Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Zdjęcia do rozdziału
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2010-11-19 11:10:06
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Suplement Zygmunta Drewsa

II Wojna Światowa i okupacja hitlerowska cz. 2

Po szoku utracenia ponownie niepodległości Polska na czele z Warszawą wylizywała swe rany. Najbardziej ucierpiał dom przy ulicy Grójeckiej, gdzie Bunia razem z Marylą krótko przed wojną kupiły sobie mieszkanie spółdzielcze. Bomba lotnicza rozpruła klatkę schodową. Trzeba było wykonać schody drewniane na wzór używanych na budowach, z prowizorycznymi poręczami. Dobrze, że Bunia już nie żyła, bo by się zadręczyła losem Polski, mało skutecznym wojskowym wysiłkiem jej synów, kombatantów wielokrotnych, na domiar złego poruczników rezerwy, siedzących ostatnio w niemieckich obozach jeńców wojennych. Do nich dołączył też wujek Jan Wieszczycki osadzony w obozie w Westfalii. Maryla dalej administrowała domem na ulicy Czerwonego Krzyża 6 i przy ulicy Solec 52, który wymagał małych, ale jednak popożarowych remontów. Została po śmierci matki sama ze swymi chłopcami, Jasiem i Stasiem, którzy uczęszczali na komplety tajnego nauczania do klas gimnazjalnych. Maryla nigdy sobie nie radziła z wychowaniem synów. A tym bardziej, kiedy zabrakło w ich domu Buni i wujaszka Janka Drewsa. Chłopcy całkowicie się rozpuścili. Nie słuchali matki, a nawet ją okradali, zadając się z podobną młodzieżą. Byli na tyle sprytni, że radzili sobie z "łapankami" organizowanymi przez Niemców do wywózki ludności cywilnej na przymusowe roboty w Niemczech.

Kiedy Mama moja wysłała wóz z ziemniakami do Warszawy dla wsparcia rodziny, Strzelczyk, który powoził wozem, spotkał się z wdzięcznością obdarowanych. Jednak za wyjątkiem bliźniaków, którzy odmówili Strzelczykowi pomocy. Mieszkali na czwartym piętrze i pożalili się matce: "A cóż ten kmiotek będzie nami dyrygował'' i nie ruszyli palcem w bucie. Strzelczyk umęczony Warszawą okupacyjną i jazdą końmi po dużym mieście i z kilku odrębnymi adresami pożalił się Mamie, że nawet pogardzili ziemniakami, więc przywiózł je z powrotem. Mama rzekła: "To jak tak, to nigdy więcej im nic nie poślę". Zajął się więc z podwójną chęcią uruchamianiem lokomobili, aby jak najprędzej pojechać z omłotami po klientach.

Młocarnie były sprawne, bo od czasu przyprowadzenia ich ze Święcic stały na podwórzu pod plandekami. Dzięki panu Władkowi i jego ekipie do zwózki słomy, nigdy już do końca zimy nie brakło krowom ściółki, koniom też sieczki. Przed zimą zdążyliśmy zebrać i zakopcować buraki, zarówno pastewne, jak i cukrowe. Ubić i zadołować ich liście na kiszonkę. Krowy od biedy karmione były burakami pastewnymi i kiszonką, konie zaś wyłącznie parowanymi burakami cukrowymi z melasą i plewami pszennymi. Tych ostatnich zawsze parę worków udawało się uprosić od ofiarnych sąsiadów, ziemian, przez członków bardzo dzielnej ekipy. Najgorzej było z otrębami. Niemcy bardzo skrupulatnie przestrzegali w młynach ich ścisłej ewidencji, nie mówiąc o mąkach. Dostawaliśmy je z przydziałów niemieckich. Pan Putz redagował podania, a Mama jechała do urzędu z masłem i jajkami (za zapaską). Zawsze coś tam uzyskiwała, a jeśli asygnaty kierowane były i na młyn pana Wlekłego, to i bywała większa ilość pospółki, a nawet mąki. Przydziały tej ostatniej bywały dla ludności G.G. minimalne ,,Wszystko dla wojska" grzmiała "gadzinówka"- prasa okupantów. Za byle co, dotyczące żywności, Niemcy karali sprawców Oświęcimiem. Niemniej Polacy narażali się świadomie. Przydziały dla Warszawy były okrojone do minimum, więc wszystkiego zaczynało brakować.

Tworzył się ruch oporu politycznego. Ale także "mrówek". Były to grupki rowerzystów, do 15-tu osób, które dbały o swój interes, ale i o interes wygłodzonych rodaków. Były to rowery specjalnie wzmocnione. Szczególnie ramy i suporty. Szmuglowali co tylko mogli. Głównie mąka, słonina i boczek, a także cukier i ziemniaki. Były to rosłe chłopy, brali na rower ciężki bagaż, rama, dwa bagażniki i rozłożysta kierownica. Wysiłek fizyczny wielki. Ale do tego musieli być bardzo czujni i ostrożni. Patrole żandarmerii miały też swoje ścieżki. Mrówki wysuwały swoje czujki po dwóch z przodu i po dwóch z tyłu. Główny trzon grupy obserwował zakręty. Jeśli czujki nie było, kryli się gdzie mogli i przeczekiwali alarm. Kiedy auto żandarmów odjeżdżało wyciągali swoje dromadery i jechali dalej. Gdy ładunek był zbyt ciężki, to i pchali je w pocie czoła. Kiedy czujka wpadała, rekwirowano jej towar i spisywano personalia. Patrol też jednak bywał niedożywiony i na tym się głównie kończyło, oprócz wielkiego wrzasku: "Du farfluchte Polaken" [4]. Ale czujka była wyposażona też w obowiązkowe masło, boczek i w jajka. Mrówki w każdej wsi miały swe zakonspirowane punkty kontaktowe, za pomocą których szły interesy z młynami i różnymi innymi drobnymi dostawcami towarów. Ale były też ważnymi łącznikami podziemnego radia w "bibuły" - zwitki z drukowanymi informacjami. Kiedy Bohdan odwiedzał nas, zawsze coś majstrował na strychu domu. Mama wiedziała o tym, ale nic nikomu nie mówiła. Nawet mnie. Bodzio notował na bibule skróty najważniejszych informacji, głównie z Londynu i w każdej chwili mógł je połknąć przy ewentualnej wpadce. Aparat nasz na baterie nie był z braku czasu zarejestrowany przez ojca. Więc nie był oddany do gminy i cicho tkwił w starych liściach ogacających na strychu zbiornik z wodą pitną. Bohdan korzystał dalej z mrówczanej siatki, bo sam mógł być obserwowany jako pracownik fabryki karabinów. Pożądana przez ludzi "trefna" informacja miała przepływ w tę i w tamtą stronę. Ja też nie przyznawałem się nikomu, że skutecznie podglądam Bodzia... Listy do Taty ilustrowaliśmy moimi zdjęciami, które robiłem malutkim "kodakiem - bebi". Dostałem go akurat od rodziców na imieniny, raczej jako zabawkę. Ale ja przejąłem się nim i polubiłem. Miał prymitywny obiektywek i nadawał się do robienia zdjęć tylko przy dobrej pogodzie, a najlepiej dobrym słońcu. Mama, kiedy bywała w Warszawie, wywoływała mi jego klisze i robiła odbitki. Cieszyła się, kiedy wychodziły dobrze na tyle, aby zilustrować nasze listy do Taty i fragmenty z Borzęcina. Trwało to przez całą okupację, co mi dawało wiele radości, a szczególnie ojcu w niewoli.

Wiosna przyniosła nasze odprężenie po przeklętej zimie i braku stodoły. Nareszcie mogliśmy się cieszyć młodą zielenią ozimin i zieleni jarej. Szły jeszcze przetargi z niemieckim powiatem o ekwiwalenty w kontyngentach i wydanej gotówce. Mamy na odbudowę dachu. Pan Kazimierz miał sukcesy w pisaniu odpowiednich sprawozdań i wnioskowań. Dziękowaliśmy Bogu, że dał nam takiego poznaniaka sąsiada, a nie jakiegoś Niemca hakatystę. Młodsza jego siostra, Iga, była rówieśniczką mojej Mamy i też pracowała w warszawskim powiecie i nie tylko, bo i na rzecz polskiego podziemia. Obie z Wiktusią bardzo się martwiły o los brata, Narcyza, który bardzo źle znosił swe więzienie w Dachau. Na jego pamięć ratowały różnych księży z poznańskiego. Mama przyjmowała z ich poręki różnych zagrożonych uciekinierów, Wielkopolan, na kilka lub kilkanaście dni bez meldunku. Kucharka była głucha i uważała, że są to kuzyni. Strzelczykowie, którzy mieszkali w drugim końcu domu też nie byli wtajemniczani, ani nie chcieli tego. Każdy myślący Polak wiedział, że tak trzeba i kwita.

Chodziłem do szkoły do czwartej klasy i uczyłem się u Petryckiego bardzo dobrze, biorąc pod uwagę zaprzysiężenie na Biblię, które złożyłem, kiedy Ojciec odjeżdżał. Robiłem to dla Mamy. A nadto różne pomocnicze prace z końmi w gospodarstwie rolnym, kiedy Niemcy wywozili do siebie niewolniczą siłę roboczą z naszej wsi, w tym z pośród niektórych ludzi pracujących przy pilnych pracach i u nas, sezonowo. Konie mnie lubiły, bo nigdy ich nie krzywdziłem, a raczej nagradzałem kostką cukru, kiedy ciężko i zgodnie pracowały. Przez te lata okupacji zdołałem poznać wszystkie prace polowe i transportowe oraz z kieratem, kiedy trzeba było napędzać sieczkarnię lub odszlamiać jeziorko za oborą, aby nawozić dodatkowo naszą glebę. Gdy wizytował nasze gospodarstwo pan Putz, wpadał swoją dwukółką i zabierał mnie do niej, abym raportował co potrzeba. Rokował mi dużą przyszłość w agronomii.

Stefan Langner siedział z Tatem w jednym obozie jeńców w Murnau [3]. Ale jako oficer wyższej rangi był umieszczony w odrębnym budynku, a Zyga w innym. Widywania były ograniczone do apeli i to w ograniczonym zakresie. Żona jego, Polka i właścicielka gospodarstwa rolnego na Pomorzu, była przewidziana do wysiedlenia do G.G. W drodze wyjątku, jako posiadaczka podwójnego obywatelstwa, mogła wyjechać do domu swego pochodzenia, to jest do Danii. Skorzystała z tego, bo Niemcy zdołali już obsadzić na ich gospodarstwie swego pobratymca z ustawy hitlerowskiej. Zabrała też ze sobą pomoc domową z Warszawy, która uparła się ogromnie, aby ją pani Ela nie zostawiała. Będzie pracować u niej jedynie za wikt i opierunek. Ela mogła mężowi posyłać do Murnau dwie paczki miesięcznie z żywnością, jednak też nie większe niż 5 kilogramowe. Tato otrzymywał od nas też, ale wtedy, kiedy zarząd obozu uznawał to za stosowne i za bardzo dobre sprawowanie. Jeniec, Polak dostawał kupon na list, a przy nim druczek na paczkę. Stefan dzielił się swą żywnością z kolegami wyższej rangi, ale coś tam miał zawsze i dla Zygi. Tato był przydzielony do oficerów niższej rangi, którzy mieszkali zbiorowo w byłej sali gimnastycznej, na piętrowych łóżkach. Łącznie było ich tam 5 tysięcy jeńców. Wyżywienie mieli bardzo liche i prawie każdemu zmalała waga osobista o połowę. Te paczki ratowały ich od śmierci głodowej. Samorząd jeńców wyjednał różne własne struktury obozowe: kulturalne, wystawiennicze, szkoleniowe i liturgiczne. Mieli swój teatr, orkiestrę symfoniczną, wewnętrzną pocztę i grafików wykonujących "znaczki obozowe". Tato wykładał na kursach rolnych i współorganizował wystawy. Oprawę artystyczną czerpali z różnych papierków kolorowych pochodzących z paczek. Było wśród nich bardzo dużo zdolnych artystów, plastyków. Mieli też jakiś symboliczny groszowy żołd. Więc ze składek kupowali w Monachium instrumenty.

Żołnierze niemieccy, którzy obsługiwali obóz, bardzo chętnie pomagali w tych zakupach, bo dostawali dobre papierosy z paczek. Nieraz też, kiedy pojawiała się inspekcja ze szwajcarskiego Czerwonego Krzyża, przywoziła jakiś upominek dla obozu w formie potrzebnego instrumentu muzycznego. Mieli kaplicę pięknie wystrojoną, pod wezwaniem Matki Boskiej Częstochowskiej. Jak i dekoracje teatralne robione do każdego spektaklu. Tato wyjednał dużą część placu podwórzowego obozu pod założenie ogrodu warzywnego. Było w nim tyle działek, co jeńców. Geodeci wytyczyli dokładny podział i ponumerowali. Jedna działka była wielkości średniej walizki. Niemcy stukali się po głowie, bo była tam żwirkowata gleba. Ale Tato i jego rolnicy uprawili ziemię kompostami i po roku mogli już zbierać plony w postaci sałaty, rzodkiewki i kopru. Nasiona przychodziły od nas. Tato wkrótce stał się dzierżawcą połowy areału tych działek, bo nie każdy z "mieszczuchów" chciał się w tym babrać. Dostał też zgodę Niemców, że mógł wychodzić "w swe" pole skoro świt, poza godzinami apelowymi. Tato mówił nam, że na sałatę nie mógł już patrzeć, ale popychał ją palcem do krtani przy posiłkach. I że zachował w dobrym stanie swe włosy i zęby.

Obóz dookoła był ogrodzony płotem z drutów pod napięciem elektrycznym. Sporo oficerów chorowało na nostalgię i chorobę niewolniczą. Było więc, że jeden z nich rzucił się na te druty i zginął. Jednemu udało się przebrać za podoficera niemieckiego, zasalutować na portierni, wsiąść na rower służbowy i wyjechać nim na wolność. Był poznaniakiem i znał język niemiecki. Może by i udało mu się dotrzeć do terenów polskich, ale korzystając z pociągów wpadł dopiero na dworcu w Budapeszcie. Niemcy z wściekłości zgotowali mu brutalne powitanie i odesłali do jednego z cywilnych obozów zagłady. Zaostrzyli rygory obozowe i terroryzowali jeńców przy każdej okazji. Przez ileś tam tygodni nie dawali druczków na listy i paczki. Ale jeńcy nie dawali się zastraszyć i na przekór, potrafili w zapieczonym chlebie przemycić części radiowe z Polski i zmontować dość prymitywne, ale skuteczne radio. Mieli dokładne wiadomości nadawane z Londynu i wiedzieli co się dzieje na frontach. Była tak ścisła konspiracja, że do końca nie mieli z nim wpadki. Mimo, iż radio było przykręcone do spodniej deski drewnianego stołu, stojącego na środku sali i mimo licznych rewizji wykonanych z nienacka w szafkach i siennikach jenieckich. W kaplicy mieli swego kapelana wojskowego, też jeńca, a w teatrze role niewieście grali młodzi oficerowie. Niemcy szczycili się tymi osiągnięciami przed swoimi przełożonymi, jak i przed zewnętrznymi inspekcjami Czerwonego Krzyża. Było rzeczywiście czym.

Pisaliśmy do Ojca przy każdej okazji. Rodzice podtrzymywali się wzajemnie na duchu, a ja skrupulatnie informowałem Tatę o sprawach naszego gospodarstwa i ilustrowałem zdjęciami z aparatu "bebe". Na święta otrzymałem od Taty wspaniałą zabawkę - model kabrioletu "Adler", gdzie kierownicą można było skręcać przednimi kołami. Byłem w siódmym niebie. A Ania z powodu dużej lalki, z zamykającymi się błękitnymi oczkami...

Wolnymi krokami, ale zbliżał się dzień rozpoczęcia odbudowy drewnianego dachu na stodole. Kiedy wszystkie zamienniki udało się panu Kazimierzowi załatwić z Niemcami, roboty ruszyły. Zwieziono drewno budowlane, papę i gwoździe, smołę i tym podobne. Technik z pracowni wujka Janka Drewsa przywiózł dwóch cieśli i pomocnika. Pracownia architektoniczna istniała, bo prowadziła ją formalnie żona wujka, Wiesława Drews. Technicy pamiętali Zygę a cieśle nawet jeszcze dziadka Leona. Wszyscy oni byli mojej Mamie bardzo życzliwi i starali się wykonać prace możliwie dobrze i szybko, w 1940 roku, jeszcze przed żniwami. Ustalono, że wykonawcy robót zamieszkają przy warsztacie a na posiłki będą przychodzić do naszej kuchni, gdzie im gotowała, jak i nam, Janka. Byczkowski, z ramienia właścicielki nadzorował roboty, bo w swoim długim życiu, nie jedne roboty budowlane w majątkach ziemskich, gdzie pracował, praktykował. Ja byłem bardzo przejęty tymi robotami i poza szkołą towarzyszyłem im nieustannie. Cieśle - "złote rączki" - objaśniali mi, co mogli, bardzo starannie i cierpliwie. Mogłem ciągnąć dwuosobową piłę, co nie było wbrew pozorom takie proste. A nawet wydłubywać w drzewie złącza dłutkiem, w płatwiach, słupkach, krokwiach i kleszczach. Przedtem, patrząc jak się wyrysowuje ciesielskim ołówkiem wszystkie te złącza, wymierza i ustawia na ziemi trójkąty krokwiowe, montuje je z pozostałymi elementami "na sucho", aby potem móc wszystko zestawić na murach. A jak wszystko "grało", uszczelnić twardymi kołkami i długimi gwoźdźmi "sparnalami" lub kowalskimi klamrami. Odeskowanie pod papę szło już gładko z desek 19 mm. Papiaki do mocowania papy trzeba było wbijać łącznie z okrągłą ocynkowaną podkładką bardzo uważnie, aby nie zakrzywić gwoździa. Stare wygi chwaliły mnie za dobrą robotę, choć było im daleko do komplementów. Ilustrowałem postęp robót swoim "bebikiem", aby móc potem zaprezentować Ojcu w liście.

Mama intensywnie myślała o mojej edukacji w zakresie gimnazjalnym. Za rok kończyłem 6-tą klasę i było wiadomo, że Niemcy zlikwidowali Polakom szkoły średnie, a tym bardziej wyższe. Mama zaś wiedziała, że roboty polne w konie i nauka w starej szkole na dwie zmiany i z dwoma nauczycielami to za mało, abym mógł właściwie opanować dobry poziom gimnazjalny. Zaangażowała nauczycielkę z Warszawy, pannę Zosię. Aby wyrównywała ze mną poziom szkoły średniej w domu. Pani Zosia nie miała ze mną łatwego zadania, bo uzgodnione z nią godziny zarywałem na rzecz ciągłych jakichś potrzeb z końmi. Dopiero jak Tato pochwalił ten krok z panią Zosią i przykazał mi solidną pracę z nią, wtedy moje urywania zmalały do minimum. Byłem bowiem wierny przysiędze danej Bogu i Tacie, a zadanie opieki nad Mamą zazębiało się z nie dawaniem jej powodów do zmartwień. Pani Zosia odgrywała u nas bardzo pożyteczną rolę, bo roztoczyła swą opiekę i nad Anią, początkującą uczennicą.

Tato lubił zagrać w wolnej chwili w brydża. Wtedy, kiedy napatoczyli się brydżyści, zasiadali do stolika, wołał mnie do siebie, sadzał na kolano abym mógł przyglądać się licytacji i rozgrywkom. Kiedy zaś rozgrywał partię i miał rzucić na stół kartę, wyciągał z wachlarza trzymanych w ręce z małym marginesem i dawał znać, abym ją dorzucił do czterech innych. Wtedy robiłem to ochoczo, z odpowiednim przybiciem, podglądając jak to robią inni. Było to jeszcze w Święcicach. Przy okazji Tato dyskretnie tłumaczył mi zasady licytacji. Kiedy brakowało Tacie "czwartego", a Mama nie miała ochoty grać, posyłał gońca do szkoły i umownym szyfrem prosił kierownika szkoły o przybycie, celem odbycia ważnej rozmowy z prezesem komitetu rozbudowy szkoły. Kierownik wyznaczał swoje zastępstwo i biegł przez mostek na rzeczce "Utrata". Kierownik był zaszczycony, bo robił pierwsze kroki w brydżu a wiedział, że będzie to brydż z "przystawką", którą poda im pani Irenka. Tato lubił pana Rotkiewicza, bo mógł zawsze liczyć na jego niespodziewaną obecność. Był też bardzo cierpliwym uczniem i znosił Taty głośne uwagi, jeśli co sknocił, a grał akurat z Ojcem. Teraz, kiedy odwiedzali nas Bohdan z Basią, a pani Zosia chciała nauczyć się grać w brydża, zasiadaliśmy do "familoka" (ja też). Przypominała mi się ta scena ze Święcic, kiedy teraz Bodzio był nauczycielem, zastępując Zygę.

Niestety spadł jeszcze jeden cios na skołataną głowę Mamy. Padło nam naraz 5 koni w wielkich bólach brzucha. Powodem tego był ciągły niedobór paszy treściwej. Strzelczyk postanowił ześrutować na młynku łubin i dać go koniom. Nie wiedział dokładnie, że są jego dwa rodzaj e, słodki i kwaśny. Ten kwaśny miał właściwości toksyczne i on był do naszej dyspozycji. Był siany u nas jako nawóz na lekkiej glebie. Jego korzonki gromadziły pęcherzyki azotu i w całości zaorywano je przed zimą. Na szczęście przyszedł z pomocą niezawodny pan Putz. W ramach dobrosąsiedzkiej pomocy, przysłał traktor z paliwem i pisał różne wnioski do powiatu. Niemcy przydzielili nam trzy konie, ale dwa trzeba było dokupić, mocne, zdolne do żniwiarki. Pomogli Mamie jej bracia, Janek i Romek oraz ciocia Maryś. Bo kasa gospodarstwa była po pożarze zawsze licha, gdyż Niemcy wyciągali z polskich gospodarstw co mogli i ciągle grozili Oświęcimiem. Za te słabowite konie, też kazali sobie zapłacić. Pan Kazimierz radził Mamie przyjąć do pomocy Polaka agronoma. A Strzelczyka pozostawić przy młocarni. Były sąsiad z  Kopytowa i Błonia pan Tytus Murzyński wynalazł agronoma poznaniaka pana Józefa Majewskiego. Bardzo miłego i cichego człowieka. Zamieszkał w pokoju obok Strzelczyka a stołował się razem z nami. Potem podsłuchałem rozmowy jego z Bohdanem, z którym się zaprzyjaźnił. Ukrywał pod innym nazwiskiem. Ponoć był poszukiwany tam przez Niemców, bo brał udział w Powstaniu Wielkopolskim. Strzelczyk z chęcią przekazał mu pełnione obowiązki kierownika gospodarstwa. Aby się wyzwolić ze zgryzoty, prześladującej go z powodu słynnego już łubinu. I był mu we wszystkim lojalny i pomocny.



przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku