Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Zdjęcia do rozdziału
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2010-08-28 09:46:33
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Rozdział IV

Julia /19.V.1884 - 3.I.1910/ Józef /9.I.1881 - 4.IX.1917/

Julia z Talikowskich Sokolewiczowa 1907
Julia z Talikowskich Sokolewiczowa 1907

Najstarsza siostra moja, Jula, była wybitnie uzdolniona. Jej zainteresowania obejmowały: muzykę, plastykę, humanistykę. Po ukończeniu pensji p. Gagatnickiej, uczyła się rysunku u naszego kuzyna Lolka Schatzschneidera i jednocześnie uczęszczała na kursy haftu artystycznego przy pensji p. Platerówny. Do Powstania zachowały się jej rysunki stylowych francuskich mebli, w których każdy detal zdobniczy został wiernie odtworzony. Jak już wspomniałem, grała koncertowo na fortepianie, była uczennicą znakomitego szopenisty, prof. Aleksandra Michałowskiego. Interesowała się życiem literackim zwłaszcza twórczością Młodej Polski, wiele czytała, znała 4 języki obce w mowie i piśmie.

Jako najstarsza wpływała na kształtowanie się naszych charakterów. Wiele jej zawdzięczamy, zwłaszcza ową wnikliwość, delikatność w podejściu i ocenie konfliktów życiowych. Wyrozumiała dla błędów innych - samej sobie wielkie stawiała wymagania /tę ostatnią cechę przejęła od niej Jadzia/.

Zainteresowanie sztuką, ocenę życia od strony jego moralnego piękna, patriotyzm, nie pozbawionego w latach zaboru romantyzmu- wszystkie te cechy, jeżeli znalazły odbicie w mojej psychice, należy jej wpływom przypisać.

Zajmowała się haftem, były to skończone dzieła sztuki, mistrzowskie w rysunku, kolorach, technice i wykonaniu. Na atłasie czy adamaszku haftowała kwieciste poematy jedwabiem, złotymi nićmi, cekinami, kordonkami z zastosowaniem aplikacji z aksamitu. Przypominały stare włoskie czy francuskie tkaniny. Hafty swoje przeważnie ofiarowywała kościołom. U nas w domu były jej dwie poduszki na kanapę w salonie, ekran przed piecem w mahoniowej ramie, nadto zachowały się do Powstania dwie kamizelki ojca jedwabne do tużurka i kilka niedokończonych prac.

Jula skompletowała naszą bibliotekę domową, która świetnie dobrana stała się zrębem mojej warszawskiej biblioteki. Ona również zapoczątkowała zbiory przyrodnicze, przywożąc z Włoch wiele zasuszonych odmian rozgwiazd i morskich żyjątek jak konika morskiego, jeża morskiego, kraba pustelnika, różne odmiany korali, do czego ja dodałem z czasem kolekcję skamieniałości minerałów i osobliwości Bałtyku.

Brunetka, bardzo przystojna, elegancka, nosiła się z wielką dystynkcją, co przy ówczesnej modzie długich sukien, parasolek, wachlarzy, szali, wymagało umiejętności posługiwania się nimi o czym dzisiejsze pokolenie nie ma nawet pojęcia. Rodzice stroili ją z upodobaniem, miała piękną biżuterię.

Wyszła za mąż za, prawnika Józefa Sokolewicza, herbu Ślepowron, syna Józefa i Barbary z Pawłowskich. Szwagier mój po ukończeniu Uniwersytetu w Odessie z tytułem kandydata nauk prawnych, zrezygnował z proponowanej mu asystentury katedry prawa rzymskiego, wyjechał do Paryża, gdzie w Sorbonie uzupełniał swą wiedzę. Przed pierwszą wojną światową, jako 32-letni młody człowiek, zajmował stanowisko Dyrektora Biura Prokuratorii Generalnej Królestwa Polskiego. Przypomina mi się jego portret widziany w Paryżu malowany przez jego kolegę Januszewskego. Przedstawiał go we fraku, siedzącego w zadumie przy stole zarzuconym książkami, z niedopaloną świecą w lichtarzu.

W roku 1908 ojciec przebudował i zmodernizował dla nas mieszkanie 7-pokojowe na I-szym piętrze. Był to już apartament z pełnym nowoczesnym komfortem: była więc i elektryczność i telefon z pamiętnym numerem 40-34, były w każdym pokoju kontakty, co wówczas należało jeszcze do rzadkości. Nowoczesna łazienka, kuchnia gazowa itp.

W tym mieszkaniu odbyło się wesele Juli. Pamiętam taki szczegół: ogrodnik udekorował bramę i schody zielenią, przy czym po obu końcach każdego stopnia schodów, na liściach paproci ułożone były białe goździki. Uroczystość zaślubin odbyła się w kościele p.p. Wizytek na Krakowskim Przedmieściu. Ślub dawał zaprzyjaźniony ksiądz Gwardian Kapucyn z Łomży w asyście księży świeckich.

Podarował on młodym stary obraz Madonny z Dzieciątkiem, portret Jana Sobieskiego z XVII w. oraz antyczny zegar. Państwo młodzi otrzymali wiele innych prezentów, przeważnie dzieł sztuki, od Reymontów zaś srebrną żardinierę z motywem konwalii.

Wśród licznych gości weselnych był stryj Michał z Odessy przybyły z synkiem Mitkiem /późniejszym pułkownikiem WP./ i córeczką Milą /późniejszą żoną kpt. pilota Jakubowskiego/. Otóż atrakcją zabawy weselnej było odtańczenie przez Mitka i Milę w strojach krakowskich, krakowiaka /stroje przywiezione z Odessy/. W owych latach zaboru taniec tych dzieci przyjęty został burzliwymi oklaskami i wywołał ogólne rozrzewnienie.

Na drugi dzień po weselu, pp. młodzi otrzymali egzemplarz Kuriera Warszawskiego, z wiadomością o ich małżeństwie, drukowanego literami złotymi i srebrnymi /to nasz kuzyn Tytus Talikowski, właściciel drukarni załatwił z kolegami z drukarni Kuriera, wykonanie tej miłej pamiątki/. Takie to w owych czasach ludzie mieli pomysły.

Młodzi zamieszkali na Nowowiejskiej 16 przy pl. Zbawiciela. Bywali u nich koledzy szwagra, młode małżeństwa prawnicze, między innymi Stanisław Car, późniejszy Szef Kancelarii Prezydenta i Minister Sprawiedliwości z żoną, koleżanką Juli, z domu Bieńkowską. Adwokat Lipiński, sędzia Wacław Jaruzelski z żoną Wandą z domu Truskolaską, również koleżanką Juli, i inni. Niedługo jednak cieszyła się Jula swoim domem.

Wkrótce po urodzeniu dziecka, syna Juliana, zachorowała na płuca. Podobno zaziębiła się na jakimś wieczorku i odtąd stale gorączkowała. Przyjaciółką Juli w tym czasie była p. Beatusowa, osoba bardzo subtelnej urody, ale, jak mi się dziś wydaje, pozująca na intelektualistkę, w każdym razie łączyły je zainteresowani literackie i artystyczne.

Julę często odwiedzała nauczycielka muzyki p. Zofia Vorbrodt, osoba w domu naszym zawsze mile widziana i szanowana.

Choroba jednak czyniła szybkie postępy. Ojciec za poradą lekarzy wyjechał z Julą do Włoch, dłuższy pobyt w łagodnym klimacie południa miał jej wrócić zdrowie. Mieszkali więc kolejno w Gries be /koło/ Bozen w Mentonie, wreszcie najdłużej w Bordigherze. Zjeździli włoską i francuską Rivierę, próbowali szczęścia w Monte Carlo. Stanowili tak piękną parę, że w podróży brano ich za małżeństwo.

Ojciec jakby przeczuwając, że jest to jej ostatnia ziemska wędrówka, chciał jej dać najwięcej z tego, co lubiła i co ją cieszyło. Jeździli więc kilkakrotnie do Mediolanu na operę, gdzie w tych latach niepodzielnie panował Puccini. Przeszło rok przebywali na południu.

Powróciła Jula do Warszawy opalona z rzekomą poprawą zdrowia. Przywiozła wiele pięknych toalet, perfum, artystycznych drobiazgów na podarki - tylko zdrowia nie przywiozła. Jakiś smutek wewnętrzny skracał jej życie. Przywiozła nuty nowych oper "Tosca" i "Madame Butterfly". Tragiczny weryzm Pucciniego wycisnął niejedną łzę z jej oczu. Ostatnio grała je często wsłuchana w tę muzykę jak w echa własnych przeżyć.

Zachował się bardzo charakterystyczny list ojca z Bordighery, w którym donosi, że miejscowi lekarze chcą zrobić Juli zastrzyki z arszeniku. Ojciec prosi, żeby zapytać się naszego domowego lekarz dr Teodora Podczaskiego, ordynatora Szpitala Ewangelickiego, czy decydować się na te zastrzyki, boć to przecież trucizna. Zacny dr Podczaski zapytany przez matkę o zdanie powiedział: "lepiej nie ryzykować".

Po powrocie z Włoch, Jula z Ziutkiem, jak nazywano szwagra, zamieszkali w 5-pokojowym lokalu w domu naszym na Elektoralnej w poprzecznej oficynie, który przygotowała im matka. Pragnęła mieć ją bliżej siebie.

Niestety, nie pomogły wysiłki lekarzy, dla których gruźlica była wówczas chorobą nie do zwalczenia. Były to czasy, kiedy Rentgen nie miał jeszcze szerszego zastosowania w diagnostyce.

Jula zmarła 3 I 1910 r. mając lat 25. Po jej śmierci syn, półtoraroczny Julek, wychowywał się w domu moich rodziców a raczej zajmowały się jego wychowaniem z całym oddaniem, siostry moje Jadzia i Genia.

Po śmierci Juli szwagier przeprowadził się do mieszkania służbowego w Prokuratorii, mieszczącej się w Pałacu Corazziańskim przy pl. Bankowym róg Rymarskiej.

W tym czasie uprawiał zapamiętale sport jeździecki. Miał własną rasową klacz, którą trzymał na stajni w Tatersalu na Trębackiej, później przeniósł ją do stajni bliżej Belwederu. Codziennie rano odbywał trening w Łazienkach lub defilował torem dla konnej jazdy, który wówczas przebiegał Alejami Ujazdowskimi po stronie Sztabu Generalnego. Wraz z grupą pań i panów, podobnych sobie sportsmenów ćwiczył skoki, brał przeszkody i w końcu doszedł do dobrych wyników.

Brał udział w Karuzelu organizowanym corocznie przez Warszawski Tatersal. Trenował w szarym sportowym garniturze i cyklistówce. Na przejażdżkach, w towarzystwie pań, ubrany był w żakiet, beżowe bryczesy i melonik. Był anglomanem w sprawach hippiki, nie pozbawionym snobizmu. Siodło oryginalne angielskie, również buty niskie, reszta, czy to rękawiczki, czy szpicruta wszystko musiało być "first classe". Koledzy znając jego zamiłowania jeździeckie obdarowywali go, przy różnych okazjach, prezentami w rodzaju popielniczek, przycisków na biurko itp. z jakimiś podkowami, strzemionami i innymi końskimi akcesoriami. Na biurku w Prokuratorii stała fotografia klaczy "Lalka". Te pamiątki sportowe odziedziczył syn jego Julek, u którego na Żoliborzu jeszcze była ta popielniczka ze złoconego brązu w kształcie kopyta końskiego.

Wreszcie, przypominam sobie, jak szwagier po raz ostatni odwiedził syna i nas w Sopotach w roku 1913. Był elegancki i uwodzicielski. Jego kształt głowy typowo anglosaski, oczy stalowo-niebieskie wreszcie bląd włosy, czyniły go typem nie słowiańskiej urody.

Osobiście zawdzięczam mu pomoc w łacinie, w której zawsze w gimnazjum kulałem. Na lekcje chodziłem do niego na Rymarską. Znał ją znakomicie i jako nauczyciel był bardzo wymagający a ja, z kolei ambitny. Toteż w krótkim czasie podciągnął mnie na tyle, że już do końca gimnazjum dawałem sobie sam radę.

Z chwilą wybuchu I-ej wojny światowej szwagier otrzymał nakaz ewakuowania Prokuratorii z Warszawy do Mińska Litewskiego /gubernialnego/. Tam w roku 1917 zachorował na dezynterię i zmarł. Pogrzebem jego zajęli się koledzy zwłaszcza adwokat Lipiński z Warszawy. Pochowany zastał w podziemiach rz.-kat. katedry w Mińsku. Po I-szej wojnie światowej, zwłoki jego sprowadzone zostały do Warszawy i złożone w naszym grobie rodzinnym na Powązkach



przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku