Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2009-12-09 23:31:17
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Rozdział III

Chłopcy

Rodzice wyjeżdżali na kuracje zwykle w maju, tak, że na koniec roku szkolnego wracali do Warszawy i później już razem jechaliśmy na wakacje.

W czasie ich nieobecności Jula zastępowała panią domu, zresztą niewiele miała z tym kłopotu, gdyż gospodarstwo prowadziła pani Aleksandra, bardzo miła starsza panna, protegowana cioci Schatzschneider, podlegała jej kucharka i młodsza.

Był to mimo wszystko okres bezkrólewia. Bracia moi, "chłopcy", jak się o nich mówiło w domu, urządzali prawdziwe zabawy i "przedstawienia", godne pióra Makuszyńskiego. Ich "kawały" zwłaszcza z mademoiselle, panną Margeritte Simon, paryżanką /zwracano uwagę na dobry akcent francuski, stąd guwernantki paryżanki cieszyły się szczególnym wzięciem/ osobą młodą i bardzo pogodnego usposobienia. Była u nas z górą pięć lat i przeszła do kronik rodzinnych.

W tym czasie w cyrku warszawskim młodzież entuzjazmowała się walkami zapaśniczymi, klasycznymi. Bożyszczem ich był mistrz Pytlasiński i bracia Cyganiewicze. Po powrocie z Ordynackiej do domu, w towarzystwie kolegów szkolnych, podnieceni widowiskiem, chłopcy odtwarzali na gorąco przebieg walk. Arenę zastępował nasz długi i szeroki przedpokój, a w otwartych drzwiach do innych pokoi przyglądaliśmy się tym zapasom wraz z domownikami.

Wszystko miało się odbywać według reguł zapaśniczych. Więc najpierw przemarsz zawodników pod melodię marsza gladiatorów, orkiestrę zastępowała gra na grzebieniach, po tym, wylosowani przeciwnicy podawali sobie ręce i nagłym ruchem przyciągali się, następowała walka. Sędziowie sprawdzali linijką szkolną, czy "leży na obydwóch łopatkach". Przerywała zwykle Margeritte z obawy, aby sobie chłopcy krzywdy nie zrobili.

Kiedy indziej urządzali przedstawienie, żywe obrazy z przebieraniem się to za postacie historyczne, to za turka, murzyna, cygana, księdza itp., cały arsenał rekwizytów domowych był przy tym wykorzystany. Ile w tym było pomysłowości, inwencji, energii i chęci - aż podziw bierze, nie było jeszcze przecież ani elektryczności, ani kina, ani radia czy telewizji i tym się tłumaczy ta potrzeba i umiejętność wypełniania sobie przez ówczesną młodzież czasu.

To znów seanse latarni czarnoksięskiej /naftowej/ wyświetlane w ciemnym pokoju, na rozwieszonym prześcieradle z ustawionymi w rzędy krzesłami, zupełnie jak w prawdziwym teatrze. Jakie to wszystko było piękne.

Przytulony do kucharki, z którą żyłem w wielkiej przyjaźni, podziwiałem całe serie obrazów: widoków miast, egzotycznych krajów, kolorowe zdjęcia zwierząt i ptaków, był nawet wybuch Wezuwiusza, na ostatku sceny z cyrku, a na zakończenie ruchoma kolorowa gwiazda, którą kręciło się korbką. Margeritte nadawała obrazom komentarze francuskie, zresztą bawiła się razem z nami jak kolega i bardzo ją za to kochaliśmy. Ani się spostrzegliśmy, jak dzięki tej metodzie, wszyscy mówili po francusku "na codzień".

Chłopcy tj. Mundek, Wacek i Staś, sypiali w swoim pokoju, dziewczynki w swoim z Margerittą, ja tylko, jako najmłodszy, miałem łóżeczko w pokoju sypialnym rodziców.

Któregoś wieczoru Margeritte kąpała się w łazience. Chłopcy wymyślili spłatać jej takiego oto figla, - małpoludy, powiedziałby pan Kornel.

Młodszego brata Stasia, położyli do łóżka Margeritte, przykryli równiutko kołdrą i kazali mu cicho leżeć. Światło w pokoju dziewczynek /Margeritte, jak wspomniałem, spała razem z nimi/ było już zgaszone. Chłopcy poszli do siebie. Cisza. Margeritte wyszła z łazienki w szlafroczku i szybko przeszła do pokoju dziewczynek /trzeba dodać, że nie było jeszcze elektryczności tylko gaz i świece/.

Po chwili pełen przerażenia krzyk, zerwał nas wszystkich na równe nogi, biegliśmy do pokoju dziewczynek, gdzie Margeritte w zdenerwowaniu nie mogła znaleźć zapałek, tylko krzyczała. Wreszcie, zapalono lampę. Kiedy się wyjaśniło, że tym "duchem" był Stasio, który w zamęcie i po ciemku uciekł do pokoju chłopców, obrócono wszystko w żart. Najważniejsze, że Margeritte śmiała się serdecznie razem z nami, miała wyjątkowe poczucie humoru.

Kiedyś jednak w figlach chłopcy przebrali miarę. Korzystając z chwilowej nieobecności rodziców, rozbawieni, wsadzili Margeritte do ogromnego kosza od bielizny. Nie opierała się zbytnio, bo traktowała wszystko jako zabawę, której nie chciała psuć. Chłopcom coś jednak strzeliło do głowy, zamknęli kosz, zasunęli pręt, wynieśli kosz na środek podwórza i zostawili.

Dowiedziała się o tym Jula i kazała natychmiast kosz, bez otwierania na podwórzu, wnieść na górę. Tymczasem do kosza podszedł dozorca i usiłował, bez powodzenia, nawiązać rozmowę z uwięzioną.

Margeritte tym razem poczuła się dotknięta tym niemądrym żartem. Rodzice po powrocie do domu surowo skarcili sprawców - musieli oni kolejno podchodzić do Margeritte i przepraszać ją, całując w rękę. Margeritte z początku popłakała się, po czym udobruchana, zaczęła z kolei całować psotników, którzy jej uroczyście przyrzekli poprawę.

Ojciec miał swój charakterystyczny kaszel. Zdarzało się, że chłopcy zamiast odrabiać lekcje, objadali się chlebem świętojańskim i dokazywali. Wystarczyło jednak, że usłyszeli na schodach dwa kaszlnięcia powracającego ojca, a wszyscy czym prędzej siadali nad książką i cisza zalegała dom. Ten charakterystyczny kaszel pozwalał nam zawsze ojca, nawet w większym skupisku, odnaleźć.



przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku