Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2011-09-12 05:10:13
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Rozdział XV

Ostatnie lata

Po śmierci Jadzi, życie nasze płynęło leniwym nurtem, smutno i jednostajnie. Pozostało nas w domu już tylko dwoje - Jacek wyjechał na studia do Łodzi.

Początkowo przyjeżdżał co tydzień, później co dwa tygodnie, był jakiś zamyślony, jakby zdenerwowany. Tak trwało sześć lat.

Już w każdą sobotę Genia cieszyła się na przyjazd Jacka, szykowała jego ulubione potrawy, przyszywała guziki do wyprasowanych koszul, cerowała skarpetki i czekała na swego jedynaka.

Zdarzało się, że nie przyjechał spodziewanym pociągiem, wówczas czekaliśmy na następny, śledząc wskazówki zegara i wyglądając oknem.

Po śmierci Jadzi, Genia zwolniła starą służącą Kazię, wolała sama zajmować się gospodarstwem.

Była kobieta do noszenia węgla oraz sprzątaczka do większych porządków. Bieliznę oddawaliśmy do praczki, ale drobne przepierki w szczególności koszule dla mnie i Jacka, prała Genia.

Miała z domem niemało pracy i kłopotów, a to nie było światła a to wody w kranie, męczyło ją załatwianie sprawunków, które w tych latach były prawdziwą udręką pani domu. Ale Genia, jak zawsze pogodna, raczej wymyślała na ten brak porządków, ale nie narzekała. Pomagałem jej w pracy dorywczo, ale jeszcze nie tak jak powinienem. Jest to moje przeoczenie i sumienie nie daje mi spokoju, żem mógł pozwolić jej na taką pracę. Nie zastanawiałem się po prostu kto to wszystko zrobił.

Od czasu do czasu wyjeżdżaliśmy do Warszawy, wstępowali na Powązki, później do Romana i załatwiali sprawunki. Każdy taki wyjazd porządnie Genię zmęczył.

W każde święta było u nas przyjęcie na które przychodzili zwykle Wacek z rodziną i Mundkowie.

My również byliśmy proszeni do Wacków, Julek i Jasio prócz życzeń przesłanych pocztą, zwykle telefonowali w drugie święto z Londynu, czym sprawiali nam wszystkim wielką radość.

Często wyjeżdżałem, to na rozprawy do Sądu Wojewódzkiego w Łodzi i Najwyższego w Warszawie, to znów na posiedzenia różnych instytucji zawodowych.

W 1957 roku zostałem wybrany na Izbie Adwokackiej członkiem Wojewódzkiej Komisji Dyscyplinarnej Izby Łódzkiej, zaś w dwa lata później jednym z dwóch delegatów Izby Łódzkiej na I Krajowy Zjazd Adwokatury w Warszawie /drugim delegatem był adw. Stefan Brzeziński/.

Na Zjeździe tym, w głosowaniu tajnym, zostałem wybrany członkiem Naczelnej Rady Adwokackiej. Na 124 delegatów głosujących, otrzymałem 101 głosów.

W związku z tym mój kontakt z Warszawą zacieśnił się, poznałem wielu wybitnych prawników, odnowiłem swoje kontakty z warszawską adwokaturą.

Koledzy kutnowscy wybrali mnie po raz trzeci kierownikiem Zespołu Adwokackiego.

Te wszystkie prace i zajęcia absorbowały mnie i rozdzielały z Genią na wiele godzin. Jak tylko mogłem, uprzedzałem ją telefonicznie o przebiegu moich codziennych zajęć i godzinie mego powrotu do domu.

Kiedy wracałem z podróży, w drodze ze stacji, wstępowałem do Zespołu, aby zadzwonić do Geni, że już przyjechałem i za chwilę będę. Nigdy nie czekałem na obiad, dosłownie ledwo umyłem ręce, obiad stał na stole. Nieraz Geniusia w żartach mówiła: "gdzieżby ci, w jakiej restauracji tak szybko obiad podali".

Pamiętam i nigdy nie zapomnę, moich powrotów z pracy do domu. Z daleka już widziałem w oknie naszego mieszkania jej kochaną twarzyczkę - czekała na mnie.

Nieraz po dokładnym sprzątnięciu mieszkania, ustawiała w jadalni na stole kwiaty. Pytała: "Byłeś już w jadalni, zauważyłeś co?". Nie szczędziłem więc pochwał dla czystości dywanów i blasku porcelany, wiedziałem, że jest to dla niej nagrodą za włożony wysiłek.

Żyliśmy oszczędnie, ale przyzwoicie, od czasu do czasu wydając przyjęcia dla grona naszych znajomych, zawsze w imieniny Geni i moje. Zakąski kupowałem zwykle w Warszawie. Przychodziła rutynowana kucharka p. Zosia Sobczyk, która gotowała, piekła, pomagała Geni w przygotowaniach przyjęcia, podawała do stołu, i już ona zmywała naczynia. Było zwyczajem naszym z czasów warszawskich, że po każdym, największym nawet przyjęciu, nikt nie położył się spać, póki mieszkanie nie zostało wywietrzone i wszystko zmyte i ustawione na swoim, zwykłym miejscu. Tego zwyczaju przestrzegała Genia i w Kutnie.

Utrzymywaliśmy stosunki towarzyskie z kilkoma domami miejscowej inteligencji oraz plebanią.

Idąc na przyjęcie, Genia ubrana w czarną suknię, w etolę z niebieskich lisów, jeszcze warszawskim prezentem moim dla niej, stała przed lustrem w jadalni sprawdzając szczegóły stroju.

Pozostało tylko włożyć biżuterię, te resztki pamiątek, przed sprzedażą których broniliśmy się do ostatka: dwie bransolety, jedna robiona z łańcucha matki od lorgnon, druga - prezent zaręczynowy ojca dla matki w kształcie złotego paska z brylantem przy zapięciu, dalej jedyny ocalały pierścionek brylantowy matki, pięknej roboty Plichty i wreszcie najcenniejszy klejnot rodzinny, różę brylantową matki, prezent ojca za pierwsze dziecko.

Tutaj Genia zawsze prosiła, bym sprawdził czy dobrze zapięła łańcuszek.

Ona ostatnia z rodziny godnie nosiła te pamiątki. Kiedy tak stała przed lustrem, odmłodzona tym strojem, zgrabna i dystyngowana, przykrą mi była myśl, że oto ostatnia z kobiet naszej rodziny miast błyszczeć w rodzinnej Warszawie, wegetuje na prowincji, oderwana od swego miasta i gniazda, bezpowrotnie straconych.

Po jakimś czasie dziwne zachowanie Jacka, jego niesłowność znalazło swe wytłumaczenie. Bomba pękła na Wielkanoc 1961 roku. Kiedym stanowczo nie zgodził się na wyjazd jego do koleżanki w okresie świąt - przyznał się do Geni, że jest już od przeszło roku żonaty i ma synka, tłumaczył, że bał się wcześniej przyznać, ponieważ zawsze wypowiadałem pogląd, że młody człowiek powinien najpierw skończyć studia, zdobyć pozycję, a po tym dopiero myśleć o żeniaczce. Wkrótce Jacek przyjechał z żoną Anią i synkiem Michasiem do Kutna. Dziecko śliczne, żona miła i serdeczna, koleżanka jego z uniwersytetu, magister geologii.

Genia z miejsca otwarła dla nich swe serce, otoczyła troską i opieką. Urządziliśmy przyjęcie dla naszych kutnowskich znajomych, na których Jackowie wystąpili już, jako małżeństwo.

Odtąd temat małego Michasia nie schodził z ust Geni, a to łóżeczko, a to materacyk, jak przyjadą, żeby dziecko miało wygodne spanie, a to sukieneczki i inne drobiazgi dziecięcego stroju, to znów świeże jajeczka dla Michasia itd.

Cieszyła się małym, jak babcia rodzona. Ja widząc to jej przejęcie się naszym wnukiem /a ściślej ciotecznym prawnukiem/ również zabiegałem o zdobycie potrzebnych pledzików i innych fatałaszków, wiedząc ile radości sprawię tym Geni.

I tak ostatnie miesiące jej życia, wypełnione były miłością do tego maleństwa, troską o jego wygodę i zdrowie.



przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku