Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2010-08-28 10:00:39
Przejdź do komentarzy (1)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Rozdział IV

Sikorska

Ojciec umówił płatnego miesięcznie dorożkarza, który codziennie z rana czekał przed bramą naszego domu i odwoził najpierw dziewczynki a potem mnie do szkoły. Po zakończeniu lekcji zawsze ktoś wstępował po dziewczynki, żeby same nie wracały. Kiedy były małe chodziła po nie Jula, lub pokojówka, później na mnie spadł ten obowiązek towarzyszenia siostrom. Taki był wówczas zwyczaj. Pamiętam te długie węże pensjonarek /tych na internacie/ jak po zakończeniu lekcji, a przed obiadem pod czujną opieką klasowej damy szły parami na spacer. Każda pensja miała inny kolor sukienek, bądź kroju fartuszków, po których je się rozróżniało. Szły wesoło gwarząc i rzucając ciekawe spojrzenia na kipiące życiem ulice. Wracając zatem z gimnazjum, wstępowałem na Marszałkowską. Stałem nie raz długo pod bramą, wraz z różnymi opiekunkami zanim z klatki schodowej od podwórza wysypał się rój dziewcząt.

Zaraz na rogu Królewskiej mijaliśmy stragan pełen narcyzów i tulipanów, potem w ogrodzie Saskim, przechodziliśmy obok oranżerii, przez której otwarte drzwi zastawione drążkiem widać było grotę, fontanny i tajemniczy gąszcz zieleni. Czasami skręciliśmy od bramy w prawą aleję do kiosku Wróblewskiego z piernikami i wodą sodową, gdzie sprzedawały dwie uprzejme panie. W słojach stały wyborne soki, nabierane do szklanek platerowaną łyżką-miarką. Na mokrą blachę bufetu kładliśmy nasze uczniowskie miedziaki. A jak nie starczało na wodę z sokiem, to zaraz była studnia, przy której czyściutkie staruszki z Dobroczynności podawały usłużnie szklankę zimnej i smacznej wody zdrojowej za "co łaska".

Razem z nami wracały panny Sagatowskie, zamieszkałe na rogu Orlej i Elektoralnej, przeważnie jednak szliśmy z Karolą Beylin, bądź z jej siostrą Stefą, mieszkającymi na Orlej. Wychodząc z bramy ogrodu od Żabiej szło się przez dom przechodni do ulicy Przechodniej co nam skracało drogę. Tuż przy bramie był ogródek Raua, przez druciane ogrodzenie widać było rozbawioną dzieciarnię. Zimą urządzano tam ślizgawkę. Była jeszcze druga ślizgawka, za teatrem, na stawie. Po obiedzie grała tam orkiestra. Pamiętam, jak mnie starszy brat Mundek pchał po lodzie na krzesełku.

Beylinówny kolegowały z Genią przez całą pensję. Karolka, siostra mego starszego kolegi adwokata Gustawa Beylina była wówczas uroczą dziewczynką, o morelowej cerze z zabójczymi kolorami. Szliśmy gawędząc o naszych uczniowskich sprawach, aż do rogu Orlej, gdzieśmy się rozstawali.

Mówiąc o tych szczęśliwych latach, trudno nie wspomnieć o grze w "zielone" tak wówczas powszechnej wśród młodzieży. Listek był schowany w maleńkiej kopercie, zrobionej z kartki, wyrwanej z kajetu. Jeszcze przypomnę alejkę biegnącą skosem przez ogród Saski do bramy na wprost Zachęty. Pośrodku tej alejki stał słupek w rodzaju chińskiej pagody, na którym był umieszczony zegar i wielki termometr. P. Stefania Podhorska, wychowanka pensji p. Sikorskiej pisze w swojej "Warszawie mego dzieciństwa", że na lekcjach rysunków, prowadzonych przez p. Stankiewiczównę "rysowano z gipsów, bo o rysowaniu z natury mowy wtedy być nie mogło".

Wspomnienia p. Podhorskiej dotyczyły widocznie wcześniejszego okresu, bo za mojej pamięci w latach 1908-1911 w bramie pensji p. Sikorskiej stał barczysty dziadyga z długą, siwą brodą. Widziałem go tam oczekującego zakończenia lekcji. Wychodzące uczennice, nie zjedzone drugie śniadania oddawały w bramie dziadowi, aby w domu nie zauważono u nich braku apetytu. Dziad zjadał i obrastał w sadło.

Tego to właśnie "dziadka" p. Sikorska pozwoliła p. Stankiewiczównie wprowadzić na lekcję rysunków, jako żywego modela. Widziałem te rysunki. Biedne adeptki umiejętności plastycznych musiały go rysować ze wszystkich stron, aż do znudzenia.

Skoro już mowa o klauzurze szkolnej dla płci męskiej, wspomnę jedno przedstawienie, jakie odbyło się na pensji p. Sikorskiej. Na wieczorkach tanecznych, jakie p. Sikorska pozwalała urządzać w karnawale dla pensjonarek internatu, były torty, ciastka, były inne słodycze, ale chłopców nie było. Dziewczynki tańczyły ze sobą. O jakimś wprowadzeniu "kuzyna" nie mogło być mowy, chociaż ja przestąpiłem tę klauzurę, a było to tak.

Pensja urządziła przedstawienie amatorskie. Między innymi inscenizowano balladę Mickiewicza "Powrót Taty".

Na szkolnej scenie dekoracja przedstawiała las i krzyż, a pod tym krzyżem "dziatki" mówiące paciorek. Ja właśnie, jako sześcioletni aktor klęczałem pod krzyżem z koleżankami aktorkami. Kiedy zbliżył się moment, że z lasu miało wypaść dwunastu zbójców, którymi były uczennice starszych klas, z uciesznie poprzyklejanymi brodami i wąsami, jedna z nauczycielek dla podniesienia nastroju grozy, zapaliła za "kulisami" na blaszanej łopatce czerwony ogień bengalski, przy czym ze strachu tak daleko od siebie wyciągnęła rękę z łopatką, że widać ją było z sali. Ale to wszystko nie ważne, ważna była uciecha, jaką to przedstawienie sprawiło pensjonarkom, które pod strasznymi kapeluszami zbójców rozpoznawały różne Lilki, Zosie, i Hanki ze swoich klas.

Zostałem przedstawiony p. Sikorskiej, miłej, średniego wzrostu czarno ubranej pani. Z pod binokli na jedwabnym kordonku, rzuciła na mnie badawcze spojrzenie, po czym dobrotliwie pogłaskała mnie po głowie. Imieniny p. Sikorskiej były na pensji uroczystością. Uczennice, ubrane w białe bluzki i granatowe spódniczki składały jej życzenia i kwiaty ale żadnych prezentów. W prywatnym mieszkaniu pani przełożonej, łączącym się z salami szkolnymi, stały nakryte stoły, zastawione tortami. Pani Sikorska podejmowała kolejno klasami swoje wychowanki kawą z kremem i słodyczami.

Wśród uczennic krążyła wieść, że panna Sikorska miała w młodości narzeczonego, który zginął w powstaniu 1863 roku i od tej pory, aż do końca życia pozostała wierną jego pamięci.

Pani Sikorska, jak większość przełożonych pensji, postawiła sobie za zadanie wykształcić i wychować młode pokolenie na światłe obywatelki i wzorowe matki-Polki, zdolne przekazać swym dzieciom skarby kultury i obyczaju polskiego. Mimo gorącego patriotyzmu była tolerancyjna i postępowa. Na pensji jej było kilka Żydówek z inteligenckich rodzin, traktowała je na równi z aryjkami, żadnych dyskryminacji, wychowywała swe uczennice we wzajemnej przyjaźni i szacunku.

Zapewniła swej pensji wysoki poziom nauczania, zaangażując najlepsze siły profesorskie, że wystarczy wymienić prof. Bronisława Chlebowskiego i prof. Władysława Smoleńskiego. Toteż w latach zaboru rosyjskiego pensja p. Jadwigi Sikorskiej była bastionem polskości i uchodziła za najlepszą średnią szkołę żeńską w stolicy / założona 1874/.

Więzy szkolnej przyjaźni mogą przetrwać całe życie. Jak sobie przypominam, koleżanką Jadzi z pensji była p. Maria Wardowa, z domu Orsagh, córka właściciela domu towarowego B-cia Orsagh na Lesznie, osoba bardzo przystojna, ale nader afektowana. Wyszła za mąż, a raczej została wydana przez matkę za poznanego na Rivierze, barona Warda. Małżeństwo to okazało się niedobrane i wkrótce się rozpadło. Mam wrażenie, że obydwie strony przeliczyły się. Pani Ward miała syna Karola, miłego chłopca, który się kolegował z Jasiem w Gimnazjum im. Reja, zaś matki współpracowały w komitecie rodzicielskim. Stąd zbliżenie i przyjaźń Jadzi z p. Wardową, a Jasia z Karolem, aż do Powstania Warszawskiego.

Drugą koleżanką Jadzi od Sikorskiej, była Janka Rupiewicz, z pierwszego męża Lipińska, z drugiego Pfeiffrowa, przystojna brunetka, o interesującym cieniu górnej wargi, pewna swej urody, zalotna i zdobywcza. Spotykały się jeszcze w Sopotach, później drogi ich rozeszły się. Przyjaźniła się z p. Marią Nagórską, zwaną w rodzinie "Maryjka", żoną adwokata Zygmunta Nagórskiego, vice-dziekana Rady Adwokackiej Warszawskiej, bywali u siebie domami, aż do drugiej wojny światowej, kiedy p.p. Nagórscy wyjechali do Angli. Również z jej siostrą Kazimierą z męża de Czernic Różyczką, przez wiele lat utrzymywała Jadzia żywy kontakt. Kazia była pełna ujmującej prostoty i humoru. Przystojna, postawna miała zabójczo-piękne, duże niebieskie oczy.

Z koleżanek Geni pamiętam: Basię Broniewską, bratanicę potentata cukrowniczego na Ukrainie, bardzo miłą, serdeczną, zamężną za doktorem Mieczysławem Cholewickim, chirurgiem, Marychnę Radwanównę, córkę lekarza, śliczną, zawsze pogodną i pełną werwy, Terenię Balukiewicz, wreszcie Karolkę Beylinównę, literatkę i Halę Sachsównę, córkę właściciela fabryki zapałek w Mszczonowie. Nadto panny Sagatowskie, z których starsza wyszła za mąż za syna naszego sąsiada inż. Bolesława Truskolaskiego.

Niewiele brakowało a byłbym przeoczył jedną z najmilszych koleżanek Jadzi, Zosię Braunównę. Była córką długoletniej suflerki Teatru Rozmaitości. Po ukończeniu pensji p. Sikorskiej, wyszła za mąż za dra fil. Mysłakowskiego. Wysoce utalentowana po przejściu studiów dramatycznych, została zaangażowana przez Osterwę do teatru "Reduta", w którym przez długi szereg lat grała, pod nazwiskiem Mysłakowska. Siostrą jej była aktorka dramatyczna p. Janecka.



przejdź do początku

Komentarze (1)

    • avatar
    • Ola
    • napisał(-a) 2016-09-27
    Witam, wlasnie przegladalam zdjecia rodzinne na ktorych miedzy innymi sa uczennice z pensji panny Sikorskiej (kiedys to musiala byc jakas tablica np ze zdjeciami absolwentek i profesorow), poniewaz moja prababcia rowniez sie tam uczyla. Czytam z ogromnym zainteresowaniem powyzszy artykul i ciesze sie ze dzieki niemu moge odkryc dawny swiat ktory kilkadziesiat lat temu nagle zniknal.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku