Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2014-04-01 12:30:25
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Zosia Mrozowska-Talikowska

Wojna i po wojnie

                                                   Rok 1939 - Wojna!

" O roku ów, kto ciebie widział w naszym kraju". Tak pisał nasz Wieszcz w "Panu Tadeuszu" o roku 1812. My, którzy przeżyliśmy wojnę, możemy tak powiedzieć o roku 1939 z tą różnicą, że rok 1812 budził nadzieje narodu, zaś 1939 je burzył. Od chwili dojścia Hitlera do władzy narastały niepokoje, chociaż nie wszyscy zdawali sobie sprawę z zagrożenia, albo nie chcieli tego dostrzec.
My, Polacy, coraz bardziej wyczuwaliśmy nadchodzące zagrożenie i nasz Rząd próbował uświadomić to innym państwom, ale był to przysłowiowy "głos wołającego na puszczy". Mimo toczących się rozmów dyplomatycznych i samouspokajania się że "Niemcy się nie odważą" - napięcie wzrastało. Na wiosnę 1939 roku w "Głosie Prawdy", który prenumerował mój ojciec, ukazał się wiersz, jakże wymowny w swej treści:

"Jest coraz spokojniej, gorączka opada,
I nawet o wojnie coraz mniej się gada,
Podniecenie gaśnie, ale ludzie wróżą,
Że ten spokój właśnie, to cisza przed burzą".


Szóstego sierpnia, w rocznicę wymarszu Pierwszej Kadrowej z Krakowa, odbył się w Krakowie na Błoniach zjazd Legionistów. Byłam tam z Rodzicami, jako że mój Ojciec był Legionistą, służył w I Brygadzie. Były to bardzo podniosłe uroczystości, zainaugurowane Mszą św Polową. Po Mszy przemawiał Rydz-Śmigły. W jego przemówieniu znalazły się znane i różnie przez różnych komentowane słowa: "Nie oddamy naszej Ojczyzny, nie oddamy nawet guzika od munduru". Nie wnikając jednak w sferę psychologiczną tego przemówienia celem podniesienia ducha w Narodzie, nawet jeśli Marszałek Rydz-Śmigły zdawał sobie na pewno sprawę z niedostatecznego przygotowania do starcia z takim potencjałem militarnym jaki reprezentowały Niemcy, to przemówienie to było bardzo piękne i podniosłe. Na zakończenie wszyscy odśpiewali Rotę, "Nie rzucim ziemi skąd nasz ród...".
1 września 1939 roku "Niemcy się odważyli". Byłam jeszcze u mojego dziadka pod Kielcami, gdzie spędziłam wakacje, gdy nad ranem usłyszałam metaliczny warkot samolotu. Wybiegłam na próg i nagle dały się słyszeć dwie potężne detonacje. Po chwili okazało się, że były to dwie bomby zrzucone na Fabrykę Odlewów Żelaznych, założoną jeszcze przez Stanisława Staszica. Bomby nie poczyniły szkód w budynkach, tylko na terenie zostawiły dwa olbrzymie leje. W międzyczasie nastawilam radio i niemal jako uwerturę do mających nastąpić faktów - Niemcy nadawali szokujące Polskę wiadomości. Brzmiało to: "Tu radio Breslau", tytuł audycji: "Czy to nie jest dziwne"? Oburzona wyłączyłam radio, ale niepokój stał się nie do pokonania. Wkrótce potem Polskie Radio podało że: "dzisiaj nad ranem Niemcy rozpoczęły bombardowanie ziem polskich, a więc wojna się zaczęła!". W radio usłyszałam apel Ministra Obrony Narodowej, wzywający do niepoddawania się panice i obejmowanie wyznaczonych na wypadek zaistniałej sytuacji stanowisk. Harcerze i harcerki oraz ci którzy przechodzili przeszkolenie w PW zgłaszali się do odpowiednich punktów i wypełniali poruczone im zadania. Niezwłocznie zgłosiłam się do Hufca Szkolnego PWK w Kielcach i tam powierzono mi służbę przy herbaciarni kolejowej. Przez Kielce, stację węzłową, przejeżdżało dużo wojska, wydawaliśmy więc żołnierzom kawę, herbatę, chleb i to co nam przydzielono. Wkrótce potem zaczęły przyjeżdżać transporty rannych i tu trzeba było pomagać. Miałyśmy więc ręce pełne roboty. Po służbie szłyśmy na miasto, aby tam opiekować się ludnością podczas alarmów.
Początkowo była to trudna praca; gdy dała się słyszeć syrena alarmowa, ludzie wybiegali na ulice, dzieci przysłaniały oczy aby zobaczyć samoloty, trzeba było niemal siłą wszystkich zgarniać do schronów lub chociaż do bram. Sytuacja uległa zmianie gdy padły pierwsze bomby, wtedy ludzie wpadali w panikę, gnietli sie przy wejściach do schronów i piwnic, kobiety mdlały, dzieci płakały. Wtedy trzeba było opanować sytuację, wprowadzić porządek, mdlejących ratować, dzieci uspokajać, a wszystkich podtrzymywać na duchu i pocieszać.
Nie trwało to jednak długo i tym razem, nie tak jak w Ewangelii - " na początku" - ale na końcu był chaos...
Wszystkich zelektryzowała wiadomość, że Niemcy tuż, tuż... i lada moment zajmą Kielce. Ludzie pakowali co cenniejszy dobytek, chociaż często było odwrotnie, i porwani owczym pędem uciekali na wschód. Nasza funkcja na razie była skończona. Ja również z moim kuzynem wyruszyłam w drogę na wschód. Miałam tam rodziców, więc nawet czułam się w obowiązku połączyć się z nimi. W drodze przekonałam się, jak niefortunna była ta ewakuacja, ten exodus, nieomal na oślep. Drogi były zatarasowane uciekinierami, którzy na rowerach, furmankach, samochodach - dopóki starczyło benzyny, a nawet pieszo, posuwali się, byle dalej. Hamowało to ruchy wojska, które musiało z trudem omijać te tłumy, a Niemcom ułatwiało bombardowanie. Cel był widoczny, więc zniżali się ile tylko było można i tłukli bez litości, nawet z karabinów maszynowych. Tu ukłon w kierunku chłopa Polskiego; podczas gdy ludność miejska uciekała, chłopi czynili swoją powinność. Pracowali w polu, wykopywali ziemniaki i tylko w czasie bombardowania padali na ziemię, do której od wieków mieli kult i przywiązanie.
Droga była więc bardzo trudna, właściwie tylko nocami można było się posuwać. Wokół wybuchały pożary, pozostawały zgliszcza. Aż serce bolało, jak się na to patrzyło. W końcu dojechaliśmy do Bugu i przez most na którym stali nasi oficerowie i żołnierze przejechaliśmy przez Bug. Dużo było tam naszego wojska, jako że na lini Bugu szykowała się jeszcze defensywa. Spotkałam oficerów z 23, 27 pułku, i chłopców z Podchorążówki z Włodzimierza. Jechał Lolek Dębicki i inni koledzy, którzy odbywali w tym roku służbę w Szkole Podchorążych. Nikomu na myśl nie przyszło, że koniec niektórych jast tak bliski...
A więc - za Bugiem. Jak wiele się tam przeżyło, a ilu z nas nie przeżyło... Jak często żałowało się tego nierozważnego kroku, ilu cudem wyszło z opresji, należałoby to opisać w osobnym rozdziale.
W roku 1941 udało mi się wrócić z Rodzicami do Kielc, gdzie panowała okupacja niemiecka, twarda, okrutna i rownie bezwzględna.



                                Z deszczu, pod rynnę. Okupacja 1940 - 1944.

Po wielu przejściach udało nam się zarejestrować i znowu przejechać Bug. Byliśmy więc już z tej strony. Sprawiła to komisja niemiecka która na podstawie porozumienia Ribbentrop-Mołotow zabierała swoich rodaków, a także uchodźców polskich którzy w czasie działań wojennych uciekli na wschód Polski. Pierwszym etapem i niejako "pierwszym chrztem", podczas którego zetknęliśmy się z okupantem niemieckim była kwarantanna w Chełmie. Zostaliśmy umieszczeni w budynku szkolnym. Pozornie nic się tam nie działo, panowała cisza i porządek iście niemiecki, ale była to dalsza "droga przez mękę". Otrzymaliśmy posiłek, a jakże, potem w obawie przed wszawicą i epidemią zmywano nam głowy jakimś roztworem, po którym mieliśmy oparzenia na głowach, potem podobnie dezynfekcyjnym płynem otrzymaliśmy solidny prysznic.
W końcu stawało się przed komisją. Tu działy się następne tragedie. Ludzi starszych wypuszczano, młodym przybijano pieczątkę na dłoni i kierowano do podstawionych ciężarówek, którymi wywożono ich na roboty do Niemiec. Tym samym odrywano młodych ludzi od rodziców, żony od mężów, był wiec "płacz i zgrzytanie zębów", ale to nic nie pomogło. Mnie, a także Mirce, mojej koleżance, udało się uniknąć tego losu, bo dzięki bardzo wymagającej naszej profesorce od niemieckiego, nawet taka przeciętna uczennica jak ja, mogła dawać sobie zupełnie dobrze radę z językiem. Gdy mimo tych przejść, no i z radości że udało mi się uniknąć pieczątki, uśmiechnęłam się, siedzący obok oficer niemiecki powiedział: "Nie bądźcie głupie, tu nie będzie wam wesoło". To wiedzieliśmy wszyscy, uśmiech był całkowicie podświadomy i wywołany satysfakcją że mimo tragedii okupacji będziemy między swoimi. Pojechaliśmy do Kielc, gdzie mieliśmy najbliższą rodzinę. W kielcach szybko i z niemałym zadowoleniem przekonaliśmy się, że Naród nasz, jak zawsze w historii, nie dawał się pokonać. W lasach istniała ciągle wzrastająca w siłę partyzantka, która organizowała liczne sabotaże: raz wypuściła z więzienia wszystkich więźniów politycznych, rekwirowała żywność dla partyzantki, tropiła i likwidowała konfidentów (kolaborantów), itp. Działała też konspiracja. Były wydawane gazetki-biuletyny, wiele było ukrytych radio-odbiorników, mimo surowej za to kary. U nas w domu był atlas geograficzny Romera. Mój ojciec na podstawie biuletynów, ołówkiem znaczył przebieg działań wojennych. Wszyscy z resztą śledzili co się dzieje na frontach. Działały też komplety tajnego nauczania. Niemałą rolę odgrywał Kościół. Kuria Biskupia, pod pozorem pracy charytatywnej wspomagała konspirację i rodziny aresztowanych. Wielkim patriotą był ksiądz biskup Kaczmarek, także sufragan ksiądz biskup Sonik, ks. dr. Sobalkowski, którego tytułu w hierarchii kościoła dokładnie nie pamiętam, ale pamiętam jego patriotyczne kazania, ks. kanonik Jaroszewicz oraz proboszcz katedry kieleckiej ks. Brzozowski, który po kazaniu zakończonym słowami: "Niech zawsze na polskiej ziemi kwitną białe malwy i czerwone maki", został aresztowany przez gestapo i wywieziony do obozu koncentracyjnego. Ten sam los spotkał ks. dr Sobalkowskiego i wielu innych księży. Wielu z nich już nie powróciło. Ks. dr Sobalkowski, po latch, po śmierci ks. biskupa Kaczmarka został wyświęcony na biskupa Kurii Kieleckiej i podczas Mszy świętej pontyfikalnej odprawionej w Częstochowie na Jasnej Górze upadł przy ołtarzu na atak serca.
Trzeba dodać że po wojnie wszyscy ci dostojnicy Kościoła mieli wytoczony proces polityczny szkalujący ich dobre imię, zamiast odznaczeń za patriotyczną postawę wobec okupanta. Reportaże z przbiegu procesu referowała dziennikarka Wanda Odolska. Czyniła to z wyjątkową gorliwością i wyjątkowo zjadliwie. Całe społeczeństwo, zwłaszcza kieleckie, było bardzo wstrząśnięte tym procesem i oburzone. Ja miałam szczęście znać tych wspaniałych ludzi, bo w czasie okupacji w 1942 pracowałam w księgarni i drukarni "Jedność", która była pod patronatem Kurii Biskupiej i mieściła sie w budynku obok katedry. Dyrektorem księgarni był człowiek bardzo wykształcony, zaprzyjaźniony z ks. biskupem i dostojnikami z Kurii, którzy odwiedzali go w jego gabinecie. Z drukarni wychodziły też "gazetki". Ta atmosfera i działalność patriotyczna budziła wściekłość okupanta. Toteż Polaków ujętych podczas akcji bojowych i sabotażowych traktowano ze szczególnym okrucieństwem, posuwając się nawet do zakopywania żywcem i palenia w szopach, nie mówiąc o wieszaniu. "Arbeitsamt" rozsyłał wszystkim młodym tzw. "czerwone karty", na wyjazd na roboty do Niemiec, a jeśli ktoś się nie zgłosił, wyciągano z domów. Na ulicach urządzano łapanki. W każdym Polaku widziano "polskiego bandytę".
Ja też dostałam "czerwoną kartę", musiałam się więc ukrywac. Pewnego razu otoczyli dzielnicę i aresztowali mojego ojca, który też pracował w konspiracji. Ja również włączyłam się do prac konspiracyjnych, zajmując się kolportażem prasy podziemnej. Organizacji udało sie wyciągnąć ojca z więzienia, ale nasz punkt był spalony. Wyjechałam do Warszawy. Zamieszkałam u moich kuzynów na Lipowej, ale i tam wkrótce była wsypa. Na temat życia i walki z okupantem w Warszawie napisano wiele tomów, a ja byłam jedną z szarych ludzi poddanych presjom psychicznym, narażonych na represje i wszystkie niebezpieczeństwa ze strony prześladowców. Panująca jednak wówczas solidarność i duch w narodzie dodawał otuchy i siły do przetrwania. Jakkolwiek byłam uczestnikiem konspiracji, w Powstaniu Warszawskim nie brałam udziału, bowiem przed Powstaniem wyszłam za mąż i wyjechałam z mężem poza Warszawę. Niczym się też szczególnym nie odznaczyłam, raczej była to służba pomocnicza, ale starałam się zawsze zachować postawę godną miana harcerki.
Zachowanie ducha harcerskiego zawdzięczam ludziom, którzy potrafili nam te ideały zaszczepic. Wielu z nich odznaczyło się wielkim bohaterstwem, często bezimiennym, i za to Im chwała.
30.IV.1973 r. Zosia Talikowska, wówczas Mrozowska.



                                                  Po latach znowu razem.

Wybuch wojny w 1939r rozproszył wszystkich nas Polaków po świecie, rozproszył też nas - wychowanków Gimnazjum Włodzimierskiego. W czasie okupacji rzadko spotykało się kogoś z naszych. Dopiero po roku 1945, po zakończeniu wojny, ludzie zaczęli wracać do kraju,do rodzin, zaczęli poszukiwać bliskich i znajomych. Wśród nas też znależli się tacy, którzy zainteresowali się odnowieniem więzi koleżeńskich.
Pamiętam pierwsze spotkanie w 1956r w mieszkaniu naszego kolegi Tadeusza Bursztynowicza w Warszawie, wówczas dyrektora Operetki Warszawskiej. Było to z okazji przyjazdu prof. Filarskiego "Dziadzia" do Warszawy. Przyjechała nas wtedy spora grupa z różnych stron: z Lublina, Wrocławia i innych miast. Staliśmy wszyscy w skupieniu, wyprostowani jak w klasie, gdy w drzwiach ukazał się "Dziadzio". Przygotowaliśmy Mu wielką owację. Profesor był ogromnie wzruszony i o dziwo; - wielu nas pamiętał z nazwiska. My też byliśmy bardzo wzruszeni. "Dziadzio" uosabiał wszystkich naszych pedagogów.
Wszyscy zapragnęli dalszych spotkań koleżenskich. Tradycją naszego gimnazjum byo spotkanie w okresie Bożego Narodzenia. Postanowiliśmy zatem urządzić "Choinkę", zawiadamiając kogo się uda z naszych szkolnych koleżanek i kolegów. Poszły w Polskę "wici". Zebrano sporo adresów. I oto w dniu 6 stycznia 1957r w sali Urzędu Miar i Wag przy ul. Elektoralnej w Warszawie zabłysła choinka, a wokół niej zebrało się ponad 100 osób, w tym 4 profesorów i wychowankowie naszej strony, niektórzy z rodzinami. Było to radosne spotkanie, gdyż od lat nie widywaliśmy się ze sobą. Wtedy to zapadła uchwała, aby urządzić zjazd koleżeński w Warszawie. Organizacją tego spotkania zajeli się koledzy zamieszkani w Warszawie.
18 - 19 maja 1957 roku odbył się 1 Zjazd Wychowanków Gimnazjum im. M.Kopernika we Włodzimierzu. Zjazd został dobrze zorganizowany, rozesłano zaproszenia, program był bardzo ciekawy. Wszyscy po zjezdzie otrzymali szczegółowe, wydane drukiem sprawozdanie w formie 22-stronicowej broszurki, nie będę więc podawała dokładniejszych informacji o tej imprezie. Chodzi tu o przypomnienie wydarzenia i o podkreślenie że było to niezatarte przeżycie. Gdy wchodziliśmy do sali, w której odbywał się zjazd, rzucił się nam w oczy duży transparent z napisem "Po latach znowu razem". Stąd ten tytuł moich wspomnień.
Najpierw była część oficjalna, zgodnie z programem, potem zasiedliśmy do wspólnych stołów, oczywiście "klasami". Przeżyliśmy wzruszający moment, gdy była wychowawczyni naszej klasy, pani profesor Zbucka zwróciła się do nas słowami: No, dziewczynki i chłopcy - do klasy". Nagle cofnęliśmy się 18 lat wstecz. Atmosfera stawała się coraz bardziej serdeczna i wzruszająca. Przyglądaliśmy się sobie z ciekawością, a wspomnieniom nie było końca. Po kolacji przeszliśmy do innej sali, gdzie można było trochę potańczyć, ale my grupowaliśmy się w różnych miejscach i wspominali, wspominali...
Z naszych Profesorów była, jak wspomniałam pani profesor Zbucka, pan profesor Filarski, p. prof. Bojarczuk, p. prof. Żebrowski, p. prof. Pelczarski.
Od tego czasu, chociaż nie mogliśmy organizować oficjalnych zjazdów, zwoływaliśmy się wiele razy, częściej w dużo mniejszym gronie "włodzimierzaków" warszawskich, ale także na spotkaniach ogólnopolskich liczących około 100 osób, zapraszanych "prywatnie" przez kogoś z komitetu organizacyjnego.
Często my, harcerki spotykałyśmy sie z okazji różnych rocznic narodowych i harcerskich. Liczna nasza grupa była na uroczystości wmurowania tablicy w kościele św. Marcina na Starym Mieście ku czci poległych harcerek. Odtąd co roku w pierwszą niedzielę października odbywa się tam harcerska msza święta. Po nabożeństwie odbywają się spotkania harcerek które zjeżdżają się z całej Polski. Na program spotkań składają się gawędy na tematy harcerskie, patriotyczne i harcerskie śpiewy. Na jednym z tych spotkań był pan profesor Pelczarski, ale nie było jego żony, byłej naszej koleżanki Janki Sanockiej, która wiele zdziałała w srodowisku harcerskim.
Pamiętnym i licznym spotkaniem była uroczystość wmurowania tablicy pamiątkowej poświęconej poległym i zmarłym profesorom i wychowankom naszej szkoły. Na tablicy figurują nazwiska ostatniego Dyrektora Leona Kisiela i Prefekta księdza kanonika Władysława Szpaczyńskiego, którzy zginęli w więzieniach sowieckich. Tablica została poświęcona w dniu 27 maja 1979 roku, w Akademickim kościele świętej Anny w Warszawie.
Ostatnie Ogólnopolskie spotkanie koleżeńskie odbyło się w 1986 roku, w 30 lat po powitaniu prof. Filarskiego u Tadzia Bursztynowicza. Nie ma Ich już na świecie, coraz nas mniej... Najczęściej spotykamy się prywatnie w mieszkaniu którejś z nas, aby podyskutować na różne tematy, interesujące wydarzenia czy problemy, a także pośpiewać pieśni harcerskie. Nadal naszą przywódczynią i organizatorką jest nasza Wanda Skorupska, zawsze młoda duchem i zawsze czynna.
Ona to zachęciła nas do spisywania wspomnień.
Zosia Mrozowska-Talikowska
PS. Zosia wyjechała do Australii w 1989.



Druhnie harcmistrzyni Wandzie Skorupskiej z domu Wachnowskiej, naszej Komendantce Hufca Harcerskiego we Włodzimierzu Wołyńskim do wybuchu wojny w 1939 roku, tę garść serdecznych wspomnień poświęcam.

           Nasza Wanda

Wandę poznałam w roku 1933, gdy wstąpiłam do Państwowego Gimnazjum im. Mikołaja Kopernika we Włodzimierzu Wołyńskim, a następnie do istniejącej tam drużyny harcerskiej. Była wtedy młodą, przystojną kobietą, słusznej postawy, jak to się wtedy określało. To było pierwsze zewnętrzne wrażenie, bliżej zaś cechy Jej charakteru poznałam gdy powróciła do funkcji Komendantki Hufca, po ustąpieniu poprzedniej komendantki druhny hm. Zofii Kluczyńskiej.
Wanda chodziła najczęściej w "cywilnym" stroju, ale nam - harcerkom kojarzy się ona zawsze z harcerskim mundurem. Właśnie instruktorski mundur harcerski wydawał się być jedynym strojem, który pasował do tej postaci. Zwłaszcza na defiladach, gdy szła przed nami swoim zdecydowanym marszowym krokiem, wyglądała imponująco. Z usposobienia była wesoła i pogodna, skłodna do śmiechu; ale przy pierwszym zetknięciu wyczuwało się Jej autorytet tak że mimo woli i potrzeby stawało się przed Nią "na baczność".
Wandę zawsze cechowała jakaś wewnętrzna siła, której nie straciła do dnia dzisiejszego. Wydawało się że harcerstwo i praca społeczna stanowi treść Jej życia. A przecież już wtedy miała swoją rodzinę; męża, syna, swój zawód - adwokata. Jak umiała sobie organizować czas, aby sprostać tym wszystkim obowiązkom, trudno sobie wyobrazić. Nie minęła się - jak to się mówi - ze swoim zawodem i swoje umiejętności oratorskie wspaniale wykorzystywała w przemówieniach np. z okazji świąt narodowych, w gawędach na zbiórkach i ogniskach harcerskich. Potrafiła wzruszać do łez gdy poruszała tematy patriotyczne, wspominała tragiczne losy Narodu, lub rozśmieszyć do łez mówiąc o sprawach lekkich, błahych okolicznościach lub przygodach z obozów harcerskich.
Obozy harcerskie prowadzone przez Wandę były zawsze "fajne", jak się wtedy określało. Były zawsze dobrze zorganizowane, panował rygor i porządek, był czas na zajęcia i rozrywki. Każda z nas wiedziała, co i kiedy ma robić. A że podczas obozów zdobywało się stopnie, więc i na naukę musiał być czas. Byłyśmy traktowane serdecznie i po przyjacielsku, ale regulamin musiał być przestrzegany. Ten przyjacielski stosunek do nas jakoś zobowiązywał. Starałyśmy się nie robić przykrości Wandzie aby nie zakłócać tej miłej atmosfery i nie utrudniać Jej pracy. Bardzo chciałyśmy się wykazywać znajomością Prawa Harcerskiego i aby duch harcerski panował wśród nas.
To było właśnie to co wyniosłyśmy z tamtych lat. Wtedy ten duch ułatwiał nam współżycie w warunkach obozowych, kształcił umiejętność podporządkowania się rygorom i rozkazom, zdolność radzenia sobie w różnych warunkach - kiedyś obozowych, a dużo potem i życiowych. Tylko że te ostatnie nie były takie łatwe...Wandę zawsze cechowała patriotyczna postawa i tak jest po dzień dzisiejszy. Co więcej, umiała ją zaszczepić wśród tych wszystkich którzy się z nią stykali. Nam, młodym dziewczynom, które dopiero uczyły się patriotyzmu na lekcjach historii (jakkolwiek dom rodzinny spełniał tu dużą rolę), zetknięcie się z osobą która umiała w nas te uczucia rozwinąć i z Organizacją Harcerek która pełniła to trudne zadanie kształtowania naszych charakterów miało ogromne znaczenie. Najbardziej przemawiał do przekonania dobry przykład i zapał który przyświecał działaczom harcerskim.
Gdy dzisiaj wracam myślami do tamtych czasów, zdaję sobie sprawę że i Wanda musiała wzrastać w takiej atmosferze, a atmosferze która tak  mocno ukształtowała Jej osobowość w tym względzie. Jeszcze bardziej utwierdziłam się w moim przekonaniu, gdy dane mi było po latach poznać mamę Wandy, Panią Wachnowską. Była to bardzo miła i wielce szanowna osoba. Do końca swoich dni zachowała światły umysł. Interesowała sie tym wszystkim co było pasją życia Wandy i dotyczyło spraw polskich i harcerskich. Gdy przychodziłyśmy w jej progi, zawsze witała nas serdecznie i starała sie utwierdzić nas w przekonaniu że każdą z nas zna z Włodzimierza, co oczywiście byłoby trudne bo przecież nie wszystkie bywały w domu Wandy. Wystarczało Jej że byłyśmy harcerkami z Włodzimierza, zaprzyjaźnionymi z jej córką, więc wszystkie nas przygarniała do swego wielkiego matczynego serca. My z kolei starałyśmy się odwzajemniać tę życzliwość i serdeczność, i okazywać wiarę w to że nas wszystkie pamięta. Garnęłyśmy się do Niej, co stwarzało niezapomnianą atmosfere rodzinnego domu. Tym milej było że podczas takich spotkań panowała atmosfera harcerska. Były wspomnienia, były pieśni harcerskie, oczywiście nie obywało się bez gawędy Wandy. Potem wypowiadaliśmy się wszyscy na różne tematy dotyczące tak spraw dawnych jak i współczesnych, aktualnych. Aby atmosfera nabrała również charakteru rodzinnego i towarzyskiego, zasiadaliśmy wokół stołu zastawionego smakołykami. Czas nasz wtedy jakby się cofał, wydawało się nam że znowu mamy po kilkanaście lat i wesołość ogarniała serca.
Muszę dodać że zanim doszło do naszych spotkań każde z nas miało za sobą wiele niejednokrotnie ciężkich przeżyć, związanych z wybuchem wojny, okupacją, tragedią ludności polskiej na Wołyniu lub Powstaniem Warszawskim. Gdy więc udało się nam po latach znowu spotkać, radość była wielka. Okazało się że mimo tak ciężkich przeżyć, które należałoby spisać w osobnym rozdziale, Wanda wyszła z tego niepokonana. Znowu wznowiła swoją działalność harcerską, chciała przekazać młodemu pokoleniu to co zachowała w sobie, ową niezłomność ducha, ową niezłomność ducha, ideały ruchu harcerskiego i patriotyzm. Niestety, to nie był odpowiedni czas na kontynuowanie działalności  w przedwojennym duchu. Wytyczne dla harcerstwa zmieniły swój sens i cel. Dawni instruktorzy harcerstwa stanęli wobec alternatywy: dostosować się lub zrezygnować. Większość wybrała to drugie. Na szczęście nie była to całkowita rezygnacja z pracy patriotycznej, jedynie zmiana formy pracy. I tu Wanda z całym swoim zapałem który Jej nie opuszcza po dzień dzisiejszy, zabrała się wspólnie z dawnymi działaczami harcerskimi na Wołyniu do zbierania dokumentów, wspomnień, zdjęć, relacji z życia harcerstwa wołyńskiego do wybuchu wojny w 1939 roku i podczas okupacji oraz oraz opracowania historii ruchu na naszym terenie. Pod Jej niemal "presją" wiele harcerek z naszego grona które działały w tym czasie spisały swoje wspomnienia, bogacąc zbiory relacji spisywane przez harcerki z całej Polski. Dzięki takim ludziom i ich patriotyzmowi, można powiedzieć o dawnym harcerstwie: "Non omnis moriar". 
Ta piękna karta działalności Komendantki naszego Hufca we Włodzimierzu Wołyńskim, druhny Wandy Skorupskiej nie została jeszcze zamknięta. Mamy nadzieję że jeszcze wiele będzie mogła zdziałać i przekazać, a potomni to ocenią.

Zosia Mrozowska-Talikowska   1988




przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku