Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Zdjęcia do rozdziału
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2014-04-24 09:36:44
Przejdź do komentarzy (1)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Zosia Mrozowska-Talikowska wspomnienia

Moi Rodzice i ja


Młodość


         Moja mama Józefa z domu Michcińska i mój ojciec Józef Władysław Mrozowski poznali się w Kielcach, kiedy tata z Pierwszą Kadrową Legionów pod dowództwem Józefa Piłsudskiego wkroczył do Kielc. Mama należała do P.O.W.(Polskiej Organizacji Wojskowej), była bowiem wielką patriotką. Rodzice pobrali się przypuszczalnie w 1918 roku, po zakończeniu wojny i odzyskaniu przez Polskę Niepodległości. Mimo tego doniosłego faktu, który de iure kończył wszelkie działania militarne, Polska musiała się jeszcze bronić przed zalewem bolszewickim w 1920 roku. Wielkie bohaterstwo i zwycięstwo naszych skromnych liczebnie sił pod dowództwem J. Piłsudskiego określane przez historię jako "Cud nad Wisłą" powstrzymało zamierzoną ekspansję komunizmu na zachód. W tych działaniach brał także udział mój ojciec oraz jego brat Julek, który zginął. Wiele lat po wojnie mój ojciec oraz jego brat (już pośmiertnie), zostali odznaczeni Krzyżem Niepodległości. Mama też została odznaczona za swoją działalność na rzecz Niepodległości, ale jakiego rodzaju było to odznaczenie nie pamiętam, na pewno wojskowe. Było też w swoim czasie w albumie zdjęcie mamy w mundurze. Nota bene, był w domu piękny album zawierający zdjęcia dotyczące przeszłości wojskowej mojego taty. Oczywiście "podpadł" on żołnierzowi sowieckiemu gdy przekraczaliśmy granicę na Bugu, aby wydostać się z "czerwonego piekła", a dostać niestety pod okupację niemiecką, więc go zabrał. Tu jednak znaleźliśmy się wśród swoich, podczas gdy tam były wojska radzieckie i bardzo wrogo nastawiona ludność ukraińska. To były jednak znacznie późniejsze dzieje.
Wobec tego należy wrócić do czasów, kiedy po zakończeniu wszelkich działań wojennych mój ojciec wystąpił z wojska, a więc jak się mówi "przeszedł do cywila". Tu trudno mi się oprzeć chęci podania pewnych faktów historycznych które wielu Legionistów, w tym także mojego ojca skłoniły do takiej decyzji. A mianowicie; po odzyskaniu Niepodległosci, wolna Polska zaczęła organizować swój byt od nowa. Do Kraju wracali ludzie mądrzy i doświadczeni. Na specjalny apel ze strony J.Piłsudskiego wysłany w imieniu Narodu powrócił wielce wykształcony i ceniony za granicą inż. Gabriel Narutowicz. Niebawem jednak po wybraniu go na 1-go Prezydenta R.P. zginął z rąk zamachowca. Do tego wciąż trwały waśnie i starcia pomiędzy różnymi ugrupowaniami. Rozgoryczony tym J.Piłsudski całkowicie odsunął sie od władzy. W ślad za nim poszło wielu spośród jego ludzi, wielu poszło do cywila.
Następnie, w związku z pewnego rodzaju akcją mającą na celu zasiedlenie odzyskanych ziem wschodnich moi rodzice, przypuszczalnie po 1922 roku, wyjechali na Wołyń. Na poczatku zamieszkali w małym mieście, by nie powiedzieć miasteczku, którego nazwa brzmiała Łokacze. Było ładnie położone na wzgórzu nad rzeką Ługą. Jak przystało na tego rodzaju miejscowość miało - Urząd Miejski, kościół, Szkołę Podstawową, aptekę, Sąd Pokoju, remizę strażacką w której odbywały się rózne imprezy, Szpital Miejski a także wiele sklepów i zakładów rzemieślniczych. Handel był przeważnie w rękach mieszkającej tam licznie ludności żydowskiej. Polacy byli w znacznej mniejszości, dominowała ludność ukraińska. W Sądzie pracował mój ojciec jako urzędnik sądowy. Tam właśnie poznał adwokata - Mikołaja Nikitina, który zaproponował tacie pracę w swojej kancelarii adwokackiej. Tak więc w tym kierunku poszła droga zawodowa mojego ojca. Powstała więc konieczność dokładnego zapoznania się z wiedzą prawniczą. Wobec tego tata zapisał sie na zaoczne studia prawnicze i jak moja pamięć sięga jeździł od czasu do czasu na egzaminy, nie pamiętam - do Lwowa czy do warszawy. Po wycofaniu się Nikitina na skutek niedomagań zdrowotnych z prowadzenia kancelarii, przejął ją całkowicie mój tata. Na początku było to "Biuro pisania podań do władz administracyjnych i sądowych". Dopiero po zdaniu egzaminów wystepował jako adwokat. Był bardzo zdolnym adwokatem, umiejącym wspaniale argumentować swoje racje. Szybko zdobył popularność i zaufanie interesantów którzy przybywali także z okolicznych miejscowości. Nie zdarzyło mu się przegrać sprawy. Tylko jeden raz gdy z jakiś względów nie mógł wystąpić i powierzył sprawę koledze - adwokatowi który w pewnym momencie... zdrzemnął się. Sprawa jednak została wygrana z apelacji.
Pierwszym dzieckiem moich rodziców był mój brat Michał. Niestety zmarł na skutek złej diagnozy lekarskiej zanim ja się urodziłam. Można sobie wyobrazić rozpacz moich rodziców. Nic więc dziwnego że mnie otaczali bardzo troskliwą opieką. Byłam dzieckiem dość wątłym, delikatnym i skłonnym do wszelkich chorób. Najczęściej chorowałam na anginę. Byłam więc chowana niemal w cieplarnianych warunkach. Z czasem jednak rodzice a zwłaszcza mój ojciec, którego wojna i wojsko wystarczjąco zahartowały, szybko się zreflektował i postanowił i mnie zacząć hartować. Kazał mi się zapisać do Harcerstwa, uprawiać wszelkiego rodzaju sporty a także, mimo zastrzeżeń ze strony mamy popierał udział w obozach harcerskich. To odniosło skutek bo nabierałan siły i coraz rzadziej chorowałam.
Rodzice byli bardzo muzykalni, zwłaszcza tata który pięknie śpiewał ale też grał na skrzypcach. Oboje starali się wzbudzić we mnie zamiłowanie nie tylko do muzyki ale także do literatury, historii, dostrzegać piękno przyrody. W ludziach dopatrywać się cech dodatnich, bo jak tata zawsze twierdził, każdy ma w sobie cechy dobre i złe, jeśli wyzwoliły się złe to zapewne musiały zaistnieć ku temu odpowiednie okoliczności - często niezależne od ich woli. Jeżeli nie można takim ludziom pomóc, to należy współczuć i zawsze unikać złych wpływów.
Najbardziej poczesne miejsce w domu zajmowała biblioteka. Tata kochał książki i traktował je niemal jak członków rodziny. Przykazywał poszanowanie i delikatne obchodzenie się, broń Boże aby się jakiś róg zagioł. Księgozbiór był duży i wciąż uzupełniany. Były tam nie tylko dzieła naszych wielkich poetów, pisarzy, ale różne opracowania naukowe i wydania pisarzy zagranicznych. Nie brak też było tzw. "białych kruków", skupowanych przy różnych okazjach. Aby wyrobić we mnie zamiłowanie i umiejętność właściwego czytania, codziennie po kolacji poświęcał godzinę czasu na czytanie nam na głos czegoś z literatury pięknej. Zanim zaczął nową książkę kazał zajrzeć do historii, geografii; był to więc niejako plan sytuacyjny wydarzeń które opisywał autor książki. Lubił też i umiał wspaniale odtwarzać wiersze i powieści z humorem, jako że sam był człowiekiem wesołym. Mnie też uczył patrzenia na zycie z humorem, co sobie bardzo łatwo przyswajałam. Zawsze miałam usposobienie raczej niefrasobliwe i skłonności do śmiechu, nierzadko wbrew własnej woli, gorzej gdy nie w porę. To pozostało mi do dzisiaj. W mamie mojej która była realistka, a nawet zarzucaliśmy jej malkontenctwo, wzbudzało to niepokój. Jedno i drugie trzyma człowieka bliżej spraw i problemów dnia codziennego, a ja zawsze miałam bujną wyobraźnię. To też często słyszałam od mamy - "Bój się Boga dziewczyno, zejdź z tych obłoków!". Boga się bałam, ale z obłoków nigdy nie udało mi się całkowicie zejść. Może ten brak umiejętności liczenia się z realiami niejednokrotnie pokrzyżował moje plany, ale radość życia jaką miałam zawsze w sobie szybko rekompensowała doznane zawody życiowe. Śmiech jest podobno zaraźliwy, może niekiedy pomógł i innym rozproszyć zły nastrój?
Drugi etap mojego życia to było Gimnazjum Humanistyczne we Włodzimierzu Wołyńskim. Miasto było ładne, rozległe, w dużej mierze - jak przystało na niemal przygraniczne rubieże - obsadzone przez wojsko, polskie oczywiście. Była więc Podchorążówka, 23 PAL i 27 PP. Być może pomyliłam te określenia, ale po latach to mogło się zdarzyć. W związku z tą sytuacją koszary były olbrzymie a jednostki wojskowe rozlokowane w różnych częściach miasta. Skoro tyle wojska to i rodziny wojskowe były bardzo liczne. Zatem wojsko nadawało miastu ton i szczególny charakter. Gimnazjum było koedukacyjne, chłopcy po ukończeniu gimnazjum szli do Podchorążówki a następnie dopiero na studia. Jak wojsko to i różne imprezy; teatry, kino i różnego rodzaju rozrywki kulturalne. Szczególne wrażenie robiły uroczystości związane ze świetami Narodowymi, które zaczynały się Mszą swiętą tzw. "Polową", po czym nastepowała defilada organizacji młodzieżowych, jak Zuchy, Harcerstwo, szkoły, gimnazja no i wojskowa. Szczególny urok miała defilada kawalerii, konie szły jak baletnice w takt marsza wojskowego ... ej, łza się w oku kręci, na wspomnienie. Coś za gardło chwyta na myśl, że tylu tych wspaniałych ludzi w mundurach zginęło na wszystkich frontach świata. Co dopiero mówić o tych bestialsko pomordowanych w Katyniu i innych licznych łagrach sowieckich.
Budynek gimnazjalny był duży, otoczenie rozległe, tak więc było dużo miejsca na boiska sportowe, a w zimie także na ślizgawkę. Z frontu były piękne ogrody, całość położona na wzgórzu. Początkowo było to gimnazjum 8-mio klasowe, jak wyżej wspomniałam; humanistyczne, z czasem jednak po reformie szkolnictwa wprowadzono gimnazjum 4 klasowe, po ukończeniu którego otrzymywało się tzw. Małą Maturę. Następnie chętni do dalszej nauki zdawali do Liceum, które można było sobie wybrać zgodnie z zainteresowaniami. Gdy zaczęłam uczęszczać do gimnazjum, poczatkowo mieszkałam na stancji u znajomych, bo dopiero znacznie później rodzice przenieśli się do Włodzimierza. Rodzice, a zwłaszcza mój tata ze zrozumiałych względów chciał abym poszła na "Prawo". To mnie osobiście nie pociagało, jakkolwiek interesowały mnie różne sprawy ludzkie, to jednak raczej ze względów psychologicznych niż prawnych. Interesowały mnie raczej okoliczności, które popchnęły przestępcę do takiego a nie innego działania, a nie paragrafy pod które został podciągnięty. Nauka paragrafów wydawała mi się sucha i szablonowa. Nie mniej nie chciałam się sprzeciwiać woli taty i miałam studiowac Prawo w Warszawie, mając jednak w zanadrzu plan po ukończeniu go pójść na dziennikarstwo. To mnie bardziej interesowało, pozostawiało przede wszystkim swobodę wypowiadania się i indywidualnego podejścia do różnych spraw. 
A potem ... potem "wszystkie zamiary na nic", jak zwykło się mówić; bo wybuchła wojna.


Wojna 


Od początku roku 1939 w kraju coraz częściej mówiło się o wojnie. Skłaniały do tego wszystkie wydarzenia polityczne, wzrastające w siłę Niemcy i ich zdecydowane działania zaborcze, a więc Anschluss Austrii, aneksja czechosłowackiego obszaru Sudetów, wymuszenie na Rządzie Litwy odstąpienia Kłajpedy. Pisząc to nie mam zamiaru stawiać się w roli historyka ani komentatora w/w wydarzeń. Wzmianki te stanowią tło na którym toczyły się losy naszej rodziny i świadczą jak były znaczące skoro tak żywo utkwiły w pamięci młodej dziewczyny, którą powinny były bardziej interesować sprawy sercowe i rozrywki - niż polityka.
Skoro jednak było inaczej to myślę że warto przytoczyć także zapamiętany przeze mnie wiersz, który ukazał się w prenumerowanym przez mojego ojca "Głosie Prawdy", poważnym piśmie poruszającym sprawy polityczne przede wszystkim. Przypomina go nieco tygodnik "Polityka", nie biorąc oczywiście pod uwagę kierunku, jaki reprezentuje. Oto ten wiersz:

Jest coraz spokojniej, gorączka opada,
     I nawet o wojnie coraz mniej się gada...

     Podniecenie gaśnie, ale ludzie wróżą,
     Że ten spokój właśnie, to cisza przed burzą!


A było to w kwietniu 1939, tuż przed Świętami Wielkanocnymi! Podczas święconego mój tata powiedział: "Cieszmy się że jesteśmy razem i we własnym domu bo trudno przewidzieć jakie będą nastepne Świeta". Istotnie, dalsze wypadki potoczyły się bardzo szybko.
W międzyczasie zakończyłam swoją edukację gimnazjalną, uwieńczoną Maturą i szykowałam się na studia prawnicze do Warszawy. W lecie moi rodzice wysłali mnie dziadka pod Kielce, do Białogona. W tym czasie na Wołyniu odbywały się wielkie manewry wojskowe, które były pewnego rodzaju demonstracją siły militarnej Polski - gotowej do obrony swojej niepodległości. W takim też nastroju, pełnym napięcia i niepokoju, odbył się 6-go sierpnia w Krakowie, na tamtejszych błoniach, Zjazd Legionistów. Wzieli w nim udział moi rodzice, i mnie też zabrali. Ponieważ Legioniści i ich rodziny stali blisko trybuny, mogliśmy dokładnie usłyszeć przemówienie Marszałka Rydza-Śmigłego. W przemówieniu padły słowa które potem były przez różnych, różnie komentowane, a przez wrogów nawet wyśmiewane, a mianowicie: "Nie oddamy naszej Ojczyzny, nie oddamy nawet guzika od munduru!". Niestety, nie przez wszystkich, nawet swoich, ten okrzyk został właściwie zrozumiany. Niektórzy zwłaszcza po klęsce skomentowali go jako objaw nieuzasadnionej buty i pewnosci siebie. O wiele mniej odebrało go jako krzyk najwyższej desperacji, podyktowany koniecznością podtrzymania ducha i honoru. Choć przecież, jako Wódz Naczelny dobrze sobie zdawał sprawę z bezsilności wobec "uzbrojonej po zęby" armii niemieckiej, wobec której jak się wkrótce okazało, nie było silnych. Uroczystość zakończyła pieśń "Nie rzucim ziemi skąd nasz ród ...", śpiewana zawsze przez naszych przodków w chwilach decydujących.
Rodzice odjechali a ja zostałam jeszcze u dziadka. Atmosferę napiecia i niepokoju potęgowały audycje radiowe, w których czaił się niepokój. Także jadowite audycje "Radio Breslau" (dzisiejszy Wrocław), nadawane przez Niemców w języku polskim, szkalujące i ośmieszające Polskę. Jakkolwiek zdawaliśmy sobie sprawę że nam nie przystoi ich słuchać, czasami z zaciekłościa łapaliśmy te fale, aby sie przekonać do jakiego stopnia potrafią sie posunąć Niemcy w swoich łgarstwach podyktowanych nienawiścią i chęcią spreparowania pretekstów do planowanej agresji.
Dnia 1-go września, nad ranem, w Białogonie, obudził nas metaliczny dzwięk eskadry samolotów, wybiegliśmy wszyscy na podwórko przyjrzeć się im. Leciały bardzo wysoko, a niebo było idealnie niebieskie, słońce świeciło więc przysłaniając ręką oczy śledziliśmy ich lot. Nagle  usłyszeliśmy potężne głuche detonacje. To nas dopiero ocknęło! Wkrótce okazało się że nie były to nasze samoloty prezentujące piekne widowisko, ale poznane potem Messerschmitty które rzuciły parę bomb na fabrykę w Białogonie / autorka nie była ekspertem lotniczym - JT/. Na szczęście nie eksplodowały, pozostawiły tylko olbrzymie leje.
Wkrótce Polskie Radio podało że wojska niemieckie z impetem wtargnęły na terytorium Polski i szybko posuwają się naprzód. Początkowo ludzie nie uswiadamiali sobie grozy sytuacji. Wokół fabryki gromadziły się tłumy, ludzie wciąż wpatrywali się w przelatujące samoloty, ale nikt jakoś nie spiewał "Wojenko, wojenko...". Coraz częściej radio anonsowało nadlatujace samoloty nieprzyjacielskie, coraz częściej  słyszało sie "Uwaga! Uwaga - przeszedł!". Tu podawane były symbole poszczególnych jednostek samolotów niemieckich.
A nasze samoloty i myśliwce ... cóż, nas nie stać było na takie uzbrojenie jakie posiadała Rzesza Niemiecka pod przewodnictwem Hitlera, mającego w załozeniu ekspansję na wschód i nie tylko. Ja, ponieważ byłam harcerką i w ostatnich dwóch klasach przed maturą obowiązywała przynależność do PWK (Przysposobienie Wojskowe Kobiet). Byłam niejako przygotowana do pewnego działania na wypadek wybuchu wojny. To też na apel odpowiednich czynników wojskowych wzywających do zgłaszania sie do wszelkich służb pomocniczych, zgłosiłam się niezwłocznie do Komendy Wojskowej w Kielcach. Najpierw była to służba na dworcu kolejowym, polegająca na wydawaniu posiłków zołnierzom oczekującym na dalszy transport. Gdy wzmogły się bombardowania - opieka nad ludnością tj. kierowanie do schronów, udzielanie pierwszej pomocy rannym a zszokowanym środków uspokajających. Oczywiście także opieka nad dziećmi. Nota bene - poczatkowo nie było to łatwe, ludzie zamiast się kryć, wylegali na ulice, obserwowali lecące bombowce, często opryskliwie traktowali tych którzy chcieli ich odciągnąć.
Tymczasem ofensywa niemiecka posuwała się bardzo szybko. Słyszało sie o bohaterskich bojach naszych - ulegających coraz bardziej rozproszeniu - jednostek. Poniważ w miedzyczasie zarządzono ewakuację ważniejszych urzędów z terenów zajmowanych przez okupanta, rozpoczął się masowy exodus ludnośći na wschód. Nieomal na oślep i bez zastanowienia, różnymi srodkami lokomocji. Najpierw samochodami, które pozbawione benzyny tarasowały drogi, wozami, rowerami i pieszo też. Było to katastrofalne bowiem zatarasowane do cna drogi, utrudniały a nawet uniemożliwiały działania wojskowe. Za namową moich kuzynów z Kielc, małżeństwa Tobolewskich, wraz z nimi i ich synkiem Wojtusiem (około 4 lat), wbrew radom mojego dziadka i rodziny wyruszyłam na wschód. Zaiste, była to straszna podróż. Trzeba było jechać nocami, bo w ciągu dnia ciągle się było pod ostrzałem niemieckich samolotów, lub nawet nisko latających bombowców które nie szczędziły swoich ładunków. Jakim środkiem lokomocji? Początkowo, bodaj jakąś ciężarówką, gdy zawiodła z powodu braku benzyny, Jurek - bo takie imię miał kuzyn - kupił konia i wóz. Z koniem też trzeba się umieć obchodzić, więc coraz bardziej zwalniał bieg. W końcu biegł, kiedy Jurek biegł koło jego. Z czasem zaczął kuleć i szedł gdy Jurek szedł obok. "Ochwaciłeś pan kunia - powiedział po drodze jakiś chłop - nie będziesz pan już miał z niego nijakiego pożytku". Co było robić? Z bólem serca trzeba było oddać to umęczone zwierzę pierwszemu lepszemu gospodarzowi wraz z wozem, bo nikt go nie chciał kupić nawet za grosze. Dano nam za to trochę żywności, zwłaszcza ze względu na dziecko. Wielu okazywało współczucie a nawet starali się pomóc. Niestety niewiele było możliwości skorzystania bo gdzie to załadować, gdy można było liczyć tylko na przygodne środki lokomocji? Nie było też wykluczone że trzeba będzie pokonywać część drogi "per pedes apostolorum". Ale że byli to wszak ludzie młodzi, ja też nastolatka, nie stać nas było na rozmyślanie a tym bardziej zastanawianie się. Czy aby nie lepiej gdzieś przysiąść, przeczekać tę nawałnicę i po prostu wrócić do domu? Nie, to nie tylko do nas ale i do wielu "uciekinierów" - jak się wówczas mówiło - nie docierało. Na domiar złego posuwaliśmy się bez planu. Podobno za Stalową Wolą łatwiej - bo drogi nie są tak załadowane. No i trafiliśmy jak z deszczu pod rynnę! Podczas rannej przeprawy przez Wisłę, w pobliżu Sandomierza, nadleciały bombowce lecące w kierunku Stalowej Woli gdzie wspaniale rozwijał się Centralny Okręg Przemysłowy tzw. COP. Po drodze zbombardowały most na Wiśle, ledwie uszliśmy z życiem. Potem kierowaliśmy się na Zaklików, Modliborzycei ... aby do Bugu. Gdy przekraczaliśmy most na Bugu, wszędzie było pełno polskiego wojska, bowiem wzdłuż Bugu miała formować się defensywa. Miała, ale jak wszystkie plany - jak zwykło się mówić - spaliła na panewce, dosłownie, niestety. Jak póżniej historia ujawniła, na skutek porozumienia Ribentrop-Mołotow wojska sowieckie wkroczyły na polskie ziemie. Jak trafnie to określono, "wsadziły nóż w plecy" - a potem był Katyń i inne kaźnie. My w tym czasie dotarliśmy do Włodzimierza Wołyńskiego, do mojego domu rodzinnego. W domu była tylko mama, bo tata był w wojsku. Wbrew wyobrażeniu jak się ucieszy, mama załamała rece i powitała mnie przede wszystkim słowami: "o Boże, my byliśmy spokojmi o ciebie że jesteś u dziadków, jakby nie było to tam bezpieczniej niż tu. Zwłaszcza wśród teraz szczególnie wrogo nastawionej do Polaków ludności ukraińskiej. A jak się zachowają sowieci też nie wiadomo". Istotnie, nastepnego dnia, a była to niedziela, po dotychczasowej kanonadzie nagle nastąpiła jakaś złowieszcza cisza ... Wkrótce, lotem błyskawicy rozeszła się wiadomość że Sowieci przekroczyli granice Polski i szybko posuwają się w kierunku Bugu, gdzie mają się spotkać z Niemcami, że już został ustalony podział Polski w/g niegdyś już planowanej linii Curzona ustalającej granice Polski na wschodzie, wzdłuż Bugu.
Na wynik tego układu nie długo trzeba było czekać. Niebawem zobaczyliśmy wojsko sowieckie. Był to dosłownie obraz "nędzy i rozpaczy". Żołnierze nędznie odziani, jakby zabiedzeni, nierzadko z karabinami na sznurkach. Obok świadomości zagrożenia wobec tak nieoczekiwanych faktów, powstało jakieś współczucie dla tych ludzi których bezwzględna "właść sowiecka" pchała o chłodzie i głodzie na wojnę na niechybny "miasorób" (cannon fodder), jak określano poprzednią wojnę z Finlandią. Dowództwo sowieckie początkowo usprawiedliwiające swoje wkroczenie troską o tamtejszą ludność, szybko zmieniło swoje stanowisko; Ukraińcom obiecało niepodległość i z pobłażliwością patrzyło na okrucieństwa stosowane przez nich wobec ludności polskiej. Nastęnie zaczęto masowo wywozić nie tylko Polaków ale i Ukrańców, na Syberię. Niemal cudem mojej mamie i mnie udało sie ocaleć. Zawdzięczam to uprzednim zaleceniom mojego ojca który nauczony doswiadczeniem wojny w 1920 roku z bolszewikami powiedział; "Zawsze jest użyteczna znajomość wielu języków ale wobec naszego położenia - znajomość języków wrogów, niemieckiego i rosyjskiego jest konieczna". Istotnie, zanim udało nam się jako rzekomym uchodźcom wyjechać (ratowały nas metryki urodzenia z terenów będących aktualnie pod zaborem niemieckim) pracowałam w "bułocznej" - sklep z pieczywem - a więc byłam człowiekiem pracy. Udało nam się też zarejestrować w komisji niemieckiej która przyjechała aby ułatwić wyjazd podległym jej obywatelom polskim, którzy chcieli wrócić do swoich domów. To też poszło łatwo dzięki znajomości niemieckiego. A więc po kwarantannie którą Niemcy bardzo skrupulatnie przeprowadzili na nas w Chełmie Lubelskim, łącznie z zastosowaniem płynów niemal żrących na włosy w obawie przed wszami i tyfusem, opuścilismy to "czerwone piekło", nie mysląc że z drugiej strony mogą nas czekać nie mniej wyrafinowane okrucieństwa. Zanim zarejestrowałyśmy się z mamą na wyjazd, dołaczył do nas ukrywajacy się moj tata, który przedostał się za Bug aby ratować nas z opresji. Cały czas nie mogłyśmy zrozumieć, jak sobie to wyobrażał. Na szczęscie w sasiedztwie mieszkał z matką oficer sowiecki, syn rozstrzelanego przez sowietów białogwardzisty, a więc nie ideowiec komunistyczny który pomógł wejść mojemu ojcu poza kolejką. Zanim przeprowadzono nas na stronę niemiecką sowieci ku naszej rozpaczy, a mojego taty szczególnie, zabrali pamiątkowe albumy taty z okresu 1 Wojny Światowej oraz wszelkie odznaczenia. Po przekroczeniu granicy pojechalismy do mojego dziadka do Białogona. Po pewnym czasie rodzice wynajeli mieszkanie w Kielcach. Był to rok 1940.


Znowu wśród swoich. Kielce.

Teraz już był najwyższy czas aby się zastanowić - co dalej? Jak zwykle w takich sytuacjach, gdy nie chciało się wchodzić w blizsze kontakty z władzami okupacyjnymi - a sciśle mówiąc - nie narażać na zbyt szczegółowe indagacje z ich strony, co było nieuniknione przy staraniu się o zatrudnienie, mozna było założyc jakiś - operując dzisiejszymi określeniami - biznes. Tak więc moi rodzice otworzyli "Sklep z materiałami piśmiennymi". Ja natomiast, kwalifikująca się wiekiem i stanem zdrowia na wywózkę na "roboty do Niemiec", zapisałam sie na Kursy Buchalteryjno Handlowe, co przez jakiś czas mnie chroniło. Nie mniej, starałam sie o pracę w jakiejś instytucji któraby mnie zabezpieczyła, wszak ciagle odbywały się łapanki i tych których złapano bezpardonowo wywożono do Rzeszy. W tym czasie moi kuzyni dowiedzieli się że w Ksiegarni i Drukarni "Jedność", będącej pod patronatem Kieleckiej Kurii Biskupiej - wakuje posada kasjerki. Zgłosiłam się i zostałam przyjęta! Nie wiem czy miałam szczęście, czy Opieka Boska zadziałała? Dyrektor Bałuciński, człowiek bardzo wykształcony, przedwojenny działacz w Akcji Katolickiej, pokazał mi teczkę uprzednich zgłoszeń osób z różnymi referencjami i poparciem, wprost mnie zapytał: "A ty dziecko z czym przychodzisz? Gdzie są twoi protektorzy?" Stanęłam jak zawsze w takich krytycznych chwilach w pąsach, musiałam mieć minę dobrze wystraszoną, bo zaśmiał się i powiedział zdecydowanie "Przyjmuję cię, bo nikt za tobą nie stoi, w przeciwnym razie naraziłbym sie tym wszystkim protektorom". Praca była cudowna! Wśród tylu książek, które ciągle przychodziły. Ludzie przeglądali i kupowali książki, a wiec miało się do czynienia z ludzmi inteligentnymi. Wprawdzie było dwóch ekspedientów ale mnie też niejednokrotnie pytano czy znam tę książkę. Miałam więc ambicję coś na ten temat powiedzieć. W wolnych więc chwilach, "rzucałam sie" wsród te książki i starałam sie je bodaj przewertować, a niektóre pozwalano mi zabrać do domu, celem zapoznania się bodaj pobieżnego z tematem, epoką itp. Oj miałam sie nieraz od mamy że zarywam noce, tata to rozumiał bo sam miał na tym punkcie - żeby nie powiedzieć - bzika.
W Księgarni, będacej tuż obok Katedry i blisko zabudowań Kurii Biskupiej, bywali nie lada dostojnicy kościelni a wiec: Ksiądz Biskup Kaczmarek, Ksiadz Biskup Sufragan Sonik, Ksiądz Kanonik Dr. Sobalkowski i wielu innych. Widać było że z dyrektorem "Jedności", profesorem Bałucińskim, jak i z dyrektorem drukarni inżynierem Kuglinem łączy ich wielka przyjażń a także jak się z czasem zorientowałam - wspólna sprawa. Z drukarni wychodziły bowiem różne gazetki i biuletyny czyli tzw. "prasa podziemna". Im wszystkim za rzadów komunistycznych wytoczono głośny proces pokazowy. Wśród różnych posądzeń znalazł sie również zarzut współpracy z okupantem! Wszystkim jednak była znana ich praca konspiracyjna przeciw Niemcom.
Trzeba dodać że Kielce były dużym osrodkiem działań przeciw okupantowi. W okolicznych lasach, paśmie Gór Świtokrzyskich była duża i dobrze zorganizowana partyzantka, to też działo się tam ... oj działo! Zamachy na różnych konfidentów, na transporty niemieckie, akcje uwalniania więzniów politycznych. Wobec tych faktów czujność okupanta była szczególnie wyostrzona, a represje srogie i okrutne. Łapanki na ulicach i aresztowania stały się niemal codziennościa. Mój tata też był aresztowany, bo oczywiście pracował w organizacji podziemnej, pisał a także kolportował gazetki. Ja pomagałam przy ich segregowaniu. Jednym z takich punktów kolportażu było mieszkanie wujostwa Sędków, ale "o tem potem". Tymczasem Organizacji udało się zwolnić mojego ojca z więzienia, ale jak się mówiło był już "spalony". Trzeba było przycichnąć, aby innym nie zaszkodzić. Tymczasem sklep z materiałami piśmiennymi prowadzonymi prez rodziców prosperował dobrze, więc przydałaby się moja pomoc i ... to nie wyszło nam na dobre. Po zwolnieniu się z pracy w "Jedności", podpadłam pod kuratelę "Arbeitsamtu", tzn. Urzędu Pracy, który chciał mnie koniecznie wysłać na przymusowe roboty do Rzeszy. Jedynym wyjściem był wyjazd do Warszawy gdzie łatwiej było się "zahaczyc", tym bardziej że miałam tam liczną rodzinę która też pracowała w konspiracji i mogła mi pomóc. A więc do Warszawy - był to rok 1942.
To była ta "wielka woda" po której łatwiej jest pływać. Ludzie się mniej znali, mniej interesowali innymi ale wyczuwało sie że tu intensywnie bije serce Narodu. Wszyscy solidaryzowali sie w walce o wspólna sprawę, o wolność. To też ostrzegano się wzajemnie, otwierano bramy uciekającym po akcji, przechowywano ich, nawet dzieci biegały ulicami i ostrzegały przed łapanką, przed wszelką akcją terrorystyczną okupanta.
Po przyjeździe do Warszawy dostałam pracę w sekretariacie prywatnej uczelni prowadzonej przez inzyniera H.Gajewskiego. Były to "Kursy Kreśleń Technicznych", nawet zapamiętałam adres - Przemyska 11A, na Ochocie. Sekretarzem był mój kuzyn, Henryk Gutkowski. Tak więc mając pracę mogłam już być zameldowana w stolicy. Praca była ciekawa, ale pensja dosyć skromna. Przypadek chciał że znajomi mojej przyjaciółki, prowadzący firmę z materiałami piśmiennymi na Nowym Świecie poszukiwali pracownika - a więc przeniosłam sie do handlu.
Państwo Skórkowie - bo tak nazywali sie właściciele firmy, byli bezdzietnym małżeństwem, ludźmi dobrze sytuowanymi, posiadającymi jeszcze młyn na peryferiach Warszawy. Traktowali mnie jak swoją córkę. Dzięki tej pracy a także poprzedniej (obu otrzymanym dzięki znajomościom), a także dzięki przynależności mojej rodziny do konspiracji, mogłam zapisać sie na również zakonspirowane studia polonistyczne. Była to "śliska droga". Trzeba było być młodym aby swiadomość ustawicznego niebezpieczeństwa, nie tylko nie powstrzymywała od działania ale wręcz odwrotnie, budziła ostry sprzeciw wobec tego rodzaju zakazom okupanta. To też chłonęło się wiedzę w miarę - a nawet dużo ponad miarę - możliwości. Wykłady odbywały się w różnych częściach miasta. Gromadziły niewiele osób naraz i miały charakter spotkania towarzyskiego. Znaliśmy się z imienia, niekoniecznie autentycznego, czasami był to psełdonim. Godziny tych spotkań też bywały różne, gdy do tego dodać zaciemnianie o zmroku Warszawy, można sobie wyobrazić jak wielka była wzajemna życzliwość i współpraca w przeciwstawianiu się wszelkiej wrogiej taktyce wobec naszego Narodu. Mimo tych ciemności, co dzisiaj może być trudne do zrozumienia nie było napadów. Ludzie grupami zmierzali w jednym kierunku. Trzeba też dodać że bywały okresy kiedy ulice miały jednostronnie wyłaczany prąd. Wtedy mieszkańcy tej części zmuszeni byli korzystać ze świec a tokże karbidówek, które często wybuchały.
Niemcy ponosząc klęski bo przecież w międzyczasie toczyła się wojna z Sowietami zasilanymi militarnie przez aliantów, tym zacieklej odnosili się do ludnosci z terenów okupowanych, a ludności polskiej szczegółnie. Polacy też nie pozostawali dłużni... Zaostrzyły się więc łapanki, aresztowania a nawet grupowe egzekucje na ulicach. Atmosfera stawała sie coraz bardziej napięta. Nikt nie był pewny czy wróci do domu - a był to już rok 1944. Że musi do czegoś dojść coraz bardziej trafiało do świadomości i doszło - do Powstania Warszawskiego. Dalej już wszystko wiadomo!
W międzyczasie, ja pracując na Nowym Świecie poznałam właściciela sasiedniej firmy Romana Talikowskiego. Sąsiedzi i znajomi mówili o nim w samych superlatywach; że niezwykłej uczciwości, dobroci, do tego wykształcony, Politechnika Warszawska potem Wyższa Szkoła Handlowa. Był też człowiekiem bardzo przystojnym i ujmującym. To wszystko spowodowało że nawet duża różnica wieku i zastrzeżenia rodziców nie zdołały mnie powstrzymać od wejścia w zwiazek małżeński.
Tak więc pobraliśmy się 17-go czerwca 1944-go roku. Ślub odbył sie w kościele św. Aleksandra, na placu Trzech Krzyży. 


Na nowej drodze życia

Napewno nie był to odpowiedni czas na zakładanie rodziny. Jak już wspomniałam, wobec nasilających się represji, licznych zamachów i strzelaniny na ulicach nikt nie był pewny dnia ani godziny. Nasz ślub odbył się jeszcze uroczyscie, przyjęcie było krótkie ponieważ obowiazywała godzina policyjna. Firma prosperowała dość dobrze, na Nowym Świecie i w Alejach Ujazdowskich było względnie spokojnie gdyż była to dzielnica "niemiecka". Aleje Ujazdowskie nazywały się wówczas "Siegesstrase". Tam też miesciło sie Gestapo i wszelkie tego typu urzedy. Stamtąd też wyjeżdżały na sygnale samochody jadące do akcji... to było przerażające! W tym też czasie Niemcy przeszli do defensywy, wycofywali sie przed napierającą ofensywą wojsk sowieckich. Skutkiem tego często nie było mozliwości przejścia przez Aleje Jerozolimskie na drugą stronę Nowego Światu. Spadło nawet parę bomb alianckich po drugiej stronie Nowego Światu. To wszystko spowodowało  że zamiast zamieszkania w Warszawie, Roman wynajął tymczasowe mieszkanie w Piastowie pod Warszawą, a sciślej w Regułach na linii kolejki elektrycznej WKD. Trzeba więc było dojeżdżać do Warszawy co nie było uciążliwe, a nawet przyjemne. Był to pociąg wprowadzony jeszcze przed wybuchem wojny tj. przed rokiem 1939-tym, do rozbudowujących sie w tym kierunku osiedli. Był to niezawodny srodek lokomocji, bardzo dobrze wyposażony, chodzący szybko i punktualnie. Trzeba dodać że nawet w czasie Powstania dochodził do Ochoty. To też wyprzedzając fakty, przez wszystkie lata mieszkaliśmy blisko kolejki - jak okreslano ten środek lokomocji - w odróżnieniu od normalnego pociągu.
Wracając jednak do tematu - w Warszawie wrzało... aż dnia 1-go sierpnia, o godzinie 5-ej po południu wybuchło powstanie, które przeszło do historii jako Powstanie Warszawskie! Romek jak zwykle z rana chciał się dostać do Warszawy ale nie mógł wejść do kolejki - tak była załadowana. Jechało masę młodych ludzi z konspiracji którzy mieli wziąść udział w powstaniu. Wobec tego zrezygnował z wyjazdu, tymbardziej że był to już czas urlopu. Tak więc cały ten tragiczny okres ażdo konca tj. do 17-go września przebywaliśmy w Piastowie. Były to tragiczne przeżycia. Słyszeliśmy detonacje pocisków rzucanych na Warszawę, nawet na stacji kolejowej w Piastowie stała na torze potężna armata "kolubryna", nazwana "Berta", ostrzelająca naszą kochaną Stolicę. Wylatujące pociski powodowały taki potężny wstrząs, że wokół szyby a nawet futryny wylatywały. O zmroku widać było płonącą Warszawę, a na podwórku i w ogrodach pełno było popiołu i spalonych papierów. Goryczy i tragizmu dodawały wiadomości, że nasi rzekomi sojusznicy celowo wstrzymali ofensywę i zostawili nas na pastwę Niemcom, mimo że wchodzące w skład wojsk sowieckich polskie oddziały chciały pospieszyć powstańcom z pomocą. Zakaz był jednak bezwzględny i kategoryczny. Tak więc bohaterska Warszawa padła...
Muszę tu dodać że w międzyczasie zamieszkała u nas siostra Romana Maryla, z małym synkiem Wackiem. Mąż Maryli był w oflagu, w Niemczech. Wybuch powstania zastał ją w majątku młodszej siostry Ireny Drews, której mąż Zygmunt był za granicą. Zygmunt w czasie wojny był wojsku, bodaj że u Maczka i brał udział w walkach z Niemcami. Irena zaś prowadziła majątek w Bożęcinie. Ich dzieci Zygmuś i Ania były jeszcze małe. Maryla zatrzymała się u nas ale cały czas starała się dostać do Warszawy, aby zobaczyć się ze starszym synem z poprzedniego małzeństwa Zdzisławem. Nie wątpiła że bierze udział w powstaniu. Istotnie, był to młody chłopiec który parę miesięcy temu zdał na kompletach maturę. Była to radość wielka, wiadomo że nauka na tym poziomie była dla Polaków zakazana. Niestety za parę miesięcy się okazało że Zdzisław zginął w Powstaniu. Zginął także syn najstarszej siostry Romka - Mili, a brat Basi Jakubowskiej - Bogdan. W czasie powstania zamieszkał też z nami ojciec Romka - Michał, który poprzednio mieszkał u Ireny. Było wiadomo że wojska sowieckie wkrótce wkroczą i znając ich taktykę w stosunku do ziemian, Irena postanowiła wysłać swoje mienie do Warszawy - co też uczyniła. Ona w razie  krytycznej sytuacji, miała zamiar opuścić majątek. My tymczasem siedzieliśmy bezradni, nie wiedząc co dalej robić. Przyszedł nam z pomocą Janek, starszy brat Romana, który był lekarzem w Częstochowie oraz Lenka, żona Janka. Wkrótce spakowaliśmy co najpotrzebniejsze  rzeczy i wszyscy wyjechaliśmy do Częstochowy. Tam zamieszkaliśmy wszyscy w mieszkaniu wynajętym dla nas przez Janka. Tak wiec kto przybywał z rodziny czy ze znajomych, mógł się zatrzymać do czasu znalezienia sobie jakiegoś lokum. Ale oczywiście i do Częstochowy dotarła ofensywa sowiecka. Jak się potem okazało, była to tylko czołówka, która miała za zadanie wypędzenie Niemców z Czestochowy. Tu trzeba przyznać ze działanie było błyskawiczne, bowiem w planie Głównego Dowództwa wojsk alianckich było oszczędzenie miasta a zwłaszcza Jasnej Góry, która była podminowana przez wroga. To też pewnego dnia, z rana wpadły do miasta czołgi sowieckie i zaczęły ostrzeliwać niemieckie pozycje. Jeden z nich zatrzymał się na początku ulicy Garibaldiego przy której mieszkaliśmy. Można sobie wyobrazić tą kanonadę! Istotnie po krótkich ale krwawych bojach - Niemców wyparto. Tuż przed tymi faktami przyjechał z Kielc mój tata aby się z nami zobaczyć i przywiózł nam sporo żywności na czas ewentualnego oblężenia. W/w wypadki zastały go u nas. Był u nas przez parę dni i szukał okazji do Kielc. Niepokoiliśmy się wszyscy o mamę bo wiadomo było że i tam toczą się boje. Niebawem okazja się znalazła - na nieszczęście. Przypadkiem spotkani znajomi wracali samochodem do Kielc. Pod Jędrzejowem na ten samochód wpadła sowiecka ciężarówka wojskowa! Wynik był do przewidzenia; jadący w samochodzie zostali ranni a mój tata zginął na miejscu ... mając zaledwie 52 lata. Było to dla mnie straszne przeżycie, tym boleśniejsze że bardzo kochałam swojego Ojca. Był nie tylko ojcem ale wielkim przyjacielem, wyrozumiałym, umiejącym doradzić i poradzić na wszystko. Miał wspaniały charakter, łagodny, wesoły, był przyjazny ludziom, tak go też oceniała rodzina Romka. To też gdy przyjeżdżał do Częstochowy zawsze witali go wielką owacją. Po tym tragicznym wypadku moja mama która została sama sprowadziła nas do Kielc. Było to na wiosnę 1945 roku. W sierpniu urodził się nam synek. Niestety, dziecko zmarło zaraz po urodzeniu, zdążyliśmy go tylko ochrzcić z wody i dać imię Romek. Były to skutki zbyt wielkich przeżyć i wstrząsów psychicznych. Na uspokojenie lekarze dawali mi srodki uspokajające, jak się potem okazało zbyt mocne jak na ten okres. Więc znowu coś było "nie w porę". Stopniowo coraz bardziej utrwalałam w sobie słuszność tego określenia, nawet doszłam do wniosku że na świat też przyszłam nie w porę bo młodość - ta najpiękniejsza część życia - wypadła kiedy się wojna zaczęła i wszystkie plany legły w gruzach. Nie tylko moje oczywiście, ale jednak najbardziej odczuwa sie swoje zawody. Ale życie musi toczyć się dalej. Tak więc 18 sierpnia 1946 roku urodził się Jacek. Była to wielka radość dla nas i dla mojej mamy, która cieszyła się z wnuka, i która pozwalała trochę zapomnieć o poprzednim przeżyciu. Wciąż jednak myśleliśmy o powrocie do Warszawy, która dość szybko zaludniała się powracającymi i podnosiła się z gruzów. Istotnie, wróciliśmy w roku 47-mym, ale nie do samej Warszawy tylko do Piastowa. Znów do tego osiedla przy majątku Reguły, gdzie poprzednio zastało nas Powstanie Warszawskie. Jedynie Warszawa poderwała sie do takiego bohaterskiego ale jakże tragicznego w skutkach czynu. Działania patriotyczne nie zawsze idą w parze z logika to też znowu - jak echo historii - odezwało się powiedzenie; nie w porę.
Różnie to było odbierane, powstańcy i warszawiacy biorący udział w powstaniu do dziś uważają że nie umiano ich docenić ale historycy niestety biorą pod uwagę zasadność faktów i działań a nie sentymenty. Oczywiście " Gloria Victis" widnieje na pomniku - "Chwała Zwyciężonym" - ale znowu rozkaz do akcji przyszedł nie w porę.

Blisko Warszawy - nareszcie. 1948r.

W Regułach najpierw zamieszkaliśmy u znajomych Romana, ale wkrótce wynajeliśmy nowe mieszkanie, Jacuś miał wtedy już prawie dwa latka. W międzyczasie firma "Pracownia Rekawiczek" na Chmielnej 24 w Warszawie zaproponowała Romanowi współpracę, a że prosperowała bardzo dobrze nasze warunki materialne znacznie się polepszyły. Trzeciego sierpnia 1949 roku urodził się Wojtuś. Z czasem mieszkanie okazało sie za małe i do WKD było kawałek drogi, więc w 1950-ym przenieśliśmy się do Komorowa. Była to i jest bardzo ładna miejscowość podwarszawska na lini WKD w kierunku Podkowy Leśnej, Milanówka lub Grodziska. Można ją było określić jako letniskową. Piaszczysta, w pobliżu lasu, dożo prywatnych willi, bardzo ładny nieduży kościół i Szkoła Podstawowa. Oczywiście także sklep Spółdzielni Spożywców, fryzjer, szewc i trochę sklepików prywatnych. Szkoła, najpierw barak drewniany, ale bardzo zadbany, z czasem wybudowano nowy obszerny budynek. Zespół pedagogiczny był starej daty a więc bardzo dbający o poziom szkoły, o wychowanie uczniów. To też rygor był wielki i poziom wysoki, czego skutkiem było to że kończący szkołe uczniowie z łatwością zdawali do szkół średnich oraz wszelkich techników. Kierownikiem szkoły był pan Henryk Kotoński. O, był to pedagog i kierownik szkoły - jak sie zwykło okreslać - z prawdziwego zdarzenia i chyba powołania. Wydawało się że nic go nie interesuje poza szkołą i jej dobrem. Tę właśnie szkołe ukończyli po kolei Jacek, Wojtek i Krzysio, który urodził sie w 1958 roku.
Warszawa tymczasem szybko się odbudowywała, a w zasadzie bardziej odpowiednim określeniem było by - budowała. Mąż w międzyczasie wycofał sie ze spółki na Chmielnej i założył własną firmę. Była to: "Pracownia Rękawiczek - Roman Talikowski" ulica Hoża 35, telefon 217 310, a więc powrót do dawnej tracycji. Tu już można było zorganizować wszystko według swojego uznania. Wróciła więc pani Helena Kaniowska, która pracowała jeszcze na Nowym Świecie u rodziców Romana a także u Romka po wybuchu wojny. Znaleźli się też; krojczy rękawiczek oraz panie je szyjące. Trzeba tu dodać że były to czasy reżimu komunistycznego. Bardzo niechętnie a nawet wrogo odnoszono sie do wszelkiej inicjatywy prywatnej, zwłaszcza handlu. Jedynie Rzemiosło które prowadziło sprzedaż wyrobów przez siebie wykonanych było tolerowane. Nasza firma z tradycjami, dobiegająca 100 lat od założenia jej przez ojca Romana w Odessie, była tak jakby bardziej tolerowana, co nie znaczy że traktowano ją bardziej ulgowo zwłaszcza przez Urzędy Finansowe. O nie! Tu panowały rygory bezwzględne! Kontrole też były surowe. Często jednak ludzie pracujący w tych instytucjach odnosili się jak by z pewnym uznaniem dla tyloletniej działalności mimo niesprzyjających okoliczności, a nawet niekiedy chcieli mi pomóc w dalszym działaniu gdy zabrakło Romana, ale tu juz wybiegam myślą zbyt naprzód.
A tymczasem firma prosperowała dość dobrze. Konieczna jednak była przynależność do jakiegoś zrzeszenia, które wprawdzie niewiele mogło czynić dla swoich członków ale było niejako gwarantem ich lojalności wobec władz a także społecznego i demokratycznego nastawienia do  pracowników i klientów. Nasza firma należała do Spółdzielni Kuśnierzy i Rękawiczników w Warszawie przy ulicy Nowogrodzkiej 6. Do Spółdzielni należało zaopatrywanie poszczegółnych firm a dokładniej; zakładów rzemieślniczych w surowce czyli tak zwane "przydziały". Wszelkie indywidualne zakupy były zakazane. Wykrycie takowych groziło dużą karą pieniężną, a jeżeli było to na większą skalę - więzieniem. Przydziały te były bardzo skromne. Sytuację ratowały tzw. "usługi", Roman nawiązał kontakty z teatrami i firma wykonywała wszelkiego rodzaju rękawiczki według dołączonych wzorów, właściwych danej sztuce i epoce. Przeważnie były to bardzo oryginalne fasony, wymagające wielkiej staranności w wykonaniu jak wycinanie, podklejanie, obszywanie, naszywanie itp. Nota bene - Roman lubił to robić sam bo wyzwalało to jego artystyczne upodobania. Trzeba dodać że było to wykonywane z powierzonych przez teatry materiałów i na ich zlecenie. Jakkolwiek korzyści finansowe nie były wielkie ale firma wykazywała sie działalnością, a my mając kontakt z dziedziną kultury, mogliśmy zaspokajać swoje potrzeby duchowe. Zawsze byliśmy zorientowani co i gdzie będzie grane, otrzymać bilety o które nie zawsze było łatwo,za które oczywiście zawsze płaciliśmy.
W międzyczasie Roman postanowił, że pora na budowę własnego domu! Był to schyłek lat 50-tych. Został więc zakupiony plac w Komorowie przy ulicy Klonowej 5, bardzo ładne miejsce. Budulcem były bale sprowadzone z okolic pogórskich, zatrudnieni byli dobrzy rzemieślnicy i po paru latach dom stanął. Niestety, uczciwy człowiek, sam godny zaufania i darzący zaufaniem innych - przeważnie traci. Zycie też przeważnie bodzie tych, którzy nie potrafią go złapać za rogi. Nie chcę się na ten temat rozpisywać bo są to przykre wspomnienia.
Nerwowe życie w firmie nękanej częstymi i niespodziewanymi kontrolami, kłopoty z domem który miał być spełnieniem marzeń, przyprawiły Romana o zaburzenia sercowe. Zaczęło sie od arytmi serca a skończyło ... nagłym i niespodziewanym zawałem i śmiercią. Był to szczegółny wypadek którego nie sposób nie opisać. Dnia 23-go stycznia 1976 roku, pogoda była wyjatkowo niekorzystna dla ludzi chorych na serce - o czym w radio uprzedzano. Roman miał zamówioną wizytę u specjalisty ale mimo w/w ostrzeżeń nie chciał zrezygnować. Zanim poszedł do lekarza wstąpił do sklepu i zastał kontrolę finansową złożoną z kilku osób. Zmęczony drogą i uciążliwą pogodą, zaskoczony obecnością czynników kontrolujących których zadaniem jest jak się mówiło "szukanie dziury w całym", poczuł że musi zażyć nitroglicerynę. Nie zdążył ... osunął się, przybyłe z naprzeciwka pogotowie - stwierdziło zgon.
Była to już przysłowiowa "siła złego na jednego". Roman zawsze bardzo skrupulatnie prowadził wszystkie sprawy finansowe. Przybyłe osoby z ramienia Urzedu Finansowego były bardzo uprzejme i spokojne, pani Helena na wstępie poczęstowała je kawą a Romanowi gdy wszedł oznajmiła spokojnie i z usmiechem: " mamy gości, niech pan trochę odpocznie, to panie wypiją kawę". Nic nie pomogło, stało się ..! Wkrótce poszła fama po Warszawie że przyprawiły właściciela jednej z firm o atak serca, że ich działalność jest szkodliwa i niebezpieczna. Było wokół tego faktu dużo zamieszania a nawet zatargów ale tego wspaniałego męża, ojca, opiekuna i tak wartościowego człowieka - już nie było wsród nas!
Zostaliśmy sami! Ja, niewiele znajaca się na handlu i chłopcy wchodzący po kolei w dorosłe życie.
Jacek w tym czasie mieszkał koło Sandomierza, Wojtek przed śmiercią ojca ukończył Politechnikę Warszawską a Krzysio kończył Technikum Mechaniczne. Wkrótce po śmierci Romana przeprowadziliśmy sie do Pruszkowa. Jak zwykle bywa w sytuacjach przymusowych, dość szybko wciągnęłam się w sprawy zwiazane z prowadzeniem firmy. Było to dla mnie o tyle łatwiejsze że była pani Helena Kaniowska, jak już wspomniałam od lat związana z firmą oraz bardzo zdolny krojczy Stefanek, nazwiska zapomniałam. Miałam dobre kontakty z kolegami Romka - po fachu, którzy okazali sie w tej sytuacji bardzo przyjacielscy i chętnie służyli radą lub pomocą. A lata leciały bardzo szybko i sytuacja polityczna w kraju zaczęła sie coraz bardziej komplikować.
Jak wiemy na poczatku lat 80-tych "Solidarność" dała znać o sobie. Wkrótce po tym był ogłoszony "stan wojenny", a gdy został odwołany zaczął się niemal masowy exodus przeważnie młodych ludzi za granice. Pierwsi ulegli temu pędowi Jackowie. Na początku kwietnia bodaj 83-go roku zapisali się i mnie namówili na wycieczkę do Bratysławy i Wiednia. Uznałam to za dobry pomysł, bodaj dla odprężenia. W Wiedniu, gdy mieliśmy juz wracać Jacek zadał mi dość zagadkowe pytanie: "czy mama chciałaby mieć kogoś bliskiego za granicą?". Zaskoczona tym, odpowiedziałam, dosyć mętnie; dlaczegóżby nie? "To już jest aktualne, bo my zostajemy" - odpowiedział!
Zaniemówiłam - tak mnie to zaszokowało! Widziałam Jacka oddalającego się ... myślałam że mnie serce pęknie. W drodze powrotnej łzy leciały mi jak grochy. Z Polanicy, szlochając zadzwoniłam do Wojtka. Jakież było moje zdumienie gdy zamiast słów współczucia usłyszałam: "to dobrze, niech mama przestanie płakać i robi dobrą minę, ja po mamę wyjadę, chcę widzieć uśmiech na twarzy, on wie co robi". Długo nie mogłam pogodzić się ze świadomością i zadawałam sobie pytanie - jak można tak łatwo rozstać się z Krajem? Dużo, dużo później zrozumiałam że jakkolwiek decyzja nie była łatwa to może ochroniła przed większym złem. Tymczasem życie polityczne toczyło sie wartko. Sytuacja była wciąż napięta i niepewna. W międzyczsie ożenił się Krzysio z Anią z domu Szot, a w styczniu 85 roku urodziła się Milenka. Następnie ożenił się Wojtek z Anią z domu Zakrzewska, a w 86 urodził sie syn Michał. Ja tymczasem na zaproszenie Jacka wybierałam się do Australii. Paszport otrzymałam dopiero za drugim podejściem, "bo wszak syn wyjechał za granicę nie legalnie, po prostu uciekł", tak skomentowano odmowę. Chyba że pani postara sie namówić syna do powrotu - niejako dopomógł mi drugi urzednik. Tak więc w roku 86-tym, bodaj w październiku, wylądowałam w Australii, skąd powróciłam w lutym. Radość ze spotkania była wielka, pobyt wspaniały i ciekawy bo Jacek chciał mi pokazać jak najwięcej, więc ciągle gdzieś jeździliśmy. Towarzystwo z którymi byli zaprzyjaźnieni, bardzo miłe i serdeczne. Do tego, w tymże roku nasz papież Jan Paweł II odwiedził Australię. Byliśmy na spotkaniu z Nim. Australia bardzo mi sie spodobała, klimat też, bo trzeba dodać że w tym czasie w Europie była zima i to dość sroga.
Po powrocie zeszła sie rodzina, przyjechał Łukasz z Krakowa aby usłyszeć o moich wrażeniach z pobytu. Jak zwykle łatwo podlegająca egzaltacji opowiadałam dość barwnie i szczegółowo. Nie przyszło mi jednak na myśl że nie była to zwykła ciekawość - ale potrzeba dowiedzenia się czegoś wiecej celem powzięcia decyzji. To też gdy skończyłam, bodaj Łukasz a za nim Wojtek i Krzysio wesoło zakrzyknęli: "No to wyjeżdżamy do Australii". Wzięłam to oczywiście za żart. Po jakim czasie jednak sie okazało że to nie był żart. Byłam przerażona!
Wszystko co się potem działo było przygotowaniem do wyjazdu. Przez chwilę nie trafiało do mojej swiadomości że skoro cała rodzina wyjedzie to i ja będę zmuszona pojechać za nimi. A jednak sie stało... w roku 1989, z bólem serca i suto oblewając łzami rozstanie z Warszawą, wtedy gdy zaczęły sie obrady przy tzw. "okrągłym stole", gdy malowały sie lepsze perspektywy na przyszłość, pod koniec września przybyłam na stałe do Australii.
Ponowne znalezienie sie w Australii, nie było dla mnie szokującym wydarzeniem. Poprzedni paromiesięczny pobyt w tym kraju pozostawił miłe wspomnienia i dobre o nim pojęcie. Do tego u Wojtków urodziła sie córeczka Zuzia, a nastepnego roku w styczniu u Krzysiów synek Piotruś. Było więc wiele radości a i dla mnie miłe zajecia jak spacery z dziećmi, obcowanie z nimi. Zamieszkałam u Jacka, już rozwiedzionego. W międzyczasie Jacek wybudował bardzo ładny dom na Kelmscott, były więc i przeprowadzki. Z czasem wszedł w nowy zwiazek małżeński z Basią z domu Żakiewicz, ja pozostałam w mieszkaniu na Karawarze.
Jaką drogą moi synowie ze swoimi rodzinami dostali sie do Australii, jak przebiega ich zycie, myślę że sami opisza najlepiej. Ja po pewnym okresie zrozumiałej nostalgii, z czasem oswoiłam sie z tym faktem. Włączyłam się w nurt zycia tutejszej Polonii i jakkolwiek zawsze jest mi droga nasza Ojczyzna to jednak umiem dostrzec dodatnie cechy i piekno kraju w którym chyba było przeznaczone mi zamieszkać. Zawsze boleję nad tym że jest tak daleko do Europy a tym samym do Polski ale może ta odległość powoduje że jest niejako oazą spokoju. Do tego nasz Perth jest miastem bardzo ładnym i klimat ma bardzo łagodny. Dotyczy to także okolic a nawet całej Zachodniej Australii.
Na poczatku tych moich przemian życiowych usłyszałam od Jacka, że w "życiu zawsze jest coś za coś". Sama zaś doszłam do wniosku, że "życie może mieć urok gdy w ludziach umiemy dostrzec ich wartości a w otaczajacym nas świecie piękno".
Gdy moje najmłodsze wnuki nieco podrosły za namową Jacka zapisałam się na kursy angielskiego a w 1991 zapisałam sie do Polskiego Klubu Seniora w Maylands. Zaczęło sie od udziału w róznych wycieczkach, które pozwoliły mi poznać bliżej ten ciekawy kraj. Z czasem zostałam wybrana do Zarządu Klubu i pełniłam funkcję sekretarza przez pięć lat. To z kolei pozwoliło mi na bliższe poznanie tytejszej Polonii, bywania na różnych spotkaniach itp. Działalność ta znacznie podniosła mnie na duchu bo jakkolwiek z rodziną łączyły mnie, i nadal łączą bardzo serdeczne kontakty to jednak nasze problemy życiowe różnią sie oczywiście. W klubie znalazłam się w otoczeniu ludzi podobnych mi wiekiem a niekiedy i zainteresowaniami. Ponieważ zawsze lubiłam parać się piórem - jak się to mówiło - zaczęłam swoje wrazenia z wycieczek oraz wszelkie wydarzenia a także obserwacje przelewać na papier. Przeważnie nadawałam im formę wierszowana, jako łatwiejszą do czytania a więc w odbiorze, nie rzadko bawiąc humorem.
W bieżącym roku tj. 1999 zebrałam te wiersze i przekazałam naszemu Klubowi Seniora z okazji jubileuszu XV lecia Klubu. Wielka zasługa w tym naszej Prezeski Danuty Pawłowskiej, która je przepisała na komputerze, dała do oprawy a Zarząd sfinansował ich wydanie w formie książki zawierającej 70 stron. Jakość wydania bardzo podniosły i ubarwiły rysunki mojej synowej Ani - żony Krzysia. Książka miała dwa wydania, pierwsze dwadzieścia egzemplarzy "poszły jak woda" podczas promocji książki, która odbyła sie w czasie naszego "Święconego" w klubie tj. na początku kwietnia. Ponieważ było dużo chętnych do nabycia, którzy zapisali sie na listę, w maju wyszło wydanie drugie w liczbie 50 egzemplarzy. To z kolei wystawione do nabycia podczas spotkania w Dzień Matki, zostało szybko wyczerpane. Dało mi to wielką satysfakcję, bo wszak świadczyło że wiersze się podobały. Jest to - jak podczas promocji książki było powiedziane - kronika wydarzeń na przestrzeni tych lat. Podział na rozdziały dotyczące różnych wydarzeń, imprez i faktów sprawiły że każdy mógł odnaleźć tam jakieś swoje wspomnienia.
A teraz ... teraz należałoby zacząć wieść "żywot człowieka poczciwego", jak niegdyś napisał jeden z naszych pisarzy. Poczciwego - tak - to zawsze godne zalecenia, ale nie bezczynnego, bo to nie leży w mojej naturze. Zapewne trafi się jeszcze jakiś ciekawy temat i okoliczności godne opisania. Na zakończenie dołączyłam wiersz Jarosława Iwaszkiewicza, jakże wymowny dla tych którzy lubili posługiwać się piórem a upływający czas coraz bardziej ogranicza ich możliwości.
Ale staram sie "nie dawać wiekowi". Jak długo? Myślę że nasza kronika na tym sie nie skończy, że ktoś przejmie pałeczkę. A może, każdy z moich synów będzie ją uzupełniał o swoje dzieje, obserwacje i wydarzenia. Oby!!!
Mama.

ukończono w 1999 roku. opublikowano w 2014.





przejdź do początku

Komentarze (1)

    • Jacek Talikowski
    • napisał(-a) 2014-04-21
    Mam wyrzuty sumienia że opublikowałem Mamy wspomnienia dopiero w tym roku, 13 lat po jej śmierci, ale dopiero teraz mam czas, jestem na emeryturze. Czytelnika który porówna wspomnienia Mamy i moje zapewne zdziwi odmienny opis pewnych faktów i ich ocena. Podobnie jest z kroniką Stefana, suplementem Zygmunta i sprostowaniami Wacława. Nie ma w tym nic dziwnego. Każdy opis faktu jest obserwowany z innego stanowiska a ocena jest subiektywna, zależna od obserwatora. Poza tym oko ludzkie potrafi czegoś nie zauważyc a pamięć coś przekłamać.
    Mama moja, kobieta dobra i ufna, lekkoduch i wesołek, starała sie nie zauważać znoju życia w PRLu. Zapewne nie doceniała stresu pod jakim żył mój Ojciec Roman, gnębiony ustawicznymi kontrolami Urzędu Finansowego. Pisze o przychylności pań kontrolujących, a przecież musiała wiedzieć że po kontroli dostawały one parę rękawiczek każda, nie jako łapówkę bo kontrole nigdy nie znalazły żadnej nieprawidłowości ale jako haracz. Budowa domu w Komorowie również zakończyła sie klapą. Opiszę to w moim segmencie.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku