie więc wróciła do Warszawiaków.

Zosia Wypych prowadziła nasze, skromne gospodarstwo. Przeważnie gotowała różne zupy, pożywne choć proste, smażyła racuchy na oleju i ... byliśmy szczęśliwi. Wspominam te dni, jak jedno wielkie doznanie łaski Opatrzności.

Kiedyś udało mi się kupić od handlarki 10 deka tłuszczu od schabu topionego. Przyniosłem to do domu, dla Jacka jak cenną zdobycz.

My starsi obywaliśmy się bez tłuszczu, bądź jadali z olejem.

Wieczorami odbywała się wojna z insektami. Była to istna plaga, mieliśmy je wszyscy. Mimo kilkakrotnych kąpieli, nie łatwo było się ich pozbyć. Przecież cała nasza odzież przetrwała Powstanie w warszawskich piwnicach.

Leżąc na podłodze, na sienniku, nieraz myślałem czy też danym nam będzie jeszcze w życiu mieć własne łóżka i pościel, nie mówiąc o innych nieosiągalnych pragnieniach.

Większość biżuterii i to tej najcenniejszej, została już sprzedana w Warszawie na przetrwanie - to co zostało, pragnęliśmy zachować.

Była zima, brak opału. Wraz z Zosią brałem worek, saneczki od Dzianakowej i szliśmy na pobliskie hałdy koksu przy torach kolejowych. Ładowaliśmy w worki i tym koksem paliliśmy w piecu i pod kuchnią. Po kilku takich wyprawach, dalszych musieliśmy zaniechać, ponieważ straż kolejowa poczęła strzelać.

Było u nas wówczas bardzo biednie, aleśmy się nad tym nawet nie zastanawiali, byliśmy przecież razem.

Wkrótce Władek zdobył posadę księgowego, już jakoś zaczęliśmy "lądować". Pędziliśmy życie zamknięte, w kręgu rodzinnym. Czasami wizyta u Janków czy na Garibaldiego, od czasu do czasu szliśmy z Władkiem na bridge'a do Edków, w tym samym podwórzu.

Pierwszą wilię po Powstaniu postanowiliśmy spożyć u siebie w domu. Było więcej niż skromnie. Przyniosłem z przydziału R.G.O kilka śledzi. Zosia ugotowała doskonałą zupę grzybową z kluskami i upiekła jakiś placek. Pani Dzianakowa przyniosła choinkę, którą postawiliśmy na komodzie w pokoju, sama poszła na wilię do rodziny.

Zasiedliśmy do stołu wigilijnego Władkowie, Genia, ja, Jacek i Zosia. Dzieliliśmy się opłatkiem i popłakiwali, patrząc na ustawione na stole fotografie Julka i Jasia. Po wilii, przyszli do nas na szklankę herbaty z plackiem Edkowie. Było nam smutno, ale już tworzyliśmy jakieś ognisko rodzinne, już mieliśmy "swój dom".

Na pierwsze święto byliśmy proszeni do Janków. W październiku przyszła wreszcie upragniona wiadomość od Julka. Na adres częstochowski, czym potwierdził otrzymanie ostatnich naszych listów. Wiedział już zatem, żeśmy wszyscy szczęśliwie ocaleli i jesteśmy tutaj razem. Znaliśmy jego gorące uczucia dla nas i świadomość, że on tam za drutami Oflagu przeżywa tragedię Powstania, szarpany nadto straszliwymi obawami o nasz los. Wreszcie ten jego list, pełen miłości i szczęścia, był naszą radością.

Pozostał jeszcze Jasio - zagubiony gdzieś w lasach pilickich. Tęskniliśmy za nim i trwożyli o jego życie, nie znając nawet jego miejsca postoju.

Pewnego dnia, w drugiej połowie października 1944 r., Genia zeszła z Jackiem na podwórze. Ja z Władkiem byliśmy w pracy. Wtem do bramy idzie jakiś młody człowiek. Genia patrzy i - Boże - oczom nie wierzy - Jasio.

I on ją zobaczył. Czym prędzej wciąga go do sieni, padają sobie w objęcia, a po tym prędko na górę, do mieszkania. Nikt nie powinien wiedzieć o jego tu pobycie, prócz najbliższych.

Oddział partyzancki został rozformowany. Jasio dowiedział się od Zygmunta Jacobsona, że jesteśmy w Częstochowie i tutaj przedostał się pod fałszywym nazwiskiem. Był już u dr Janka, który wskazał mu nasz adres.

Trudno opisać radość, jaka zapanowała w naszej skromnej izdebce. Jadzia patrzy w niego sercem, jak tylko stęskniona matka potrafi, tuli jedynaka i promienieje szczęściem. Wieczorem idziemy z nim do Janków, gdzie zebrała się cała rodzina. Wszyscy podzielali radość Jadzi i winszowali jej odzyskania syna.

Nacieszyć się nim nie może, ma go wreszcie dla siebie, w dzień i w nocy. Jasiek sypia na podłodze, na sienniku, razem z nami

Wkrótce jednak Jasiek odkrył swe plany. Musi przedostać się na Zachód, gdyż jest gwałtownie poszukiwany przez radomskie Gestapo. Plan jego omówiony z kolegami z lasu, był taki: pod przybranym nazwiskiem i fałszywymi dokumentami zgłosić się na roboty do Niemiec, co mu dawało przywilej wyboru miejscowości, w której chciał pracować.

Była taka jedna miejscowość nad jeziorem Bodeńskim przez które wystarczyło się przeprawić, aby się znaleźć w Szwajcarii. A znów w Częstochowie była taka pani z konspiracji, które ułatwiała wyjazd do tej miejscowości i już dwie partie młodzieży wysłała. Młodzież ta następnie przy pomocy działającej na miejscu organizacji, przedostała się do Szwajcarii, a stamtąd do Armii Polskiej na Zachodzie.

Jadzia rozumiała to dobrze, że Jasiek znajduje się w śmiertelnym niebezpieczeństwie i że tylko wyjazd za granicę zdoła go uratować, zanim radomskie Gestapo porozumie się z częstochowskim. Toteż wszyscy staraliśmy się pomóc w jakikolwiek sposób w tej wyprawie.

Jasiek podał się za Bogdana Jakubowskiego /o którym wiedzieliśmy, że zginął w Powstaniu/. Potrzebna była fotografia do dowodu, taka jednak, żeby wyszedł na niej jak najmniej podobny do siebie i żeby fotografia nie miała firmy.

Zdecydowaliśmy z Genią zaprowadzić Jaśka do fotografa ulicznego pod Jasną Górą. Udaliśmy się tam bocznymi ulicami, aby uniknąć niebezpiecznych spotkań z patrolami pikietującymi główne ulice. Wszystko się powiodło. Fotografia była taka jak trzeba. Jasiek wkrótce otrzymał dokumenty, skierowanie do pracy i wraz z kilkoma innymi chłopcami wyjechał w kierunku na Insbruck i jezioro Bodeńskie.

Teraz czekaliśmy na wiadomość od niego. Biedna moja Jadzia siedziała z nami przy stole, blada, tylko jej, jak zauważyłem, drżały ręce.

Niepokojąco długi czas nie było od niego wiadomości. Wreszcie nadeszła wieść hiobowa. Wszyscy, cała ta partia została zatrzymana zaraz po przybyciu na miejsce przez Gestapo, jako podejrzana, gdyż poprzednie dwie partie rzekomych "robotników" uciekły do Szwajcarii. Wszyscy zostali osadzeni w Gestapo w Bregenz i poddani badaniom.

Tożsamość zatrzymanych miała być sprawdzona przez Gestapo Generalnej Guberni. Póki co, przewieźli ich do więzienia w Innsbrucku.

Na wiadomość o tym i w przewidywaniu rewizji w naszym mieszkaniu, trzeba było natychmiast ukryć względnie zniszczyć wszystko co by wskazywało na łączność naszą z Jasiem, a więc fotografie, listy itp., gdyż rozpoznanie go równałoby się wydaniu go w ręce oprawców. Wiele pamiątkowych zdjęć, a nawet dokumentów ocalałych z Powstania wówczas zniszczyliśmy.

Już wkrótce Gestapo częstochowskie rozpoczęło dochodzenie, został wezwany na przesłuchanie Roman Talikowski. Pytano go, czy zna Jakubowskiego, a ponieważ jego szwagier lotnik nazywał się Jakubowski, więc Roman podał, że szwagier powołany do wojska poszedł na front i wszelki ślad po nim zaginął. Niemcy wszystko to zaprotokołowali, a ponieważ zeznanie to podawało prawdziwe dane, więc Niemcy zbici z tropu już więcej o nic nie pytali /wiek się nie zgadzał z poszukiwanym Jakubowskim -Jasiem/. Obawialiśmy się najwięcej, żeby Gestapo z Innsbrucka nie przysłało fotografii Jasia, gdyż wówczas Gestapo radomskie mogłoby go rozpoznać, jako poszukiwanego "porucznika Janka".

Po latach, w Londynie, opowiadał mi Jasio, jak to przez okratowane okienko więzienia w Bregenz, patrzał nocą na oświetloną reflektorami granicę szwajcarską, biegnącą szczytami Alp - poza którą była wolność !

Tymczasem nadszedł styczeń 1945 roku, ofensywa sowiecka czyniła piorunujące postępy. Nikt się już nie orientował jak właściwie przebiega linia frontu. Niemcy przygotowywali ewakuacje Częstochowy, byli jak zawsze butni i niebezpieczni. Budowali i naprawiali umocnienia. Jako pracownik R.G.O. musiałem brać udział w kopaniu rowów przeciwczołgowych.

Przygotowane były listy proskrypcyjne inteligencji polskiej. 17 stycznia 1945 roku grom uderzył w miasto. Byłem w biurze R.G.O., kiedy na miasto spadły sowieckie bomby. Podbiegliśmy do okien, pragnąc się zorientować w jaki punkt miasta trafiły. Ocenialiśmy ten fakt jako przygotowanie do uderzenia na miasto. Czym prędzej wróciłem do domu. Jadzia i Genia orientowały się w sytuacji, były spokojne. Przyszedł Władek, usiedliśmy do obiadu.

Nagle wpada nasza Zosia i woła: "Sowiety są już w mieście, ludzie mówią, że ich czołgi stoją w Alei Panny Marii".

Przyjęliśmy tę wiadomość z niedowierzaniem, jako pobożne życzenie. Tymczasem jednak ruch na podwórzu wzmagał się, wyszedłem i ja z mieszkania.

Ulica nasza biegła za kościołem św. Zygmunta, równolegle do rzeki. Już za rogiem ujrzałem przy kościele dwa czołgi. Stały gotowe do akcji, z liczną obsadą żołnierzy sowieckich. Zewsząd otaczali ich przyjaźnie uśmiechnięci ludzie.

Wróciłem do domu, przynosząc tę dobrą wiadomość. Zmieniliśmy pana. Był to co prawda dopiero pancerny zagon. Zaskoczenie jednak było kompletne.

Podziwiałem spokój i odwagę młodych żołnierzy sowieckich. W Alei Panny Marii na I-szym piętrze była restauracja dla oficerów. Tego dnia było tam jak zwykle wesoło, pasy i rewolwery zawiesili na wieszakach. Kiedy im dano znać, że czołgi sowieckie są już w alei, podbiegli do okien.

Ogarnęła ich dzika panika, rzucili się do ucieczki, ukrywając się po piwnicach, komórkach, a nawet w śmietnikach. Żadnemu nie przyszło do głowy walczyć. Po paru dniach jeszcze, wydostawano ich stamtąd albo likwidowano granatami.

Ludność przystąpiła do rabunków sklepów niemieckich, przede wszystkim spożywczych. Wśród powszechnego podniecenia zapadł wieczór.

Tymczasem nadciągnęły dalsze zmotoryzowane oddziały sowieckie z jednej strony rzeki, a niemieckie z drugiej. Nasz dom jednopiętrowy stanowiący długą oficynę w kierunku rzeki, znalazł się po środku. Rozpoczął się pojedynek czołgów przez Wartę.

Huki były potworne, ziemia drżała, nocne ciemności rozświetlały wybuchy. Po jednym ze wstrząsów, w naszym pokoju odpadł sufit. Trzeba było uciekać z mieszkania. Na domiar złego, zapalił się dom sąsiadujący z naszym przez podwórze. Snopy iskier sypały się na wszystkie strony.

Chwyciliśmy nasze walizeczki, dziecko w pled i wybiegliśmy z mieszkania, na wąskie, a długie podwórze. Schroniliśmy się na parterze, w mieszkaniu sąsiadów, którzy uciekli, czy też wyszli z domu i nie mogli już powrócić. Była tylko stara kobieta z dzieckiem. Szyby powypadały z okien, do wnętrz sypały się iskry z płonącego o 10 metrów budynku.

Naraz zaczęły gwizdać kule z ręcznej broni. Po środku pokoju stał duży, ciężki stół dębowy, krzyknąłem na Jadzię i Genię, aby z dzieckiem schowały się pod ten stół, którego masywny blat dawał, jaką, taką osłonę przed odłamkami, zmieściła się i Zosia, ja usiadłem na podłodze, Władek obok. Tak przesiedzieliśmy kilka godzin.

O świcie strzelanina uciszyła się, tylko łuna pożaru pobliskiego więzienia oświetlała otoczenie. To Niemcy, wycofując się podpalili V-te piętro z więźniami politycznymi.

Wyglądało na to, że walka była skończona, wyjrzałem na podwórze, wokół dogasały pożary, drewnianych w tej dzielnicy budynków. Z sąsiedniej sieni również wyglądali mieszkańcy.

Wtem słyszymy, ktoś kołacze do bramy, po namyśle idziemy otworzyć. Przed nami stoi Żyd. Co się okazuje. Niemcy wycofali się z tej dzielnicy. W sąsiedztwie była fabryka w której pracowali uwięzieni Żydzi; straż niemiecka w fabryce uciekła za wycofującym się wojskiem i Żydzi wydostali się na wolność.

Wobec tego otworzyliśmy bramę i wyszliśmy na ulicę zasięgnąć języka, istotnie miasto było wolne. Rabunek sklepów, już nie tylko niemieckich trwał.

Piekarnie jednak były nieczynne, mimo to zdobyłem dla swoich bochenek chleba. Po dwóch dniach wojsko sowieckie dostarczyło mąkę i zarządziło wypiek chleba dla ludności.

Sytuacja była niewyjaśniona, z braku prasy i radia trudno się było zorientować w przebiegu działań wojennych.

Udałem się więc na plebanię do ks. Wróblewskiego, aby u wikarego posłuchać radia /miał je zamaskowane przez całą okupację/.

Ulice pełne były śladów niedawnych walk, leżały trupy żołnierzy niemieckich, którymi nikt się nie interesował. Przed plebanią stał jeszcze niemiecki furgon wojskowy, a na nim dwóch zabitych żołnierzy, jeden z nich przechylony do tyłu, zastygł na koźle z lejcami w rękach. Widok przykry. Czym prędzej wszedłem w podwórze plebani. Komunikat radiowy podawał, że Niemcy co prawda wycofali się z Częstochowy, ale są dobrej myśli i czekają na nadejście spod Wielunia rezerwowej armii niemieckiej.

Ładna perspektywa.

Dostaliśmy na kwaterę trzech żołnierzy sowieckich, młodych chłopców po 17-19 lat ze starym żołnierzem, który się nimi opiekował. Byli bardzo grzeczni. Posłali sobie w kuchni na podłodze. Przynieśli skądciś piwa, zimnego jak lód i ciągle zapraszali Genię mówiąc "piej barynia", tak naiwnie i zarazem serdecznie, ze moja Geniusia nie chcąc im robić przykrości odmową, napiła się z nimi tego piwa.

W pokoju naszym na stole leżała mapa, na której szpilkami oznaczałem linię frontu. Żołnierze codziennie pytali się w związku z komunikatem sztabowym, czy ich wojska wkroczyły już do Niemiec, kiedy padała nazwa jakiejś miejscowości w poznańskim, pytali: "eto uże Germania?", a kiedy im tłumaczyłem, że nie, ze to ziemie polskie - okazywali zniecierpliwienie.

Przynieśli kiedyś listy od rodzin, doręczone im przez pocztę polową, miały kształt trójkątnych sekretników.

Tymczasem, na otaczających nas frontach panował chaos. W lasach. ciągnących się od Kielc przez Małopolskę, aż po Śląsk, ukrywały się całe niemieckie oddziały rozbitych armii, przedzierające się na Zachód.

W następstwie błyskawicznej ofensywy grupy żołnierzy niemieckich, po dwóch, po trzech i więcej wałęsały sie po okolicach Częstochowy. Jak opowiadano, ci żołnierze napadali na ludność cywilną, aby zdobyć odzież i w tym przebraniu łatwiej ukryć się. Zdarzały się wypadki morderstw. Było to przestrogą dla amatorów pieszej wędrówki do Warszawy, a takich było wielu.

Codziennie przynosiłem z plebani od mojego wikarego wiadomości radiowe. Sytuacja w dalszym ciągu była niepewna. Nie można było wykluczyć odbicia przez Niemców Częstochowy.

Nerwowo nie wytrzymywałem tej niepewności. Należało coś przedsięwziąć. Czułem sie odpowiedzialny za losy mojej rodziny i oni polegali na moim zdaniu. Toteż, jak tylko ruszyły pociągi w kierunku Piotrkowa Tryb., gdzie mieszkała nasza rodzina Cieślewskich i Baldów, raz, dwa spakowaliśmy się, zdecydowani wyjechać.

Władek pojechał do swej siostry p. Zofii Jaworskiej zamieszkałej wraz z matką pod Częstochową w majątku Steinhagena, znanego potentata przemysłu papierniczego, gdzie jej syn był administratorem.

My zaś, Jadzia Genia, ja, Jacek i Zosia, pewnego styczniowego ranka wyruszyliśmy na dworzec, pchając przed sobą wózek ręczny załadowany naszą pościelą i walizkami, których ilość znacznie wzrosła. Ja ciągnąłem, Zosia popychała. Pamiętam, że kiedy dobiłem do dworca, byłem mokry, koszulę można było wyżymać, ale szczęśliwy, że mam ich wszystkich przy sobie i dla nich to robię.

Kolej nie sprzedawała jeszcze biletów, pociągi odchodziły bez rozkładu, były to bowiem pierwsze dni jej uruchomienia. Linie miejscami były tylko prowizorycznie naprawione, toteż pociągi poruszały się bardzo powoli.

Jechaliśmy do Piotrkowa, stojąc w zatłoczonym korytarzu. Kiedy dojeżdżaliśmy do stacji Kamienna, przeżyliśmy nalot niemieckiego samolotu. Nie wiadomo, skąd się wziął. Nagle pikował i krążąc wokół naszego pociągu, ostrzeliwał go z karabinu maszynowego. Pasażerowie kucali pod oknami, nikt jednak nie opuszczał wagonu. Kiedy samolot wreszcie odleciał, służba kolejowa obchodziła pociąg, pytając czy ktoś jest ranny. Okazało się, że dwie osoby z ostatniego wagonu odniosły niegroźne postrzały.

Lotnictwo sowieckie w Piotrkowie, zaalarmowane przez stację Kamienna o wyczynach "dzikiego" lotnika niemieckiego, wysłało kilka samolotów w pościg za bandytą - mówiono, że wkrótce został strącony.

Zanotuję jeszcze jeden szczegół. W kilka dni po zajęciu Częstochowy przez wojska sowieckie, na ulicę Garibaldiego zajechały samochody rządowe, przybył gen. Żymierski, ówczesny Minister Spraw Wojskowych. Okazało się, że żona jego z córką przez okres okupacji, zamieszkiwały pod przybranym nazwiskiem na Garybaldiego, w najbliższym sąsiedztwie Romanów, kryjąc się przed Niemcami. Tymi samochodami p.p. Żymierscy zaraz wyjechali z Częstochowy.



przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku