Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2014-04-26 14:13:34
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Zosia Mrozowska-Talikowska wspomnienia

Wspomnienia rodzinne




Skąd nasz ród.

Na prośbę najstarszego syna Jacka, którego historia rodziny szczególnie interesuje, starałam się wyłowić z pamięci wspomnienia dotyczace mojego drzewa genealogicznego tj. rodziny Mrozowskich. Znacznie wczesniej kuzyn Stefan Talikowski napisał "Kronikę Rodziny Talikowskich", co niewątpliwie wzbudziło chęć poznania dziejów mojej rodziny. Nie było to dla mnie takie łatwe ponieważ wszelka systematyczność nie leży w mojej naturze. Zawsze chętnie pisałam różne referaty itp. ale były to opracowania krótsze lub dłuższe, które kończyły się wraz z wyczerpaniem tematu. Kronika wymaga pewnej ciągłości i chronologii, a po tylu latach jest to tym bardziej trudne.
Drzewo genealogiczne mojej rodziny było bardzo rozgałęzione. Niestety moje wiadomości dotyczące poszczególnych gałęzi są dość skąpe. Młodość ma to do siebie że chętniej sięga myślami naprzód niż wstecz. W swoim czasie mało interesowało mnie - kto od kogo pochodzi - tym bardziej że gdy byłam mała, moi rodzice wyjechali na Wołyń, gdzie się na dłuższy czas osiedlili. Wprawdzie jeździliśmy dość często do Warszawy i Kielc, gdzie mieszkała rodzina mojej mamy, były więc różne ciocie, wójkowie i kuzyni ale wtedy nie zastanawiałam sie ani nie dociekałam jakie były więzy pokrewieństwa. Najważniejszą osobą był Dziadek - ojciec mamy, który mieszkał w Białogonie koło Kielc, do którego od czasu do czasu wysyłali mnie rodzice na wakacje. Babcię mniej pamiętałam bo umarła gdy byłam jeszcze małą dziewczynką. Rodziny mojego ojca prawie nie znałam. Wiem że tata urodził się w Tarnobrzegu, że miał siostrę i młodszego brata Julka, którego bardzo kochał, a który zginął na wojnie. Fakt ten przyczynił się do śmierci matki która sama wychowywała dzieci, bo ojciec mojego taty osierocił ich jeszcze wcześniej. Od czasu do czasu odwiedzali nas kuzyni ze strony rodziny taty, ale te kontakty nie były tak częste jak z rodziną mamy.
Moje wiadomości o pochodzeniu mojej najbliższej rodziny ze strony mamy sięgały mojego pradziadka (bodaj) Albina Szczerbińskiego, którego - jak się wówczas mówiło - Bóg obdarzył licznym potomstwem. Pradziadkowie mieli dwóch synów i trzy córki.
Najstarszy syn Stanisław pracował w kolejnictwie, miał jak słyszałam trzy żony. Człowiek bardzo przystojny i wesołego usposobienia, nie miał dzieci.
Zdzisław, też pracował w kolejnictwie, ożeniony z Maryną Sędkówną /Sędek/, siostrą swojego szwagra, mieli cztery córki i syna.
Najstarsza córka, Franciszka - moja babcia, wyszła za mąż za Józefa Michcińskiego - mojego dziadka, oczywiście. Mieli troje dzieci.
Najstarsza była moja mama Józefa Gabriela, następnym dzieckiem syn Adaś i po wielu latach urodził się Tadzio.
Następna córka Wanda, weszła w związek małżeński z Franciszkiem Gutkowskim, mieli dwóch synów, Zygmunta i Henryka.
Najmłodszą z córek była Ewa która wyszła za Antoniego Sędka. Małżeństwo to zaowocowało pięcioma synami.
Więc po kolei: Jan Sebastian, ciocia Ewa widać lubiła muzykę Bacha bo istotnie była muzykalna, stąd te imiona nadała najstarszemu synowi.
Następni synowie to: Stefan, Boguś, Jurek i najmłodszy Ryszard który zginął w Powstaniu Warszawskim.
Odtworzone z pamięci koligacje rodzinne zamieściłam w rysunku obrazującym drzewo genealogiczne mojej rodziny. Nieco dokładniejsze wiadomości dotyczace poszczególnych gałęzi rodziny opisuję osobno.
To co niewątpliwie rzuca się w oczy i będzie budziło zastrzeżenia to niemożność posługiwania się datami. Jest jak wyżej wspomniałam wynikiem braku w swoim czasie mojego zainteresowania tymi sprawami. To co się zachowało w pamięci, czas powoli zaciera, a wiekszość dokumentów które mogły to ułatwić zaginęły w czasie pożogi wojennej. Nie zawsze też rozstający się z tym światem członkowie rodziny mieli je przechowane lub opisane.


Koligacje rodzinne.


Wujostwo Sędkowie.
Najbardziej byliśmy zaprzyjaźnieni z rodziną cioci Ewy i wuja Antoniego Sędków, zamieszkałych w Kielcach przy ulicy Złotej 11, którzy mieli tam swój dom. Ciocia Ewa - z domu Szczerbińska - była rodzoną siostrą mojej babci, zatem w zasadzie była też moją babcią, ale że jest w zwyczaju osobom starszym, nieco dalej spokrewnionym mówić per "ciocia" i "wujek", tak też byli tytułowani.
Ciocia Ewa, osoba niskiego wzrostu, w latach młodosci zapewne bardzo urodziwa, była osobą niezwykle ujmującą, zawsze pogodną i uśmiechniętą. Miała wiele wartości duchowych, lubiła muzykę i sztukę a i sama bodaj miała jakieś zdolności artystyczne, ale w jakiej dziedzinie nie pamiętam. Pamietam jednak że nie tylko interesowała się ziołolecznictwem ale umiała wykorzystywać różne właściwości ziół, preparować z nich wszelkie nalewki i maście, widocznie skutecznie działające bo miała licznych pacjentów z okolicznych osiedli. Pomogła też radykalnie mojemu mężowi - Romkowi, który miał jakąś rankę na nodze, która przez dłuższy czas nie mogła się zagoić. Lubiła więc chodzić po lesie i osobiście zbierać wszelakie roślinki - a było gdzie, wszak było to pasmo Gór Świętokrzyskich. Piękne lasy, obfitujące w grzyby - które ciocia też lubiła zbierać, oraz wszelkiego rodzaju jagody. Niestety tak było do czasu aż Polska Ludowa, wybudowała w pobliżu Kielc gigantyczną cementownię "Nowiny". Pył cementowy w znacznej mierze "zacementował" znaczne połacie pobliskich lasów. A był tam także, bodaj przez Amerykę ufundowany, wspaniały szpital czy też Instytut Przeciwgruźliczy, wspaniale wyposażony we wszelkie urzadzenia medyczne, ktore siłą faktu uległ też inwazji owego pyłu cementowego. Uległy też zniszczeniu piękne okoliczne miejscowości w których wielu kielczan miało swoje "dacze", gdzie jeździło się w niedzielę i święta na odpoczynek. Były to: Słowik - gdzie był piękny zabytkowy drewniany kościółek, nieco dalej Śitkówka oraz wiele innych pięknych, leśnych zakątków.
Nieodzownie jest też podkreślić, że w lasach świetokrzyskich w czasie okupacji niemieckiej ukrywała się i wspaniałe działała partyzantka, prowadząca walkę podjazdowa wobec okupanta. Były to akcje niejednokrotnie przechodzące wszelkie wyobrażenia, z uwalnianiem więźniów politycznych i odbijaniem ich gdy byli wiezieni na egzekucje. Nic więc dziwnego że kielecczyzna była szczególnie prześladowana przez Niemców, posuwali się do najbardziej wyszukanych okrucieństw, jak zasypywanie żywcem pojmanych partyzantów.
Pozornie może się wydawać że znacznie odbiegłam od tematu, ale w dalszej części okaże się że miało to związek także z rodziną Sędków, która pracowała w konspiracji. Oprócz partyzantki działała też konspiracja, wychodziły biuletyny, gazetki, jednym słowem - prasa podziemna.
Wuj, Antoni Sędek był pedagogiem. Zajmował stanowisko dyrektora lub kierownika szkoły, nie pamietam czy była to szkoła średnia czy podstawowa, dokładność w tym względzie nie jest konieczna bo nie ma wpływu na dalsze wydarzenia. Ważne jest że był człowiekiem rzetelnym i stanowczym, jak przystało na pedagoga, był więc człowiekiem ogólnie szanowanym. Tak dla uzupełnienia warto dodać że w przeciwieństwie do cioci był mężczyzną bardzo wysokim i postawnym. Małżeństwo było bardzo udane. Mimo znacznych cech apodyktycznych wuja, "pierwsze skrzypce" w rodzinie wuja wiodła ciocia. "Będzie tak, jak postanowi Ewunia" - mawiał wuj Antoś. Zapamiętałam np. taki fakt, gdy ciocia przyszła z wizytą do mojego dziadka z nazbieranymi po drodze grzybkami, zaraz je przyprawiła i chciała nas wszystkich poczęstować. Brońcia - późniejsza żona Tadzia która też znała się na grzybach wyraziła powątpiewanie co do ich "zjadliwości". Nikt z nas więc nie miał odwagi jeść. Wtedy wujek ostentacyjnie je skonsumował, jako że Ewunia się na wszystkim zna. My z niepokojem czekaliśmy na skutki... okazało się że Ewunia istotnie się nie pomyliła. A ciocia lubiła bardzo oprócz ziół i jagódek zbierać grzybki. Wujostwo mieli pięciu synów.
Najstarszym był Jan Sebastian (z tego widać że ciocia lubiła muzykę Bacha), w rodzinie wymieniane było tylko imię Sebuś. Był to bardzo przystojny młodzieniec, ukończył prawo i po studiach był adwokatem w Warszawie. Pamiętam że jeszcze jako studenta, moi rodzice często zapraszali Sebusia na wakacje na Wołyń, gdzie mieszkaliśmy przez wiele lat. Oboje lubili towarzystwo, urządzali wiec czesto zabawy i goście tańczyli pod muzykę płynącą z płyt patefonu. Sebuś, który wspaniale tańczył "pozawracał" wielu pannom w głowie, oj niejedna rozpaczała gdy wyjechał. Z czasem ożenił sie z dalszą kuzynką Ireną z domu Gałęzowską. Mieli dwóch synów. Starszy Marek, który też ukończył prawo a nastepnie drugi fakultet - historię. Młodszy, Grzesio ukonczył medycynę, ale to już dalsze dzieje.
Drugim synem wujostwa był Stefan, też chyba ukończył prawo, ale z czasem widać poczuł "wolę Bożą" bo wybrał stan kapłański i chyba już przyjął pierwsze święcenia. Ale był to młodzian dość kontrowersyjny i na skutek jakiegoś nieporozumienia ze swoimi zwierzchnikami, stan kapłański opuscił, a nawet sie ożenił. Żona Stefana miała na imie Wiktoria, a wiec Witka - jak się mówiło zdrobniale. Mieli dwie córki i syna. Najstarsza Alicja - Ala, syn Roch z bliźniaków (jeden z nich umarł wkrótce) oraz córkę najmłodszą Hankę. Mówiono wsród bliskich że Stefan po opuszczeniu stanu kapłańskiego jak gdyby stał sie ateistą, ale to chyba okresowo bo potem stał sie mocno wierzącym i praktykującym wiernym. Nawet pamiętam, gdy odwiedzając nas w Komorowie codziennie rano chodził do koscioła i służył do mszy świętej. Już jako młodzieniec, a i potem w późniejszym wieku był człowiekiem bardzo sympatycznym, serdecznym i wesołym. Z czasem jednak dostrzegało się że poprzednie przeżycia nie pozostały bez echa, że tkwi w nim jakiś żal do życia a może do samego siebie? Świadczyła o tym także pewna niedbałość o wygląd zewnętrzny. Tak dzieje się często z ludźmi których jakieś wydarzenia życiowe wyrzuciły poza sferę zainteresowań i zamierzeń. Wtedy żadne nastepne sytuacje nie dają im satysfakcji, czuja się jakby poza nawiasem życia. Małzeństwo Stefana też nie było udane, jedyną radością były dzieci. Zdarzało sie że gdy przyszedł na jakies przyjęcie w rodzinie (to co miało miejsce u nas), był tak zewnętrznie zaniedbany że wprowadzał gospodarzy w zażenowanie wobec gości. Wystarczyło jednak parę zdań aby wszyscy zorientowali sie z kim mają do czynienia a niebawem byli oczarowani. Umiał zabawić całe towarzystwo, błyskotliwie opowiadać, a gdy to wszystko ubarwiał przysłowiami łacińskimi - bo wszak znał ją dobrze - nikt już nie dostrzegał niedbałości zewnetrznej. Wszyscy byli ubawieni i przy każdej okazji pytali - a czy będzie ten kuzyn?
Trzeci syn - Jurek, który też ukończył prawo i pracował bodaj w "Macierzy Szkolnej". Był to przystojny, wesoły i dowcipny młodzian, z czasem ożenił się z Jadzią, nazwiska panieńskiego nie pamietam, ładną i z dużym wdziękiem panną. Mieli czworo dzieci, najbardziej zapamiętałam Ewunię i Krzysia. Chyba znacznie później urodziło się im następnych dwóch chłopców, ale już imion ich nie pamiętam. Jurkowie mieszkali w Warszawie a znacznie później, bodaj w Świdrze, na linii do Otwocka.
Nastepnym synem był Boguś. Zawsze wątły i szczupły, nie wiem co ukończył bo w swoim czasie obiło mi sie o uszy, że miał trudności z nauką. Był to człowiek o "złotym sercu", jak zwykło sie o nim mówić. Jakoś nie umiał sobie życia ułożyć, a może życie nie dało mu się układać? Był przez krótki czas żonaty, potem go żona opuściła co bardzo przeżył, więc w zasadzie stale mieszkał z rodzicami.
Najmłodszym synem był Ryszard. Zdolny, młody człowiek, pełen energii i werwy życiowej. Niestety zginął w Powstaniu Warszawskim, mając zaledwie dwadzieścia pare lat. Tu trudno nie wspomnieć z bólem, że takich zginęło wielu, a nawet dużo młodszych - i dzieci.
Rodzina żyła szczęśliwie, we wzajemnym miłowaniu się i dość dobrych warunkach materialnych. Gospodarstwo domowe prowadziła kuzynka, ciocia Gałęzowska, osoba "cicha i pokornego serca" jak zwykło się mówić o takich rzetelnych i pracowitych ludziach.
W międzyczasie Sebuś i Jurek wyjechali do Warszawy i tam założyli rodziny, o których już wspomniałam poprzednio. Wszystko zapewnie toczyłoby się bezawaryjnie gdyby nie wybuch wojny 1-go września 1939 roku, a następnie okupacja niemiecka. Większość - zwłaszcza młodych ludzi wstępowała do konspiracji. Należeli do niej także synowie wujostwa Sędków. Całe rodziny wspierały konspirujących i partyzantów. Nota bene - i mój ojciec też należał do konspiracji. Były więc wydawane a nastepnie kolportowane biuletyny, różne gazetki, jednym słowem - prasa podziemna. Jednym z punktów kolportażu było mieszkanie wujostwa Sędków w Kielcach. Była to "śliska" praca, w każdej chwili grożąca "wsypą" i oczywiście aresztowaniem. Przypominam sobie fakt, gdy pomagałam Ryszardowi segregować prasę, nagle usłyszeliśmy na korytarzu słowa po niemiecku. Ciocia zawsze przygotowana na wszelką ewentualność, wciągnęła gestapowców do kuchni i udając głuchą zaczęła wypytywać głośno - o co chodzi? W tym czasie Ryszard zgarnął gazetki, spuścił je do ogrodu a drugim wyjściem wyskoczył na górę. A więc udało się - ale nie na długo. Po następnym "najściu" aresztowano lokatorkę po której ślad zaginął. Wkrótce zostali aresztowani wszyscy synowie wujostwa w Kielcach, oraz Sebuś i Jurek w Warszawie. Mój tata też został wtedy aresztowany. A więc była to duża "wpadka", która pociągnęła za sobą duże konsekwencje! Można sobie wyobrazić rozpacz rodziców. Ale wujostwo byli ludźmi wierzącymi, więc tylko Bogu powierzali swoje cierpienie. Zwłaszcza ciocia która codziennie chodziła do "kościółka" - jak mawiała, zachowując wszelkie pozory spokoju. Istotnie, po jakimś czasie wszyscy synowie a także mój tata - zostali zwolnieni. Zapewne zadziałała tu główna organizacja która i wsród Niemców miała swoich ludzi, a łaska Boska była w tym że to się udało. Nie mniej te punkty zostały spalone, trzeba było zaprzestać działania aby nie narażać innych. Ryszard wkrótce wyjechał do Warszawy, zatrzymał sie u Jurków na Powiślu przy ulicy Lipowej, gdzie jeszcze podobny punkt działał. Okazało sie wkrótce że Gestapo wciąż było na tropie. Niebawem został aresztowany brat Ireny - żony Sebusia - Romek, który mieszkał wraz z bratem Henrykiem i ślad po nim zaginął. Było to mieszkanie w sąsiedztwie Jurków, Henryk ocalał ponieważ nie było go w tym czasie w domu. Bodaj parę dni później, Ryszard wychodząc z domu natknął się na tychże zbirów którzy go zapytali: "Czy mieszka tu Ryszard Sędek?" Nie był to jednak chłopak "w ciemię bity", jak zwykło się mówić o szybko oriętujących się ludziach i wskazał drugą klatkę schodową. A więc i Lipowa była spalona. Po tych wydarzeniach Jurkowie przenieśli się pod Warszawę, bodaj do Świdra.
Następne wydarzenia też nie oszczędziły tej rodziny. Ryszard zginął w Powstaniu Warszawskim w 1944 roku. Jurka aresztowały władze PRL-u, a sciślej mówiąc tzw. "bezpieka" która współdziałała z sowietami - jak się określało Związek Radziecki. Został tamże wywieziony, i ślad po nim zaginął.
Po jakimś czasie te same władze PRLu aresztowały Sebusia i został osadzony w więzieniu we Wronkach. Oskarżenie było słabo sprecyzowane, bo co jakiś czas dostawał zawiadomienie o zwolnieniu. Nim jednak doszło do tego faktu, otrzymał następny akt oskarżenia. Z czasem się okazało że działo się to za sprawą prokuratora Różańskiego (pochodzenia żydowskiego), który wiedział że rodzina Sędków popierała niegdyś Narodową Demokrację. Nawet utarło się powiedzenie że "Sędek - to endek", jak określało się potocznie zwolenników tego ruchu politycznego. Wujek często wchodził w konflikt polityczny z moim ojcem, który był Legionistą, a więc zagorzałym piłsudczykiem. Narodowi Demokraci byli przeważnie w konflikcie z nacją żydowską i nawet na wyższych uczelniach bywały rozruchy na tym tle. Tej orientacji politycznej "obywatel prokurator", nie mógł Sędkowi darować. Na szczęście z racji - być może - zmian personalnych, Sebusia zwolniono. Wrócił więc do rodziny i do adwokatury. Nareszcie Irena, która przez długi czas musiała sama wychowywać Marka i Grzesia, odzyskała męża a chłopcy ojca, którego brak tak bardzo odczuwali.
Tak jak poprzednio utrzymywalismy bliski kontakt z wujostwem Sędkami i ich rodziną, tak potem mieszkając już pod Warszawą, utrzymywaliśmy bardzo serdeczne stosunki z Sebusiami i "chłopcami", - zastosowałam to okreslenie bo to tak ciepło brzmi. Oczywiście potem z ich rodzinami. Mój mąż Roman też bardzo lubił tę rodzinę, dla cioci Ewy miał szczególną sympatię i uznanie za jej pogodę ducha i ciepło jakim wszystkich darzyła.
Te moje wspomnienia to już historia. Spisałam je - w moim mniemaniu - względnie dokładnie, co nie znaczy że ustrzegłam sie pewnych niedokładności w podawaniu faktów, ale przecież - "errare humanum est". Jakkolwiek wspomnienia te wejdą w skład kroniki naszej rodziny do której zostałam zdopingowana przez Jacka, to jednak te wspomnienia o rodzine Sędków - dedykuję Markom i Grzesiom. Może wzbogacą je. Nie brak tu i pewnych refleksji których trudno sie ustrzec w stosunku do osób z którymi łaczyły więzy nie tylko rodzinne, ale i uczuciowe.

PS. Nie od rzeczy będzie przypomnieć powiedzenie cioci Ewuni które jej zapewne pomagało w znoszeniu różnych cierpień a także innym wierzącym dodawało otuchy: "Kogo Pan Bóg kocha krzyżyki mu daje, kto cierpliwie znosi, szczęśliwym się staje." To obrazuje jak mocną wiarę mieli nasi przodkowie.
Ciocia była bardzo dumna ze swojego rodu, usiłowała nawet wszystkich przekonać że wywodzi się z czasów Bolesława Chrobrego (a więc od roku 1018), który to król wyszczerbił miecz zwany później "szczerbcem" o Złotą Bramę kijowa. Wszyscy - mając wielką sympatię dla cioci - starali sie przyjąć to z właściwą powagą. A może istotnie tak było?

Już po zakończeniu tych wspomnień przypomniałam sobie o pewnym wydarzeniu, które w formie humorystycznej przeszło do historii mojej rodziny, a które w swoim czasie mogło zdecydować czy małżeństwo moich rodziców dojdzie do skutku. A było to tak.
Jak już poprzednio wspomniałam, wujek Antoni Sędek był zwolennikiem Narodowej Demokracji, a więc partii przeciwnej Józefowi Piłsudskiemu. Mój - niedoszły jeszcze onego czasu tata - był Legionistą, a więc zagorzałym Piłsudczykiem. Mający się "ku sobie" młodzi złożyli wizytę wujostwu Sędkom. Jak zwykle wśród nas Polaków, nie obyło sie bez poruszania tematów politycznych. Wymiana zdań nabierała coraz wiekszej gwałtowności, gdy wujek - jak zwykle dość popędliwy - powiedział: "A ja twierdzę, że Piłsudzki to łotr!". Mój tata nie wytrzymał, zerwał się gwałtownie... "O nie, do takiej rodziny to ja nie wejdę", wyrzucił z siebie i rzucił się w kierunku drzwi. Gdy usiłowano go zatrzymać... wyskoczył przez okno. Na szczęscie był to wysoki parter. Można sobie wyobrazić konsternację pozostałej rodziny, i rozpacz mojej mamy. Tu już tylko głowy i umiejętności zainteresowanych kobiet, w osobach cioci i mojej babci, a także samej wybranki serca mogły uratować sytuację. Przeciwnicy polityczni sie pogodzili, z czasem nawet polubili, z tym że postanowili nigdy nie poruszać takich drażliwych tematów. Ślub odbył sie w Kielcach w Katedrze, bodaj w 1918 roku. Podobno wszystko jest dobre - co sie dobrze kończy.




przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku