Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2010-11-21 20:38:00
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Rozdział I

Teodora /1849 – 1919/

Ojciec darzył swoją jedyną rodzoną siostrę Teodorę – Tosię, uczuciem szczególnym. Była dla niego nie tylko powiernicą starszą o lat jedenaście, ale przede wszystkim najlepszą matką. Kiedy w roku 1867 zmarła ich matka, Katarzyna z Budlewskich, ojciec mój miał zaledwie siedem lat a Tosia osiemnasty, wtedy właśnie wzięła na siebie obowiązek opieki nad nim. Stosunek ich przez całe życie był pełen wzajemnego zaufania. Ojciec miał dla niej szacunek, który przekazał swoim dzieciom.

Opowiadał nam, jak to w roku 1863, panna Tosia Talikowska, ubrana w niebieski kontusz, zbierała w kościele na Krakowskim Przedmieściu na tacę, ale wszyscy zgromadzeni wiedzieli o prawdziwym przeznaczeniu tej kwesty i sypały się hojne ofiary.

Po upadku powstania, Tosia postanowiła wstąpić do zakonu, widocznie wpłynęła na tę decyzję ogólna nostalgia narodowa ale i śmierć młodszego brata Ludwika 1.IX.1865 r. przyczyniła się niewątpliwie do tej decyzji. Rozpoczęła nowicjat u Panien Wizytek. Surowa reguła zakonna, która nakazywała kandydatkom rozpoczynać życie zakonne od prac fizycznych, od mycia o świcie, w zimie, kamiennych posadzek kościelnych, nabawiła ją choroby. Dziadek sprzeciwił się dalszym próbom nowicjatu. Po pewnym czasie, który jak słusznie mówią, jest najlepszym lekarzem na wszystkie troski, Tosia wyszła za mąż za Jakuba Schatzschnejdra /1842-1919/. Pochodził ze starej, bawarskiej rodziny młynarzy. Jego pradziad Marcin, przywędrował do Polski, ale już syn  Ludwik, ożenił się z Polką, Zofią z Uszyńskich /1813-1896/. 

Po wyjściu za mąż Tosia nie przestała matkować Tolkowi. Ona to zapoznała go w 1883 r. przy wyjściu z kościoła Panny Marii na Nowym Mieście z przyszła jego małżonką Anielcią i jej rodzicami, ona zresztą umówiła uprzednio to spotkanie z nimi, ona wreszcie poprowadziła Tolka do ołtarza w tymże 1883 roku, w którym oboje stracili ojca /Wojciecha Talikowskiego/.

Wujostwo Jakub i Teodora mieli czworo dzieci: córkę Aurelię, zamężną z Władysławem Reymontem oraz synów Wincentego, Leona i Szczepana. Mieszkali w swojej posiadłości w Otwocku, za kościołem. Zarząd miasta Otwocka nazwał tę ulicę imieniem Władysława Reymonta, dla upamiętnienia, że autor „Chłopów” niejednokrotnie tu w willi „Lola”, u rodziców swej żony przebywał i tworzył. Między innymi, tu powstała część epopei „Chłopów” – Zima.

Ciocia Schatzschneider, jak ją z nazwiska od dziecinnych lat nazywaliśmy widocznie dla okazania większego szacunku, jako najstarszej w rodzinie, w odróżnieniu od innych cioć o których mówiliśmy z imienia: „ciocia Karolcia, ciocia Niuta, otóż ciocia Schatzschneider odegrała w moim dzieciństwie rolę dobrego ducha opiekuńczego. Kiedy u nas w domu była  odra, mieszkałem z Gienią u wujostwa na Kanonii. Sypiałem na kanapce w jadalni. Przypomina mi się przygoda małego obżartucha, jakim wówczas byłem. Objadłem się bodaj bakalii i bardzo w nocy stękałem, ciocia mnie uspakajała, że już niedługo będzie rano, że otworzą apteki i służąca przyniesie mi rycynki malinowej. Rzeczywiście rycynka była czerwona jak malina i po jej zażyciu, jak ręką odjął.

Wszystko w tym domu było dobre i kochane. W jadalni stała klatka z papugą, wieczorami nakrywano klatkę czarną materią, żeby światło lampy nie raziło ptaka. Ileż to razy, jako dzieci jeździliśmy latem do wujostwa, do Otwocka, chodziliśmy na spacery z p. Aleksandrą, prowadzącą gospodarstwo cioci. A te śliczne majowe nabożeństwa w mieszkaniu cioci, kiedy w jadalni przed komodą-ołtarzykiem i obrazem Matki Boskiej klękaliśmy my dzieci i wszyscy domownicy, przychodziła sąsiadka p. Małkowska, a ciocia głośno odmawiała litanię.

Przypomina mi się szykowanie na ołtarze do kościoła bukietów akacji, ścinanych sekatorem na długim kiju, za pociągnięciem sznurka i wreszcie ten piękny zwyczaj, kiedy służąca zapalając lampę naftową, nad stołem w jadalni mówiła: „Niech będzie pochwalony”.

Wieczorami grywaliśmy w loteryjkę, zasiadaliśmy wokół stołu, a ciocia kładła przed każdym z nas tekturkę z cyferkami i garstką kwadratowych szkiełek, wyciągała z woreczka gałkę z cyfrą i głośno wywoływała, kto pierwszy przykrył wszystkie liczby wygrywał.

Widzę wujostwo jak po obiedzie, przed wielkim, kolistym klombem, obramowanym barwinkiem i lobelią, odprawują swoją codzienną sjestę: ciocia stawia pasjansa, a wuj drzemie w bujanym fotelu, nawet foksterier „Facet”, jakby rozumiejąc sens życia, zwinął się w kłębek na progu werandy i przez sen smakuje spożyty obiad. Wszystkie te obrazki dzieciństwa nierozłącznie związane są z osobą cioci i jej dobrocią.

Wiosną, przed wakacjami, przy niedzieli, ojciec zabierał nas do wujostwa, do Otwocka. Po pełnym wrażeń dniu obdarowani bukietami bzu, wracaliśmy już po ciemku przy latarce, na stację, omijając kałuże majowej ulewy. W wagonie kolejowym przy mdłej świeczce, kleiły mi się oczy, jeszcze słyszałem monologi Lolka, jeszcze majaczyły mi się brodate twarze Żydów, ale sen już mnie zmorzył. I na raz Jula budziła mnie mówiąc: „patrz, Wisła, most”. Rzeczywiście, widok mostu, oświetlonego latarniami gazowymi, odbijającymi się w wodzie, był dla mnie widokiem pięknym i niezwykłym.

Najstarszy syn wujostwa Wincenty, po ukończeniu Wawelberga, wespół z Ferdynandem Noesickim, Natansonem i jeszcze kimś trzecim, założyli księgarnię nakładową. Spółka ta, po wydaniu kilku pozycji, rozwiązała się. W latach zaboru rosyjskiego, Wincenty Schatzschnejder, za swe liberalne przekonania musiał emigrować. Osiadł w Szwajcarii, gdzie na Uniwersytecie w Zurchu studiował przyrodę.

Po powrocie do kraju z socjalisty zrobił się ... bankowcem.

Ożenił się z panną Anders z Siedlec, gdzie wkrótce został dyrektorem oddziału Banku dla Handlu i Przemysłu, zaś ostatnio dyrektorem Banku Polskiego w Siedlcach. [1].

Drugi syn Leon – artysta malarz i rzeźbiarz, był naturą bardzo subtelną i romantyczną. Wieloletni członek Związku Plastyków, miał szereg własnych wystaw w Warszawie i w kraju. W malarstwie posługiwał się głównie akwarelą, jego właściwą jednak wypowiedzią plastyczną była rzeźba. Miał w dorobku szereg medali i plakiet, między innymi doskonały medal Staszica, odbity w brązie i srebrze, medal Paderewskiego, projekt pomnika Chopina. Brał udział w szeregu konkursach. Jego właśnie roboty jest medalion Reymonta na pomniku w Alei Zasłużonych na Powązkach, odlew braci Łopieńskich. Tu wspomnieć muszę, że Aleja Zasłużonych za katakumbami, powstała z inicjatywy i za prezesury mego ojca. Reymont był pierwszym pochowanym w tej alei.

Napis na tablicy grobowej ułożył Adam Grzymała-Siedlecki: „Bogiem zbrojny, Ojczyźnie duchem zaprzysięgły, piśmiennictwa polskiego chwała, ziemię plemienną niebem mieć nauczył”.

Medalion rzeźbił Lolek, według paryskiej fotografii Reymonta, uzupełniając  modelunek pamięcią. Również Lolka roboty jest tablica z brązu z medalionem mego ojca, na grobie naszym, na Powązkach. Tak jak i druga tablica matki, z pięknie modelowaną girlandą kwiatów, są odlewem braci Łopiańskich. Nadto, ze zrealizowanych rzeźb Lolka, ocalała płaskorzeźba z brązu na pomniku ministra Przanowskiego.

Lolek był muzykalny, grał na pianinie i skrzypcach. Pozostawił kilka tomików poezji. Żonaty był z Marią z Węgrockich. Jedyna córka jego Janina, wyszła za mąż za Napoleona Poradowskiego.

Trzeci syn cioci, Szczepan , zwany w domu „Dyzio”, po niefortunnych próbach handlu, pracował jako urzędnik w Banku Handlowym w Warszawie, żona jego Maria z Bończa-Bonieckich, również była urzędniczką tego banku. Mieli posiadłość w Drewnicy.[2] Z dwóch synów młodszy, Maciej zmarł w okresie studiów, starszy Władysław, absolwent Wyższej Szkoły Handlowej, więzień koncentracyjnych w Mathausen, Granienburgu i Ebensce, zajmuje obecnie stanowisko wicedyrektora Banku Rolnego w Warszawie, jest autorem prac z dziedziny organizacji bankowości. Ożeniony z panną Śmigielską, ma dwóch synów Krzysztofa i Wojciecha, obu inżynierów, magistrów Politechniki Warszawskiej, oraz córkę Małgorzatę.

Było lato 1919 r. Ciocia Schatzschnejder ciężko zaniemogła. Czując zbliżającą się śmierć wezwała do siebie syna Leona i mówi: „Na strychu stoi trumna, powiedz stróżowi, żeby ją zniósł do mieszkania”. Lolek w pierwszej chwili przypuszczał, że są to majaczenia chorej, kiedy jednak nalegała, poszedł na strych i pod warstwą wiórów, ujrzał trumnę dębową, prostą w kształcie. Po zniesieniu do mieszkania, ciocia kazała ją otworzyć – wewnątrz był ułożony habit zakonu św. Franciszka. W tym habicie, zgodnie z jej życzeniem została pochowana [3].

W rodzinie była autorytetem, uważano ją za kobietę mądrą, bo też taką była. Ojciec w wielu sprawach zasięgał jej rady. Mimo życia wypełnionego praktykami religijnymi i obowiązkami matki i pani domu, znajdywała czas na czytanie książek. Nic z bieżącej literatury polskiej nie było jej obce. Posiadała znajomość życia. Była wyrozumiała dla ludzkich błędów i ułomności ludzkiej natury.



przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku