Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2010-09-21 12:17:37
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Rozdział XIV

Kutno

Dzięki Wackowi i staroście kutnowskiemu p. Kazimierzowi Kucnerowi otrzymałem posadę w starostwie, jako kierownik referatu karno-administracyjnego, który zorganizowałem od nowa.

Wynagrodzenie było skromne, ale zapewniające egzystencję. Mieszkaliśmy z Genią i Jackiem w warunkach wielkiego niedostatku. Stołowaliśmy się w starostwie, w stołówce dla urzędników, mieszczącej się w suterynie. Jakieś maślanki, pierogi, kasze, wszystko jałowe. Jacek pewnego dnia zemdlał nam przy obiedzie.

Wahałem się jeszcze ujawnić jako adwokat z uwagi na niewyjaśniony stosunek polskich bolszewików do starej inteligencji. Wreszcie zdecydowałem się. Już po kilku miesiącach uzyskałem wpis na listę adwokatów w Łodzi. Nie miałem żadnych dokumentów, ani dyplomu, nawet matury, wszystko spłonęło w aktach Uniwersytetu w Warszawie.

Legitymowałem się przedwojennym, urzędowym spisem adwokatów w Warszawie.

Otworzyłem kancelarię adwokacką w Kutnie. Było to tak: nie miałem żadnych zasobów pieniężnych. Szczęśliwie, dyrektor P.K.O. w Kutnie p. Gołubkow, udzielił mi kredytu w wysokości 15 tys. złotych "na urządzenie kancelarii adwokackiej". Był to właśnie cel, który zadeklarowałem w swoim podaniu do P.K.O."

Wydział kwaterunkowy, tłumacząc się, że wszystkie lokale mieszkalne były już zajęte, przydzielił mi przy ul. Siekiewicza 6 sklep o dwóch wystawach z pokojem. W tym drugim pokoju, do którego ze sklepu prowadziły oszklone drzwi, czteroskrzydłowe, urządziłem swój gabinet, a sam sklep służył, jako poczekalnia.

Cóż to była za radość, kiedy mając już przydział w kieszeni i klucze, poszedłem z Genią obejrzeć te "biuro" z którym takie wiązaliśmy nadzieje.

Niezbędne sprzęty biurowe nabyłem w urzędzie likwidacyjnym, a więc krzesła, fotele, stół, stolik pod maszynę, a między innymi mahoniowe biurko-stół o trzech szufladach, nogi stołu łączone pięknym wiązaniem, z gładkimi brązami, poniemieckie, za bezcen.

W sądzie i notariacie miałem już znajomych, wypadało urządzić przyjęcie na otwarcie kancelarii. Tu przyszły mi z pomocą nieocenione siostry. Zajęły się całą stroną gospodarczą, zdobyły nakrycia, serwety, przygotowały wspaniałe zakąski zimne i gorące /korzystały z kuchni sąsiadów/.

Przygotowałem dużo trunków, wódki przyrządzone na sposób warszawski, z ziołami. Było wino, owoce, czarna kawa i herbata. Nastrój świetny, mowy, toasty. Prócz mnie, Geni i Władków, byli: Wackowie, prezes sądu Paradowski, sędziowie: Szymański, Tomaszewski, notariusz Maksymilian Walewski, adwokaci: Berg, Sakowicz, Ziembowski, dyrektor Gołubkow, dr Trzaskowscy, komornik Świtkiewicz, razem 18 osób. Lody obcości zostały skruszone, przyjęto mnie do grona prawników kutnowskich. Odtąd położenie nasze z każdym dniem ulegało poprawie.

Byłem szczęśliwy mogąc kupić Geni jakąś skromną jesionkę, na watolinie i dziecku najniezbędniejsze rzeczy.

Wkrótce udało mi się zdobyć /kupić/ w dzielnicy willowej mieszkanie, dwa pokoje z kuchnią, łazienką i dużym balkonem na ogród, trzeci pokój był jeszcze zajęty przez lokatora, ale po pół roku za odpowiednim wynagrodzeniem i on się wyprowadził.

Codziennie idąc do sądu i wracając do domu, przechodziłem celowo przez targ, gdzie handlarki, przeważnie żony kolejarzy, rozkładały na ziemi rzeczy przywiezione z Zachodu. Trafiały się dobre sztuki porcelany miśnieńskiej a nawet dywanik wschodni czy sreberko, wszystko to znosiłem do domu ku radości Geni i mojej, że mamy przecież swój własny kąt, swój dom. Zawsze coś z tych nabytków dawałem Jadzi, zawsze o niej pamiętałem.

Otrzymałem wiadomość z Warszawy od inż. Truskolańskich, sąsiadów Julków z Żoliborza, że mimo częściowego zburzenia domu, niektóre meble Julków ocalały i są do odebrania.

Wynająłem więc ciężarowy samochód i pojechaliśmy z Genią na Żoliborz, mijając po drodze upiorne rumowiska północnej dzielnicy. Przywieźliśmy wtedy kredens, dwa fotele i cztery krzesła, dwa łóżka mahoniowe i dwie nocne szafki najautentyczniejsze Ludwik Filip, stare biureczko. Ocalały fortepian Julków, po babce Juli, sprzedaliśmy p.p. Truskolańskim, bowiem mowy nie było, żeby go zmieścić w naszym kutnowskim mieszkaniu.

W ten sposób, jako tako byliśmy umeblowani i co najważniejsze meblami z Warszawy. Czułem awersję do mebli poniemieckich, do tych wszystkich neorenesansów i rzeźb, nie zniósłbym ich obecności w mieszkaniu. Toteż z wielką radością korzystałem z każdej okazji nabycia mebli polskich, podworskich.

Kupiłem z czasem od p. Jadwigi Jarzmanowskiej z Niwek, kanapę, dwa fotele i dwa krzesła jesionowe inkrustowane palisandrem z epoki Księstwa Warszawskiego. Od p.p. Kiniorskich z Suchodębia za pośrednictwem p. Skarbkowej - stół okrągły, salonowy, duży z pięknie rzeźbioną nogą w masywnym orzechu, oraz komódkę empirową, czeczotową, przybraną hebanem. Od p.p. Skarzyńskich z Łaniąt /przez p. Sochaczyńską/ sześć krzeseł i dwa fotele, rzeźbione, palisandrowe, Ludwik Filip, do jadalni.

Na wszystkie te nabytki, brałem na piśmie zaświadczenia właścicieli o ich pochodzeniu i legalnym nabyciu. Robiłem to z ostrożności, aby się nie spotkać w tych niepewnych czasach z zarzutem, że są to meble poniemieckie i jako takie stanowią własność Państwa Ludowego.

Później od jednego lekarza opuszczającego Kutno, kupiłem komodę, starą, polską z drzewa jodłowego czy świerkowego o pięknym złocistym kolorze, przybraną sztabikami z gruszy, malowanej na czarno, wczesny empir. Wreszcie zebrałem nieco starej porcelany.

Miałem więc już dom i to bardzo przytulny o swojskim charakterze. Genia swoją ręką i staraniem dodała wnętrzom ciepła i tej pedantycznej czystości, która tak mile świadczy o obecności pani domu.

Po roku zmieniłem lokal kancelarii, przenosząc się na ulicę Sienkiewicza 16, w pobliżu sądu, do parterowego mieszkania.

Tak więc nasza trójka tj. Genia, ja i Jacek osiedliśmy w Kutnie. Władkowie ostatecznie pozostali w Częstochowie, gdzie Władek otrzymał posadę księgowego w firmie prywatnej, prowadząc nadto księgowość w dwóch innych przedsiębiorstwach, to im dawało podstawę egzystencji. Jasiek przysyłał matce paczki z Anglii do osobistego użytku i "handlowe" do sprzedania. Ja o Jadzi też pamiętałem. Mundkowie mieszkali w Józefowie koło Błonia, gdzie jak wspomniałem Mundek był dyrektorem cukrowni, z czasem przenieśli się do Żychlina, gdzie Mundek został naczelnym inżynierem w Fabryce Motorów Elektrycznych.

Co roku jednak, na święta Wielkanocy i Bożego Narodzenia, na imieniny, Władkowie, a czasami Mundkowie przyjeżdżali do nas, do Kutna. Przychodzili Wackowie z synami.

Genia i ja z radością gościliśmy nasze rodzeństwo, widząc się znów razem, czuliśmy się pewniejsi, wzmocnieni w tych burzliwych czasach więzią rodzinną. Kochaliśmy się przecież i do całkowitego szczęścia brakowało nam tylko naszych chłopców.

Szykowaliśmy z Genią zawsze masę dobrych rzeczy, aby sobie wynagrodzić okupacyjne lata głodowania i piwnicznej poniewierki. Jadzia przywoziła wyborne i wyszukane w smaku pierniki, przekładane bakaliami w czekoladzie oraz mazurki, wszystko własnej roboty. Zastawa stołu przypominała nam wszystkim Elektoralną. Był więc i piękny obrus adamaszkowy i porcelana i srebra.

Od Julka i Jasia przychodziły listy z opłatkiem, którym dzieliliśmy się z nabożnym przejęciem. Obowiązkowo spełnialiśmy toast, zwykle wznoszony przez Jadzię "za ich szczęśliwy powrót" i "oby te święta były już ostatnie w rozłące".

Święta, święta. Ciężkie były dla mnie chwile pożegnania z Jadzią. Odprowadzałem ich zawsze na stację i kiedy pociąg ruszał, straszny żal mnie ogarniał, że los nie pozwala nam być razem, tak jak wtedy na Elektoralnej.

W czasie choroby Władka i przy śmierci jego, na letnisku w Olsztynie, pod Częstochową w roku 1949, byłem z Jadzią.

Ogoliłem Władka i ubierałem go, a po tym razem wieźliśmy go samochodem z Częstochowy do Warszawy, spoczął w naszym grobie rodzinnym

W jakiś czas później, na moje prośby, Jadzia zamieszkała razem z nami w Kutnie. Cieszyłem się, że mogę się nią opiekować. Ona jednak, będąc całe życie niezależna, nie mogła się pogodzić z myślą bezczynnego życia, pragnęła pracować, żeby mi ulżyć.

Nie zgodziłem się na to, bo nie chciałem ją narażać na gorycz zależności służbowej i znoszenia chamstwa różnych dyrektorów i kierowników. Więc razem z innymi paniami z Warszawy wyrabiała różne puderniczki, lalki i torby, które z bratanicą męża Genią Chodakowską z Katowic i p. Werą Zielińską z Warszawy, koleżanką Eli, rozprzedawały bez większego zresztą zysku.

Biedactwo, chciała mi pomóc, nie mogła patrzeć obojętnie na moje wysiłki, na codzienną pracę Geni w domu. Umiała szyć, więc stale coś naprawiała, przerabiała dla nas, ubranka dla Jacka itp. Stale powtarzała : "jeszcze nie jestem taka stara, żebym nie mogła zarobić".

Umiała pięknie naprawiać cieniutkimi drutami i wełną moje stare wschodnie dywany. Dziś są dla mnie tym cenniejsze, że jej ręka dodała im piękna.

Szczęśliwie jednak, ani Jadzia, ani Genia nie poszły pracować do ludzi, mimo, że w domu ciężko trudziły się, ale oszczędną gospodarką przyczyniały się do podniesienia się z pożogi wojennej.

Latem wyjeżdżaliśmy nad morze, dwukrotnie do Łeby i dwukrotnie do Oliwy, każda z nich na zmianę po dwa tygodnie, a ja i Jacek pełny miesiąc.

Ustalił się zwyczaj, że w Wielką Sobotę przynosiłem Jadzi i Geni bukieciki żywych kwiatów. W tym czasie kwitła już frezja, ulubiony, wiosenny kwiat Geni. Do końca życia przestrzegałem, żeby miała ten kwiatek na dzień Zmartwychwstania.

Jadzia i Genia w codziennej modlitwie powtarzały prośbę o szczęśliwy powrót ich jedynaków. Na Boże Narodzenie, Jadzia na stoliczku przy swoim łóżku, obok fotografii Jasia, stawiała małą choineczkę, przybraną srebrem i gwiazdkami. To jakieś misterium matki dawało jej poczucie duchowej łączności z synem, potrzebę okazania mu czułości, pieszczoty, w przekonaniu wewnętrznym, że to odczuwa.

Głos Ameryki i B.B.C. - ileż nadziei wiązało się zawsze z tymi stacjami. Tam u nich, po drugiej stronie zapadłej przed nami żelaznej kurtyny Stalina, przebywali nasi chłopcy. z nimi była nasza przyszłość, nasze życie.

Jadzia, Genia i ja, codziennie, całymi latami, łowiliśmy ten głos nadziei brutalnie zakłócany w Polsce. Dochodziły nas strzępy słów, ale niekiedy, przedzierały się całe zdania z których staraliśmy się odtworzyć sobie sytuację światową by znaleźć odpowiedź na to jedno, najważniejsze pytanie - kiedy oni wrócą.

Tęsknota dręczyła te biedne serca, Nie doczekały ich powrotu. Życie minęło - a radość spotkania nie nadeszła. Nie padło z ich ust słowo skargi, ta ofiara najświętszych, najtkliwszych uczuć, była w ich przekonaniu złożona na ołtarzu żołnierskiego honoru ich synów.

Po śmierci Władka, Jadzia podupada na zdrowiu, ciągła trwoga o swego jedynaka, nieprzespane noce wojny i okupacji, tęsknota, utrata własnego domu, męża - wszystko to odbiło się na jej sercu. Chorowała na chorobę wieńcową i nadciśnienie. Posiwiała, coraz częściej płakała i coraz bardziej drżały jej ręce.

Zatrwożony o jej zdrowie, prosiłem, żeby o siebie dbała. Mówiłem jej: "Jadziu, to co możesz zrobić dla twojego dziecka i na co on liczy, to powitać go zdrową, po jego szczęśliwym powrocie". Toteż, biedactwo kochane łykała te różne proszki i pigułki, które jej jednak nie pomagały. Zabiła ją tęsknota i niepokój o jedynaka. Umarła na udar serca i atak miażdżycy naczyń mózgu - na rękach Geni.

Był lipiec 1954 roku. Wieźliśmy ją samochodem do Warszawy. Piękny słoneczny dzień. Żniwa w pełni, dokoła w polu wrzała praca, ustawiano snopki. Chwilami drzewa przydrożne tworzyły jakby bramę zieleni, przez którą ona, ta moja dziewczynka najdroższa, wracała do Warszawy, do swoich, aby wreszcie tam, na Powązkach odpocząć, znaleźć tę upragnioną ciszę dla swej skołowanej głowy.



przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku