Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2010-08-26 17:16:18
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Rozdział II

Edmund /22.X.1886 – 19.IV.1957/

Edmund
Edmund

Rodzice moi prowadzili dom na stopie, która dzisiaj wydać się może szeroką, wówczas jednak była typową dla zamożnej inteligencji warszawskiej.

Było nas siedmioro rodzeństwa: czterech braci i trzy siostry. Wszyscy otrzymaliśmy bardzo staranne wychowanie i wykształcenie.

Edmund – Mundek, jak go w domu nazywaliśmy, był, jako najstarszy syn, oczkiem w głowie rodziców. Trzeba przyznać, że w pełni na to zasługiwał. Był zdolny i pilny: mając niespełna siedemnaście lat, ukończył gimnazjum. Charakteru szlachetnego, od najmłodszych lat postępowaniem swoim zjednywał sobie kolegów. Bezinteresowny, wrażliwy na krzywdę ludzką w każdej postaci. W późniejszych latach, już jako inżynier, był na wszystkich stanowiskach; od praktykanta do naczelnego dyrektora, lubiany i szanowany przez robotników. Dla nas, młodszego rodzeństwa, był kochanym bratem i wzorem doskonałości.

Kiedy wyjechał na studia za granice, zawsze pamiętał o matce i siostrach, przywożąc im "des petites cadeaux" z czego było wiele radości. Bo też i rodzice nie szczędzili mu grosza. Jako student Politechniki w Darmstadt zajmował dwa pokoje: sypialnię i salonik – pracownię.

Był zawsze elegancki i podobnie jak ojciec pedantycznie czysty. Z kolegów jego bywali u nas w domu: inż.Heliodor Stark, późniejszy konsul Polski w Niemczech, inż. Rudolf Świerczyński, architekt, twórca wielu gmachów w Warszawie (BGK), inż. Stanisław Karsz, kolega Mundka jeszcze z lat szkolnych, dusza życia studenckiego na obczyźnie, zawsze pełen staropolskiego humoru. Mówiono o nim, że wracając jako student, od rodziców ze Świąt Wielkanocnych, wiózł całą szynkę wędzoną. Na granicy zażądano od niego wysokiego cła. Nie zapłacił i w odwet celnikom, na ich oczach, z kilkoma kolegami, cała tę szynkę, popijając piwem – zjedli. Wreszcie do wojny utrzymywał Mundek kontakt, ze swym kolegą gimnazjalnym Henrykiem Fukierem spadkobiercą sławnych piwnic w Rynku Starego Miasta.

Edmund był inżynierem – mechanikiem. Pół dyplom zdał w Darmstadt zaś dyplom w Brunn w Austrii. Praktykę warsztatową odbywał początkowo w Warszawie w fabrykach K. Rudzkiego i Gerlach Pulst, a następnie w roku 1911 wyjechał na dalszą praktykę do Szwajcarii do "Schweitzerische Locomotiv und Maschinenfabrik Winterthur". Specjalizował się w motorach Diesla. Jako cudzoziemiec, dostał się do Winterthur, tylko dzięki staraniom i listom polecającym uzyskanych przez ojca.

Ojciec pojechał z nim do Szwajcarii. Zatrzymali się w Zurychu skąd udali się do Winterthur. Ojciec ulokował go u naczelnego dyrektora inż. Pfandera, w którego willi Mundek zamieszkał. Wspólnie z państwem Pfander zwiedzali Szwajcarię, a pragnąc ojcu zrobić przyjemność, między innymi zainicjowali wycieczkę do Muzeum Polskiego w miejscowym Zamku w Rapersvilll. Mundek przebywał w Szwajcarii przeszło dwa lata. Razem z żoną swego naczelnego dyrektora panią Fernande Pfander, z którą zawarł małżeństwo /oj ci Polacy/ i w 1914 r. wyjechali razem do Rosji do Jekaterynosławia, gdzie Mundek został zastępcą naczelnego inżyniera fabryki Tow.Akc. B. Handke, a od 1916 naczelnym inżynierem. Później, aż do roku 1919 zajmował stanowisko naczelnego dyrektora fabryki Tow. Akc. Starr et Co.

Po powrocie do Warszawy, został naczelnikiem Wydziału Warsztatów Głównych Tramwajów Miejskich.

Na tym stanowisku do 1935 r pracował. przy odbudowie zniszczonego przez Niemców taboru, przy projektowaniu i budowie nowych warsztatów i zajezdni nowych wozów i ich wyposażenia. W tym czasie dyrektorem tramwajów był były prezes Związku Studentów Polaków w Niemczech, inż. Alfons Kuhn, późniejszy minister komunikacji.

W 1936 Edmund powołany został przez I-go Wiceministra Spraw Wojskowych generała Litwinowicza na stanowisko kontrolera produkcji Państwowych Wytwórni Uzbrojenia, kierownika Wydziału Ściśle Tajnego "Mob", oraz powierzono mu zadanie zbadania przemysłu prywatnego i wykorzystanie go jako "poddostawcy" dla Armii.

Na tym stanowisku pracował aż do kapitulacji Warszawy. W czasie okupacji nie pracował nigdzie.

Po drugiej wojnie światowej od 1945 do 1948 r. był dyrektorem Cukrowni "Józefów" pod Warszawą, a ostatnio pracował na stanowisku naczelnego inżyniera Fabryki Maszyn i Motorów Elektrycznych N.I. w Żychlinie /dawniej Brown Bowery/.

Żona jego, z domu Pissine, córka Alfonsa-Oliviera, obywatela ziemskiego z Caen, departamentu Calvados i matki Hortensji-Luizy Diehl, miała brata Oliviera Pissine, zajmującego stanowisko: Ingenier en Chef des Voies et Acces du Metro de Paris". Otóż ten Olivier na krótko przed II Wojną Światową proponował Mundkowi piękne stanowisko we Francji, na co jednak Mundek się nie zgodził, pragnąc pracować w kraju. Bratowa miała o to do niego wieczną pretensje, może i słuszną, oceniając rzecz z dzisiejszego punktu widzenia.

Z pierwszego małżeństwa miała Nande dwoje dzieci: córkę Georgettę, wychowankę Sacre Coeur w Grenoble w Szwajcarii i syna Charles΄a adwokata w Casablance w Marocco.

Georgette, po ukończeniu szkoły klasztornej, przyjechała do matki do Warszawy, i ukończyła Wyższą Szkołę Muzyczną im. Chopina. Nauczyła się mówić poprawnie po polsku, czego matka jej nigdy nie zdołała osiągnąć. Była to bardzo miła, dobra i serdeczna dziewczynka. Wszyscy ją lubili. Jej językiem ojczystym był francuski, jednak przy bridgeu podliczała po niemiecku, wywołując tym wesołość graczy. Okazało się, że w klasztorze matematyki uczyła się w języku niemieckim i to jej już zostało. W 1939 roku pierwszego dnia, po kapitulacji Warszawy, gdy ulice pełne były gruzu i szkła, przyszła do nas z Mundkiem na Elektoralną przynosząc bochenek chleba, o który wówczas było tak trudno. Była uczuciowa i bardzo się do naszej rodziny przywiązała.

Niemcy wkrótce po zajęciu Polski, nakazali wszystkim cudzoziemcom wyjechać. Georgette miała obywatelstwo szwajcarskie. Z wielkim bólem rozstała się z matką i Edmundem. Po przejściu kwarantanny w Stuttgarcie, pojechała do Grenoble. Wyszła za mąż za lotnika. Po roku jej mąż zginął na froncie. Urodziła córeczkę Marię-Elizabeth, Malibeth jak ją nazywała albo Mabeth. Nande pojechała ją odwiedzić: była we Francji, Szwajcarii, poleciała nawet samolotem do Casablanki do syna, trzymając małą na kolanach. Po tym wróciła do Edmunda do Żychlina.

W jakiś czas później, Georgette zachorowała na płuca, choroba czyniła szybkie postępy. Wyjechała z Mabeth do przyjaciółki z klasztoru do Ameryki Południowej do Chile i tam umarła. Przyjaciółka ta i jej mąż, ludzie bardzo zamożni, już po śmierci Georgette Nande, a za zgodą jej brata , który i o tym doniósł, adoptowali Mabeth.

Brat mój, jak wspomniałem zajmował ostatnio stanowisko naczelnego inżyniera /głównego mechanika, jak się to w marksistowskiej nomenklaturze określało /Fabryki Motorów Elektrycznych w Żychlinie/. Posiadał kwalifikacje zawodowe najwyższej klasy, był lubiany i szanowany przez robotników dla swej bezpośredniości i sprawiedliwego stosunku do ludzi, a mimo to nie znalazł uznania u ówczesnych fabrycznych "władz" okresu stalinowskiego – nie mogli znieść, że nie należał do partii. Nadto nie podobało się im, że od czasu do czasu, przed domem brata, vis a vis fabryki, zatrzymywały się samochody ambasady francuskiej czy szwajcarskiej, którymi przyjeżdżali znajomi, między innymi radca Boetschi, odwiedzić bratową lub przekazać jej wiadomość od dzieci.

Wreszcie Edmund, zmęczony ciągłym wojowaniem, w depresji po śmierci żony zrezygnował ze stanowiska naczelnego inżyniera, pozostając jako inżynier mechanik i zachowując dotychczasowe mieszkanie.

Już po śmierci bratowej i Edmunda przyszedł do Urzędu Stanu Cywilnego w Żychlinie list z ambasady francuskiej w Warszawie z prośbą o przesłanie metryki śmierci bratowej. List ten został niezwłocznie przekazany władzom politycznym. Zostałem wezwany do Wydziału Wewnętrznego Prezydium Powiatowej Rady Narodowej w Kutnie celem protokolarnego wyjaśnienia skąd ambasada znała numer aktu stanu cywilnego śmierci bratowej, jej dane personalne, dlaczego to interesuje ambasadę itp.

Wyjaśniłem, że ambasador Francji p. Burin des Roziers jest dobrym znajomym pasierba mojego brata p. Charlsa G.Haeringa, z okresu, kiedy był jeszcze na placówce w Rabacie i że to ten właśnie pasierb zamieszkały w Casablance prosił ambasadę o odpis metryki zgonu jego matki.

Pogrzeb brata w Żychlinie w roku 1957 był mimo wszystko manifestacją szacunku i sympatii, jaką cieszył się wśród robotników fabryki. Trumnę jego robotnicy zdjęli przed fabryką z karawanu i na zmianę nieśli przez miasto, aż na odległy cmentarz. Eksportował go ks. prałat Dąbrowski, były kapelan kardynała Kakowskiego, o którym piszę w innym miejscu. Tu tylko dodam, że po latach opowiadał mi Jasio w Londynie, jak to w 1945 roku wkrótce po uwolnieniu go przez wojska amerykańskie z więzienia Gestapo w Insbrucku skomunikował się z Georgette. Miał jej adres przesłany z domu, pojechał więc do Grenoble a po tym razem z Georgette wybrali się do Paryża do Oliviera.

Była bardzo zatroskana, wypytywała o nas wszystkich, o Julka, z którym do ofensywy korespondowała, o Warszawę, biedactwo tęskniła za Mundkami i Polską. Jeszcze wówczas wiadomości o naszych popowstaniowych losach nie mieli.

Dzisiaj, ilekroć słyszę etiudę B-moll Szymanowskiego, widzę Geogette. Był to jej ulubiony utwór, grała go pięknie i zawsze w wielkim skupieniu. Mundek natomiast, niezwykle wrażliwy na muzykę, słuchał jej, chodząc nerwowo po pokoju – zagubiony jak zwykle w swoich myślach.



przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku