Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2010-08-26 18:59:36
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Rozdział III

Wakacje

Zacznę chyba od wspomnień wakacyjnych, bo cóż ważniejszego mogło się przydarzyć w życiu dziecka, jak wyjazd na wakacje, jak te chwile spędzone beztrosko i radośnie.

W ostatnich latach ubiegłego wieku, rodzice moi jeździli na letnisko do modnego wówczas Chotomowa, uroczej miejscowości w widłach Wisły i Bugu. Mnie chyba jeszcze na świecie nie było. Wujostwo i pp. Głowaccy wynajmowali domki w sąsiedztwie. Pan Aleksander Głowacki [1], jak mi opowiadał Lolek, był niesfornym gadułą, nie mającym zrozumienia dla sportu wędkarskiego, podczas gdy oni, chłopcy, Lolek i Mundek byli zapamiętałymi rybakami /oczywiście wędkarzami, przyp. red./. Kiedy tak siedzieli, w ciszy, śledząc drganie pławików /oczywiście spławików, przyp. red./, nie daj Boże, żeby nadszedł pan Głowacki. Sam nie łowił, ale bez przerwy pytał: a czy bierze, a na co łowią, a ile już złowili, niekończący się szereg pytań. A ryba ponoć boi się głosu ludzkiego i nawet dla tak łagodnego człowieka, jakim był przyszły autor "Faraona", nie robiła wyjątków.

Pierwsze moje wspomnienia, ale tylko we fragmentach odnoszą się do Zakopanego i Krynicy. Mógł być rok 1903. Mieszkaliśmy w Zakopanem w jakiejś dużej willi czy pensjonacie, na piętrze, pod nami zajęli pokój młodzi malarze z Akademii z Krakowa. Polubili oni bardzo Genię, uroczego wówczas grubaska. Trzeba trafu, że sukienkę Geni, wywieszoną po upraniu za oknem zrzucił wiatr. Malarze podnieśli ją i przybili do ściany willi dorysowując głowę, ręce i nogi. Wszyscy się ubawili, a Genia była najbardziej zadowolona - została oto pierwszy raz w życiu sportretowana.

Pamiętam znów taki obrazek: Wyjeżdżaliśmy licznym towarzystwem furkami do Doliny Kościeliskiej, kiedy nagły poryw wiatru zerwał matce z głowy kapelusz i toczył go wprost do potoku. Młodzież z następnych furek z radosnymi okrzykami rzuciła się za nim, w pogoń. Za późno - kapelusz wpadł do wody. Mnie kazano potem uważnie go trzymać, póki nie wyschnie.

Młodzież wypuszczała się w góry na szarotki, pełno ich było, zrywał kto i ile chciał. Sprzedawały je na garście dzieci góralskie.

O zuchwalstwie ówczesnych górali może świadczyć następujący przykład opowiedziany nam przez naszego sąsiada p. Władysława Truskolaskiego. Jechał on z córką, młodą panienką furką do Morskiego Oka. Powoził urodziwy góral, który co chwila oglądał się za siebie i przypatrywał się pannie Wandzi.

W pewnej chwili, stary Truskolaski zapytał go: "Mój gazdo, jesteście kawalerem czy żonatym " - A na to góral, po namyśle - "Kiedy mi pon da swjom córkę, to będę żonaty".

Jeszcze coś mi się przypomniało. Był wówczas w Zakopanem skład win pana Słowika. Ojciec rozsmakował się w sprzedawanym tokaju i zakupił większą ilość butelek, które przesłano mu do Warszawy. Jeszcze po śmierci ojca stał ten tokaj u nas "na szkle" blisko 30 lat, było to wino rzeczywiście od wielkiego dzwonu.

Następne dwa sezony spędziliśmy w Krynicy. Dojeżdżało się wówczas do stacji Muszyna i stamtąd powozami do Krynicy. Cyganiątka biegły obok powozów i podawały bukieciki kwiatów. Rzucano im za to miedziane centy, widać było jak się kotłowały w tumanach kurzu, wygrzebując i wyrywając sobie pieniążki.

W Krynicy mieszkaliśmy w willi "Pod Zegarem", na tak zwanym "Wawelu". Zaraz za szkołą na wzgórzu był las. Rankiem, skoro świt, jeszcze rosa perliła się na gałązkach i pajęczynach, jako wielki amator grzybobrania, wyruszałem samotnie do tego lasu. Podnosiłem zwisające gałęzie świerków i nieraz, oko w oko spotykałem się z salamandrą, której na mój widok serduszko biło z przerażenia. Nie robiliśmy sobie krzywdy. Wracałem zawsze z grzybami.

W pobliżu, poniżej naszej willi, był teatr mieszczący się w drewnianym budynku. My, dzieci z sąsiedztwa, asystowaliśmy przy próbach, kręcili się, przeszkadzali, słowem brali żywy udział w przygotowaniach do przedstawienia. Za to wolno nam było stać w czasie spektaklu przy rampie dla orkiestry. Pamiętam, wystawiano sztukę Zapolskiej "Tamten". Matka z Julą były na niej, długo rozmawiano o tej sztuce w domu. Ale one były tylko raz jeden, a ja co wieczór bez mała, nie na całej, co prawda, nie do końca - ale byłem.

Obok nas, w tej samej willi, mieszkała pani, która malowała kwiaty na białym aksamicie. Zaprzyjaźniła się z Julią i potem odwiedziła nas w Warszawie.

Krynica owych lat pełna była mundurów, kepi, wysokich kołnierzy z galonami - strój taki bowiem, z odpowiednimi dystynkcjami, nosili oficerowie i młodzież szkolna "studenci". Przy sobocie widzieć było można Żydów w atłasowych czarnych chałatach, w sobolowych lub lisich czapkach i białych pończochach.

Na deptaku, w muszli, wygrywał Wroński swoje mazury, a my, zebrani wokół, pomagaliśmy mu dyrygować orkiestrą.

Każde z nas dzieci miało swój kubek i rurkę. Co to była za frajda. Do dziś lubię wodę krynicką, prosto ze źródła i ten jej smak, który mi przypomina smak atramentu, kiedy się w szkole brało stalówkę do ust.

Po latach odwiedziłem Krynicę, nic nie zostało z tamtych czasów. Wawel zabudowany a o salamandrach nikt nawet nie słyszał.

Kolejne lato spędziliśmy w Niemczech w Bad Elster. Ja i Genia, najmłodsi z rodzeństwa, mieliśmy najwięcej wspólnych przeżyć, ona już wówczas stawała w mojej obronie. Miałem nie więcej jak 5 lat. Jakiś chłopak, niemczak, ciągle mnie zaczepiał i prowokował, wreszcie, kiedyś na dróżce polnej przy naszym pensjonacie, spotkał się ze mną sam na sam i uderzył. Chłopak był starszy i miał nade mną widoczną przewagę, chociaż broniłem się rozpaczliwie. Wtem, na końcu dróżki ukazała się Genia 7 letni grubasek. Pędem dobiegła do nas i zaczęła szwaba okładać piąstkami ile wlazło, we dwoje daliśmy mu bobu.

Na drugi dzień jesteśmy z Julią na deptaku, przy źródłach. Nasz niemczak idzie z matką i wskazuje na nas. Niemka urządziła Juli ordynarną awanturę, że to polskie bachory biją niemieckie grzeczne dzieci itp. Czym prędzej wróciliśmy do pensjonatu. Biedna Julia popłakała się ze wstydu i zapowiedziała, że już nigdy z nami na deptak nie pójdzie.

Pocieszyła mnie dobra pani Machlajdowa, żona pastora Artura Machlajda. Mieszkali pod nami. Bardzo mnie lubiła i zawsze rozmawiała ze mną przez balkon. Wymyśliła taką zabawę: ja spuszczałem nitkę, a ona. przywiązywała do jej końca kilka czekoladek w bibułce, to się nazywało "poczta balonowa" i trwało całe lato.

Jadąc do Bad Elster i w drodze powrotnej zatrzymywaliśmy się w Berlinie dla zwiedzania miasta i załatwiania sprawunków. Był oczywiście i Tiergarten i przejażdżka na słoniu. Trafiliśmy w Berlinie na uroczystości chrztu wnuka cesarza Wilhema II-go. Ulicę Unter den Linden wysypano piaskiem, stanęły szpalery policji. Stojąc na trotuarze, widzieliśmy paradny przejazd rodziny cesarskiej, a przede wszystkim cesarza, wówczas młodego mężczyzny, pełnego pychy i bohaterskiej pozy.

przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku