Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2009-12-09 23:44:59
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Rozdział IV

Święta

Nic tak nie utrwaliło się w mej pamięci jak Święta Bożego Narodzenia i Wielkiej Nocy. Dzisiejsze pokolenie nie ma nawet pojęcia, jak ludzie głęboko i powszechnie przeżywali te dni, pełne mistycznego nastroju, głębokiej wiary, odwiecznej tradycji.

Już na dwa tygodnie przed świętami przychodziły siostry Sakramentki z wielkim pudłem z opłatkami. Po złożeniu życzeń otwierały pudło: na paczce opłatków był wykonany z tiulu, patyczków świerczyny, różnych gwiazdek i ozdób - żłobek - śliczne pracowite cacko. Wkrótce po tym, doręczał nam ozdobne opłatki Zakład św. Kazimierza, wreszcie zjawiał się kościelny z parafii, staruszek, również z czarnym pudłem z opłatkami, wymyślnie i pięknie przystrojonymi.

Oto i Wigilia. Mieszkanie pachnące żywiczną wonią, choinki, terpentyną świeżo wyfroterowanych posadzek, cieplutkie. Tuż przed Wigilią, stróż przynosił z pobliskich koszar Mirowskich, ze stajni straży ogniowej, wiązkę siana, o wiele za dużą, niż tego wymagała potrzeba. Matka rozsypywała cieniutko na stole siano i na nim rozkładano śnieżny obrus. Było to coś tak ważnego, żeśmy wszyscy asystowali przy tym obrzędzie, nawet kucharka przerywała nawał pracy i stawała w drzwiach jadalni.

Przy stole wigilijnym dzielenie się opłatkiem, drżącymi ze wzruszenia rękoma, uważnie, żeby nie upuścić kawałeczka na ziemię. Najpierw rodzice między sobą, potem z nami dziećmi i wreszcie my między sobą. Na ostatku, matka szła z opłatkiem do kuchni, podzielić się ze służbą i wręczyć jej upominki.

Po Wilii kolędy przy zapalonej choince, z baczną uwagą na każdą dopalającą się świeczkę. Stół pełen bakalii, przeróżne ciasta domowego wypieku, orzechy włoskie, laskowe, amerykańskie, figi, daktyle, prunelki prasowane w okrągłych drewnianych pudełeczkach, malaga pięknie przystrojona papierowymi koronkami i wstążeczkami, marmoladki, pomarańcze, mandarynki, podłużne jabłuszka krymskie - nasze dziecięce oczy patrzyły na te obfitości jak na dary Trzech Króli.

 

x x

 

Wielki Post natomiast był powszechnie i rygorystycznie przestrzegany, żadnej muzyki, tańców, niewczesnej wesołości. Na ustach Gorzkie Żale a w spiżarniach gary śledzi marynowanych. Wiele osób suszyło w oczekiwaniu radości święta Zmartwychwstania.

W Wielki Czwartek sprzedawano przed kościołami wodę święconą i korony cierniowe. Matka zawieszała taką koronę, uplecioną z gałązek ciernia na krucyfiksie w sypialni, obok palm.

Palmy warszawskie nie były tak piękne jak wileńskie, były po prostu inne. Duże, pełne, na grubość ramienia, uwite z gałązek tui i borówek, przybrane kwiatami ze strużyn drzewnych barwionych na czerwono i fioletowo, zakończone kiścią trzciny zielonej z rączką oklejoną spiralnie paskami glansowanego papieru.

Na groby rodziny warszawskie chodziły w Wielki Piątek po obiedzie. Zgodnie z tradycją trzeba było obejść co najmniej pięć kościołów, na pamiątkę pięciu ran Chrystusa, ale im więcej tym lepiej. Młodzież przelicytowywała się w ilości kościołów a dzieci w ilości zebranych obrazków poświęconych, które księża wręczali im po ucałowaniu relikwiarza i złożeniu ofiary.

Myśmy zaczynali z rodzicami od kościoła parafialnego, po tym szliśmy kolejno do Reformatów, Kanoniczek, do Świętego Krzyża, Wizytek, Karmelitów, Bernardynów, Katedry, Pijarów, Augustianów, Dominikanów, Paulinów. Wszystkie te kościoły były blisko siebie a wszędzie tłumy ludzi. Spotykaliśmy znajomych, całe rodziny wystrojone odświętnie, powiększone o krewnych przybyłych na święta, zwłaszcza młodzież akademicką studiującą za granicą. Przed kościołami sznury karet i powozów, z których korzystały starsze panie, różne babcie i ciotunie, dla których te wielkopostne peregrynacje były zbyt uciążliwe.

Odwiedzanie grobów było nie tylko aktem pobożności, było nadto imprezą towarzyską dającą okazję do spotkań i sprezentowania toalet. Młodzi ludzie mieli szanse zostać przedstawieni przez wspólnych znajomych osobie wybranej. Ponieważ trasa tych pielgrzymek była ustalona zwyczajem, łatwo było o takie "przypadkowe" spotkanie, a jeszcze łatwiej, kiedy przedmiot westchnień kwestował przy stoliku w kościele.

Niezależnie od wspomnianych względów, szeroki udział społeczeństwa w grobach uważany był za obowiązek patriotyczny. To zjednoczenie społeczeństwa wokół tradycji kościoła katolickiego, masowość uczestnictwa, manifestowała solidarność narodową, dawała dumne poczucie odrębności kulturalnej wobec wschodniego zaborcy.

Święcone! Nie będę już opisywał ilości i rozmaitości wędzonych i pieczonych mięsiw. Stół był ustawiany w gabinecie ojca w Wielki Piątek wieczorem. Pośrodku królował sękacz-Baumkuchen od Semadeniego. Na noc zostawiano otwarte oberlufty.

Pamiętam, jak dziś, ten cudny zapach hiacyntów, który napełniał mieszkanie, te dzwony rezurekcyjne o świcie, na dzwięk których ojciec spiesznie kładł futro i szedł prowadzić naszego proboszcza, a my z matką, przez uchylone drzwi balkonu, o rannym chłodzie, słuchaliśmy śpiewu procesji wokół kościoła Karola Boromeusza i radosnego huku petard. "Wesoły nam dziś dzień nastał, którego z nas każdy żądał".

Mimo wilczych apetytów wywołanych długotrwałym postem, dopiero po rezurekcji a najwcześniej po północy z soboty na niedzielę, można było spróbować święconego. W naszej parafii rezurekcja odbywała się o 5-ej rano. Pradawny ten zwyczaj obowiązywał niezmiennie. Dopiero kiedy radio zaczęło nadawać transmisję z sobotniej rezurekcji w katedrze wawelskiej obwieszczanej biciem dzwonu Zygmunta, warszawiacy zabierali się do święconego około 7-ej wieczorem w Wielką Sobotę.

Trudno było wyobrazić sobie coś bardziej ważnego i uroczystego niż pierwszy dzień świąt. Biada, komu się urwał guzik - wszystko musiało zastygnąć w świątecznym bezruchu, w zachwyceniu nad misterium Bożego Narodzenia czy Zmartwychwstania Pańskego.

Jezdnie były puste, dawał się słyszeć tylko stuk obcasów wystrojonych warszawiaków spieszących do świątyń.

Biada żydowskiemu dorożkarzowi, bo tylko oni odważali się czasami wyjechać na miasto, zdarzało się, że oberwał laską po grzbiecie od bardziej krewkiego przechodnia.

 

x x

 

Wspominam wreszcie święta Trzech Króli. Z kościoła przyniesiono już torebkę z "myrrą, kadzidłem i złotem" oraz kawałkiem kredy, którą bracia kreślili na drzwiach tajemnicze dla nas litery imion Trzech Króli i datę.

A później matka nabierała na łopatkę żarzących węgielków, sypała na nie kadzidło i obchodziła mieszkanie, szepcząc modlitwę i kadząc w każdym rogu pokoju. Po tym podchodziliśmy, my najmłodsi, w pobożnym skupieniu i matka zataczała nad naszymi głowami krąg kadzidlany, powtarzając "od powietrza, głodu, ognia i wojny, zachowaj cię Panie".

Jakże tu nie uronić łzy nad utraconą wiarą dziecięcą, nad minioną młodością, nad pogrzebaną matką i ojcem, nad tym światem bajecznym, bezpowrotnie straconym.



przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku