Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Zdjęcia do rozdziału
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2014-03-26 10:02:27
Przejdź do komentarzy (3)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Zosia Mrozowska-Talikowska, wspomnienia

Włodzimierz Wołyński przed 1939r.

Wspomnienia spisane w 1973 roku na wniosek, a raczej na zlecenie "naszej" kochanej Wandy Skorupskiej, długoletniej komendantki Hufca Harcerek we Włodzimierzu Wołyńskim, z którą szczęśliwym zrządzeniem losu udało nam - Jej harcerkom - znowu spotkać się po latach, po II wojnie. [Wspomnienia opublikowane w 11 rocznicę śmierci autorki na podstawie maszynopisu, przez syna Jacka Talikowskiego.]


Moje wspomnienia o Włodzimierzu Wołyńskim do 1939 roku.


Włodzimierz, nieduże miasto powiatowe na Wołyniu, nawet nie wojewódzkie, bo wojewódzkim był Łuck. Położone pięknie nad rzeką Ługą, zwykłą rzeką, nieuregulowaną, która na wiosnę rozlewała szeroko, zatapiając okoliczne łąki, a nawet pola. Jej muł jednak nie był tak żyzny jak muł Nilu, dlatego nikt się z tego nie cieszył. Ługą można było dopłynąć do Uściługa, obok którego wpadała do Bugu, lub - pod prąd - do Zimna, , gdzie stał na górze monastyr, jak mówiła ludność okoliczna, a tłumacząc na język polski - klasztor prawosławny. Ze względu na swoje położenie dominował nad okolicą i, o ile sobie przypominam, był dość duży. Rzeka miała też przystań kajakową, kąpać się można było w różnych miejscach i ryby pływały niezatrute.
Dla nas WŁodzimierz był duży, nawet wielki, jak wielkie były nasze problemy w tym czasie, jak wielkie zmartwienia, gdy w szkole coś się nie powiodło, i jak wielka radość gdy było inaczej. Wielkie też były przyjaźnie, wielkie sympatie i wzruszenia, gdy ktoś je umiał wzniecić, porwać do jakiejś akcji społecznej czy patriotycznej, - szło się wtedy "jak w dym", nie szczędząc czasu ani trudu. Ale przechodząc do tematów mniej  refleksyjnych, trzeba powiedzieć, że Włodzimierz miał wszystko co potrzebne było miastu, aby się rozwijało pod względem kulturalnym, gospodarczym i materialnym.
Były oczywiście władze miejscowe, które sprawnie zarządzały swoim miastem i powiatem, były instytucje dbające o zdrowie mieszkańców, a więc szpital, dwie apteki, pana Kołomyjskiego i pana Szczurowskiego, wielu lekarzy, dentystów i tzw. felczerów tj. lekarzy bez dyplomów.
Także trzy kościoły katolickie: jeden Pojezuicki przy Seminarium Duchownym, drugi Farny przy ulicy którą od niego nazwano Farną, trzeci Garnizonowy przy 23 Pułku Piechoty. Były też trzy cerkwie: Wasilewska, Mikołajewska i największa świątynia prawosławna tzw. Sobór, nad rzeką przy ulicy Katedralnej. Naprzeciw kościoła Farnego było kino, a obok mały ale świetnie zaopatrzony sklep ze słodyczami.
Za rogiem zaś niewielka restauracja, gdzie można było spiesząc się na zajęcia popołudniowe zjeść smaczny obiad za 50 groszy, z dwóch dań z kompotem. Inny wymiar miała elegancka restauracja państwa Pietrasów "Pod Strzechą". spod tej "strzechy" wyszły dwie nasze koleżanki gimnazjalne Wanda i Jadzia, córki włścicieli. 
Nie można też nie wspomnieć o dużej cukierni państwa Kowalskich których córka Dzidka (Lucyna) była także naszą koleżanką szkolną.
Opodal była księgarnia pani Olszewskiej, świetnie zaopatrzona we wszyskiego rodzaju książki z różnych dziedzin, a przede wszyskim w szkolne podręczniki i lektury. Nie od rzeczy będzie dodać, że w mieście było dużo sklepów różnych branż i to jak zaopatrzonych.
Miasto posiadało dwie lub trzy szkoły powszechne 7-klasowe, zawodową szkołę mechaniczną, no i nasze Państwowe Gimnazjum i Liceum im.  Mikołaja Kopernika. Szerzej o "naszej budzie" będzie w osobnym rozdziale. Było też Gimnazjum Żydowskie, jako że Polska stosowała zawsze  szeroko pojętą tolerancję narodowościową i religijną. Kierując się tymi zasadami, władze zezwoliły na istnienie ukraińskich instytucji kulturalnych "Ridnia Chata" i "Proswita".
Ton miastu naszemu nadawało przede wszystkim wojsko. Wojska było dużo. Był 23 Pułk Piechoty, 27 Pułk Lekkiej Artylerii, kadra zapasowa 19 Pułku Ułanów, no i SPRA - Podchorążówka Artylerii z Komendą Garnizonu. Po maturze byli do niej kierowani absolwenci z całej Polski, w tym i niektórzy maturzyści z naszego Gimnazjum. Wtedy chłopcy po maturze, zanim poszli na studia, szli do wojska, aby spełnić swój żołnierski obowiązek względem Ojczyzny. Serce się radowało i oczy bolały od patrzenia, gdy ci "chłopcy malowani" w sobotę i niedzielę wylegali na ulice miasta. Mundury leżały jak ulane, szable przy boku dzwoniły, a gdy "bili w dach" dusza rosła i radość rozpierała serce, że takich mamy obrońców, pełnych patriotyzmu i fantazji. Co dopiero podczas defilady, z okazji świąt narodowych... Konie szły jak baletnice, sprzęt artyleryjski lśnił jak ze srebra. Wtedy, całe miasto ustawiało się wzdłuż trasy przemarszu. Harcerskie drużyny męskie i żeńskie brały również udział w defiladach. Życie miasta było związane z wojskiem. Wojsko było witane kwiatami, gdy wracało z manewrów, wojsko brało udział we wszyskich akcjach społecznych, uświetniało swoimi występami wszelkie akademie z okazji Rocznic Narodowych, współpracowało z Harcerstwem i roztaczało nad nim opiekę. Rodzice naszych koleżanek i kolegów - wojskowi - należeli do Komitetów Rodzicielskich, opiekowali się młodzieżą.
Bo też na Wołyniu, na tych rubieżach naszego Państwa, potrzebna była ta więź, szczególnie tam gdzie trzeba było manifestować swoją polskość aby nie dać się zdominować innym narodowościom, które po cichu, a czasem głośno kwestionowały nasze prawo do tych ziem. Nastroje te dały znać o sobie w chwili wybuchu drugiej wojny w 1939 roku, zwłaszcza gdy klęska nasza stawała się nieunikniona.
Oprócz wojska duże znaczenie miało Harcerstwo. Przy każdej szkole były drużyny harcerek i harcerzy, przy powszechnych również drużyny zuchów. Podczas defilad widać było, jak liczne były zastępy harcerstwa. Naszą komendantką Hufca była najpierw druhna Zofia Kluczyńska, starsza pani, pamiętam jej szpakowate włosy wychodzące spod harcerskiego beretu. Miała rodzinę, córkę i syna, ale pomimo obowiązków związanych z prowadzeniem domu i wychowaniem dzieci, starczało jej sił i czasu na pracę społeczną. Potem funkcję tę przejęła "nasza Wanda" Skorupska, z domu Wachnowska, z zawodu adwokat i żona adwokata, która całym sercem oddana była harcerstwu, nam wszystkim, a przecież także miała obowiązki rodzinne i zawód który wymagał wiele pracy i czasu. Zawsze była z nami, przewodziła też nam podczas wszelkich uroczystości. Podczas defilad zawsze maszerowałyśmy przed wojskiem, jak przednia straż. Na czele Wanda "sadziła" marszowym krokiem, potem my ze sztandarem. Ja przeważnie nosiłam sztandar, a że Pan Bóg nie poskąpił mi wzrostu i siły, więc z daleka widać było jak wysoko nosimy ten nasz Sztandar z hasłem harcerskim "Bóg, Honor i Ojczyzna". Obok mnie kroczyły też wysokie dziewczyny: Wandzia Bidniewska, Hanka Hussakowska, dalej drużynowe i zastępowe z zastępami harcerek. Pamiętam Niusię Lewandowską, Halinę Suchodolską, Halinę Witkowską, Alinę Michnarównę, Czesię Pawlikówną, Krysię Jakubowską, Bronkę Lisiecką, Henię, Halinę i Czesię - siostry Holcówny i dużo jeszcze wspaniałych dziewczyn, które z dumą nosiły mundur harcerski, a potem wspaniale sprawdziły się w czsie wojny, walczyły, pracowały w konspiracji, zapełniały więzienia i wreszcie ginęły bohatersko, wszystko w imię patriotyzmu i umiłowania Ojczyzny. Muszę wspomnieć tu Irkę Sierakowską która zginęła w Powstaniu Warszawskim i Marysię Sokołowską zamordowaną przez nacjonalistów ukraińskich na Wołyniu. Paniętam też Halinę Sobolewską, harcerkę z jasnymi warkoczami. Ale pamięć ludzka jest zawodna - po tylu latach wiele z niej uleciało.
W defiladach brały oczywiście udział drużyny męskie. Przypominam sobie Tadka Bursztynowicza niosącego sztandar w mundurze marynarskim, jako że w drużynach harcerskich, zwłaszcza męskich, były różne sekcje, zależnie od zainteresowań, a więc żeglarska, krótkofalarska itp.
Od czasu do czasu urządzaliśmy wspólne ogniska harcerskie, gdy więc zaśpiewaliśmy wspólnie piękną pieśń ...

Płonie ognisko i szumią knieje,
    Drużynowa jest wśród nas.
    Opowiada starodawne dzieje,
    Bohaterski wskrzesza czas.
        O rycerstwie z nad kresowych stanic,
        O obrońcach naszych polskich granic.
        A z młodzięczej się pieśni wyrywa,
        Pieśń potężna, pieśń jak dzwon.


echo niosło się daleko i szeroko. Potem następowała gawęda na temat... O, "nasza Wanda", nasza komendantka była w tym niezawodna. Nie mijała się w tym względzie ze swoim powołaniem zawodowym. Potrafiła wzruszyć do łez, gdy temat był patriotyczny, jeśli lżejszy - także rozweselić do łez.
Aby zakończyć opis miasta, muszę wspomnieć o dużym, ładnie utrzymanym dworcu kolejowym, skąd pociągi odjeżdżały we wszystkich kierunkach.
Od niego wzięła nazwę długa ulica - Kolejowa. Idąc nią od dworca przecinało się szeroką, główną ulicę miasta, ulicę Marszałka Józefa Piłsudskiego i wchodziło na ulicę Farną. U zbiegu tych ulic stał kościół Farny. Ulica Piłsudskiego prowadziła do koszar 23 pułku piechoty,  przy niej - dużo sklepów i największy, najelegantszy sklep pana Waleriana Szurowskiego oraz apteka pana Kołomyjskiego, którego córka Irka też była wychowanką naszego gimnazjum. Idąc ulicą Farną dochodziło się do ulicy Konstytucji 17 Marca. Konstytucja ta wzbudziła wielkie nadzieje w społeczeństwie, dlatego ulicę która poprzednio nazywała się Uściłuską, bo jechało się nią do Uściługa - miejscowości połozonej nad Bugiem, gdzie Ługa wpada do Bugu, przemianowano na ulice Konstytucji.
Przy tej właśnie ulicy, na górce, stało nasze Gimnazjum. Piękna, duża i wspaniale utrzymana i prowadzona szkoła srednia, ale o niej - w innym rozdziale. Tą ulicą też można było dojść do koszar 27 PAL. Dużo kolezanek i kolegów - dzieci wojskowych - mieszkało w jednych i drugich koszarach. Z rana można było widzieć całe grupy tej młodzieży ciągnącej do szkoły. Ja mieszkałam w drugim końcu miasta przy ulicy Łuckiej i przyłączałam sie do innej grupy, ciągnącej od strony dworca kolejowego. Pamiętam Krysię Dąbkówną, Bronka Nosala, Gienka Popławskiego, szedł "Ściopa" Stefan Jurzyński, Jadzia Urbanowiczówna. Mijało się ulicę Owadeńską, przy której była elektrownia (potem ulica ta nosiła imię Pierackiego), dołączały się wtedy Hanka Ważyńska, Ela Gidzińska, Wala Gidzińska. Wesoła to była droga, chociaż długa, bo nie było tramwajów ani autobusów, a duże przestrzenie trzeba było pokonywać per pedes apostolorum. Ale cóż to znaczyło dla młodych ludzi? Był też większy park, różne skwerki i dużo zieleni. Żyło się radośnie i beztrosko, z nadzieją na przyszłość.
Opisane tu wspomnienia mogą nie być zbyt dokładne, może jednak ułatwią innym odtworzenie przeżyć i wyłowienie z pamięci tego, co było piękne, wzniosłe i takie niewinne. Tym piękniejsze że wiązało się z naszą młodością i zdołało ujść cało z pożogi wojennej.

Fragmenty wspomnień harcerskich, które jakoś szczególnie utkwiły w mojej pamięci nie tylko ze względu na swą ważnoś, ile ze względu na specyfikę okoliczności w jakich się wydarzyły lub też stanowiły szczególnego rodzaju przeżycia których się nie zapomina.
Był rok 1938. Panował pozorny spokój. Pozorny, bo "Anschluss" Austrii jakiego dokonał Hitler 13.3.1938 roku w imię zjednoczenia wszystkich  Niemców (ludzi mówiących niemieckim językiem) nie wstrząsnęło jeszcze na tyle światem, aby narody zdawały sobie sprawę z militaryzmu niemieckiego i z niebezpieczeństwa zagrażającemu Europie a nawet Światu. Jedynie Polska mająca przysłowiowe położenie "między młotem a kowadłem", wrażliwa na wszystko co sie dzieje w państwach sasiednich zaniepokoiła się tym faktem, to też inaczej odebrała ten manewr Hitlera. Nie czas było jednak wypowiadać swoich obaw w Lidze Narodów aby nie "prowokować" Niemców. Jednak grupy narodowościowe które były bardzo zróżnicowane zwłaszcza na Wołyniu, poczuły się pewniej i często w różnych okolicznościach objawiały swą niechęć, a nawet wrogość do Polski i do nas Polaków. Tak było podczas wydarzenia które mam zamiar opisać.
Rok 1938, wiosna. Hasło: Czcić Swięta Narodowe, propagować idee harcerskie w najszerszych środowiskach.W przeddzień któregoś ze świąt narodowych, prawdopodobnie rocznicy Konstytucji 3 Maja, otrzymaliśmy rozkaz naszej komendantki Hufca, Wandy Skorupskiej o wyżej wymienionym brzmieniu. Wszyscy muszą docenić to święto - skomentowała. Harcerki muszą pójść w teren do okolicznych wsi, zorganizować ogniska harcerskie. Program: krótka gawęda nawiązująca do znaczenia Święta, oczywiście pieśni harcerskie, całość powinna być urozmaicona jakimiś występami. Przyczym każdy zastęp pójdzie do innej wsi. Nie było czasu do stracenia, trzeba było szybko opracować jakiś program i wyruszać. Pomaszerowałyśmy do oddalonej o kilka kilometrów wsi, o ile sobie przypominam miała to być Kalinówka, zrozumiałe że szłyśmy z harcerską pieśnią na ustach. Dotarłyśmy względnie szybko, rozpaliłyśmy imponujące ognisko, zeszło się sporo mieszkańców a przede wszystkim dzieci. Wychodziłyśmy z siebie aby wszystko dobrze wyszło. Była nas niewielka grupa z zastępową, Czesią Pawlikówną na czele. Dwoiłyśmy się i troiły aby pokazać co potrafimy, śpiewałyśmy ile tchu i głosu w gardle, aby pieśni nie wypadły anemicznie. Wszystko się udało ale ognisko zaczęło przygasać. Nie było tak zwanej "podwody", która miała nas odwieść do Włodzimierza, nie było nikogo kto chciałby się nami zająć. Chodziłyśmy od domu do domu, a ściślej od chaty do chaty, ale albo drzwi były zamknięte albo koń chory, albo wóz zepsuty, albo gospodarz zmęczony... Cóż było robić? Harcerka nigdy nie traci ducha, zwłaszcza gdy ma poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Zastępowa wydała rozkaz: w dwuszeregu zbiórka, naprzód marsz!
Było dobrze po północy kiedy dobrnęłyśmy do Włodzimierza. Nie żałowałyśmy jednak tego. Nie żal trudu , gdy przyświecają nam wyższe cele.
Zosia Mrozowska-Talikowska, w owym czasie przyboczna zastępowej.


Obóz harcerski w Orżewie nad Horyniem w 1936 roku.

Komendantka obozu: druhna harcmistrz Wanda Skorupska, komendantka Hufca Harcerek we Włodzimierzu Wołyńskim.
Cieszyłyśmy się niezmiernie że jedzie z nami Wanda, bo nazwa miejscowości nic nam nie mówiła...Licho wie, co to za "kaczy dół", ale skoro jedzie z nami Wanda, to napewno będzie fajnie. Przyjechałyśmy o świcie pociągiem, a potem brnęłyśmy po kostki w piachu. Upał był niesamowity, pić nam się chciało, ale Wanda jak to Wanda dała rozkaz: "Drużyna Śpiewa". Co było robić? Wanda zaintonowała:

Na obóz jedziemy, hej!
Wszyskie mamy płaczą, ha!
Że już swoich córek - rum-ti-ra-di-ra
Nigdy nie zobaczą, uha-ha-ha-ha.
    Pamiętajże, Zosiu, hej!
    Nie chodź nigdzie sama, ha!
    Więcej odpoczywaj, rum-ti-ra-di-ra,
    To ci radzi mama, uha-ha-ha-ha.
Nie chodź na wycieczki, hej!
Bo błotniste drogi, ha!
Cóż ci z tego przyjdzie, rum-ti-ra-di-ra,
Że zamoczysz nogi, uha-ha-ha-ha.
    Nie chodź do strumienia, hej!
    Bo za wartko płynie, ha!
    Lepiej się już nie myj, rum-ti-ra-di-ra,
    Z tego nikt nie zginie, uha-ha-ha-ha.

Potem znowu:

Nie masz to jak na wycieczce,
Na zielonej trawce spać.
Deszcz ubranie wypierze, wiatr wysuszy,
Nie masz się tu czego bać.
    Najpiękniejsze życie w polu,
    Kiedy wicher w uszach gra.
    Lecz do tego od razu, oj od razu
    Skautem się urodzić trza.


Okolica pełna była naszych zachrypniętych głosów. Piasku w butach przybywało, pot zalewał nam oczy, plecaki ciążyły coraz bardziej, a my śpiewałyśmy bez opamiętania.
Nareszcie dowlokłyśmy się na miejsce. Przed nami rozpościerała się piękna polana na tle lasu, a w dali wiła się piękna wstęga rzeki Horyń. Miałyśmy chęć rozłożyć się na trawie, a następnie wejść do chłodnej wody. Nic z tego... Padł rozkaz Wandy: "Rozbijamy namioty". Zabrałyśmy się do wykonywania rozkazu, chociaż dość opornie i ociężale. Niestety, to nie było łatwe dla nowicjuszek. Niełatwo było je rozłożyć, rozpiąć, napiąć, przytrzymać kołkami, nazywanymi też "śledziami". Gdy wreszcie udało się nam uporać z namiotami, odetchnęłyśmy z ulgą i chciałyśmy rozłożyć się na trawie, ale... usłyszałyśmy następny rozkaz: "Robimy prycze". O Boże, cośmy się nabiedziły, bo okazało się że gwoździe wolały wchodzić w palce niż w drzewo, takie przewrotne to żelastwo. Gdy wreszcie wszystko było gotowe i zaczął zapadać zmrok, rozpaliłyśmy nasze pierwsze ognisko, wciągnęłyśmy flagę na maszt i całą piersią zaśpiewałyśmy:

"Wszystko co nasze Polsce oddamy..."
potem:  "Płonie ognisko i szumią knieje..."

Na zakończenie piękną pieśń harcerską, którą zwykle kończyło się ognisko:

Idzie noc, słońce już
    Zeszło z pól, zeszło z gór, zeszło z mórz,
    W cichym śnie spocznij już,
    Bóg jest tuż.


Gdy przycichły ostatnie słowa, które przechodziły w "mruczando", ognisko przygasło. Pełne wrażeń, ległyśmy znużone na naszych pryczach. Myliłby się jednak ten, kto by przypuszczał że z miejsca usnęłyśmy. Długo jeszcze dzieliłyśmy się wrażeniami i chichotały. Dopiero donośny głos Druhny Wandy: "Jeśli się nie uspokoicie, zrobię wam na wstępie nocny alarm", doprowadził nas do przytomności, bo na to, tego dnia, nie miałyśmy nastroju. Istotnie miałyśmy parę nocnych alarmów, ale jeden - ten pierwszy - szczególnie utkwił mi w pamięci.
Przed północą obudziła nas pobudka i wołanie: Alarm! Alarm! Zaczęłyśmy się szybko ubierać, następnie szamotać ze swoim ekwipunkiem. Wszystko się gdzieś pochowało, to nie było buta, to nie było chusty... Gdy wreszcie udało nam się jakoś wszystko jako tako zebrać, wypadłyśmy z namiotów jak z procy. Rozbiegłyśmy się po lesie. Co chwila rozlegało się "Stój. Aresztuję cię"! Połyskiwały latarki, jednym słowem - las zadrżał. Leśniczy - nie zorientowany, co się dzieje, wypadł z domu w bieliźnie, z rozwianym włosem, co lękliwsze zaczęły się trząść jak osika i szeptać jedna do drugiej, że duchy i że w lesie straszy. Odważniejsze rzuciły się na "ducha" i chciały go związać. "Duch" sie nie dał i - o dziwo, przemówił ludzkim głosem "Co się tu dzieje?" Na to wpadła druhna Wanda i sprawa się wyjaśniła. Ale ubaw z tego miałyśmy do końca obozu.
Innym razem zobaczyłyśmy po drugiej stronie rzeki grupę harcerek które rozbijały namioty. Bardzo to nas ucieszyło i zainteresowało skąd przybyły. Gdy dowiedziałyśmy się że z Warszawy byłyśmy zafascynowane; Warszawianki. Niemal popadłyśmy w kompleks niższości, czym my byłyśmy wobec tych dziewcząt ze Stolicy. Nic dziwnego że kiedy wychodziły przed namioty, wodziłyśmy za nimi oczami jak urzeczone. W końcu Wanda wytrącona z równowagi wpadła na nas prosto z mostu: "Jak wam nie wstyd? Stoicie jak słoneczniki i obracacie się do nich jak do Słońca. Jeśli nie przestaniecie, przemianuję was na zastęp słoneczników. One są takie same harcerki jak wy, obowiązuje je takie samo Prawo Harcerskie, a w ogóle harcerstwo to jedna wielka rodzina, niezależnie kto skąd pochodzi". To nas przyprowadziło do przytomności. "Aby wam to udowodnić - dodała - zaprosimy Warszawianki do nas na ognisko, będzie przyjemnie i napatrzycie się im do woli". "Tylko pamiętajcie, musicie się zachowywać swobodnie i nabrać pewności siebie. Nie zróbcie mi wstydu, - trzeba szanować swoją godność, szczególnie dotyczy to harcerek". Tak się też stało. Radość była wielka. Problem polegał jednak na tym, jak je przeprawić przez rzekę? Komendantka wykombinowała dwa kajaki, a ja z którąś druhną, równie wysoką i silną, przewiozłyśmy Warszawianki po kolei na naszą stronę. Trwało to dosyć długo bo rzeka była kręta i pełna wirów. Trzeba było odpowiednio operować wiosłem aby nie było wywrotki, przeprawa była jeszcze trudniejsza gdy trzeba było ją powtórzyć po ognisku. Ale wszystko się udało; ognisko, popisy i pieśni wypadły imponująco. Pierwsze lody zostały przełamane. Potem Warszawianki nas zaprosiły, ale my do nich już szłyśmy przez jakiś bardzo długi most, bodaj najdłuższy na Wołyniu, jeśli dobrze pamiętam.
Obóz był wspaniale zorganizowany, jak zwykle wszystko w czym brała udział, a właściwie organizowała Wanda. Każdy dzień obozu przebiegał zgodnie z planem. Rano gimnastyka, sniadanie, potem zajęcia lub wycieczki, obiad, czas wolny, jakieś gry i zabawy, dzień kończył się ogniskiem. W międzyczasie ponieważ było to lato - okres wakacji, korzystałyśmy z plaży i kąpieli. Każda z nas, na każdy dzień miała wyznaczoną funkcję.
Wanda, chociaż była dla nas serdeczna, opiekuńcza i z natury wesoła, lubiła śpiewać i pięknie prowadziła gawędy; miała u nas wielki autorytet - wszystkie czułyśmy dla niej wielki respekt. Pozwalała nam na rozrywkę, wesołość, ale wymagała przestrzegania regulaminu i porządku. Ileż razy, zwłaszcza na początku, robiła przegląd naszych namiotów, burzyła nasze posłania (nazywałyśmy to "nalotem"), aż nauczyłyśmy się słać pościel na pryczach "w kosteczkę", szybko organizować się na okrzyk "Alarm!", nie przekraczać wyznaczonych miejsc podczas kąpieli w rzece - złamanie tego zakazu groziło karnym raportem.
Przed zakończeniam obozu odbyły się tak zwane; biegi harcerskie. Byłto sprawdzian sprawności, inteligencji, znajomości historii harcerstwa, interpretacji Prawa Harcerskiego, orientacji w terenie, posługiwania się kompasem i mapą. Bo właśnie tego rodzaju wiadomości nabywało się podczas zajęć na obozie. Było to niejako podsumowanie tych osiągnięć. W konsekwencji otrzymywało się odpowiednie stopnie harcerskie. Większość z nas zdobyła I stopień - próbę "samarytanki", co dawało nam prawo do złotej lilijki na Krzyżu Harcerskim. Było to wielkie osiągnięcie. Nie od rzeczy będzie dodać że ponieważ same gotowałyśmy, to i w sprawach kulinarnych miałyśmy pewne osiagnięcia.
W końcu - jak wszystko w życiu - i nasz obóz dobiegł kresu. Nastąpiło uroczyste zakończenie; ostatnie ognisko, ostatnie tu pieśni harcerskie, ostatni apel. A gdy sciągałyśmy naszą Flagę z masztu, wszystkie miałyśmy łzy w oczach.
30.IV.1973. Perth. Zosia Mrozowska-Talikowska


Nasza buda

Państwowe Gimnazjum koedukacyjne im. Mikołaja Kopernika we Włodzimierzu Wołyńskim. Numer na tarczach - 708. Młodsze klasy nosiły tarcze niebieskie, starsze - amarantowe.
Budynek szkolny - był to duży gmach położony na górce - mógł śmiało konkurowac z niejedną "szkołą tysiąclecia". Na piętrze mieściły się sale lekcyjne dla klas młodszych, na parterze - dla starszych. Klasy były duże, o dużych oknach. Na piętrze były różne pracownie naukowe, kaplica oraz aula, gdzie odbywały się różne imprezy i gdzie na podium wręczano świadectwa najlepszym uczennicom i uczniom oraz arbiturientom kończącym gimnazjum. Całość była utrzymana w najlepszym porządku, a długoletni woźny pan Sobczyk dbał o czystość i pilnie baczył aby wypadająca na przerwę młodzież nie obijała ścian itp. Nad całością i organizacją życia w szkole czuwał dyrektor oraz "Ciało Pedagogiczne". Niemałą też rolę odgrywał Komitet Rodzicielski, który ofiarnie pomagał naszym pedagogom w sprawowaniu opieki nad wychowankami Gimnazjum. Widać było że wszyscy dbają abyśmy czuli się w szkole dobrze i mieli odpowiednie warunki do nauki.
Gdy wstąpiłam do Gimnazjum w 1933r, obowiązki dyrektora objął pan Leon Kisiel. Z wyglądu raczej niepozorny, szczupły, ale gdy na kogoś spojrzał, podswiadomie wyczuwało się wielki autorytet. Jeszcze słyszało sie wspomnienia o poprzednim dyrektorze p.Niźnikiewiczu i Prefekcie ks.Szpaczyńskim, już nowy dyrektor zaskarbiał sobie coraz większy szacunek. Był ciągle wśród nas, podczas przerw spacerował wzdłuż korytarza, lekko pochylony i jakby zamyślony. Wydawało się że na nikogo nie patrzy, ale czuło się że nic nie ujdzie Jego uwadze. "Dyro" nigdy nie podnosił głosu, ale gdy zwracał komuś uwagę swoim przytłumionym głosem, było to tak autorytatywne, że każdy stał ze spuszczoną głową i nikomu nie przyszło na myśl, aby się bronić. Bywał jednak i wesoły. Uczestniczył we wszystkich uroczystościach i zabawach.
Dyrektor Kisiel wykładał język polski i historię. Potrafił tak interesująco prowadzić lekcje, że nawet sucha gramatyka była ciekawa. Był on wspaniałym znawcą wykładanych przedmiotów, umiał cytować różne wiersze i urywki z literatury. Czasem, chcąc nas trochę odprężyć robił jakieś satyryczne wstawki; śmieliśmy się wtedy serdecznie, ale gdy spoważniał i chrząknął, wiedzieliśmy, że pora znowu się skupić i wrócić do tematu. Miał duże wyrozumienie dla młodzieży, ale też ściśle przestrzegał zachowania zgodnego z regulaminem. W szkole panował rygor, obowiązywały mundurki, fartuszki, białe kołnierzyki, no i tarcze. Właśnie - tarcze; nosiło sie je bez żadnych oporów, ba, nawet każdy był dumny że może je nosić. Dopiero po latach zdaliśmy sobie sprawę jak wiele dla nas znaczył nasz Dyrektor, ile Mu zawdzięczamy. Niestety tak w życiu bywa że dopiero z perspektywy czasu jest się w stanie ocenić wartości, które preminęły. Toteż wiadomość o śmierci Dyrektora Kisiela z rąk okupanta w czasie wojny, bardzo nami wstrząsnęła, chociaż dowiedzieliśmy się o tym dopiero po wojnie.
Bardzo kochanym przez młodzież był też - od lat już nieżyjący - "Dziadzio" Filarski, stary pedagog, dusza człowiek, oddany bez reszty młodzieży i rozmiłowany w swoim przedmiocie który wykładał; w matematyce. Studia kończył w Rosji, nietrudno to było zauważyć, gdyż mówił z typowo rosyjskim akcentem. Gdy wywołał koleżankę która miała na przykład, uzasadnić którąś z cech przystawania trójkątów a te trójkąty wcale jej nie chciały przystawać, Dziadzio zwracał się wtedy do kolegi: "Nu wot, pomóż koleżance rozebrać się w trójkącie". A gdy i temu nie szło, Dziadzio zniecierpliwiony mówił: "Nu wot, ja dziesięć razy tobie mówił, że na lekcji trzeba uważać, a tak dostaniesz pałę - nu wot". Często kończyło się na pogróżce, bo Dziadzio miał niezwykle miękkie serce. Często nawet nam, tak chętnie wykorzystującym dobre serca profesorów, robiło się smutno i wstyd, że Dziadzia zawiedliśmy...
Dużym autorytetem w Gimnazjum cieszył się też profesor Bojarczuk, polonista. Wprawdzie w mojej klasie nie uczył, ale znaliśmy Go wszyscy i szanowali. Po latach, gdy kiedyś profesor Zinn, mówiąc o zabytkach Zamościa wspomniał że miał przyjemność poznać dyrektora tamtejszego gimnazjum, profesora Bojarczuka, wielce zasłużonego dla odbudowy zamojskich zabytków, miłośnika i znawcę kultury i sztuki, - było nam bardzo przyjemnie, przecież to był nasz nauczyciel i wychowawca, który tyle dobrego wszczepił w umysły włodzimierskich gimnazjalistów. Byliśmy z Niego dumni.
Ze starej generacji nauczycieli pamiętam też - już od lat nieżyjącego profesora Żebrowskiego, zwanego "Lutrem". Nie szukaliśmy uzasadnienia tej nazwy, bo to dla nas nie było ważne, ale dla nas to był zawsze "Luter" i już. Wykładał łacinę. Kochał swój przedmiot i wszystko co z nim związane, więc historię starożytną, sztukę, mitologię - lubił o tym opowiadać. My wiedzieliśmy o tym; umieliśmy to wykorzystywać. Gdy tylko wszedł do klasy i rozłożył dziennik, zaraz podnosił się z ławki któryś z dobrych uczniów, aby zagaić coś na temat... Luter czuł się wtedy w swoim żywiole i opowiadał, a że miał duży zasób wiadomości i opowiadać umiał, oprócz satysfakcji z uciekającej lekcji mieliśmy korzyść z poszerzania swoich wiadomości o świecie antycznym. Gdy jednak zreflektował się że za dużo czasu stracił, bo lekcja miała się ku końcowi, wtedy zaczynał gorączkowo przepytywać i wtedy biedak rozumiał, dlaczego tak pilnie interesowaliśmy się historią starozytną. Często jednak przychodził z nastawieniem defensywnym i szybko likwidował nasze "zaczepki".
Wtedy do głosu dochodziły deklinacje, koniugacje, tłumaczenia tekstów łacińskich, słówka na wyrywki fruwały w powietrzu, heksametry Horacego skandowaliśmy jakby kto w ławkę walił młotkiem. Często jednak wychodziło na jaw nasze niedouczenie, nasze traktowanie łaciny jako "martwego języka", przeciwko uczeniu się którego buntowaliśmy się w duchu. Jeśli jednak czytając np. "Hannibal ante portas..." rozumieliśmy że Hannibal nie był przeciwny spodniom, to uważaliśmy że nie jest tak źle. Jakże często po latach żałowało się straconych lekcji, gdy okazało się że nawet jaka taka znajomość łaciny była wielkim osiągnięciem. No cóż, "errare humanum est".
Ze starszych profesorów, których mniej znałam, bo nie wykładali w naszej klasie, ale cieszyli się szacunkiem pamiętam prof. Paska, "madame" Jarmolukową, prof. Pelczarskiego (w którejś klasie uczył nas historii), prof. Sotniczuka, łagodnego i dobrodusznego nauczyciela śpiewu i języka ukraińskiego. Chciał nas bardzo umuzykalnić, toteż mieliśmy w gimnazjum chór.
Z młodszej generacji pamiętam profesorkę (tak nazywaliśmy ciało pedagogiczne rodzaju żeńskiego), Jadwigę Wójtowiczówną "Jagę". Wysoka, szczupła, wesołego usposobienia ale o stanowczym wyrazie twarzy. Uczyła nas historii i geografii. Miała swój specjalny sposób nauczania.  Nigdy nie pytała z bieżącej lekcji, tylko "jeździła" po materiale na całego. Ileż to łez się wylało, zanim wdrożyło się w jej system. Bo czyż można mieć całą historię Nankego w pamięci, albo cały atlas geograficzny i wiadomości z tego przedmiotu w głowie? Trzeba było bardzo "liczyć się ze słowami". Bo niech tylko ktoś zaczął np. odpowiadać na temat od słów "Po powstaniu...", wtedy się zaczynało: "po jakim powstaniu? w którym roku? na jakim tle? Biada temu, kto tego nie przewidział. Grunt, zdawało się, zapadał się pod nogami a widmo dwóji wirowało przed oczyma. I rzeczywiście... do uszu dobiegało spokojne ale zdecydowane: "Dziękuję". Ile buntów wewnętrznych się przeżyło, że "piła", że się "uwzięła", że się na pewno uprzedziła, ale cóż nie było innej rady, trzeba się było przystosować do jej wymagań. Dzisiaj gdy człowiek jakoś się "rozbiera" (mówiąc jezykiem profesora Filarskiego) w historii czy geografii, wielka to zasługa pani profesorki Wójtowiczówny. Wielka szkoda że nie ma Jej wśród żywych.
W wielkiej przyjaźni z prof. Wójtowiczówną "Jagą", była prof. Jadwiga Smoleniówna, która potem, po zamążpójściu, nosiła nazwisko Kieresowa. Prowadziła wychowanie fizyczne. O, nie łatwo było mieć piątkę z tego przedmiotu. Trzeba było wykazać się dużą sprawnością fizyczną, tudzież starannością w wykonywaniu ćwiczeń, mieć w porządku kostium gimnastyczny, a nade wszystko - broń Boże - nie dać poznać, że się lekceważy ten przedmiot. Była miła i serdeczna dla starających się, ale surowa dla opieszałych. To też skakałyśmy przez kozły, koziołkowały na materacach, a trzeba dodać że salę gimnastyczną mieliśmy piękną, dużą i dobrze wyposażoną we wszelki sprzęt gimnastyczny. Dzisiaj, gdy kładzie się taki nacisk na sport i przywiązuje taką wagę do kondycji fizycznej, myślę że pani prof. Smoleńiówna-Kieresowa już wtedy to doceniała, a poza tym jako prowadząca ten przedmiot czuła sie za to odpowiedzialna i wymagała aby był traktowany na równi z innymi. W międzyczasie prowadziła z dziewczętami, jak nas nazywała, lekcje wychowawcze. Każda z nas winna była napisać lub wygłosić coś na temat. Trzeba było przedtem przewertować jakis "podręcznik dobrego tonu", lub coś w tym rodzaju. Jak z tego wynika, dbało się wtedy nie tylko o rozwój umysłowy i fizyczny, ale i o dobre wychowanie.
Wychowawczynią naszą była pani prof. Zbucka. Niewysoka, drobna ale wielka duchem. Wielkie też miała serce, aby nas wszystkich pomieścić.  Interesowała się wszystim co dotyczyło nas, jej podopiecznych. A więc - jak mieszkamy, czy mamy warunki do nauki, jakie jest nasze zachowanie poza szkoła. A zachowanie było różne, czasem odbiegało się trochę od regulaminu szkolnego, czasem próbowało sie "wkręcić" na film niedozwolony, czasem pech chciał, że spacerując z "podchorążakiem" natknęło sie na któregoś z profesorów lub nieopatrznie dało się złapać na korzystaniu podczas klasówki za ściągawki.
Jakże to były niewinne przestępstwa, gdy się na to patrzy z perspektywy lat i w zestawieniu z dzisiejszą liberalizacją dyscypliny w szkołach. Mimo to jak wiele trzeba było wyrozumienia ze strony wychowawców, aby te "wybryki" nie psuły opinii klasy ani uczennicy. Od naszej wychowawczyni dostawało się reprymendę, ale na posiedzeniach Rady Pedagogicznej walczyła o nas jak lwica. Pamiętam raz, podczas jakiejś wycieczki w Lublinie, szło nas parę dziewcząt roześmianych, za nami nasza profesorka, p. Dyrektor i jeszcze ktoś z profesorów, przed nami paru chłopców ze Szkoły Lotniczej, równie wesołych. Nagle któremuś z nich przyszedł szalony pomysł, aby do nas podejść. Zauważyła to nasza prof. Zbucka i zaraz się przyłączyła; chłopcy się speszyli, ale jeden z nich szybko znalazł argument, że ja jestem jego kuzynką, że dawno nie widzieliśmy się, jak tam w rodzinie itp. Pani Zbucka spojrzała wymownie, ale udała że wierzy, dodała tylko z naciskiem; "Za rogiem pożegnasz swojego kuzyna, bo już idziemy na kwaterę", po czym wróciła do grupy profesorów. Jakże byłam jej za to wdzięczna, bo miałam duszę na ramieniu. Ciągle spotykaliśmy się z jej życzliwością, dlatego należy się jej od nas wiele serdecznych wspomnień. /Zaczepianie dziewcząt na ulicy, w tamtych czasach było naganne. Jacek Talikowski/
Należy też wspomnieć o profesorze Budzyńskim, fizyku który nigdy nie chciał nikogo "pogrążyć", organizował dodatkowe lekcje aby wyciągać słabeuszów, toteż był bardzo lubiany. Było jeszcze wielu profesorów "z prawdziwego zdarzenia".
Nad moralnością w szkole czuwał ksiądz Prefekt Hipsz. Wysoki blondyn, zawsze zadbany, ilekroć spojrzało się na niego w oczy rzucała się biała koloratka (tak chyba nazywał się biały sztywny kołnierzyk) i białe nieskazitelne mankiety wystające spod rękawów sutanny. Uczył nas oczywiście religii. Tu trzeba dodać że w gmachu gimnazjum była piękna duża kaplica do której uczęszczaliśmy w niedzielę na nabożeństwo oraz na doroczne rekolekcje. Nasz Prefekt organizował je bardzo starannie, zapraszając za każdym razem innych księży, zakonników lub misjonarzy obeznanych z młodzieżą i umiejących do młodzieży przemawiać. Przedmiot swój ks. Prefekt traktował bardzo poważnie, a gdy uczyliśmy się historii Kościoła, nierzadko i dwóje się sypały. Dowiedzieliśmy się jednak jak bardzo historia Kościoła wiąże się z historią ogólną. Do dziś pamiętam brzmiące jak szyfr pierwsze litery następujących po sobie soborów, a brzmiało to tak: "NI, KO, EF, HA, KO, KO, KON, BA, FER, LA, TRY, WA", tzn. że pierwszy był Sobór Nicejski, a ostatni Watykański. Należało znać datę, miejsce i co na tych soborach postanowiono. Ksiądz Prefekt Hipsz towarzyszył nam wszędzie, przychodził na wszystkie uroczystości, występy, nawet podczas zabaw przechadzał się po korytarzu, to samo podczas przerw międzylekcyjnych. Chodził jakby w zamyślemiu ale oczu jego nie uszło żadne niewłaściwe zachowanie. Raz pamiętam, poprosił mnie na stronę i bardzo oględnie aby mnie nie urazić, zaczął: "Któryś z profesorów (zapewne urażony w swojej skromności) prosił, aby mi zwrócić uwagę, że siedząc w pierwszej ławce nie pamiętam aby kolana były zakryte". Ks. Prefect dodał od siebie, że wie, iż ja tego nie robię umyślnie, tylko po prostu bezwiednie, ale prosił abym o tym pamiętała. Byłam bardzo zażenowana, nawet skruszona, w następstwie czego w chwili wejścia któregoś z profesorów odruchowo cofałam nogi głeboko pod ławkę.  Wtedy koleżanka siedząca za mną syczała wściekła,"Do jasnej Anielki weź te giczały, bo nam się pomylą".
Dzięki takiej opiece wszystkich czynników pedagogicznych w naszym Gimnazjum "nic się nie działo". Może także dlatego że mieliśmy dobrze zorganizowany czas i różne pola do popisu. Istniały różne kółka zainteresowań, tak o charakterze naukowym jak i sportowym. Było duże boisko sportowe, które w zimie zamieniało sie w specjalnie przygotowane lodowisko. A nade wszystko było - Harcerstwo. Drużyna żeńska i męska, obie pracowały bardzo aktywnie aby nas wychować w duchu patriotycznym i społecznym, przy silnym poparciu ze strony Dyrekcji Gimnazjum, Komitetu Rodzicielskiego, władz wojskowych i całego społeczeństwa włodzimierskiego.
Na tym kończę swoje wspomnienia o "naszej budzie", i ludziach z nią związanych. Należy powiedzieć; "Cześć ich pamięci". Chociaż pamięć czasami zawodzi, ale są sprawy które zachowa mimo upływu czasu. Niezapomniane na pewno są wspomnienia z lat szkolnych, lat młodości.

Rok 1973.           Zosia Mrozowska-Talikowska




przejdź do początku

Komentarze (3)

    • avatar
    • Pawel Mrozowski
    • napisał(-a) 2017-08-26
    Witam... moja rodzina pochodzila z okolic wlodzimierza wolynskiego.. dziadkowie nazywali sie Longin i Jadwiga Mrozowscy.. byc moze zbierznosc nazwisk a byc moze jestesmy w jakis sposob spokrewnieni .. w razie co prosze o kontakt 731 661 966
    • avatar
    • Tadzimierz
    • napisał(-a) 2014-02-11
    cyt."Ulica Piłsudskiego prowadziła do koszar 23 pułku piechoty, przy niej - dużo sklepów i największy, najelegantszy sklep pana Waleriana Szurowskiego oraz apteka pana Kołomyjskiego..." a też na tej ulicy Piłsudskiego była wędliniarnia A.Szelengowicza, gdzie można było kupić 10 dkg wspaniałych "rozmaitości" -może ktoś, coś pamięta na ten temat - pozdrawiam Tadzimierz
    • Jacek Talikowski
    • napisał(-a) 2013-03-17
    Zosia Talikowska, pokonana przez raka, zmarła 10 listopada 2001 roku w Perth, Zachodnia Australia. Dusza jej odleciała na Wołyń, a prochy zostały rozsypane na wiatr. Symboliczny grób jest na cmentarzu na Karrakacie w Perth. Żyje w naszej pamięci.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku