Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Zdjęcia do rozdziału
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2010-08-26 17:30:44
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Rozdział II

Wacław /26.IX.1888 – 17.IV.1961/

Wacław
Wacław.

W związku ze strajkiem szkolnym w Królestwie maturę zdawał w Izmaile w Bessarabii, razem z nim zdawał drugi Polak, pan Kazimierz Graf, syn właściciela majątku Tatary w Lubelskim. Młodzi chłopcy zaprzyjaźnili się na długie lata. Jadąc do Izmailu, wysłali z Warszawy depeszę zapowiadającą ich przyjazd i podpisaną dwoma nazwiskami: Graf, Talikowski. Oczywiście w takim małym mieście rozniosła się natychmiast wiadomość, że z Warszawy przyjeżdża Graf Talikowski, czyli nasz Wacek.

Po zdaniu matury Wacek studiował medycynę na Uniwersytecie w Odessie, tym samym, który w roku 1906 ukończył mój szwagier Józef Sokolewicz. W Odessie mieszkał w tym samym domu, co stryj Michał, ale odnajmował u bogatego Greka luksusowy pokój z pianinem i łazienką.

Wacek był bardzo przystojnym i eleganckim młodzieńcem, miał więc niezwykłe powodzenie u kobiet. W jego życiu sytuacja była odwrócona, nie on zdobywał, lecz jego zdobywały.

Szałaputa, posiadał niezwykły dar gubienia najrozmaitszych przedmiotów, poczynając od rękawiczek, a kończąc na biżuterii. Raz wyprosił u matki śliczny staroświecki pierścionek, złoty z emalią. Zgubił go natychmiast, pozostawiając go na umywalni w pociągu.

W mundurze studenckim, składającym się wówczas z surduta z sukna szafirowego z niebieskim, stojącym kołnierzem i mankietami, przybranym dwoma rzędami złoconych guzików z orłami i spodni z galonem niebieskim, wyglądał uwodzicielsko, ale jeszcze lepiej prezentował się we fraku.

Stały bywalec odesskiej "Siewiernoj" stawiał kolegom z miną, jakby to nic nie kosztowało. Rodzice znali te jego słabostki. Kiedy jednak wpadał do Warszawy i siadał do fortepianu wygrywając modne walce, tyle miał w sobie młodzieńczej werwy i humoru, że patrzyli przez palce na jego wybryki i pieniędzy mu nigdy nie brakowało.

W Warszawie spędzał część karnawału towarzysząc Jadzi i Gieni. Przed jakimś wielkim balem, na którym miały wystąpić nasze dziewczynki, matka wysłała do niego depeszę, aby przyjechał na sobotę i wziął ze sobą frak. Depesza ta w języku rosyjskim miała następujące brzmienie: "prijezżaj subota wozmi frak mat". Na poczcie zniekształcono tekst do tego stopnia, że Wacek zachodził w głowę, co by to mogło znaczyć. Koledzy tłumaczyli, że nic innego, tylko ktoś chciał mu nawymyślać. Ale w sobotę przyjechał i był na balu we fraku szwagra Sokolewicza.

Miał dobre serce. Jednemu z jego kolegów trudno było opłacać czesne. Wacek płacił za niego ze swego budżetu. Kiedy po przyjeździe na wakacje powiedział o tym ojcu i kolegę przedstawił jako swego przyjaciela, późniejszego znanego lekarza, ojciec akceptował jego postępowanie i odtąd płacił czesne za dwóch.

Wacek był zdolny, inteligentny, muzykalny, nadzwyczaj towarzyski. Był mile widziany wśród warszawskich rodzin. W Odessie bywał w pierwszych domach polskich. Rodzice wiązali wielkie nadzieje z jego przyszłością i karierą.

Wszystkie wakacje, aż do 1913 roku spędzał Wacek z nami. Szczególnie gwarno i wesoło było w Sopotach. Przyjeżdżali Wacka koledzy, Graf i bracia Stopczykowie, wszyscy z lubelskiego, oraz młodzi Mściszewscy, studenci z Berlina, pionierzy sportu motorowego na "Indianach", koleżanki Jadzi i Geni, zwłaszcza wesoła i jakże miła Marychna Radwanówna, córka lekarza.

O ile Edmund był uosobieniem powagi, umysłem ścisłym, nie pozbawionym jednak romantyzmu w rozwiązywaniu spraw osobistych, o tyle Wacek był par excellance romantykiem, kierującym się w życiu szlachetnym impulsem, jego wyobraźnia nie posiadała praktycznej perspektywy życiowej.

Po skończeniu medycyny Wacek brał udział w I Wojnie Światowej jako frontowy lekarz pełniąc służbę w pułku kawaleryjskim. Kontuzjowany, przeniesiony został do szpitali polowych, z początku do Baru, gdzie go w 1914 odwiedził ojciec, następnie do Podwołoczysk, gdzie byliśmy u niego z matką, o czym piszę dalej, wreszcie w Czernihowie. Ożenił się w czasie służby wojskowej z panną Olgą Narkiewicz. Byłem u nich kilkakrotnie w Czernihowie.

Po wybuchu rewolucji bolszewickiej Wackowie przyjechali z małym Jasiem do Odessy i zamieszkali u stryjostwa. W dramatyczną noc, kiedy miano aresztować Polaków wojskowych,  ja z chłopcami uciekłem na przedmieście Odessy Mołdawankę do pana Franka, wuja Stasia Myślińskiego. Wackowie ukryli się w polskiej aptece Kuleszy, gdzie ubrani w białe fartuchy udawali personel. Razem wróciliśmy do Polski w 1918 i wówczas Wacek zaprezentował swoją żonę rodzicom.

Kiedy w 1914 roku wyjeżdżałem do Odessy, mój ojciec prosił stryja Michała aby otworzył konto kredytowe dla mnie i braci. Poza kosztami mego utrzymania z tego konta korzystał Wacek i Mundek. Po powrocie do kraju stryj przedstawił szczegółowy wykaz dokonanych na naszą rzecz wypłat. Wyniosło to znaczną sumę 11.000 rubli. Ojciec bez słowa uregulował stryjowi ten rachunek. Po powrocie do Warszawy, Wacek zgodnie z życzeniem rodziców rozpoczął praktykę w szpitalu ewangelickim u dra Leona Babińskiego, wicedyrektora, ordynatora oddziału wewnętrznego, czerpiąc nadto wiedzę od dr dr Bratkowskiego, Podkólińskiego i Podczaskiego, doskonałych wówczas internistów. Szpital Ewangelicki uchodził za jeden z najlepszych w Warszawie. Następnie praktykował w Szpitalu Położniczym na Karowej.

Miał pecha do chorób zakaźnych, w dzieciństwie odra, szkarlatyna a w czasie praktyki na Karowej zachorował na dur plamisty. Zajmowaliśmy wówczas przejściowo całe trzecie piętro tj. 12 pokojów z zapleczem, część tego lokalu z oddzielnym wejściem z kuchnią i łazienką została odseparowana i matka moja wraz z żoną Wacka, /Jasio był przez ten czas u Władków/ pielęgnowały go w chorobie przez szereg tygodni. Dopiero po kąpieli, spacerze i dezynfekcji mieszkania przeszedł do nas na drugą stronę piętra.

Po pewnym czasie Wacek rzucił praktykę warszawską, wziął posadę na prowincji i wyjechał z rodziną do Opoczna w kieleckim. Odwiedzili ich tam rodzice, a i ja z Genią byliśmy u nich kilkakrotnie. Po tym przenieśli się do Włoszczowej.

Któregoś lata dostaliśmy depeszę, że Wacek ciężko zachorował. Rodzice byli w tym czasie na kuracji w Nauheim. Pojechałem do Włoszczowej. Po dwóch dniach wreszcie lekarze zdecydowali, że to wygląda na tyfus. Czym prędzej udałem się do Radomia, tam wynająłem samochód - karetkę i wróciłem do Włoszczowej po Wacka. Wymościliśmy wnętrze samochodu materacami i poduszkami, ułożyliśmy Wacka z temperaturą powyżej 40 stopni, siedliśmy z żoną w jego w nogach i jazda do Warszawy.

Właśnie ta jazda utrwaliła mi się w pamięci. Szofer nas oszukał, miał popsute światła, jechaliśmy po ciemku, zamiast kilku, kilkanaście godzin. Chory w malignie. Na dodatek, jadąc po omacku przemęczony szofer zawadził kołem zapasowym, umocowanym z boku karetki o słup telegraficzny. Wstrząs piekielny, koło oderwało się z częścią karoserii. Na szczęście motor był nieuszkodzony. Wacek zerwał się krzycząc coś z przerażenia, które dotarło nawet do jego przyćmionej świadomości. Wreszcie Warszawa, Elektoralna. Na balkonie Jadzia, Genia, Władek i Julek. Powiadomieni depeszą o naszym przyjeździe, zaniepokojeni przez szereg godzin wypatrywali nas. Łóżko przygotowane, za chwilę przybył doktor Podczaski i stwierdził tyfus brzuszny. Zgodził się na pozostawienie Wacka w domu w oddzielnym, odseparowanym pokoju. Całe otoczenie dostało pastylki doktora Bezredki i wszystko minęło szczęśliwie. Rodzicom nic nie pisaliśmy, a po powrocie zastali nas w dobrym zdrowiu. Po Włoszczowej, osiedlił się Wacek w Kutnie, gdzie przez dwadzieścia przeszło lat, był naczelnym lekarzem Ubezpieczalni Społecznej, ordynatorem w miejscowym szpitalu i praktykującym internistą.

W 1939 roku w czasie bombardowań Kutna upamiętnił się ofiarną pomocą niesioną rannym. W dzień i noc na dworcu operował i opatrywał rannych. Aresztowany przez Niemców, został po pewnym czasie zwolniony z uwagi na brak lekarzy w mieście, ale syna jego Jana, Niemcy wywieźli do obozu koncentracyjnego w Dachau.

Był doskonałym mówcą, umiał zainteresować, skupić uwagę i wzruszyć słuchaczy. Lubiliśmy jego przemówienia wygłaszane z okazji rodzinnych uroczystości, ale i zabierając głos publicznie potrafił powagą podejścia do tematu, jasnym, żywym spojrzeniem na zagadnienie, pozbawionym szablonu urzędowego myślenia - przekonać audytorium.

Prawością swego charakteru, zdobył sobie powszechny szacunek w mieście i powiecie [1].

Zmarł w kwietniu 1961. Zostawił dwóch synów: Jana, ur. 16.XI.1916 r., lekarza -stomatologa w Poznaniu, ożenionego z Tomirą Stepkówną, również lekarzem stomatologii. Mają syna Janusza ur. 30.IV.1955 r. i córkę Alinę ur.18.II.1948 r. i drugiego syna Wacława ur. 1.V.1923 r., lekarza Wojskowej Akademii Medycznej w Łodzi, ożenionego z Haliną Kątną, studentką medycyny. Mają syna Wojciecha-Wacława, ur.12.VII.1954 r. i córkę Małgorzatę ur. 14.II.1953 r.

Dzieci moich bratanków, bardzo starannie wychowywane, uzdolnione, zapowiadają się na godnych następców i kontynuatorów wiekowych tradycji naszej rodziny.



przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku