Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2010-08-27 16:04:58
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Rozdział IV

Lekarze - kuracje

Opowiadała mi matka, że zaraz po urodzeniu byłem tak słabym dzieckiem, że nie wróżono mi życia. Ciało miałem zupełnie zimne. Położna bezskutecznie okładała mnie buteleczkami z gorącą wodą. Wreszcie matka kazała mnie podać sobie do łóżka, przytuliła do siebie i grzejąc własnym ciałem wróciła do życia. Ona zatem była pierwszym moim lekarzem.

Pierwszym naszym domowym lekarzem zanim jeszcze ja przyszedłem na świat, był doktor Anders, pediatra. Miał on opiekę nad całą naszą czeredą. Wysoki, barczysty, jowialny. Ponieważ rodzeństwo moje wydawało mu się wątłe, a jako pediatra był zwolennikiem forsownego odżywiania, zwykł mawiać do mojej matki: "Pani dzieci powinny nie jeść a obżerać się" - miało to stanowić gwarancje naszego zdrowia na przyszłość i dodawał "będą nam za to wdzięczne".

Kiedy któreś z nas przeszło chorobę z gorączką a więc odrę, influenzę czy jakąś inną, osłabiającą, otrzymywało w okresie rekonwalescencji wino. Pamiętam jak po przebytej odrze dostawałem przez szereg dni po kieliszku wina dla wzmocnienia, pod kotlecik skrobany z kury. Wino stało na stoliku przy moim łóżeczku, miało białą etykietę ze złotymi literami "Haut Sauterne Schiller et Schrőder", było słodkie i smakowało mi bardzo.

Nie wiem komu to zawdzięczać, sugestiom dr Andersa czy umiejętnościom kulinarnym mojej matki, dość, że wszystkie dzieci wychowały się na zdrowych potomków zdrowych rodziców i od dziecka poznały smak dobrego wina.

Po śmierci dr Andersa, jakiś czas rodzice moi korzystali z konsultacji dra Józefa Strzeszewskiego, zamieszkałego w naszym domu na 1 p. od frontu. Był on żonaty z panną de Sauvé, szwagierką Juliana Frageta, właściciela fabryki wyrobów platerowanych przy ul. Elektoralnej 16, zaś jej dwie siostry, panny de Sauvé mieszkały również w naszym domu, w poprzecznej oficynie na 3 p. zajmując 5 pokojowy lokal. Pani Światopełk Mirska, córka p. Juliana Frageta, nie raz odwiedzała swe ciotki. Były to już starsze panie, wysokie, szczupłe, zawsze czarno ubrane. Otóż pamiętam przygodę jaka mnie spotkała jako paroletniego chłopca.

Rodzice kupili mi na Wielkanoc stoliczek święconego z marcepanu, były tam między innymi, małe buteleczki napełnione kolorowym likierem. Po świętach i skonsumowaniu "święconego", bawiłem się napełnianiem tych filigranowych buteleczek wodą i piciem jej. Jakoś się stało, że zgryzłem taką buteleczkę i część szkła połknąłem. Służąca nasza widząc co się dzieje, krzyknęła: "Prędko, popijaj wodą". Ja na szczęście nie posłuchałem tego głosu ludu, lecz pobiegłem do matki, matka do ojca a wszyscy do dr Strzeszewskiego.

Zastaliśmy go w gabinecie zajętego segregowaniem na biurku akcji przeróżnych towarzystw i jakiś skryptów dłużnych. Zaskoczony nagłym wtargnięciem naszym do gabinetu zgarnął papiery do szuflady biurka i bezzwłocznie przystąpił do sondowania mi żołądka rurką gumową, po czym zaopiniował, że wszystko powinno zakończyć się pomyślnie, ale przez kilka dni trzeba mi dawać dużo kartofli, kaszy i ciastek z kremem, aby otoczyć ostre brzegi odłamków, które zejdą z pomocą natury. Tak też się stało, ale ja stwierdzam, że więcej dostałem w tej kuracji kartofli niż obiecywanego kremu.

Dr Strzeszewski grał na giełdzie i prowadził namiętnie hazardowe interesy. Zbankrutował i wkrótce umarł. Mówiono, że się otruł.

Dr Strzeszewski leczył moją matkę na serce. Pamiętam, że stosowano plaster gorczyczny "Rigole", na okolicę serca i miksturę. Utkwiło mi również w pamięci, powtarzane wielokrotnie przez matkę, upomnienie wujka Antosia Cieślewskiego, który będąc sam prowizorem farmacji, ostrzegał matkę przed przyjmowaniem leków nasercowych mówiąc, że to wszystko trucizny, które w pierwszej chwili mogą nawet pomóc, ale w ostatecznym wyniku zaszkodzą i pogorszą sprawę. Jak się dziś orientuję były to sprawy nerwicowe, które z czasem zupełnie ustąpiły.

Kolejnym lekarzem domowym był dr Teodor Podczaski, internista, ordynator Szpitala Ewangielickiego w Warszawie, zacny, mądry lekarz, który o zdrowie naszej rodziny dbał przez wiele lat. Był przy śmierci Juli, to on sprzeciwił się operowaniu matki na kamienie żółciowe i usunął je odpowiednią kuracją.

Mniej więcej od 1900 r. rodzice co roku jeździli za granicę do wód, do Marienbadu, Bad Elster, Bad Naunheim, najczęściej jednak do Karlsbadu. Wyjeżdżali zwykle w połowie maja na miesiąc, 6 tygodni, czasami dłużej, jeżeli ordynujący w Karlsbadzie dr Biernacki uznał to za konieczne. Zawsze odprowadzaliśmy rodziców na stację. Uprzednio Stanisław odwoził wózkiem bagaż i załatwiał formalności nadania.

To rozstanie było dla nas dzieci, przeżyciem, chodziło jednak o zdrowie rodziców, więc rozumieliśmy, że to konieczność. Stojąc na peronie pod opieką Juli i mademoiselle, długo machaliśmy chusteczkami. Rodzice z okna wagonu czynili nad nami znak Krzyża Św. a po tym pisaliśmy listy ze sprawozdaniami każde z nas kolejno, z obowiązkowym dopiskiem wszystkich pozostałych dzieci. Niezależnie od nas pisywała do rodziców Jula.

Inaczej wyglądał dzień powrotu z kuracji, już uprzednio zapowiedziany listownie. Była to uroczystość, do której każdy przygotowywał się na swój sposób. Mieszkanie gruntownie sprzątnięte, w wazonach kwiaty, obiad wystawny z ulubionych potraw rodziców, każdy starannie ubrany. Zwykle dwoje z nas udawało się na dworzec.

Kiedy taksówki zajeżdżały przed dom, już z balkonu witaliśmy naszych kochanych a po tym... kto żyw biegł w dół po schodach, żeby ich pierwszym powitać.

Rodzice mieli ze sobą tylko ręczny bagaż /ale i tego było zawsze sporo ze 4 walizy, neseser, pudło na kapelusze, futerał na laski i parasole/. Po kufry znów jechał wózkiem Stanisław.

Po herbacie i stwierdzeniu, że jesteśmy wszyscy zdrowi i w domu wszystko w porządku, następowało rozpakowywanie bagażu, na co niecierpliwie czekaliśmy. W każdej walizie i w każdym kufrze były prezenty albo jakieś niezwykłe nabytki. Wszyscyśmy zostali obdarowani czymś eleganckim z garderoby czy bielizny, a nadto jakimś miłym drobiazgiem z galanterii, w czym przodował w owych latach Karlsbad. Służba otrzymywała upominki w postaci swetrów, bluzek itp. będących przedmiotem głośnych zachwytów. Na ostatku matka wyjmowała wspaniałe czeskie adamaszkowe obrusy i serwety, jakieś hafty na sukienki dla dziewczynek i wreszcie porcelany. Ile było przy tym opowiadań o przygodach na komorze celnej, o losach jakie spotkały niefortunnych współtowarzyszy podróży.

Ojciec wypakowywał cały arsenał cygar i krawatów, kołnierzyków itp. męskich słabostek kupionych w firmie bracia Nastopil. Na ostatku specjalność Karlsbadu - pudło blaszane, zielone ze złotą sową "Karlsbader Oblatten", pyszne cieniutkie wafelki, wielkości talerzyka deserowego, przekładane wyborną masą śmietankową.

Wreszcie siadaliśmy do obiadu, który mijał w nieustającym toku opowiadań. Rodzice wracali odmienieni, kuracja robiła jednak swoje, zwłaszcza dieta, ta przymusowa "przemiana materii", zmieniała sylwetkę matki, nadając jej "linię".

I ja kiedyś jako mały chłopiec byłem w Karlsbadzie. Pojechaliśmy tam we dwoje z Julą, odwiedzić rodziców, dziewczynki pozostały z mademoiselle w Bad Elster. Przyjechał z Darmstadt Mundek. Jednym słowem zjazd rodzinny, było nam razem bardzo dobrze. Przypominam sobie kamienne koryto żelazistej rzeczki, w której pływały smukłe pstrągi, kawiarnię Puppa pod parasolami, wąskie uliczki Karlsbadu z widokiem na góry, wreszcie automat w narożnym domu - po wrzuceniu monety, orkiestra kotów zaczynała się poruszać i grać na różnych instrumentach. Z okna hotelu był widok na "Hirschsprung".

W tym czasie w Karlsbadzie bawili znajomi rodziców pp. Wetzlichowie, z którymi chodziliśmy na spacery. Po kilku dniach powróciłem z Julą do Bad Elster.

Ostatni raz wyjechali rodzice za granicę w okresie międzywojennym najpierw na miesiąc do Karlsbadu, a potym na "nachkur" do Naunheim. Po tym już tylko przez kilka lat mieszkali w Konstancinie w pensjonacie pp. Sudyk.

W latach międzywojennych w dalszym ciągu przed slipingiem zbierała się nasza gromadka by odprowadzić rodziców, tylko już nie tak liczna. Odeszli na zawsze Jula, Józef i Stasio, Mundek i Wacek przebywali ma studiach za granicą, później Wacek zamieszkał na prowincji. Ale za to Jadzia, Genia, Władek, ja, Mundek i Julek zawsze odprowadzaliśmy rodziców, przynosząc im dowody naszej pamięci.

Po pierwszej wojnie światowej, przez jakieś 10 lat lekarzem domowym rodziców był dr Leon Babiiński, ordynator Szpitala Ewangelickiego, ojciec naszego posła w Hadze. Wysoki, szczupły, zawsze wytworny, był ogromnie wziętym internistą wśród warszawskiej inteligencji i arystokracji. Do pierwszej wojny światowej jeździł z wizytami do chorych, modną wówczas karetką na dwie osoby w jednego konia.

Badania lekarskie odbywały się w sypialni rodziców, po czym następowała narada nad wyborem kurortu i odpowiednich wód mineralnych stołowych, których doktor był gorącym zwolennikiem. To on radził matce wyjazd do Egiptu, do Heluanu, na kąpiele słoneczne. Matka już nawet sprawiła sobie czarne szlafroki, które zdaniem dra Babińskiego miały właściwość przyciągania promieni słonecznych i tym samym powodować dobroczynne pocenie się. Jakoś jednak do Egiptu nie doszło - wyjechaliśmy nad Adriatyk, do Lovrany.

Po konsultacji podawano owoce. Doktorowi kiedyś bardzo smakowały jakieś rzeczywiście wyborne jabłka. Ojciec wyszedł na chwilę do kuchni, wydał polecenie i przy pożegnaniu wręczył doktorowi torbę tych jabłek.

Dr Babiński, dowiedziawszy się o wizycie u ojca kardynała Kakowskiego, złożył ojcu gratulacje oświadczając, że "to więcej znaczy niż order".

Higienista do przesady, rano, przechodząc do szpitala przez Ogród Saski obowiązkowo okrążał trzykrotnie rondo przy fontannie dla zdrowia, zwłaszcza utlenienia organizmu. Dwukrotnie w ciągu roku wyjeżdżał na kurację.

U niego właśnie, w Szpitalu Ewangelickim, odbywał praktykę lekarską mój brat, Wacław.

Po każdej wizycie lekarskiej służąca odnosiła do apteki recepty. Rodzice "próbowali" lekarstwa i zażywali je przez kilka dni, poczym przez pewien czas buteleczki i proszki stały jeszcze na nocnych stolikach, wreszcie nie stosowane wędrowały do szafek i tak aż do następnej wizyty lekarskiej. To samo było z zalecaną dietą. Jedynie ostatnie dwa - trzy lata przed śmiercią ojciec przestał palić, ale nadal jadł wszystko. Co prawda, były to czasy kiedy jeszcze nie mierzyło się ciśnienia, nie mówiło o cholesterolu i elektrokardiogramach. Ludzie umierali mając swoje lata. Oboje rodzice zmarli na sklerozę, ojciec mając lat 71, matka 72.

Po śmierci ojca i dra Babińskiego, lekarzem mojej matki został dr Tokarski, ordynator Szpitala Przemienienia Pańskiego na Pradze. Sumienny troskliwy lekarz, jakich dziś się nie spotyka, o dużej wiedzy i poczuciu odpowiedzialności. Piękna postać, siwa czupryna, wąs polski, sylweta starego sarmaty. Jego opieka przedłużyła życie naszej matki o kilka lat.

W rodzinie naszej szczęśliwie żadnych wypadków, urazów czy złamań wymagających pomocy chirurga nie było. Jedynie Jadzia miała do czynienia z nożem chirurgicznym.

Będąc młodą kilkunastoletnią panienką, dostała ostrego zapalenia wyrostka robaczkowego. Dr Horodyński stwierdził ropne zapalenie i po naradzie, zdecydował zrobić dwie operacje: Najpierw usunąć ropień, a po pewnym czasie, wyrostek. Matka była przerażona, za nic nie chciała słyszeć o szpitalu. Zdecydowano więc dokonać pierwszego zabiegu u nas w mieszkaniu. W tym celu wyniesiono z salonu wszystkie meble, zdiento portiery i firanki, okurzono ściany, wyszorowano posadzkę i w tak zaimprowizowanej, trzyokiennej sali operacyjnej dokonano zabiegu. Operację przeprowadził dr Witold Horodyński w asyście drugiego chirurga a z lecznicy przybył personel pomocniczy, przyniesiono w puszkach sterylizowane narzędzia i wszystko co mogło być potrzebne. Operacja udała się znakomicie. Po jakimś czasie dr Horodyński dokonał, ale już w lecznicy prywatnej, wycięcia wyrostka, na co tym razem matka się zgodziła. Bo też to był uroczy człowiek ten dr Horodyński. Wysoki, szczupły, znakomity chirurg zawsze pełen wytwornego humoru, zapalony myśliwy, bardzo polubił Jadzię. Z podróży na wyspy Kanaryjskie przysyłał jej pocztówki-widokówki, z których wobec koleżanek z pensji p. Sikorskiej była niezmiernie dumna.

Wracając do owych zagranicznych wojażów po zdrowie trzeba oddać sprawiedliwość Niemcom, że umieli zatroszczyć się o kuracjusza. W takim Naunheimie wzbroniony był wjazd samochodów na teren kurortu aby zachować dobroczynną dla chorych na serce ciszę i czyste powietrze.

Kiedy rodzice, już starsi wiekiem, wyjeżdżali po kuracji, dyrekcja pensjonatu wręczała matce bukiet kwiatów oraz zaopatrywała rodziców w wykwintne kanapki na drogę. Personel zajmował się odwiezieniem i nadaniem bagażu oraz ulokowaniem rodziców w wagonie. Służący czekał przed wagonem aż pociąg ruszy po czym raz jeszcze życzył dobrej podróży.

Znany był zwyczaj wysyłania życzeń byłym kuracjuszom z okazji świąt, przez zarządy pensjonatów i sanatoriów, nawet do innych państw. Rodzice takie życzenia otrzymywali. Te wszystkie drobiazgi stwarzały klimat, w którym człowiek chory zawsze znacznie oddalony od domu, odczuwał życzliwość otoczenia, a ta z kolei wpływała na jego spokój, co często decydowało o skuteczności kuracji.

W latach późniejszych, wyjeżdżając za granicę, ojciec z całym zaufaniem składał w ręce Geni zastępstwo w swoich sprawach jak: załatwianie jego interesów i korespondencji, terminy płatności, administrację domu - cechowała ją bowiem szczególna obowiązkowość i dokładność a przy tym była bystra i nierzadko sama umiała powziąć decyzję - była jego ulubienicą.

Dodam jeszcze, że naszym stałym lekarzem dentystą był dr Żegański na Marszałkowskiej a później dr Kellerman na Placu Saskim.



przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku