Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2010-08-27 13:34:58
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Rozdział III

Rok 1905

W czasie rewolucji 1905 dzieci przebywały przeważnie w mieszkaniu. Na ulicach, rozgrywały się wypadki niebezpieczne i nawet przez kierownictwo ruchu rewolucyjnego - nieprzewidziane.

Ulice patrolowało wojsko, przechodnie byli legitymowani, ciągły panował niepokój i skłonność do paniki, były zamachy bombowe na dygnitarzy i rewolwerowe na policję, rabunek sklepów, zwłaszcza żydowskich. Sklepy były z reguły zamknięte. Właśnie w tym czasie w Warszawie wprowadzono nieznany dotąd zwyczaj zamykania sklepów na deski, aby uchronić szyby od stłuczenia. Na deskach zawieszano obrazy święte jako swego rodzaju legitymację właściciela, chroniącą sklep przed rabunkiem.

Z Rosji nadchodziły niepokojące wieści o Czarnej Sotni i pogromach żydowskich. Rzekomo Czarna Sotnia miała wkroczyć do Warszawy. Była to organizacja mętów społecznych na żołdzie carskim do walki z Żydami i odwróceniem tym samym uwagi od ruchów wolnościowych. Hasłem Czarnej Sotni było: "biej Żydów, spasaj Rossiju".

Pogłoski te stały się sygnałem do przygotowań obrony i dania napastnikom odporu. W naszym domu mieszkało sporo Żydów. Zebranie lokatorów uchwaliło przygotować worki z piaskiem do zabarykadowania bramy, a nadto plan obrony przewidywał następujący fortel wojenny. Na wniosek p. Liebermana, elektrotechnika, postanowiono zakupić balon kwasu siarczanego i ustawić go na balkonie pierwszego piętra w mieszkaniu dr Strzeszewskiego. Balkon ten znajdował się akurat nad bramą. Plan przewidywał, że w razie szturmowania zabarykadowanej uprzednio bramy przez Czarną Sotnię, pan Lieberman uchyli drzwi balkonowe i pogrzebaczem stłucze balon z kwasem. Kwas poleje się na głowy napastników, którzy odstąpią od szturmu. Niestety wartość bojowa tej strategii nigdy nie została sprawdzona, bowiem Czarna Sotnia do Warszawy nie przyszła.

Wieczorami latarnie gazowe płonęły jak pochodnie, co nadawało ulicy niesamowity wygląd. Sam widziałem z okna, jak młody człowiek wspiął się na latarnię, pałką wytłukł szybki i zniszczył koszulkę gazową. Kolejno "zoperował" w ten sposób latarnie na całej naszej ulicy.

Był listopadowy wieczór 1905 roku, kiedy rozległ się w przedpokoju gwałtowny dzwonek. Jak dziś widzę - weszła matka w brązowej rotundzie na lisach, za nią ojciec. Matka szybko przeszła do sypialni, skąd po chwili słychać było jej płacz. Zrozumieliśmy, że stało się coś niezwykłego. Na drugi dzień, matka nam to opowiedziała.

Rodzice tego poobiedzia wybrali się na wielką manifestację na Placu Teatralnym, zwołaną z racji ogłoszenia przez cara konstytucji. Doszli już do Placu Bankowego, kiedy nagle rozległy się krzyki pełne przerażenia i środkiem Senatorskiej od strony Placu Teatralnego uciekali w panice ludzie, wołając, że kozacy mordują, że krew się leje.

Rodzice wraz z innymi, czym prędzej weszli do domu, unikając nieszczęścia. Wstrząs jednak był ogromny. Że car oszukał naród, to nikogo nie dziwiło, ale krzywda masakrowanych ludzi wołała o pomstę do nieba.

Opowiadali kuzyni: Tytus i Hipolit Talikowscy, którzy byli na Placu, że ludzie ratując się przed kozakami wspinali się na kraty okien magistratu. Kozacy z konia, cięli ich szablami po rękach, obcinając palce. Nasz lokator p. Jeromin, syn właściciela garbarni, został przez kozaków pobity nahajami w bestialski sposób. Ojciec mój odwiedził go w mieszkaniu, Jaromin miał całe ciało zasinione, a miejscami odbite od kości, zielono-czarne.

My dzieci patrzyliśmy na te wypadki szeroko otwartymi oczyma. Wieczorami, w kręgu rodzinnym, opowiadano o dokonanych w ciągu dnia bezprawiach, rewizjach i aresztowaniach, ktoś nawiązywał do wypadków 1863 roku, ktoś inny cytował urywki z Dziadów - wszystkie te fakty, obserwacje i skojarzenia formowały w naszych umysłach dziecięcych nasz stosunek do Rosji.

Wiosną 1906, ojciec z kilkoma panami pojechał do Wilanowa na kolację. Kiedy wracali z powrotem do Warszawy, zostali zatrzymani przez patrol i poddani rewizji. Ojciec nie miał przy sobie broni, ale w portfelu miał między innymi pozwolenie na bron, co stało się powodem odprowadzenia go pod konwojem do koszar do dyżurnego oficera. Ten przejrzał papiery i powiedział: "Szczęście, że nie miał pan przy sobie broni - tu już taki jeden leży" i wskazał na leżącego między końmi kozackimi trupa młodego mężczyzny.



przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku