Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2010-09-19 16:44:49
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Rozdział XIV

Rekonesans do Kutna

Postanowiliśmy, że ja pojadę na rekonesans. Genia obawiając się puścić mnie samego w tak niepewną podróż, dała mi za towarzyszkę tej wyprawy naszą Zosię.

I znów podróż bez biletów i bez rozkładu pociągu. Najpierw pociągiem towarowym z Piotrkowa do Łodzi przez Widzew. Tam pociąg stanął i dalej nie było komunikacji.

Sytuacja bez wyjścia. Zima. Stacja nie oświetlona, wokół porozbijane budynki stacyjne i urządzenia kolejowe, nastawnie, semafory itp. Czekamy tak już parę godzin. Nikt nic nie wie. Pociągi prowadzili wówczas maszyniści sowieccy.

W pewnej chwili ktoś woła, że jest pociąg w kierunku Łodzi. Biegniemy więc z Zosią po ciemku między torami i naraz ja wpadam w studzienkę, której drewnianą pokrywę zużyto na opał. Zamoczyłem się do pasa. Nie sposób było w takim stanie w mróz jechać dalej.

Okazało się przy tym, że alarm był fałszywy, nie było żadnego pociągu do Łodzi, to tylko manewrowała lokomotywa.

Przekonałem się wówczas, że serce Geni w swych przeczuciach miało rację: Zosia okazała się nieocenionym towarzyszem. Idąc za śladem światła padającego z okna, weszliśmy do jakiegoś budynku. W izbie kilku kolejarzy grzało się przy rozpalonym piecu. Dokoła porozbijane meble biurowe, ktoś tu widać plądrował.

Kolejarze, skoro dowiedzieli się o mojej przygodzie, przepuścili nas do pieca. Zdjąłem spodnie, bieliznę i siedziałem w palcie, a Zosia tę moją garderobę suszyła w otwartych drzwiczkach pieca. Tak nam zeszła noc. Zjedliśmy parę kawałków suchego chleba.

Rano znów chodzimy po stacji Widzew w nadziei schwytania jakiegoś pociągu.

Wtem na stację wtacza się pociąg wprost niezwykły. Lokomotywa i wagony lśnią czystością. W oknach wagonu I klasy ukazały się twarze jakichś mężczyzn. Podchodzimy bliżej. To Rząd Polski Ludowej jedzie do Łodzi: Bierut, Osóbka-Morawski, gen. Żymierski rozmawiają z ludnością. Podchodzę więc i ja i pytam, czy pozwolą wsiąść do pociągu i pojechać do Łodzi.

W odpowiedzi ówczesny premier Osóbka-Morawski daje polecenie kolejarzowi otworzyć nam wagon III klasy, idący w tyle pociągu. Po chwili leżałem już na ławce nowiutkiego wagonu i jechałem z Zosią do Łodzi.

Z Łodzi było już gorzej. Tory w kierunku Kutna nie były jeszcze zbadane. Mimo to wsiedliśmy do pociągu, idącego w tym kierunku. Znaleźliśmy miejsce w otwartym wagonie towarowym tzw. lorze i ruszyliśmy w nieznane.

Lokomotywa naszego pociągu pchała przed sobą drugą lorę, załadowaną kamieniami, jako ubezpieczenie przed ewentualnymi minami. Po 6-ciu godzinach jazdy "po omacku", głód i zimno na otwartej lorze dał się nam we znaki. Wraz z nami siedziało kilkanaście osób. Ludzie nakrywali się z głową płachtami brezentowymi, pledami, czym kto miał.

Zosia wydostała garnuszek fasoli, którą przed wyjazdem ugotowała z solą, bez tłuszczu i tą fasolą, zimną jak lód, pożywialiśmy się. Chleba już nie mieliśmy, był wówczas rzadkością.

Jedną stację przed Kutnem, w Witonii pociąg stanął, a nam oświadczono, że dalej nie idzie. Przygnębieni decydujemy się iść do Kutna pieszo, pozostało bowiem zaledwie 12 kilometrów. Pierwsza partia pasażerów poszła już torem, mieliśmy i my ruszać, kiedy nagle zjawił się maszynista z pomocnikiem i mówią, że jedziemy dalej do Kutna. Okazało się, że maszynista miał pod Witonią rodzinę i poszedł na wieś z walizką zaopatrzyć się w żywność.

Po przyjeździe do Kutna, pytam na stacji starego bagażowego czy dr Talikowski żyje, czy mieszka po dawnemu. "Żyje", odpowiada, tylko mieszka gdzie indziej, bo go Niemcy przesiedlili, dorożkarz nam wskaże.

Zastałem ich wszystkich w domu. Po serdecznym powitaniu, długo opowiadaliśmy sobie o losach naszych bliskich i przeżyciach ostatnich lat.

W początkach okupacji, Wacek został przez Niemców aresztowany, jednak, jako naczelnego lekarza Ubezpieczalni już po paru dniach zwolnili go. Natomiast wywieźli do obozu w Gusen, a później do Dachau starszego jego syna Jasia. Biedak przeżył tam piekło, a jego rodzice męki niepewności. Wreszcie po upływie dwóch lat, po wielu staraniach, udało się Wackowi uzyskać zwolnienie Jasia z obozu koncentracyjnego. Wróciło wówczas kilku, młodych ludzi z Kutna, wszyscy chorzy. Jasio wrócił z ropnym zapaleniem obu nerek i gruźlicą płuc. Dzięki wysiłkom lekarzy i ofiarnej miłości rodziców, udało się go uratować.

Drugi mój bratanek - Wacuś wówczas jeszcze uczeń, przetrwał szczęśliwie okupację w domu.

Brat mój Wacław, gorąco zapraszał, abym bez żadnego namysłu zabierał z Piotrkowa Genię i Jacka i przyjeżdżał do nich do Kutna.

Propozycja ta odpowiadała mi z wielu względów. Po pierwsze bliskość Warszawy i nadzieja rychłego tam powrotu, po drugie organiczna potrzeba stabilizacji i odpoczynku po ostatnich przeżyciach /choroba ruin/ do czego Kutno, jako miasteczko, które niewiele ucierpiało nadawało się w zupełności.

Po kilku dniach pobytu u Wacków, wróciłem do Piotrkowa, by wkrótce autobusem przez Łódź, i krótkim odpoczynku u mojej gościnnej kuzynki Dzidki Klinowskiej przyjechać wraz z Genią, Jackiem i Zosią do Kutna.

Tutaj, jak rozbite stado ptaków poczęło niebawem ściągać moje rodzeństwo. Przybyli Włodkowie, a wkrótce po nich odnaleźli się szczęśliwie Mundkowie, którzy po zburzeniu ich mieszkania na Smolnej 15 i po kapitulacji Warszawy, przetrwali u chłopa pod Sochaczewem.

Kutno było dla nich wszystkich jedynie punktem zbornym, każdy starał się jak najprędzej urządzić samodzielnie.

Po tygodniowym pobycie, Władkowie zrezygnowali z osiedlenia się w Kutnie i powrócili do Częstochowy, gdzie dr Jan wystarał się dla nich i dla Irki Drews o mieszkanie. Dostali dwa, duże pokoje, dwuokienne, frontowe na I piętrze z kuchnią, łazienką i dużym zapleczem, stanowiące część większego niegdyś mieszkania przy pl. Daszyńskiego nr 13.

Mundkowie pozostali w Kutnie jeszcze tydzień. Wynajęli pokój w sąsiednim domu u p. Grudzińskiej. Biedny Mundek, zamiast odpocząć, poleżeć, śmiertelnie zmęczony tułaczką, chory na wrzód żołądka, jeździł do Warszawy i z powrotem w poszukiwaniu pracy.

Wreszcie los się do niego uśmiechnął. Dzięki warszawskim kolegom, dostał stanowisko /une belle position/ dyrektora cukrowni Józefów koło Błonia pod Warszawą, z mieszkaniem dyrektorskim przy zakładzie. Natychmiast z Nand tam pojechali.

My z Genią i Jackiem, po miesięcznym pobycie u Wacków, przeprowadziliśmy się do pokoju sublokatorskiego u bardzo życzliwych i uczynnych p.p. Pasińskich przy ul. Lelewela 20. Zosia Wypych, odpowiednio wyposażona, żegnana przez nas z żalem, pojechała do swej rodziny, do Jelonek pod Warszawą.

Tak oto skończyła się nasza wojenna epopeja, a zaczęły się codzienne dni zmagań z losem o podźwignięcie się z biedy w jaką nas wojna pogrążyła.



przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku