Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2010-08-27 17:00:21
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Rozdział IV

Wspomnienia kulinarne - przyjęcia

W domu naszym zawsze były dwie służące: kucharka i tzw. młodsza, czyli pokojówka, nadto pomocnik stróża, którym był zawsze młody chłopiec do posług i na posyłki.

Kuchnia była, jak byśmy to dziś określili bardzo "kaloryczna" i obfita. Siadało nas do stołu 10 czasami 12 osób. To też kupowało się nie na funty, ale na sztuki, to znaczy cały schab, całą cielęcinę, czyli ćwiartkę, całą szynkę ile zaważy.

Na śniadanie herbata, mleko, bułki /kajzerki i szwedki/ masło i szynka.

Obiad z czterech dań. Na kolację zawsze gorące danie. Oczywiście były jeszcze podwieczorki i drugie śniadania.

Codziennie sprawunki załatwiała w Halach Mirowskich kucharka. W okresie przedświątecznym jednak i przed jakimś przyjęciem, czyniła te zakupy matka, za nią szła kucharka z 2-ma koszami. Zaznaczam za nią, bowiem według ówczesnych zwyczajów, służba nie mogła iść obok pani.

Prosiłem matkę żeby i mnie z sobą zabrała, bo cóż to była za przyjemność wędrować tak po obu Halach Mirowskich.

Tuż przy wejściu stały młode Żydówki wypatrujące klientek ze wsi. Wołały one bez przerwy i na wyścigi: "tiule, woale, woalansienki, firanki, gipiury" itp. wyliczając cały posiadany towar i prowadząc klientkę do swego straganu. To wyłapywanie klientów przy wejściu było właśnie ich zadaniem.

Dla mnie najciekawsze były baseny z białego marmuru z bieżącą wodą z żywymi rybami. Pływały w nich przeważnie ryby krajowe z królewskimi karpiami na czele. Na stołach całe stosy ryb śniętych, zaś na deskach, wystawionych przed basenem, leżał zazwyczaj na rogoży olbrzymi jesiotr, którego łuski grzbietowe, podobne do jakiejś baśniowej zbroi, szczególnie mnie ciekawiły. Z krajowych olbrzymów królował sum, z którego u nas często przy piątku robiono kotlety. Jesiotra podawano gotowanego w sosie koperkowym z wydrążanymi kartofelkami. Pycha. Od czasu pierwszej wojny światowej i zamknięciu granicy z Rosją, już tego przysmaku w ustach nie miałem. Obok ryb, stała zwykle beczka z czerwonym kawiorem astrachańskim i piętrzyły się łososie, bieługi, siomgi i inne ryby z importu. Największymi kupcami rybnymi w Halach byli pp. Sapieha i Habich.

Po lewej stronie I-szej Hali Mirowskiej, w sklepie kolonialnym Kuryluka, tuż przy wejściu witały gościa wywieszone pęki bażantów, kuropatw, cietrzewi, nierzadko dzik albo sarna, a zaraz za drzwiami beczki pysznych, złocistych winogron, przesypanych trocinami z korka. Wewnątrz znów bogactwa kulinarne; wędzone łososie, sygi, siomgi, czarny kawior w kilku gatunkach i wiele innych przysmaków mogących zaspokoić podniebienie najwybredniejszych smakoszów. Dalej ogromny dział konserw z całego świata, sardynki "Amieux Frères", anchois, homary, kamionki z pasztetem strasburskim, różne oliwki, kaparki itp. Wódki, koniaki i likiery znanych europejskich marek.

W drugim końcu hali rząd jatek. Wisiały tu oprawione prosiaki, przeróżne, jakich dusza zapragnie, mięsiwa, jakieś szpondry, pierwsze krzyżowe, zrazówki, rostbefy, rozbratle itp.

A tuż obok stragany z warzywami, przeróżne sałaty, cykorie, salcefie, karczochy popisy podwarszawskich ogrodników - badylarzy.

Zaopatrzenie Warszawy w żywność było tak bogate i tak urozmaicone, że dzisiaj wydaje się bajką. Naszym dostawcą był p. Butrym

Ale nie tylko sprawunki w halach były ciekawe. Czasem szliśmy z matką do Pasażu Simonsa na Długą, gdzie były składy tekstyli, koronek i różnych dodatków do sukien, albo do sklepu Nipanicza z norymberszczyzną na Żabiej, to znów Orsagha na Leszno, bądź do magazynu Jarosławskiego na Marszałkowską po płótna, zefiry, madapolamy i inne wyroby tkackie na bieliznę pościelową.

Wszystko to, i masa innych szczegółów, zostało wchłonięte i utrwalone w moim młodym umyśle z zadziwiającą wyrazistością, która trwa do dzisiaj.

Przywołam jeszcze z pamięci najbardziej typowe menu naszej kuchni. Z zup: najczęściej rosół z makaronem, cytrynowa z ryżem i gotowaną cielęcinką, szczawiowa z jajkami i grzankami, kartoflanka na baraninie /ulubiona ojca/, krupnik z dróbkami z kaczki a od święta wspaniałe w smaku, jakich już nigdy potem nie jadłem, flaki z pulpetami i czernina.

Na pierwsze danie była zwykle ryba albo sztuka mięsa w sosie koperkowym, bądź chrzanowym, na drugie najczęściej pieczona cielęcina, mostek cielęcy faszerowany, zając w śmietanie, schab. Jeżeli były kotlety cielęce to zwykle na pierwsze ogony wieprzowe z brukwią /mój przysmak/ wewnątrz kotletów kucharka wkładała kawałek nereczki z tłuszczykiem, przez co kotlet stawał się pulchny. Zapomniałem jeszcze o potrawce z pulard z ryżem, często podawanej i o "parzybrodzie", czyli gołąbkach w sosie pomidorowym, potrawie bardzo przez nas wszystkich lubianej. Specjalnością matki był karp w szarym sosie, z miodownikiem, rodzynkami i słodkimi migdałami.

Przypominam sobie jak matka dawała kucharce wskazówki jak upiec polędwicę. Przed wstawieniem do piecyka należało ją natrzeć oliwą z cytryną a po tym broń Boże nie podlewać wodą - bo stwardnieje.

W latach mego dzieciństwa, matka często robiła jarząbki i kwiczoły, których dostarczał w worku niezastąpiony Berek z Karczewia. Matka przyrządzała je duszone w śmietanie, dla smaku dodawała do wewnątrz ziarenka jałowca, podobnie jak do innej dziczyzny. Jałowiec trzeba było zbierać po pierwszych przymrozkach. Na codzienny deser podawano kompot z jabłek ze skórką pomarańczową, szarlotkę z jabłek, babkę z ryżu zapiekaną z sokiem truskawkowym /nie lubiliśmy/.

Potrawami uznanymi za bardziej wykwintne, które podawano u nas na przyjęciach były: łosoś lub sandacz z wody, kuropatwy w śmietanie, polędwica z brukselką i wydrążonymi kartofelkami, indyk z borówkami i frytkami.

Jako deser na przyjęcie zamawiali rodzice w cukierni tort, krem hiszpański lub lody. Ówczesne torty miały obowiązkowo wysoką piramidę z kolorowego lukru /przez kilka dni po przyjęciu chrupaliśmy taką piramidę/, z czasem torty poczęto przybierać płasko, smażonymi owocami i marcepanem.

Na przyjęciu kolację podawano około 11-ej wieczorem. Przedtem w salonie herbatkę z cytryną, pomarańczą lub arakiem. My dzieci po przywitaniu się, szliśmy do naszych pokoi spać. Ale przedtem jeszcze prosiłem kucharkę by mi pokazała lody, przysłane w blaszanych formach, w cebrzykach z lodem. Zawsze się certowała, że nie można otwierać bo się rozpuszczą, ostatecznie jednak ustępowała. Co to były za lody, dzisiaj o takich się nawet nie słyszy a wówczas, lat temu sześćdziesiąt, Lours czy Semadeni innych nie robili. Zamrożone na porcelanowej podstawie, miały kształty figuralne. Były to jakieś kolorowe owoce, i jarzyny pięknie ułożone z ananasem pośrodku. Pamiętam taki pęczek szparagów wykonany z lodów śmietankowych z główkami z lodów pistacjowych, związany wstążką z lodów poziomkowych. To znów zajączek z lodów czekoladowych w pistacjowych liściach, obłożony kolorowymi owocami albo parka dzieci, chłopczyk i dziewczynka w kolorowych strojach wykonanych z różnych gatunków lodów.

Idąc spać, prosiliśmy matkę, żeby nie zapomniała zostawić dla nas lodów. Na drugi dzień po przyjęciu, pierwszym pytaniem było, czy są lody. Nigdy nie zapomniała, były zawsze, wystawione w puszce na balkon, już trochę rozpuszczone, ale jakże nam smakowały.

Ojciec był bardzo wrażliwy na punkcie naszego zdrowia i zawsze dolewał nam do lodów trochę koniaku, co miało zabezpieczyć nasze gardła, ale to nam nie smakowało.

Kiedy był proszony obiad, siedzieliśmy nie raz przy stole. Ojciec zawsze prezydował, ja na drugim końcu, naprzeciw. Przy deserze, pamiętam byłem wówczas w pierwszej klasie, ojciec wzrokiem przyzywał mnie do siebie, dawał mi pęczek kluczy z jednym wybranym i mówił: "otworzysz z prawej strony biurka drugą szufladę od góry i przyniesiesz to większe pudełko cygar - napoczęte", Zawsze skrupulatnie wywiązywałem się z zadania i po tym obchodziłem z pudełkiem panów i częstowałem cygarami.

Jeszcze jeden rys obyczajowy Warszawy z pierwszych lat XX wieku. Nie wszyscy mieli i nie wszystkich stać było na trzymanie powozu, a w mieście ze środków lokomocji były tylko konne dorożki i konne tramwaje wieczorem zajeżdżające do zajezdni, toteż idąc na proszone przyjęcie, które przedłużało się zwykle do późnej nocy, należało wynająć karetę.

Remizy czyli przedsiębiorstwa trudniące się wynajmem karet, cieszyły się dużym powodzeniem, zwłaszcza Parucha i Wojewódzkiego. Panie mając zapewnioną karetę, mogły być spokojne o uczesanie, wieczorową toaletę i biżuterię.

Pamiętam, jak podczas większych przyjęć, na naszym podwórzu czekało kilka karet. Zwykle nimi przyjeżdżali: pani Mentzlowa z córką, pp. Jaszczołtowie, wujostwo i ks. prałat Puchalski, ale wynajmowane pojazdy miały i inne zastosowanie towarzyskie.

Rodzice, kiedy pragnęli urozmaicić pobyt miłemu przyjezdnemu gościowi, wynajmowali lando, w którym towarzystwo udawało się na spacer do Wilanowa. Przypominam sobie taką przejażdżkę z okazji pobytu Michała z Odessy, innym razem ks. Gwardiana Kapucynów z Łomży.

Również ku uświetnieniu uroczystości rodzinnych, jeżeli dopisywała pogoda, jechaliśmy w dwa landa do Wilanowa. Miejscowa restauracja słynna była z raków i pieczonych kurcząt.

Spacery po parku, zwiedzanie pałacu budziły w nas dumne poczucie przeszłości narodowej i szczególnie przemawiały do naszej wyobraźni. Pałac wilanowski był jedyną rezydencją królewską, stale otwartą dla zwiedzających. Zamek Królewski w Warszawie był jako siedziba Generał-Gubernatora niedostępny, zaś Łazienki przeważnie zamknięte.

Po pierwszej Wojnie Światowej, kiedy przedsiębiorca Makowski wprowadził taksówki - limuzyny, wysokie, bardzo wygodne, na wzór londyńskich taxi - konne karety wyszły z użycia.

Władkowie przez kilka lat, mniej więcej do roku 1927 jeszcze trzymali powóz, którego Władek niejednokrotnie użyczał mi w moich kawalerskich eskapadach.

Pamiętam, jak na czterdziestolecie małżeństwa rodziców z inicjatywy wspólnika Władka p. Zygmunta Jarockiego, powóz ten zajechał przed naszą bramę, przybrany białymi różami. Rodzice udali się nim do kościoła.

W przeddzień chcąc zrobić staruszkom niespodziankę, porozumiałem się z naszym organistą, który w chwili, kiedy rodzice po wysłuchaniu mszy i przyjęciu komunii odchodzili od ołtarza, zagrał marsza weselnego Mendelsona.

Po obiedzie panowie przy kawie i likierku, siadali do krótkiej partii wista bądź preferansa, panie w salonie, przy herbatce, gawędziły.

Na przyjęciach wieczorowych grano w gabinecie ojca, przy dwóch stolikach. Ówczesne stoliki do kart miały w rogach, wpuszczane w blat, mosiężne miseczki na sztony, zwane także "fiszkami". Sztony te wykonane z kości słoniowej, były w czterech kolorach: białe, żółte, czerwone i zielone, różnych kształtów odpowiadających ich umownej wartości. Partnerzy przy każdej rozgrywce płacili sobie sztonami, zaś po skończonej grze rozliczali się gotówką, wykupując każdy swój kolor sztonów.

Po kolacji, która trwała zwykle około dwóch godzin, reszta towarzystwa w salonie zabawiała się muzyką. Pierwsza siadała do fortepianu Jula, po wykonaniu kilku utworów, przyjmowanych zawsze bardzo gorąco, ustępowała miejsca innym paniom, które po dłuższym certowaniu się wykonywały swoje popisowe numery.

Kiedy się zakończył ten "koncert", przy owalnym simlerowskim stole grono osób, przeważnie pań, zasiadało do "stukółki", łatwej na pozór niewinnej hazardowej gry. Niekiedy młodzież zwijała dywan aby trochę potańczyć. Około 2-3 w nocy, goście rozchodzili się, część pań przy rozmowie i herbatce, wyczekiwała na mężów "kończących" grę.

Odkąd pamięcią sięgnę, matka moja już nie tańczyła. Ojciec przy wyjątkowej okazji i nastroju tańczył walca, szybko, skocznie, modą wiedeńską anno 1880. Już po kilku okrążeniach salonu, zadyszany, dziękował partnerce. Taki występ przyjmowany był ogólnym aplauzem towarzystwa, jako swego rodzaju ewenement, chociaż ojciec mógł mieć wówczas nie więcej jak 40 lat.

Ówcześni panowie kondycją sportową, jak byśmy to dziś nazwali, nie grzeszyli. Uprawianie sportów, na przykład jazda na rowerze-bicyklu, nie uchodziło szanującemu się starszemu panu, było czymś niepoważnym. Ówczesny strój, zwłaszcza sztywna bielizna, wreszcie godność głowy rodziny na to nie pozwalały. W sferach ziemiańskich, jedynie konna jazda i polowania mogły wzmocnić zwiotczałe przy zielonych stolikach mięśnie.

Wrócę jeszcze do tańca. Na balach publicznych, jak sobie przypominam z opowiadań starszych, przyjęte było i przestrzegane, aby tańczyły przede wszystkim panny - po to były bale. Za wysoce nietaktowne uważano, kiedy mężatka tańczyła z kawalerem a tym samym odbierała pannom tancerza i epuzera. Tak zwane "starsze towarzystwo", a więc panie po 30-ce a panowie po 40-ce bawili się w swoim kręgu. W ogóle w towarzystwie warszawskim obowiązywała bezkompromisowa konwencja tak co do stroju, jak i form bycia, na przykład: mężatka nie śmiała, jak to się dzisiaj zdarza, wystąpić publicznie w stroju odpowiednim dla młodej panienki itp. Rozwódki ledwo były tolerowane. Opowiadała matka, jak to na balu, pewna pani, świeżo kreowana rozwódka, weszła na salę i kiedy mijała rząd siedzących na kanapie pań, te, ostentacyjnie zbierały i unosiły treny swoich sukien, aby przypadkiem owa rozwódka nie dotknęła się ich.



przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku