Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Zdjęcia do rozdziału
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2011-09-12 05:15:09
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Rozdział XVI

Londyn - Paryż

W lipcowy wieczór 1963 roku obaj czekali na mnie na Liverpool Station. Urzeczywistniło się wreszcie, dzięki staraniom Julka, nieosiągalne dotychczas pragnienie Jadzi i Geni przytulenia do serca swoich synów. I oto mnie ostatniego z rodzeństwa los wyznaczył do przeżycia tej radosnej chwili. Trzy miesiące spędziłem z nimi w Londynie, raz jeszcze przeżyłem minione lata szczęśliwej młodości.

Mieszkałem na zmianę to u Julków to u Jasiów, obaj bowiem pragnęli się mną nacieszyć. Nie zmienili się, pozostali nieodrodnymi synami swoich matek, jednacy szlachetnością myśli i postępowania. Napełnili moje serce spokojem i pewnością, że duch domu przetrwał w nich i kierować będzie nadal ich życiem.

Wiele godzin spędziliśmy na opowiadaniach i rozmyślaniach nad jakże ciężką drogą życia, którą przebyliśmy.

Każdy dzień mego tutaj pobytu, miałem wypełniony bez reszty. Przeważnie z Julkiem i Negan, kiedy indziej z Jasiem i Irmą poznawałem miasto i życie Londynu. Nie będę opisywał szczegółowo co tu zwróciło moją uwagę, bo to zajęło by zbyt dużo miejsca, a jednak coś niecoś na gorąco zanotuję.

Z humorem, szczęśliwi i odmłodzeni świadomością, że oto znów jesteśmy razem, wędrowaliśmy od muzeów i galerii do pałaców i kościołów. Megan lokowała mnie na piętrze autobusu, na przedniej ławce, aby mi ułatwić obserwację. Przywykłem po tygodniu do przepaścistych schodów ruchomych undergrandów, do przeciągów podziemnych korytarzy, a nawet zacząłem się orientować w przesiadaniu, co tutaj nie należy do rzeczy łatwych.

Ileż tu było do oglądania. Przepyszne pałace, które nie zaznały wojen ani rewolucji, urządzone starymi, francuskimi meblami, bogactwa muzeów, zwłaszcza Wallace Collection i Victoria and Albert, w których poza wspaniałym zbiorem starych mistrzów zadziwia ilość królewskich mebli francuskich, tych cudownych komódek, a zwłaszcza biurek Ludwika XV, XVI i Marii Antoniny, a nawet króla Stanisława Leszczyńskiego, projektowanych przez Riesenera, Cressenta i innych hebenistów, zadziwia, ale jednocześnie tłumaczy pustkę sal Wersalu.

A jakże wymowną jest powaga gotyckich wnętrz parlamentu, czy bogactwo skarbca koronnego w Tower, to znów miernota - a często wręcz groteskowość ulicznych pomników /Ks. Alberta/ i ich ustawienia /jeden tyłem do drugiego/. Ale są i piękne, jak kolumna Nelsona, albo posąg Achillesa ku pamięci żołnierzy z oddziałów c.k.m-ów z pierwszej wojny światowej.

Zwraca uwagę nieudolna nadbudowa gmachów, pozbawiona przeważnie poczucia proporcji. Budynki nowoczesne są ładne, z wielką tolerancją budowane w bezpośrednim sąsiedztwie zabytkowych gmachów /London Hilton Hotel/. Oczywiście już z centralnym ogrzewaniem, bez tradycyjnych kominków. Inaczej niż w Paryżu, gdzie w centrum nie ma budynków nowoczesnych, a jeżeli nieliczne są, to zharmonizowane skalą i charakterem z otoczeniem. Nowoczesne dzielnice natomiast powstają na terenach na północny zachód od pałacu Chaillot.

Architekturę Westminster Abbey przesłania natłok nagrobnych pomników. Przypomina to lwowską piosenkę: "Kamień na kamieniu ... a na tym kamieniu jeszcze jeden kamień", istny skład u kamieniarza. Próżność rodowa kazała się zadowolić wolnym miejscem gdzieś na wysokości drugiego piętra. Za to katedra św. Pawła piękna, pełna szlachetnego umiaru, dostojeństwa i świetych rzeźb marmurowych, tylko w podziemiach drażnią parweniuszowsko pyszne sarkofagi Nelsona i Wellingtona.

Muzea angielskie, w przeciwieństwie do francuskich, cechuje nowoczesność metod muzealnictwa, pedantyczna czystość, przejrzystość ekspozycji. Obiekty muzealne, nadzwyczaj starannie dobrane, z reguły odrestaurowane. Obrazy odmyte, w większości oprawione za szkłem, dobrze oświetlone /elektrycznie/. Przedmioty sztuki zdobniczej doprowadzone do irytującego wyświecenia. Wnętrza pełne obsługi, widać, że państwo nie żałuje grosza. Rozmawiałem z kilkoma strażnikami w Wallace Collection oraz w Victoria and Albert Muzeum /Polakami ex pułkownikami W.P./, mówili mi, że obsługa muzeum dzieli się na kilka kategorii, zależnie od kwalifikacji. Przykładem czystości może służyć fakt, że szyby w gablotach i szafach bibliotecznych przecierane są codziennie, a tych gablot są całe kilometry.

Jakże przykro wypada porównanie świetnych londyńskich galerii /National Gallery, Tate Galery, National Portrait Gallery/ z brudami i pustymi salami Wersalu, bądź Luwru też nie grzeszącego czystością.

Różnymi środkami lokomocji, więc koleją, autobusem lecz przede wszystkim samochodem Jasia /Ford-Zephyr/ zwiedzaliśmy szereg podmiejskich miejscowości, jak: Korty w Wimbledon, Muzeum Marynarki i Obserwatorium w Greenwich, Pałac Henryka VIII w Hampton Court, Windsor Castle, szkołę w Eton, tory regatowe w Henley, aż do dalej położonych jak uniwersytety w Oxford i Cambridge z ich swoistym klimatem Rzeczpospolitej Akademickiej, wreszcie nadmorskie Brighton, ulubione niegdyś letnisko Królowej Wiktorii.

Byliśmy nawet z Jasiami i ich służącą Włoszką na grzybach w pięknych lasach Guildfordu. W pobliżu wioski Dorking asfaltowa szosa biegnie górskim grzbietem /granica hrabstwa Surrey/, z którego roztacza się wspaniały, szeroki widok na obie doliny, a dalej typowymi dla angielskiej prowincji serpentynami wąskiej, asfaltowanej drogi wśród wiosek i żywopłotów. Krajobraz Anglii przypomina park. Zielone błonia, murawy, teren lekko falisty, porośnięty kępami drzew, poprzecinany żywopłotami. Rolnictwa prawie nie ma, uderza brak budynków gospodarskich.

Londynowi można przypiąć wiele łatek, ale kiedy ktoś po dłuższej nieobecności w Anglii wraca do Londynu, widzi dookoła porządek, spokój, czystość, celowość zarządzeń administracji, jakiś ład panujący niepodzielnie na każdym kroku. Po bałaganie Francji, Włoch czy Hiszpanii, po śmieciach zepchniętych w kąty, działa to jak balsamiczne powietrze po wyjściu z dusznego pomieszczenia - tak twierdzą londyńscy Polacy.

Julkowie mieszkają na St. James Drive 55 - S.W.17. W miłej, cichej dzielnicy Londynu, w narożnej willi o dwóch lokalach, oni zajmują parter, a p.p. Durrant, młode małżeństwo bezdzietne, pierwsze piętro. Przed domem typowy londyński ogródek w którym zimują krzewy rododendronów i hortensji. Pełno tu rozłożystych platanów i pinii.

Właśnie pod takim platanem z ogródka Julków, zasłaniającym latarnię uliczną, stale w letnie wieczory gruchały zakochane pary. Julka to wreszcie zgniewało i obciął kilka gałęzi. Romantyczny zakątek oświetlony nagle blaskiem rtęciowej lampy przestał być atrakcyjną przystanią bezdomnej miłości.

Jasiowie mieszkają na Longridge Rd 76 - S.W.5, w centrum, na pierwszym piętrze narożnej kamienicy, z również typowym dla londyńskiej architektury portykiem kolumnowym. Dom elegancki, dzwonki i telefony przy drzwiach wejściowych, schody wysłane dywanami. Zajmują pięciopokojowy apartament. Z okna ich sitting roomu można obserwować ruch uliczny w godzinach rush hour, co mnie szczególnie ciekawiło.

Nie mogę sie oprzeć pragnieniu odnotowania niektórych chociaż spostrzeżeń, dotyczących życia i obyczajów Anglików.

Przybysza uderza w Londynie ogromna ilość ludzi starych. Swą żywotnością, wszędobylstwem, jakimś głodem użycia, nadają w pewnej mierze charakter miastu. Pełno ich wszędzie, poczynając od biur Cooka, gdzie wykupują bilety na dalekie podróże, poprzez kawiarnie, sklepy, aż do nocnych lokali. Kiedy inni są zajęci w biurach i instytucjach, oni są w mieście.

Kobiety po siedemdziesiątce, ubrane pretensjonalnie, najmodniej, kolorowo i dziewczęco, umalowane, włóczące się po mieście, na z lekka zesztywniałych nogach, w towarzystwie równie sklerotycznych acz buńczucznie spoglądających starców. Są to przeważnie dobrze sytuowani emeryci. W Anglii ludzie przechodzą na emeryturę w dobrej formie, praca ich nie eksploatuje, a organizacja służby zdrowia dba o kondycję.

Każda, stara Angielka pragnie upodobnić się do kogoś z członków rodziny królewskiej. Ulubionym wzorem jest "Her late Majesty Queen Mary". Królowa Matka, żona Jerzego V-go. Więc noszą na głowie cudaczne toczki, piórka, na szyji kilka sznurów pereł, w uszach, wielkie, perłowe klipsy.

Młodzież ma swoje kawiarnie, do których starsi nie uczęszczają. Chłopcy uczesani "á lántique" noszą wąskie spodni, kolorowe swetry i wdzianka, dziewczęta z gołymi głowami, z naturalnym kolorem włosów. Zewnętrznie nie różnią się od naszej młodzieży. Siedzą parami przy małych stoliczkach oświetlonych abażurkami, prowadzą szeptem rozmowy. Wieczorami tańczą na "party", bądź w domu rodziców, bądź u kolegów.

Mają swoje bożyszcza estradowe, jak sławnego Toma Steeka czy innych twistowych śpiewaków w rodzaju kwartetu Shadows, których adorują gwizdem i piskiem. Każdy z członków tego kwartetu zarabia zawrotną sumę około 50 tys. funtów rocznie, co czyni na nasze pieniądze blisko milion złotych. Młodzież angielska, aczkolwiek na co dzień, w mieście czy uniwersytecie nosi się zwyczajnie w swetrze, to jednak zgodnie z tradycją na egzamin w Oxfordzie, stawia się we fraku i strój ten obowiązuje na balach akademickich. Żadnych wybryków nagannych, ani wulgarnego zachowania się młodzieży nie zauważyłem. Chłopcy są codziennie starannie ogoleni.

Inaczej młodzież paryska, ta bardziej uzewnętrznia swą radość życia, czy to w głośnym śmiechu i krzykliwym zachowaniu się, nonszalancji, niedbałym stroju, a nawet w wyzwolonym z konwenansu, a świadczącym o dobrym apetycie, wymuskiwaniu talerza chlebem. Z natury swej jest jednak praktyczna i pracowita.

Za to i w Londynie i w Paryżu dryblas w swetrze z kudłatym karkiem kładzie łapę na szyi dziewczyny, afiszując tym gestem swój do niej stosunek.

Na każdym kroku spotyka się w Londynie kolorowych, najwięcej murzynów, następnie Hindusów. Są tu całe dzielnice eleganckich domów, zamieszkałe przez bogatych Żydów i kolorowych /Hampstead Golders Green/. Pracują na kolejach, jako konduktorzy, w autobusach, metro, szpitalach, fabrykach, restauracjach. Są lekarzami w londyńskich szpitalach /S.t. James Hospital/. Żadnej rasowej dyskryminacji, zresztą czują się w swojej stolicy, są przecież obywatelami Commonwealth΄u. Tolerancja dotarła nawet do dworu królewskiego. Ostatnio królowa zaprosiła sławnego śpiewaka murzyńskiego Nat King Cole΄a na wieczór dworski. Dał koncert pieśni, między innymi śpiewał: "When i fall in love" oraz "Let there be light".

A propos przyjęć dworskich, widziałem tę starą gwardię, rozchodzącą się z garden party u królowej. Był koniec lipca lub początek sierpnia. Panie w kapeluszach i kostiumach z parasolkami, panowie w cylindrach, sztuczkowych spodniah, żakietach, z laską lub parasolem i z obowiązkowym ciemno pąsowym goździkiem w butonierce.

Wszystko ludzie starsi, twarze bardzo rasowe, nobliwe ale jacyś przygaszeni i jakby odosobnieni we współczesnym Londynie. Rozchodzili się do domów piechotką, jakby swoją obecnością chcieli napełnić ten zmotoryzowany świat.

Wracam jednak do kolorowych. Pracownicy zakładów i fabryk londyńskich nie są bynajmniej zachwyceni ich napływem, powoduje to bowiem kasowanie godzin nadliczbowych owych "over timeów", do których się przyzwyczaili i budowali na nich swój domowy budżet. Dodatkowo pracownik kolorowy jest niebezpiecznie pilny, pracowity i wydajny.

U Julków i Jasiów codziennie po kolacji zasiadaliśmy w fotelach przed telewizorem. Telewizja londyńska, nadawana z trzech stacji: państwowej B.B.C. Television A.T.V. i prywatnej "Granada Television" pozbawiona jest wszelkiej problematyki /której nadmiar tak odczuwamy w Polsce/. Nie zmusza widza do myślenia, trochę westernów, trochę kryminału, Coronation str. /odpowiednik naszych Matysiaków/, dużo reklam, sportowych reportaży, aktualności - za to mało odczytów, prelekcji, poezji czy dramatu. Anglik, aczkolwiek nie wraca po pracy, jak u nas wykończony, wypompowany z chęci do życia, lecz przeciwnie planuje miłe spędzenie reszty dnia i wieczoru - to jednak nie lubi ani nauki, ani problematyki na ekranie, od tego jest szkoła i książka. Sztuka beztroskiej rozrywki, przy której się odpoczywa, odpręża, osiąga kompletny relaks.

W sezonie jesiennym na wszystkich boiskach i commonach /"common groud" miejsce użyteczności publicznej jak park czy boisko przp. red./ Anglii roi się od drużyn krykieta. Jedni grają, a inni całymi godzinami potrafią siedzieć na leżakach z wyciągniętymi przed siebie nogami i patrzeć. To im daje odpoczynek na powietrzu, to jest ich przyjemność. Podobnie z tenisem, regatami, wyścigami, owymi "horse show" czy "horse racing". W sezonie tory wyścigowe w Ascot, Epson czy Goodwood oblegane są przez miliony widzów.

Dziedzina polityki zaciekawia całkowitą odrębnością kryteriów. Dla przeciętnego Anglika rząd, ministrowie to urzędnicy, opłacani za swe czynności przez naród. Jeżeli minister okaże się nieudolnym, musi odejść, jak każdy pracownik, na jego miejsce przyjdzie drugi.

Każdy Anglik orientuje się w programach partii politycznych i odróżnia program od człowieka. Mimo blamażu Macmillana, pozostaje konserwatystą, pozostaje przy swoim programie, którego realizację przejmie inny premier.

Do wyboru staje z całą świadomością, głosuje z przekonaniem, ale dalej już się polityką nie interesuje, od tego są ministrowie.

Kontrola społeczna - to wolna prasa; rząd musi się z nią liczyć i jest pod jej stałą obserwacją. Redakcje wielkich pism dysponują olbrzymimi kapitałami, opłacają cały sztab wywiadowców i agentów. Ten wywiad prasowy to potęga, wie więcej od rządu. Aferę Profuno wykryła prasa.

Społeczeństwo angielskie, mimo swego konserwatyzmu narodowego, jest na co dzień postępowe.

Cromwellowski purytanizm pozostawił swe ślady już chyba tylko w upodobaniu do malowania drzwi, ram okiennych a nawet kolumienek murowanych przy wejściu do domu, na kolor czarny. Tyle zostało z owego "memento mori". Poza tym Anglicy są nader tolerancyjni i ulegają modzie. Kobiety tlenią włosy i malują się nader kolorowo /powieki na zielono/. Kina, teatry, kabarety odwiedzane przez sfery bardzo "ę - ą", a w każdym bądź razie reprezentujące tradycję - dają programy nader frywolne, nazwijmy je "nudystyczne". W Pigall dziewczęta - girlsy za cały strój mają klipsy z brylancików na brodawkach piersi, a w Aldwych Theater amant ściskał partnerkę za piersi i całował siedząc na niej okrakiem, inna sprawa, że był wyjątkowo pięknym chłopcem. Za to we wszystkich ulicznych kioskach Londynu nabyć można pisemka in quarto z doskonałymi, kolorowymi zdjęciami nagich piękności już bez klipsów. Młodzież kupuje te pisemka i bez żadnej żenady przegląda je, jadąc w metro na oczach starszych pasażerów, którzy widocznie uważają, że skoro w ilustracjach tych prócz nagości niema żadnej pornografii - niech sobie młody chłopiec zobaczy, jak powinna wyglądać ładna dziewczyna.

Ruch uliczny Londynu cechuje spokój, dyscyplina, przestrzegana zarówno przez kierowców jak i przechodniów. W okresie swego trzymiesięcznego pobytu, mimo, że stale przebywałem na mieście nie byłem świadkiem żadnej kraksy samochodowej, zajścia, awantury czy nawet sprzeczki ulicznej i to w okresie największego nasilenia ruchu tzw. "rush hour" pomiędzy 1530 a 1730. Kierowcy piętrowych autobusów londyńskich to swego rodzaju wirtuozi, prowadzenie bowiem wozu na wąskich, bocznych ulicach, przy ostrych zakrętach, wymaga nie lada mistrza. Toteż na kierowców miejskich przyjmowani są tylko doświadczeni kierowcy, którzy nadto muszą przejść specjalne szkolenie ewolucji i zwrotów na asfalcie polanym wodą, z dokładnością kilku centymetrów.

Anglik, kiedy po teatrze wróci do domu, włoży pantofle i siądzie w sitting roomie na fotelu przed telewizorem, za nic nie przerwie swojej sjesty. Gdyby ktoś na ulicy, pod jego domem wołał ratunku - nie wyjdzie, ale za to na pewno chwyci za słuchawkę i zadzwoni do policji, której najbliższy samochód patrolowy, wezwany przez radio, dosłownie w minutę jest na miejscu zajścia. Opowiadano mi, że kiedy jakiś człowiek wieczorem, przez dłuższy czas spacerował pod domem, sąsiedzi z przeciwka telefonowali do policji, której patrol tego "podejrzanego" człowieka wylegitymował.

W trzecim miesiącu mego pobytu, już samodzielnie poruszałem się po śródmieściu Londynu. Zaglądałem do wykwintnych magazynów na Bond str. Regent str. Oxford str. czy Kensington High str., które są w stanie zaspokoić potrzeby najbardziej wybrednych obywateli Imperium. Salony dostawców dworu, takich firm, jak: Fortnum and Mason, Harrods czy Army and Navy, urzekają luksusem prezentowanych towarów. Ruch na ulicach olbrzymi, zaparkowanie wozu w śródmieściu Londynu to nie lada problem, nie raz z Jasiem krążyliśmy dobry kwadrans wypatrując wolnego miejsca na postój. Tak zwane mitry, automaty zegarowe na postój są niewystarczające, zwłaszcza, że co krok widzi się tablicę z napisem "no parking".

Ale handel Anglii zbliża się do typu spółdzielczego /całkowicie błędna ocena świadcząca o mentalności autora. przyp.red./. Wielkie firmy, jak Selfridge, Woolworth, Marks and Spencer czy United Daires czy jeszcze inne, otwierają swoje filie we wszystkich dzielnicach Londynu i w całej Europie, monopolizują handel i dyktują ceny. W rezultacie istnieje kilkanaście firm, które dysponują tysiącami sklepów wspaniale zaopatrzonych i rugujących drobny handel prywatny.

Taki pan Parker, Szkot, skupił na Kensington str, trzy olbrzymie domy towarowe Barkersa, Derry and Toms /na dachu dziesięciopiętrowego gmachu sławny ogród zimowy/ i Pontingsa, naznaczając we wszystkich trzech domach towarowych jednakowe, nader wysokie ceny. Związki Zawodowe podniosły krzyk. Jednak pan Parker spokojnie handluje. Wykupienie przezeń akcji konkurencyjnych przedsiębiorstw było całkowicie legalne i nie dawało rządowi podstaw do interwencji.

Anglik część swoich dochodów odkłada na konto bankowe, dlatego trudno go sobie wyobrazić bez książeczki czekowej, a tym samym w sytuacji kiedy mu zabraknie pieniędzy. Stąd instytucja pożyczek czy to "koleżeńskich" w biurze, czy przyjacielskich, jest tam zupełnie nieznana. Nikt nikogo o pożyczkę nie prosi i sam nie pożycza. Od pożyczania pieniędzy są banki. Dlatego prośba o prywatną pożyczkę wywołuje co najmniej zdziwienie i traktowana jest jako nietakt.

W Anglii zwraca uwagę ogromna ilość antykwariatów i to nie tylko w dużych miastach, ale nawet w małych, prowincjonalnych miasteczkach.

Tłumaczę to sobie nagromadzeniem przez całe stulecia olbrzymiej ilości sprzętów, zwłaszcza z epoki wiktoriańskiej, których żadna wojna, ani inna katastrofa nie zdołały przetrzebić. Skrzętnie przechowywane przez pokolenia, przywiązane do tradycji rodzinnych, przetrwały do naszych czasów. Wiele tu jest autentycznej, ale bezwartościowej z punktu widzenia artystycznego starzyzny. Jeżeli coś dobrego było, to już agenci większych firm wyłowili. Poza tym Anglik, znawca, skoro raz posiadał rzecz piękną, już ona prędko na rynek nie wróci.

W centrum Londynu są wspaniałe salony sztuki, są one jednak dla nas przyzwyczajonych do "okazji" zupełnie niedostępne, obliczone już chyba tylko na jakichś maharadżów, bo nawet współczesny lord nie może sobie na kupno pozwolić.

Taki na przykład Duke of Bedford jest na ustach całej Anglii. Majątek jaki odziedziczył, został obłożony tak wysokim podatkiem spadkowym, że aby uratować przed licytacją siedzibę swych przodków /Woburn Abbey/, książę Bedford nie gardzi żadnymi możliwościami zarobkowymi. Sprzedaje bilety wstępu na zwiedzanie swego zamku po 6 szylingów, a za 10 szylingów fotografuje się z każdym zwiedzającym. Zorganizował pokaz mycia podłóg jakimś proszkiem, dwie baby codziennie szorują podłogę pałacu, za co firma produkująca ów proszek, płaci księciu prowizję. Żona księcia i córki zezwalają za opłatą, na umieszczanie ich fotografii w pismach reklamujących różne kremy, fotografują się w najmodniejszym uczesaniu /znów opłata/. Sam książę, odbył podróż po Ameryce z odczytami na tematy z życia arystokracji angielskiej, podobno przywiózł masę pieniędzy.

Podatek musi być zapłacony. Społeczeństwo angielskie śledzi z zainteresowaniem te zmagania podatnika i jednocześnie bawi się tym, aczkolwiek nie ma księciu za złe jego komercyjnych pomysłów.

Ciekawe są problemy wyznaniowe współczesnej Anglii. Pewnego dnia zauważyłem piękny, nowoczesny budynek kościoła, wstąpiłem do środka, luksus, ale prócz mnie żywej duszy. Po chwili zjawił się jakiś młody pastor, który w uniżonych uprzejmościach witał mnie jak upragnionego gościa, prosił o zwiedzenie wnętrza, pytał skąd przyjechałem, wreszcie wręczył mi broszury. Okazało się, że wstąpiłem do kościoła mormonów "The Church of Jesus Christ of Latter - day Saints".

Innym razem w katedrze anglikańskiej, ksiądz w przedsionku witał mnie z przymilnym uśmiechem, - poruszyłem ten temat w rozmowie z Julkami i Jasiami.

Dowiedziałem się, że sekty różnych mormonów Smitha, metodystów Wesley, itp. korzystając z subsydiów amerykańskich, nabudowały w Anglii niezliczoną ilość kościołów, które stoją pustkami. W ostatnich latach, dużą ilość tych kościołów zmuszeni byli zlikwidować, sprzedając na bardziej ziemskie cele. Również pustawo jest w kościołach anglikanów czy kongregacjonistów. Jedynie rzym.-kat. kościoły, odwiedzane są przez ludzi wierzących i praktykujących.

Przeciętny Anglik zdradza kompletną ignorancję w rzeczach wiary, aczkolwiek przywiązany już tylko tradycyjnie do swego wyznania, w którym się urodził. Nie potrafi jednak określić na czym polega istota jego wyznania i czym się ono różni od tych innych, gorszych. Zresztą, w gruncie rzeczy jest to mu obojętne. Świadomy purytanizm czasów Cromwella należy do bezpowrotnej przeszłości. Tylko anglikanów cechuje pewna nieustępliwość, która ma raczej podkład narodowy, nie wyznaniowy. Ostatnio słyszałem, że wiele starych rodów angielskich wraca do kościoła rzymsko-katolickiego.

Rozpisałem się przydługo o tych Anglikach, więc wracam do relacji z pobytu w Londynie.

W Aldwych Theatre, /gdzie w antrakcie podają do krzeseł, na tacach, podwieczorek/, podziwiałem sławny zespół Royal Shakespeare Company w "The Beggars Opera" - w uroczym przedstawieniu zespołowej gry aktorskiej, zaś w Festival Hall oglądałem Londons Festival Ballet w Peer Gynt do muzyki Griega, w Albert Hall słuchałem orkiestry symfonicznej pod batutą Camerona.

Przyglądałem się obyczajom londyńczyków w angielskich domach przyjaciół Julków, między innymi u pastora Emrysa Waltersa w Brighton. Byłem również na przyjęciach w kilku domach polskich, jak u p.p. Śliwińskich b. kuratora Okręgu Szkolnego w Białymstoku, u pułkownikostwa Frączków, u p. Wandy Kelsey.

Poznałem i rozmawiałem z generałem Andersem, przedstawiony mu w Klubie Polskim, na obiedzie, przez moich kolegów adwokatów Władysława i Zygmunta Nadratowskich. Zygmunt w rządzie Andersa prowadził sprawy wojskowe. Zwiedziłem z Julkiem Instytut Historyczny im. generała Sikorskiego, oprowadzany przez gen. Mariana Kukiela [1] i kustosza płk. dypl. Krubskiego. Byłem wreszcie na wieczorze autorskim Mariana Hemara.

Nie obeszło się bez lokali rozrywkowych, poczynając od kolacji w nocnym kabarecie "Pigall" na Piccadilly, poprzez bary z luksusowym "Jules Bar" na St. James str., gdzie miałem okazję widzieć śniadającego, młodego lorda Hamiltona, w nader niewybrednym towarzystwie, a kończąc na starej, z początków XVIII w., knajpie londyńskiej Dirty Dick΄a na Bishopsgate, gdzie znów więcej jest hecy i imitacji, niż autentyku epoki.

Ja, kwękający na serce, wypiłem morze whisky i o dziwo, nie zaszkodziła mi.

Na ostatku, czyniąc zadość swym upodobaniom, wybrałem się na aukcję do najstarszego antykwariatu świata, sławnego Christie΄go na St. James str. Umundurowani woźni, ilustrowane katalogi, eksponaty rozmieszczone w salach pokazowych z górnym oświetleniem, niczym w muzeum, sala licytacyjna urządzona jak trybunał sądowy. Ceny w przeliczeniu na nasze złotówki - zawrotne.

Nie mogłem sobie również odmówić przyjemności poszperania na targowiskach Portobello i Petticoat, Lane czynnych raz w tygodniu, na których stragany ze starym srebrem, ciągną się przez długość całej ulicy. Pełno tu amerykańskich turystów.

Julkowie i Jasiowie kolejno urządzali u siebie "drinka".

Z wdową po pułk. Talikowskim, Haliną i ich synem Michasiem zawarłem serdeczną przyjaźń. Michaś 14-letni zuch towarzyszył mi na długich spacerach po mieście. Byliśmy z nim i Julkami w kinie "Odeon" na Cydzie, jeździłem z nim statkiem po Tamizie. Nawiasem wspomnę, że na Tamizie pełno łabędzi. Są one pod szczególną ochroną i opieką, stanowią jak wszystkie łabędzie w Anglii, własność królowej.

Żyłem w kręgu rodzinnym, nie licząc jak dotąd samotnych godzin, zbliżał się jednak czas odjazdu, moje wizy paszportowe dobiegały terminu.

Na prośbę chłopców, odczytałem przed magnetofonem urywki mego pamiętnika, którego egzemplarz pozostawiłem Julkowi. Obdarowany upominkami, również dla Jacków i Michasia, musiałem się niestety rozstać z moimi kochanymi londyńczykami.

Odlecieliśmy z Jasiem Vanguardem do Paryża. To Jaś z kolei wystarał się o wizę francuską i spełnił moje pragnienie odwiedzenia stolicy nadsekwańskiej. Tu spędziłem z nim niezapomniane dni.

Zatrzymaliśmy się w London Palace Hotel na Boulevard des Italiens. Po obowiązkowym aperitf΄ach w Cafe de la Paix, przemierzałem śladem mego dziadka i ojca ulice i bulwary stolicy świata.

Ulica współczesnego Paryża poszarzała, nic nie zostało z jej urody fin de siecle΄u, utrwalonej w barwnych obrazach Renoira, powieściach Zoli i Maupassant΄a, kiedy to piękne damy w strusich boach, z koronkowymi parasolkami, w towarzystwie młodzieńców w cylindrach, rozpartych na poduszkach powozów, defilowały w lasku Boulońskim, wymieniając ze znajomymi wytworne ukłony.

Dzisiejsza ulica Paryża poszarzała, mieszkańcy ubrani skromnie, zaaferowani swoimi zajęciami. Zamiast powozów suną w kilka rzędów przez Champs Elisses Avenue de l΄Opera limuzyny, a w nich przy kierownicy piękności Paryża z gołymi głowami, w swetrach, w towarzystwie sportowo ubranych młodzieńców w kolorowych koszulach, rozpiętych przy szyi.

U nadsekwańskich bukinistów można znaleźć już tylko francuskie i angielskie kryminały, a stare sztychy, zastąpiła grafika naśladowców Picasso.

Nawet nocne życie Paryża utraciło swój nastrój podnieconej zmysłowości. Policja usunęła z ulic centrum wesołe dziewczęta a Montmartre bawi turystę już tylko teatralną, dekoracyjną wesołością.

De Gaulle porwał Francuzów zapałem pracy i przykładem cnotliwego życia rodzinnego /mówią, że to zasługa bardzo religijnej pani De Gaulle/.

Już z samolotu pokazywano mi te olbrzymie roboty publiczne, budowę autostrad, te miasta i miasteczka, zastawione rusztowaniami, wznoszonych domów i fabryk.

W samym Paryżu rząd przeprowadza remont i czyszczenie kamiennych fasad prawie wszystkich budynków publicznych, pociągając swym przykładem prywatnych właścicieli.

Metodą angielską przy pomocy szczotek, skrobaczek, wielkiej ilości doprowadzonej na rusztowania wody i chemikalii pod ciśnieniem odsłania się spod warstwy stuletniego kurzu i brudu, piękno paryskiej architektury, jej proporcje, rytmy, rzeźby, artyzm kowalstwa, krat i porte-fenetrów, jakby na nowo odkrytych. A już wprost olśniewa bielą murów, bogactwem złoceń, zielenią brązów, barwą odmytych marmurowych intarsji - Opera.

W obecnej Francji, zreformowanej politycznie i finansowo, wzrósł nie tylko przyrost naturalny, moralność społeczna, patriotyzm młodzieży, ale razem z nimi bogactwo kraju. Mówiono mi, że towary produkcji francuskiej znacznie poprawiły swą jakość i z powodzeniem odpierają ofensywę Wiednia i innych państw na francuskie rynki zbytu.

Fantastyczne bogactwo wystaw sklepowych, nie tylko tych z Place de l΄Opera czy rue Ste Honore - nowością form i tworzyw świadczy o inwencji twórczej francuskiego producenta.

Nowa Francja odmłodzona przez starego człowieka.

To nie przeszkadza, że paryżanie w parku przed Inwalidami, jak zawsze zapamiętale rozgrywają swe partie "boules" w otoczeniu galerii wytrwałych kibiców.

Po obowiązkowym odwiedzeniu wyspy św. Ludwika, Luwru, Wersalu itd., przez kilka pierwszych dni chłonęliśmy cuda sztuki francuskiej, której symbolem pozostanie pełna wdzięku i wielkości, relikwia architektury gallijskiej - Sainte Chapelle.

Później poszukiwaliśmy pamiątek polskich, czy to w Musée de l΄Armée, czy w Malmaison. Te wszystkie gabloty z proporczykami szwoleżerów gwardii, z bronią i czako ułańskimi, nasuwały refleksje o odwiecznych szlakach polskiej myśli politycznej, zdawały się świadczyć, żeśmy nie odeszli zbyt daleko od naszych pradziadów z Wielkiej Emigracji.

Podobnego uczucia doznałem w Londynie czytając nazwy jednostek bojowych i nazwiska żołnierzy na obelisku ku czci lotników polskich poległych w Battle of Britain, bądź patrząc na sztandary polskie spod Monte Cassino zawieszone w Instytucie Historycznym im. gen. Sikorskiego.

W Paryżu spotyka się na każdym kroku wiecznotrwałe dzieło Napoleona. W obliczu pozostałych po nim pamiątek, odżywa i ostro rysuje się cała stworzona przezeń epoka.

Przypominała mi się sala Waterloo w Windsor Castle. Jakże rażąco rzuca się w oczy megalomania Anglików, dzięki której uwierzyli, że klęska Napoleona była ich dziełem.

W olbrzymiej sali Waterloo, obwieszonej portretami ówczesnych monarchów, z carem na czele, papieża, lordów i marszałków Anglii i Rosji, do dziś dnia w rocznicę bitwy, zbierają się potomkowie angielskich "zwycięzców" na uroczysty bankiet.

Brak portretu Napoleona świadczy o kompleksie niższości jego wrogów. Dopiero w sąsiedniej salce, w gablocie mieszczącej zdobyczną zastawę cesarza, ustawiono małą jego figurkę z kości słoniowej - nic więcej. Podobnie w pałacu Wellingtona w Londynie, portret cesarza i jego nadnaturalnej wielkości posąg w białym marmurze, dzieło Canovy - ustawiono na klatce schodowej.

Paryż - jakże mi było dobrze, czułem smak pełni życia. W łagodnym blasku jesiennego słońca, perspektywa od Tuilleries do Łuku urzekała swym nieprzemijającym pięknem.

Jasio, podobnie jak Julek w Londynie, pragnął mi wszystko udostępnić, okazywał wiele czułej troskliwości. Były więc /poza wrażeniami estetycznymi/ niezliczone St. Raphaele, burgundy i barsaki i "les escargots de Bourgogne", w których dopatrzyłem sie polskich winniczków, a mimo to nie opuszczało mnie uczucie, że do zaznania całkowitego szczęścia, kogoś tu z nami brakuje....

Z tych dni paryskich, dwa przeżycia zapadły mi w pamięć wymową uczucia. Jedno, to kaplica w kościele Inwalidów z prochami Napoleona, jego braci i trumną syna, sprowadzoną do ojczyzny i złożoną pośrodku kaplicy, u stóp wielkiego ojca, jako hołd narodu dla miłości rodzinnej, trumna, na której bezimienne ręce do dziś kładą żywe kwiaty - zaś na wprost tej kaplicy, po przeciwnej stronie rotundy, niesiony na barkach swych żołnierzy, w stronę cesarza, marszałek Foch, na marach. Jest to chyba najpiękniejszy pomnik Francji, tylko geniusz francuski mógł włożyć w to dzieło taką potęgę uczucia.

Drugim przeżyciem, był mój ostatni wieczór na Montmartre. Bazylika Sacre Coeur panująca nad tętniącym u jej podnóża miastem, otwarta jest nawet wieczorem, kiedy Montmartre huczy beztroską zabawą. Żadnego dystansu, przeciwnie symbioza życia i wieczności.

Przed tą świątynią, na tarasie, późnym wieczorem, w przeddzień odjazdu do kraju, długo stałem z Jasiem, aby raz jeszcze odetchnąć paryskim powietrzem, napatrzeć się, nasycić oczy i zabrać ze sobą nieporównany widok migocącego milionami świateł Paryża.

A po tym, zawróciłem w mroczną ciszę świątyni, by połączyć się w modlitwie z wszystkimi, których kochałem.


Skończyłem pisać 17 grudnia 1963 roku.



przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku