Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2011-09-12 05:13:25
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Rozdział XV

Genia /21.09.1894 – 17.12.1961/

W krótkim stosunkowo czasie straciliśmy rodzeństwo. Pierwsza w 1954 roku zmarła Jadzia, ledwo minęła po niej żałoba, a już śmierć zabrała Nand /1956/, potem Mundka /1957/ i wreszcie w 1961 roku Wacka.

Te przeżycia odbiły się wyraźnie na zdrowiu Geni, posiwiała do reszty. Jakby spojrzała w głąb tajemnic bytu i ujrzała kres własnej wędrówki. Po śmierci Wacława, zostało nas już tylko dwoje z rodzeństwa. Prawda o życiu, jak nigdy dotąd wtargnęła do mojej świadomości.

W wypowiedziach Geni, pojawiła się nuta rezygnacji, kiedy chodziło o jakieś plany na przyszłość, połączone z wydatkiem, mówiła: "czy to warto na te parę lat życia, co jeszcze pozostało taki kłopot brać sobie na głowę, pomyśl lepiej o swoich potrzebach". Ta nuta rezygnacji zaniepokoiła mnie, począłem ją bacznie obserwować. Zeszczuplała, jakby zwolniła ruchy, jakby przygasła. Po raz pierwszy zrozumiałem, że niedaleką może być chwila naszego rozstania na zawsze.

Patrząc na nią, moją jedyną radość w życiu jaka mi pozostała, bałem się jednego, co będzie, jak ja odejdę pierwszy, a ją zostawię, samą, bezbronną, a tak potrzebującą serdecznej opieki.

Starałem się być dla niej dobry i czuły, nie zawsze jednak dostrzegałem jej potrzeby i nie wnikałem dostatecznie w jej codzienne troski i pracę. Była tak dobra, że nigdy o nic nie prosiła, musiałem sam spostrzec jej potrzeby. Kiedym jej przyniósł jaki upominek, gniewał ją wydatek, "wiem przecież, że w tym miesiącu jest ci trudno".

Do najmilszych chwil należały poobiedzia. Po zakończeniu zajęć domowych, Genia umyta, uczesana, przebrana w inną sukienkę siadała przy mnie w jadalni i rozpoczynała się lektura. Najpierw gazety warszawskie, czytała od deski do deski, w drobnej wzmiance umiała wyłowić jakąś ciekawą wiadomość, w ogłoszeniu, w nekrologu, o losie naszych przedwojennych znajomych. Po tym książki.

Czytała bardzo dużo, znając jej upodobania, kupowałem zawsze varsaviana, wspomnienia o dawnej Warszawie, o Powstaniu Warszawskim. Cieszyła się nimi ogromnie.

Z zadziwiającą dokładnością, z niesłabnącym zainteresowaniem, - czytała je i bardzo trafnie zawsze oceniła. Podnosiła z uznaniem prawdziwość relacji Podlewskiego, Kamińskiego, Borkiewicza. Ostatnio czytała pisarzy amerykańskich, między innymi Hemingweya, którym się jednak nie entuzjazmowała, natomiast podobała jej się twórczość Irvin Shawa.

Z polskich pisarzy lubiła Gojawiczyńską, Szaniawskiego, /wspominaliśmy jego warszawskie inscenizacje/, Władysława Zambrzyckiego /co za wspaniałe odprężenie/, Wańkowicza. Ostatnią książką przeczytaną przez nią, była Spiżowa Brama, Brezy.

Czytała szybko i nieraz się ze mnie podśmiewała, że kładąc się do łóżka, obkładałem się książkami, a po 5-ciu minutach, zasypiałem. Mówiła: "no, przy tym tempie, to ci starczy na pół roku".

Książki stały na półkach w jadalni i pokoiku biedermejerowskim szczególnie przytulnym. Prosiła nieraz: "wyszukaj mi coś, nie mam co czytać". Nadal chętnie bywała na koncertach chopinowskich.

Jesienią 1961 roku narzekała na upadek sił. Wymówiła się od udziału w proszonych przyjęciach imieninowych, wolała pozostać w domu i czytać. Żyła już tylko dla mnie, chłopców i Jacka.

Powtarzała: "nic mi nie jest, nic mnie nie boli, tylko czuję się strasznie zmęczona". Nie chciała słyszeć o lekarzu. Mówiła: "już ja ich znam, badanie, prześwietlenie, a po tym na Powązki".

Mimo swych lat, była zawsze pogodna, dobra i uśmiechnięta, pracowita i obowiązkowa. Kiedy rano wychodziłem z domu, było naszym zwyczajem, że wyglądała za mną oknem lub z balkonu, a ja jej posyłałem ręką całusa.

Tak trwało lata, teraz złożona chorobą już nie zawsze za mną mogła wyjrzeć.

Ostatni raz pojechaliśmy taksówką do Żychlina, na Wszystkich Świętych, na grób Mundzia. Po powrocie była tak osłabiona, że już nie broniła się przed łóżkiem.

Przyszli lekarze, jeden, drugi, trzeci, felczerka robiła jej zastrzyki na serce. Mimo choroby, myśli jej i troska krążyły dokoła mnie i naszych najbliższych. Powracała często do tematu, jak to sobie ułożymy życie, kiedy wyzdrowieje. Mówiła: "mamy Jacków, mamy tę dziecinę, nic mi więcej nie potrzeba".

Martwiła się, że wykonuję szereg prac domowych, że mieszkanie będzie zaniedbane. Sprzątnąłem więc starannie frontowe pokoje i oparta o moje ramię przeszła do stołowego i gabinetu. Wszystko tam było tak, jak ona lubiła. Pochwaliła porządek i wypowiedziała wówczas ze smutkiem, tragiczne prorocze słowa: "wszystko jest, tylko mnie nie ma".

Pytała lekarza, jak długo jeszcze będzie leżeć, a kiedy odpowiedzieli, że ze dwa tygodnie, przeraziła się mówiąc: "ach doktorze, to niemożliwe, idą święta, a ja mam tyle roboty".

Z każdym dniem traciła siły. Powiedziała do mnie: "jakże, ja jestem słaba, ja co nigdy pacierza nie przepuściłam, wczoraj zasnęłam i zapomniałam o modlitwie".

O, Geniu - w jesieni twych lat, życie nie dało ci przeżyć dni pogodnych, nie pozwoliło cieszyć się owocami twych wysiłków, twej pracy, do ostatniego tchnienia żądało od ciebie ofiary.

Ale modlitwy twoje, Geniu, już zostały wysłuchane.

Wreszcie nadszedł dzień, kiedy los odczytał nam swój wyrok. Konsylium lekarzy stwierdziło raka płuc z przerzutem do wątroby. Prześwietlenie i specjalista z Poznania potwierdzili tę diagnozę.

Zawiadomiłem Jacków. Dojeżdżali w miarę możności od początku choroby. Genia z miłością na nich patrzyła.

Biłem się z myślami, czy zawiadomić Julka i Jasia w Londynie i czy napisać prawdę. Zdecydowałem się przygotować ich do tego ciosu. Napisałem do Julka oględnie o poważnej, ciężkiej chorobie wątroby i serca i o ogólnym osłabieniu organizmu Geni.

Zrozumiał - przeczuł.

Wkrótce zadzwonił telefon w jadalni, mówił Julek, pytał o naszą Geniusię, o jej zdrowie i w pewnej chwili głos mu się załamał i począł płakać i ja nie mogłem się opanować. Mówił: "Stefciu, nikogo w życiu tak nie kochałem, jak Genię, ona była dla mnie wszystkim, była mi matką".

Wróciłem do pokoju Geni, usiadłem obok niej na łóżku, objąłem ramieniem i powtórzyłem jej telefon Julka, że "to taki dobry chłopiec, na wiadomość o twej chorobie, zadzwonił i powiedział, że nikogo z życiu tak nie kochał, jak ciebie". Oboje poczęliśmy płakać z rozczulenia, że w naszym osamotnieniu, jest ktoś kto umiał tak przemówić, kto znał potrzeby jej serca. To było synowskie wyznanie Julka.

Kiedyśmy się nieco uspokoili, przysunąłem stolik do łóżka Geni, przyniosłem papier listowy. Zbliżała się właśnie rocznica ślubu Julka i Megan, 13 grudnia.

Geniusia z trudem napisała tych kilka słów podziękowania za telefon i życzeń dla nich obojga. Wiedziałem, że to jej ostatni list i chciałem, żeby go Julek dostał.

Sześć tygodni byłem z nią dzień i noc. Robiłem co mogłem, chciałem dać jej z siebie wszystko. Widziała to i cierpiała nad tym. Mówiła mi słowa dobre, pełne wdzięczności, jakby mnie chciała nimi pożegnać.

Chodziło tylko o jedno, żeby się nie dowiedziała prawdy i żeby nie cierpiała.

Powiodło się - nie cierpiała. Umarła na serce. Prawdy też się nie dowiedziała, chociaż chwilami ją podejrzewała.

Była niedziela, 17 grudnia 1961 roku, samo południe, sąsiezi wyszli do kościoła, w całym domu cisza. Klęczałem z Jackiem przy jej tapczanie, trzymając ją za rękę. Cicho Bogu swą czystą duszę oddała.

W mroźny dzień grudniowy, przewiozłem najdroższą moją Geniusię do Warszawy i złożyłem na sen wieczny razem z nimi wszystkimi na Powązkach.

Zawieja śnieżna pokryła wkrótce wszystko białym puchem zimy - grób i wieńce i tę wiązankę goździków od chłopców z Londynu.

Tak się skończyła moja baśń o życiu.



przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku