Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2011-08-26 12:25:55
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Suplement Zygmunta Drewsa

Noc Świętojańska anno domini 2011


Nie mogę się oprzeć wspomnieniom. Nie ma wokół mnie Janów, których kochałem. Byli oni niezbywalną częścią mojej rodziny, świata, którego cząstką byłem ja. Jestem dumny z mojej rodziny, w której Janowie stanowili zawsze wielką siłę intelektualną i moralną. Mieli zasadniczy wpływ na nasze postawy światopoglądowe i etyczne. Odeszli zanim uzbierałem interesujące mnie dziś dane o ich niebanalnych życiorysach. Niewiasty w rodzinie były szczególnie powściągliwe na temat drugiego męża cioci Maryś, stąd do mojego suplementu wkradły się pewne błędy. Wdzięczny jestem Wackowi za doskonałe sprostowania.

Wujka Janka Wieszczyckiego spotykałem po wojnie głównie w ważne święta rodzinne. Uroczystości odbywały się w Częstochowie. Wyprawiali je moi rodzice na przemian z wujkiem Jankiem Talikowskim i jego żoną ciocią Lenką. Mieszkaliśmy „przez miedzę” na Placu Daszyńskiego w Częstochowie. Wieszczyccy dojeżdżali pociągiem z Warszawy.

Głęboko tęsknię za tymi spotkaniami. Były takie radosne, przepojone szczęściem wyczekanego „odliczenia” się naszych ojców z jenieckiej niewoli. Były to dni, w których nasza rodzina jeszcze mocniej się integrowała, nawiązywały się więzy wspólnoty rodzinnej.

Później studiowałem w Poznaniu, a potem rozpoczynałem pracę już w warunkach dyktatury stalinowskiej w Polsce. Nie miałem więc czasu ani sposobności spotykać się z rodziną, a i ona coraz rzadziej urządzała duże zjazdy. Przeto wiedziałem tylko tyle, że wujek Janek Wieszczycki zawsze był wysokim urzędnikiem ministerialnym, małomównym i oddanym bez reszty swojemu zajęciu. Tylko przy stole świątecznym, choć na chwilę, odprężał się i nieco otwierał. Wtedy okazywał się człowiekiem czułym, prorodzinnym i umiejącym wysłuchać każdego z nas, zadbać o nasze wspólne dobro. Imponował mi, kiedy przy biesiadnym stole wznosił toast, a po tym odwracał kieliszek „do góry nogami” lub zakrywał go serwetką. Pił alkohol, świetnie znał się na winach, ale zawsze umiał w porę przerwać picie.

Pamiętam mój pobyt u niego tête à tête /czyt. tetatet przyp. red./ w Warszawie, kiedy uczęszczałem na kurs do egzaminu konkursowego na Politechnikę. Ciocia Maryś z Wacusiem przebywali gdzieś poza domem na wakacjach.

I tam także brak czasu nie pozwalał nam obu na dłuższe rozmowy. Wiem, że wykazywał spore zainteresowanie moim samozaparciem uczenia się i to gorąco pochwalał. Ale w duszy czułem, że powątpiewa, czy aby ten zahukany chłopak z prowincji da sobie z tym wszystkim radę. Po powrocie z pracy wujek zaszywał się w swych szpargałach pracując nad nimi z kamienną powagą i w idealnej ciszy z widoczną sumiennością. Po moim zaś powrocie z kursu robiliśmy jakiś posiłek, stołując się ponadto na mieście. Rozmowy nasze były zdawkowe, poczym wujaszek wracał do swego zajęcia. Dość często jednak wyrywał go dzwonek telefonu, a po tym pukanie do drzwi sąsiada, również wysokiej rangi urzędnika leśnika. Z nim zapewne trochę dla relaksu, a trochę dla zachowania dobrych stosunków, wymieniali z sobą jakieś wspomnienia wojenne lub komentowali nowości polityczne. Kiedy już drzwi po sąsiedzie się zamykały, ja już znużony dniem pracy oddawałem się władzy Morfeusza.

Czas błyskawicznie zleciał i chłopak z prowincji oznajmił wujkowi przez telefon, że został przyjęty. Kupiłem akademicką czapkę za resztę groszy, biegłem na pociąg, aby zdążyć do Częstochowy. Tam zameldowałem swemu wyleczonemu z militaryzmu ojcu, że jestem od dziś studentem, który potrafi salutować do lakierowanego, ale nie podkutego daszka.

Moje dalsze kontakty z wujkiem Jankiem Wieszczyckim choć żywe i bardzo istotne, nie obfitowały w bezpośrednie kontakty. Pomagał moim Rodzicom w przeniesieniu mojej siostry Anny ze szkoły felczerskiej w Szczecinie do Siemianowic Śląskich. Trzeba było wyciszyć niekorzystną atmosferę wokół Anny, jaką wytworzyła się po szerzeniu się, z jej czynnym udziałem, plotki w tej szkole o rzekomym wkroczeniu Niemców do Szczecina. Dziś wygląda to niewiarygodnie i żartobliwie, ale wtedy były powszechne nastroje niepewności wobec tych ziem. Władze partyjne natomiast z niezwykłą żarliwością z tym nastawieniem walczyły. Był popularny afisz propagandowy: Odra Twoja rzeka, Wrocław Twoje miasto, Szczecin Twój port / w ramach walki politycznej dopisywano: k… Twoja mać. przyp. red./.

Ania dzięki akcji wujka mogła być bliżej matczynego serca. A kiedy zginęła wraz ze swym mężem Teofilem /rozbici picapem pijanego kierowcy/, wujek pomagał moim zrozpaczonym rodzicom w otrzymaniu należytego odszkodowania z PZU. Były to niezbędne pieniądze dla zapewnienia bytu pozostawionej po nich sieroty, trzyletniego Tadzia Winklera.

Po tym przyszła wstrząsająca wiadomość o śmierci wujka Janka, zmarł podczas kąpieli w wannie. Widać już spracowane i umęczone czerwoną atmosferą w Polsce serce nie wytrzymało i pękło…

Teraz wracam do wracam do świetlanej postaci wujka Janka Talikowskiego, lekarza medycyny, którego postać wielokrotnie omawia nasza Kronika Talikowskich. Szczególnie szerokie i doskonałe ujęcie jego osobowości, w bardzo trudnej roli lekarza starostwa powiatowego Częstochowie, dokonał Wacław Wieszczycki.

Dziś żal mnie serce ściska, kiedy pomyślę, jaką bardzo smutną końcówkę swojego żywota miał w Krakowie, zabójczo krzywdzącą i niewspółmierną do jego życiowych dokonań.

Po wojnie przywrócono mu pracę w starostwie naczelnego lekarza powiatowego. Pracował z podwójnym zapałem przy odbudowie kraju. Stalinowcy wygryźli go, kiedy odmówił przejścia z ugrupowania politycznego PPS do zjednoczeniowego PZPR. Pełnił swe jednak obowiązki lekarskie nadal, lecz, jak to nazywał, w swym własnym ambulansie /w prywatnej praktyce p.m./. Słowo „prywatna” sierdziło zawsze stalinowców, mimo że umożliwili mu ją nawet bez zastrzeżeń Niemcy podczas okupacji. Myśli moje biegną szybko poprzez lata okupacji sowieckiej do chwili, kiedy nadeszły lata mocno spóźnionej i odwlekanej emerytury.

Za namową żony i syna wujek wylądował w Krakowie. Zamieszkał w jego własnym trzy piętrowym domu czynszowym przy ulicy Krowoderskiej 28. Budował go przez całe swoje zawodowe życie wraz z żoną Heleną, rodem z Małopolski. On robiąc pieniądze, ona zawzięcie inwestując je w budowę, marząc przy tym o przeniesieniu się do Krakowa.

Minęło wiele latach wyrzeczeń i utrudnień. Na początku wojny, Niemcy panosząc się ze swym Generalnym Gubernatorem Frankiem na Wawelu, potrzebowali wielu dobrych domów dla swych sztabowców. Padł wybór i na ich dom, zbudowany w stanie surowym. Okupanci wykończyli go szybko w swojej starannej technologii i zasiedlili. Pod koniec wojny uciekli z Krakowa popędzeni sowieckim „frontem ukraińskim”. Pozostawiono im tylko wolą drogę na zachód, więc opuścili miasto nie zadając mu, na szczęście, większych strat.

Wtedy szybkim i zdecydowanym wypadem z Częstochowy, ciocia Lenka przejęła rządy nad domem. Obsadziła w nim członków swojej licznej rodziny z Tymowej /dużej wsi powiatu Brzeskiego/. Uprzedził ją w tym jedynie profesor uniwersytetu Jagiellońskiego, zajmując najpiękniejsze mieszkanie na wysokim parterze z garażem. Załatwił również akceptację tego samowolnego zasiedlenia w słynnym „kwaterunku”.

Jasiek Talikowski zajmował kawalerkę. Był już studentem prawa, chwalił ją sobie wysoko, bo było to zawsze coś, szczególnie jeśli chodzi o Kraków. Niemniej wujaszkowi Jankowi w Częstochowie przypadało płacić duże sumy podatku wyrównawczego z tytułu wzbogacenia, jako że dom po części wykończyli Niemcy.

Młodzież studencka schodziła się do Jaśka chętnie, bo ciocia Lenka przyjmowała ją z czułością, skoro dostrzegała w niej zainteresowania poezją, literaturą, muzyką /w domu było pianino/ i tym podobnymi talentami. Czasem też prowadziła z nimi dyskusje polityczne, szczególnie w oparciu o „Radio Wolna Europa” i krajowy „Tygodnik Powszechny”.

Matkowała tej grupie z potrzeby serca, aby umilić Jaśkowi czasy studenckie i urozmaicić przykrą jego ułomność. Mówiła do nich po imieniu. Wśród tej trzódki dostrzegła kandydatkę na przyszłą żonę Jaśka. Była to studentka biologii - Halusia, skromna panienka mieszkającą z matką, niedaleko od nich, o nazwisku Konti.

Ponieważ panienka sprzyjała Jaśkowi, ciocia Lenka postanowiła zbliżyć się maksymalnie do tych pań. Jasiek zaczął być także nią zainteresowany. Przeto ciocia Lenka nawiązała z nimi bliski kontakt. Zapraszała je na różne spotkania świąteczne i przy każdej nadarzającej się okazji, tak w Krakowie jak i w Częstochowie. Wujkowi Jankowi spodobała się polityka cioci Lenki, więc szarmancko nastawił się do tych pań. Sielanka trwała dość długo, aż starszeństwo postanowiło urządzić młodym zaręczyny w Częstochowie. Ciocia Lenka promieniała ze szczęścia, młodzi także.

Ciocia jako najlepsza w tym gronie erudytka i znawczyni polskiej tradycji, wyszperała w starych kronikach wszystkie możliwe do akceptacji przepisy uroczystości zaręczynowych. Zatem zaręczyny wypadły okazale i godnie. Byłem tam zaproszony z rodzicami i siostrą Anną. Zaiste był to prawdziwy majstersztyk. Była też część zaproszonej trzódki studenckiej z Krakowa. Zjechała się najbliższa rodzina z obu stron. Urok imprezy był tematem konwersacji przez długi czas. Później nastąpił okres wyczekiwania na zapowiedzi o ślubie.

W między czasie udało się cioci odzyskać mieszkanie, bowiem profesor otrzymał intratną pracę na Śląsku i szykował się do wyjazdu. Wujaszek Janek znów musiał potrząsnąć swoim trzosem. Poczym ciocia krótko po jego odjeździe zapisała to mieszkanie dzieciom.

Dzieci zagospodarowały się wytwornie w „nowym” mieszkaniu, a Jasiek szczęśliwy odbierał pochwały. Zaczął pracować, nie bez pomocy wujka Janka, w Zespole Adwokackim Krakowa. Wszystko przebiegało jak w zegarku. W rodzinie byliśmy bardzo radzi, że Jasiek ustabilizował swoje życie w możliwie dlań najlepszych warunkach. Nieomal wszystko zawdzięczał swoim rodzicom.

Dzieci prowadziły nadal radosny dom otwarty dla swych przyjaciół i znajomych ze studiów. Ale nadszedł dla wujaszka Janka Talikowskiego wiek, dawno już ponad emerytalny, i czas, w którym musieli we własnym zakresie zadecydować, gdzie będzie mógł najlepiej znieść swoją starość.

Jasiek zaproponował likwidację mieszkania łącznie z ambulansem wujowym w Częstochowie. Zaprosił rodziców, aby zamieszkali u niego, mając duże i wygodne mieszkanie.

Tak się też stało. Seniorzy czuli się tam bardzo dobrze, a ciocia Lenka u szczytów wymarzonego szczęścia.

Ale nadszedł czas, że taka sytuacja zaczęła doskwierać synowej. Gdy jednej z nocy, podczas imprezy towarzyskiej, zauważyła w okolicy łazienki sylwetkę staruszka w normalnym negliżu i na dodatek z jakimś nocnym atrybutem. Postanowiła zerwać z mężem, autorem przeprowadzki seniorów. Ogłosiła stan przed-rozwodowy i prąc z całych sił do decyzji sprzedania dużego mieszkania i kupna dla rozwiedzionych dwu odrębnych w „blokach”. Wujostwu przypadło zatroszczyć się o podobne dla nich. Żadne pertraktacje co do zamiaru odstępstwa od woli Halusi nie odniosły żadnego skutku. Wujek z ciocią byli zmuszeni wydać dalsze, acz kończące się ich oszczędności, na zakup 2-wu pokojowego mieszkania w blokach i wegetować w nich, bez ciepła rodzinnego do końca ich żywotów…

Dochodziły mnie słuchy, że po trudnej operacji prostaty w tym wieku, wujek wypowiedział się, że żałuje bardzo wyprowadzki z Częstochowy, gdzie mógł liczyć na lepszą opiekę lekarską i wielu innych jeszcze dobrodziejstw. Dowiedziawszy się o tym, w porozumieniu z moją kochaną i kochającą żoną Stanisławą, zaprosiłem wujka Janka do zamieszkania u nas. Odstąpimy mu pokój z dostępem do wszystkich wygód. Zapewnialiśmy, że zapraszamy z całego serca.

Wujek odpisał mi osobiście, już na maszynie list, bo ręce mu się już trzęsły. Przechowuję ten list w moim małym archiwum domowym, jako jedną z najdroższych mi pamiątek. Podziękował serdecznie nam za zaproszenie, ale i rezygnując, z powodu swej słabej kondycji i złej decyzji, jaką podjął w swoim czasie. Po tym, niestety dość szybko, zakończył życie. Zapewne gryzł się do końca sytuacją syna, któremu zawsze przychylał gorliwie gwiazdkę z nieba.

Jasiek przeżył ojca o kilka ładnych lat. Ożenił się po raz drugi. Pisał do nas – „Zyga, teraz wiem, że nareszcie odżyłem”. Ale los płatał mu nadal różne złe figle.

Mając prawą rękę silną podwójnie, wdał się w intensywne rozgrywki tenisa. Dobrze mu to wychodziło i imponowało, kiedy ogrywał kolegów po fachu raz po raz. Jednak nadwerężył kolana i musiał zaprzestać chodzenia na korty. Po dłuższym leczeniu, był zmuszony poddać się licznym zabiegom chirurgicznym. Zaczął podpierać się laską, a po tym szczudłami. Jego stan psychiczny i fizyczny malał z każdym dniem. Na domiar złego, był zmuszony zająć się matką, która wymagała wzmożonej opieki ogólnej i medycznej. Po dłuższych staraniach udało mu się ulokować ją w domu opieki. Był to ośrodek dla rodzin osób duchownych wyższej hierarchii. Jednak dalsze zmartwienia nie dawały mu spokoju.

Niestety zmarła ciocia Lenka…

Zachorowała też obłożnie i jego żona Danusia. Tak, że nadszedł czas, że dobrzy sąsiedzi z bloku pomagali im w wielu domowych posługach i zakupach. Jasiek był zmuszony zawiesić, a potem zakończyć swą pracę w zespole adwokackim.

Kiedy odwiedziliśmy ich ze Stasią, wracając z wakacji w górach, Danusia leżąc w sąsiednim pokoju pozdrowiła nas przez drzwi. Jasiek zaprosił nas na jakiś poczęstunek do pobliskiego baru. Gdy pytałem go, w czym mogę im pomóc, odrzekł, że w niczym, bo mają z żoną swe renty, a nadto dom na Krowoderskiej przynosi mu jakieś profity z wynajmu pomieszczeń piwnicznych, zaadoptowanych na lokal barowy. Autorem przeróbek budowlanych jest syn Danusi, a jego pasierb. W tych trudnych dla Jaśka chwilach pożegnaliśmy się z nim bardzo serdecznie i z konieczności odjechaliśmy, ale z ciężkim sercem.

Potem przyszła wiadomość, że Danusia zmarła. Byłem na pogrzebie. Pochował ją w ich rodzinnym grobie na cmentarzu Rakowieckim, razem z jego rodzicami. Idąc w kondukcie żałobnym widziałem, że Jasiek przysiadł się do kierowcy wózka wiozącego trumnę. Widać było jak dokuczają mu bóle nóg.

Dziękując mi telefonicznie za udział w pogrzebie wspomniał, że ma przed sobą jeszcze kilka posiedzeń sądu, w których zabiega usilnie o ustanowienie pełnej jego własności do grobu. Po jakimś czasie zadzwonił, że sprawę ich grobu doprowadził do końca. Po tym dłuższa cisza i bardzo nieprzyjemna wiadomość – Jasiek nie żyje!...

Uczestniczyliśmy ze Stasią w pogrzebie. Zabrali nas Wieszczyccy jadący na pogrzeb z Kutna. Podczas posiłku stypowego, zabraliśmy głos z Wackiem, wspominając ciężkie życie Jaśka, jak i końcówkę życia jego ojca i matki. Czy Jasiek zostawił jakiś testament, nie wiem, ale domyślam się, że nastąpi rozdzielenie majątku na Krowoderskiej pomiędzy pasierba i syna Jaśkowego Łukasza. Jeśli nie dojdą do polubownego rozwiązania, Łukasz zapewne będzie zmuszony sięgać po prawną formułkę „zachówek”. Ale to już ich sprawa.

Dziś w chwili wspomnień o naszych kochanych Janach, wypada mi przypomnieć o życiu mego stryja Jana Drewsa, którego końcówka też nie była zbyt różowa, można opis o niej znaleźć w „Kronice Talikowskich.”, w mim suplemencie do jej drugiego wydania.

Tak, jak mówiłem na stypie Jaśka, modlę się codziennie za moich najbliższych krewnych, którzy już odeszli. Od tej pory modlę się i za Jaśka.

W tę noc świętojańską szczególnie gorąco polecam Bogu moich Janów, o których pamięć zachowam do końca moich dni.

Zygmunt Drews junior.

2011



przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku