Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2010-11-22 10:25:07
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Rozdział II

Pytelscy

Moi pradziadowie macierzyści - Jan /1802-1866/ i Katarzyna z Pawlikowskich /1798-1875/ małżonkowie Pytelscy byli oboje rodem z Rawskiego. Prababka wywodziła się ze starej, szlacheckiej rodziny herbu Cholewa, zubożałej w początkach XVIII wieku, zamieszkałej w Rawie Mazowieckiej i powiecie Rawskim w okolicy Piotrkowa Trybunalskiego.

Stryjem Katarzyny był Józef Pawlikowski /1769-1829/, znany jakobin, sekretarz i współpracownik publicystyczny Kościuszki. Przygotowywał on Insurekcję 1794 roku. Na liście Igelstroma figurował jako jeden z "piekielnych adwokatów warszawskich". Mimo przyjęcia przez rodzinę Józefa Pawlikowskiego prawa miejskiego, był on według A.Włodarskiego, monografisty rodziny Pawlikowskich oraz Jana Pawlikowskiego z Medyki - Cholewitą [1].

Po śmierci męża, prababka przeniosła się do syna Aleksandra, mego dziadka, do Warszawy. Pamiętam, jak w rozmowach rodzinnych nie raz stawiano za przykład dziadka Aleksandra, który uznał, iż nie uchodzi, by jego matka mieszkała "przy rodzinie", i oddał jej w domu swoim na Freta samodzielne mieszkanko w oficynie i najął służącą. Prababka dokonała żywota "u siebie".

Dziadkowie moi Aleksander Pytelski /1830 - 24.X.1891/ i Julia z Przybylskich /1831 - 31.X.1903/ córka Stanisława i Franciszki z Eberleinów [2] małż. Przybylskich [3], byli właścicielami dwóch domów przy ul. Freta nr. 20 i 24 hip.257 i 261. Ulica Freta stanowiła w owych latach główną arterię Starego Miasta, tu się koncentrowało życie handlowe i publiczne, tu było miejsce spacerów i spotkań towarzyskich warszawskiego mieszczaństwa.

Wśród członków tej rodziny, spotykamy zarówno kupców, urzędników, rzemieślników, jak i artystów i wolne zawody.

Czasy były jednak niespokojne. Poważne wydarzenia wisiały w powietrzu. W styczniu 1861 pragnąc zabezpieczyć posiadaną gotówkę, dziadkowie nabyli za 64.000 złotych polskich, czyli 9 600 rubli srebrem, dom przy ulicy Freta 24. Był on dotychczas własnością pp. Galasińskich, znajomych dziadka mojej matki, Stanisława Przybylskiego [3], który w tej transakcji pośredniczył.

Pradziad Stanisław Pytelski, miał posiadłość ziemską w powiecie błońskim, oraz dom czynszowy w Mszczonowie. Babka Pytelska, która z czasem dom ten odziedziczyła, jeździła do Mszczonowa inkasować komorne, z czego była niezmiernie zadowolona, był to bowiem jej osobisty dochód.

W roku 1872 dziadkowie nabyli od Franciszka Sokołowskiego drugi dom na Freata w sąsiedztwie poprzedniego, znacznie większy jednak za cenę 24.000 rubli srebrem. Po śmierci dziadka ten dom sprzedano na licytacji, nabyła go siostra matki Joanna Pytelska za cenę 40.000 rubli srebrem.

Ja już dziadka Aleksandra nie pamiętam. Matka pokazywała po nim pamiątkę, krymkę czarną wyszywaną w deseń, kolorowymi paciorkami z czarnym jedwabnym chwostem, podbitą amarantową podszewką.

Dziadek Aleksander był łysy, nosił ją po mieszkaniu od święta, na co dzień miał krymkę czarną, jedwabną. Ileż to razy, jako dzieci rozdokazywani, przymierzaliśmy tę krymkę, dopóki matka nie powiedziała: "no, dosyć już" i zamykała ją do bieliźniarki. Na tej samej półce co krymka, leżał zawinięty w bibułkę mój czepek od chrztu, biały, koronkowy.

Babka nosiła się czarno. Pod szyją koronkowy żabot, spięty broszką złotą z granatową emalią. Ale najważniejszym elementem jej stroju był kapelusik "bonnecik", jak wówczas mówiono, przybrany dżetami, kryzkami i strusim piórkiem, z wstążką atłasową, zawiązaną pod brodą w kokardę. Kiedy babka odwiedzała nas, lubiła opowiadać jakąś sensacyjną historyjkę. Ojciec nieraz przerywał, pytając: "kto mamie to mówił?", babka z niewinną miną ściszając głos odpowiadała "pewna osoba". To wyrażenie "pewna osoba" pozostało w rodzinie naszej synonimem "wiadomości niesprawdzonej".

Bracia matki z wyjątkiem Leona, ukończyli gimnazjum w gmachu poklasztornym na Freta. Wuj Michał (1845 - 1904), najstarszy brat matki, ożeniony z Justyną-Janiną Jaworowską, urzędnik magistratu m. Warszawy [4], pozostawił troje dzieci: córkę Stanisławę zamężną Brzeskwińską [7], syna Józefa magistra farmacji i syna Jana, chrześniaka mego ojca, magistra filozofii Uniwersytetu Warszawskiego, kapitana-kartografa W.P..

W rodzinie matki było wiele talentów: dziadek grał na pianinie, wuj Michał grał i śpiewał, był współzałożycielem chóru "Lutnia", już jako młody człowiek interpretował pieśni, zwrócił na siebie uwagę Stanisława Moniuszki, który wyróżniał go i okazywał mu sympatię. Ciotka Niuta, do Powstania przechowywała nuty z odręczną dedykacją Moniuszki dla wuja Michała. Drugi brat matki, Marceli-Karol (1866 - 1922), malował akwarele. Miałem jego widoki Wenecji malowane z natury, niestety po ukończeniu Wyższej Szkoły Technicznej Wawelberga, pracował w Dyrekcji Kolei Wiedeńskiej, gdzie doszedł do poważnego stanowiska i jakoś malarstwo zarzucił.

Wreszcie trzeci brat matki Leon rysował [5], skończył szkołę Gersona [6], rysunki jego przypominały charakterem Piwarskiego. Mimo niewątpliwych zdolności był fantastycznym leniem, pupilem babki, na starość stał się abnegatem.

Trzy córki, moja matka, ciocia Karolcia, zamężna Cieślewska i ciotka Niuta grały na fortepianie. Matka, aczkolwiek muzykalna, lecz pochłonięta domem i dziećmi, nie miała czasu na uprawianie muzyki, nieraz jednak udawało nam się uprosić ją i wówczas siadała do fortepianu i zaczynała od ulubionego naszego walczyka, a później poddając się fali wspomnień, grała różne, urocze melodie, które żywo do dziś mam w pamięci.

Najmłodsza siostra matki, ciotka Niuta /Joanna Pytelska/ nie wyszła za mąż, mimo urody i majątku podobno była zbyt wybredna, przebierała w kandydatach "niby w ulęgałkach". Kiedyś wpadł jej w oko pewien młody lekarz dr Kizler. Babka, żeby jej ułatwić poznanie, położyła się do łóźka i wezwała właśnie tego lekarza a Niuta wyszła do niego jako zatroskana córka. Strategia ta nie chwyciła - doktor miał już narzeczoną.

Pasjonowała się grą na fortepianie. Trzeba przyznać, że osiągnęła duże wyniki techniczne, ale grała nerwowo i bez uczucia. Przed drugą Wojną Światową występowała jeżdżąc z ramienia Wydziału Kultury Zarządu m. Warszawy z koncertami, co jej dawało okazję do przeżywania "snów o potędze" i pokazywania swoich ekscentrycznych toalet.

Ciotka Niuta była zwariowaną amatorką antyków. Zajmowała mieszkanie dziadków przy ul. Freta 20 /dom ten został po Powstaniu odbudowany/ przepełnione antykami. Kiedyś kupiła stary fotel, gdzieś w okolicach pl. Zbawiciela, a nie chcąc wydać na dorożkę, niosła go aż na Freta, siadając na nim co pewien czas dla odpoczynku na trotuarze. Była, jak widać przesadnie oszczędna, ale zdobywała się co kilka lat na wyjazd do Paryża czy na Riwierę.

W bibliotece mojej przechowywałem matki albumik, do którego wpisywała wybrane utwory poetyckie, poczynając od Słowackiego aż do anonimowych autorów obcych. Pamiętam początek i koniec takiego ckliwego wiersza, dziwnie utkwił mi w pamięci: "raz ją, raz jeden trzymałem w objęciu, była blada i cicha, oczy miała zwarte uśpionemu podobne dziecięciu... raz ją, raz jeden trzymałem w objęciu - składając w trumnie do grobu". Tego rodzaju sentymentalnych wierszy, tłumaczeń z pisarzy romantycznych, było kilkadziesiąt. Różnokolorowe karty albumiku miały złocone brzegi. Albumik ten kazałem oprawić w niebieską, barwioną, skórę świńską, z tłoczeniami. Miał datę 1881 r. a więc spisując te wiersze matka miała osiemnaście lat i właśnie skończyła pensję p. Heleny Budzińskiej na Freta 14.

Wygląd kamienicy dziadków z połowy XIX w., przechował się dzięki wydarzeniu, które przez długie lata było w rodzinie wspominane ze zgrozą. 15 maja 1886 r. w cztero piętrowej kamienicy dziadków przy Freta 20, wybuchł pożar, zaprószony przez lokatora na klatce schodowej. Spaliły się dwa piętra i facjaty frontu, były ofiary w ludziach. Dramatyczne sceny zostały zilustrowane przez doskonałego rysownika, Stanisława Wolskiego w "Tygodniku Ilustrowanym" za rok 1886 a katastrofalne rozmiary tego pożaru poruszyły miasto.

Dziadek Aleksander wkrótce odbudował spalone piętra.

Autor tej Kroniki, Stefan Talikowski, już po jej wydaniu poczynił notatki uzupełniające. Do stron powyższego rozdziału przypisał następujący tekst:

Ciocia Marcella zostawiła 4-ch synów i córkę. Jerzy Marcella wyemigrował do Francji, Tadeusz jest tłumaczem przysięgłym z języków obcych przy Sądzie Wojewódzkim w Toruniu, Antoni znanym artystą malarzem w Opolu, Kazimierz – profesorem Politechniki w Poznaniu. Wreszcie córka Helena, zamężna Szkutnik, jest matką znakomitego anglisty prof. Leszka Szkutnika.




przejdź do początku

Przypisy i rozwinięcia encyklopedyczne

  • [3] - Cytat z listu W.Wieszczyckiego do J. Talikowskiego w sprawie analizy tekstu Kroniki: Masz problem, czy pradziad nazywał się Stanisław Przybylski, czy Pytelski. Dziadków ma się ze strony matki i ojca. Efekt - ma się ich dwóch. Ale oni mieli swoich ojców i matki. Efekt - po ojcu 2 pradziadków i 2 po matce. Razem 4 pradziadków.
    Rozdział Pytelscy zaczyna się od słów: "Moi pradziadowie macierzyści...", czyli rodzice babci. Są to jedni z czterech możliwych w ogóle, "jedni" z dwóch przyjmując ograniczenie "macierzyści". Babcia Pytelska /cytat zaraz po słowach: Pradziad Stanisław Pytelski miał...etc./ raczej nie używała nazwiska rodowego, czyli rodziców, ale męża. Dlatego wiarygodne jest nazwisko Przybylski.
  • [7] - Stanisława Pytelska poślubiła Justyniana Brzeskwińskiego. Ich syn Jerzy Brzeskwiński miał córkę Julitę, zamężną Tarnawska.

przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku