Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2010-08-28 10:24:36
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Rozdział IV

Sopoty

Po śmierci Juli wyjechaliśmy na wakacje do Sopot. Był to w owych latach bardzo modny kurort nadmorski, chętnie odwiedzany przez Polaków z Kongresówki, a zwłaszcza warszawiaków.

Piękne były ówczesne Copoty, jak je nazywali Polacy, a Zoppot, jak mówili Niemcy. Właśnie ukończono budowę kasyna i kawiarni wprost mola z wielką kopułą z patynwej blachy miedzianej.

Pojechaliśmy całym dworem ze służą i guwernantką. Ojciec wynajął umeblowane trzypokojowe mieszkanie z kuchnią. Odtąd tj. od 1909 roku do 1913 roku włącznie, rok rocznie spędzaliśmy tu dwa letnie miesiące. Ile pogodnych wspomnień wiąże się z tymi wakacjami.

Ostatnie dwa lata mieszkaliśmy u p.p. Boencke na Wilhelmstr 22. Wszystko było na miejscu: meble, obrazy, pościel, nakrycia stołowe nawet statki kuchenne. Gospodarze na okres lata oddawali do naszej dyspozycji swoje mieszkanie a sami przeprowadzali się na facjatę ich domu.

Pokój dziewczynek miał oszkloną werandę wychodzącą na ogród, z dachem krytym blachą, która w czasie deszczu "grała" na różne tony. Służąca z Warszawy gotowała obiady a do kolacji matka dokupywała u kupca Langnera na Seestrasse coś dobrego, więc soczyste flądry wędzone czy sałatki szwedzkie. W miejscowej ciastkarni dostać można było na podwieczorek doskonałe poziomki z kremem "Schlagsane", albo "Nusstort" itp. frykasy.

Wynajmowaliśmy kosz na plaży, dokąd młodzież z guwernantką wyruszała po śniadaniu, około 10-ej rano. W południe odwiedzała nas matka przynosząc kanapki i jakieś łakocie. O pierwszej powrót do domu na obiad. Po tym odpoczynek, lektura, pisanie listów, spacer do lasu. Podwieczorek i spacer po "Stegu" czyli po pomoście przy koncercie popołudniowym, do którego upoważniała Kurtaksa. Czasami szliśmy jeszcze raz wieczorem na tzw. Doppelkoncert /jeżeli przyjechał jakiś znakomity solista, lub zespół orkiestrowy/ albo na inną wieczorową imprezę, wówczas obowiązywała dopłata.

Wspaniałe były imprezy w okresie tzw. "Sportwoche", na które zjeżdżał do Sopot Kronprinc z żoną, dziećmi i dworem. Miał on charakterystyczny klakson przy samochodzie o kilku melodyjnych nutach. Nasza madamoiselle dobrała doń słowa "pour notres largentes". Konkursy tenisowe interesowały nas najwięcej, bo brali w nich udział Polacy: Wołowski, Młodecka, Stefan Jakimowicz i inni. Grali doskonale i dawali nam ciągłą okazję do owacyjnych braw. Młodecka już na korcie zdejmowała z palców kosztowne pierścionki oraz bransoletki, które oddawała chłopcu od piłek, żeby odniósł do pawilonu. Ta dezynwoltura Polki wywoływała zgorszenie, ale i podziw Niemek. Również Kronprinc brał udział w konkursach. Asystował on w tym czasie Polce p. Popiel, córce sławnej aktorki "Popielki", osobie bardzo przystojnej. Woził ją po Sopotach swoim samochodem. Kronprinc lubił ubierać się w mundur czarnych huzarów /Totenhusaren/ w bermycę ze srebną trupią czaszką. W samochodzie woził psy charty i tym wszystkim wprowadzał w cielęcy zachwyt niemieckie dziewice na trotuarach, które mu niezmordowanie machały "rączkami".

Na rogu Seestr i Wilhelmstr był duży sklep konfekcyjny firmy "Walter und Fleck", gdzie Matka stale robiła sprawunki strojąc swoje dziewczynki.

Były dwie modne restauracje: jedna na rogu See i Nordstr "Werminghoff" i druga "Metropol" na rogu See i Victoriastr., obie z tarasami /zburzone bombardowaniami/. Kiedy w lecie przyjeżdżał do nas ojciec, jak zawsze elegancki, rodzice ze znajomymi szli na kolację do Werminghoffa.

Imieniny matki, 2-go sierpnia, obchodziliśmy w domu uroczystym obiadem, z tym jednak, że w miejscowej kaplicy katolickiej, na Nordstr zamówiona była msza św. na intencję solenizantki, w której wszyscy uczestniczyliśmy.

W 1913 roku, ojciec na 30-lecie małżeństwa przywiózł matce w prezencie pierścionek z trzykaratowym brylantem, roboty Plichty.

W Sopotach odwiedzał nas szwagier, Józef Sokolewicz. Z kolegów Wacka przyjeżdżali: Stopczykowie z lubelskiego i p. Kazimierz Graff, w tym czasie bawiła tam również koleżanka Geni, Marychna Radwanówna. Kiedy młodzi kąpali się i plażowali, starsi spacerowali po przyplażowych alejkach.

W Sopotach na Schulstr 22 mieszkali państwo Schmidt, Niemcy, z którymi rodzice nasi byli zaprzyjaźnieni z dawnych lat. Pan Paul Schmidt bowiem, w swoim czasie mieszkał w Warszawie, gdzie prowadził interesy handlowe. Na starość osiedlili się w Sopotach.

Schmidt, postawny, starszy pan, w panamie, z rozwianą siwą brodą i nieodłączną laską, mówił po polsku z wyraźnym akcentem niemieckim. Czytywał Kurier Warszawski, który mu wystawał z kieszeni marynarki. Mówiąc o byłym zaborze pruskim, używał zawsze określenia: w "Wielkim Księstwie Poznańskim". Ona, wielka, tęga kobieta była jego drugą żoną.

Z Warszawy przyjeżdżał pan Mosdorf z córką p. Jadwigą Schneiderową, bardzo przystojną panią. W największy upał nosiła z uśmiechem tak wówczas modny sztywny, wysoki kołnierzyk haftowany i wielki kapelusz.

Wybraliśmy się kiedyś całym towarzystwem do Gdańska na obiad, pan Mosdorf /ojciec inżynierów Kazimierza i Bronisława, mieszkał w Warszawie na Orlej/, państwo Schneiderowie, pan Cieszewski z Piekłowa w ciechanowskim i Wacek. Upał był niesamowity, lecz mimo wypitego u Lauterbachera na Joppengasse winka, całe towarzystwo trzymało fason. Panowie w sztywnej bieliźnie, kamizelkach, melonikach czy panamach, panie w sztywnych kołnierzykach, w wielkich kapeluszach i długich do ziemi sukniach, lecz nikomu z nich do głowy nie przyszło, żeby się negliżować, jakby to niewątpliwie dzisiaj miało miejsce. Działała niewola mody i ówczesnego obyczaju.

Rodzina państwa Mosdorf była skuzynowana z moją stryjenką Michałową -Talikowską. Pani Mosdorf i matka stryjenki, były rodzonymi siostrami, z domu Boenisch, córkami właściciela browaru na Hożej. Ojciec mój nieraz chodził na Orlą, na preferansa. Pamiętam bilet wizytowy p. Mosdorfa tej treści: "Panie Teofilu, mam apetyt na pańskiego rubla, jeżeli pan może, proszę dzisiaj wieczór na preferansa".

Z panem Mosdorfem, synem i jego żoną p. Janiną z Lipińskich, łączyła mnie później serdeczna przyjaźń.

Ojciec mój bardzo lubił p. Jadwigę Schneiderową i ona darzyła ojca szacunkiem i zaufaniem. Bardzo mi się podobał stosunek jej do ojca. Kiedyśmy go odprowadzali w Sopotach, na pociąg do Warszawy, p. Schnejdrowa już na stopniach wagonu pocałowała go mówiąc: "dowidzenia moja małpeczko kochana". Taka bezpośrednia serdeczność była nie do pomyślenia w naszym domu, gdzie niepodzielnie panowały jeszcze stosunki patriarchalne, co nie przeszkadzało, że ojciec kochał nas bez pamięci, a my odwzajemnialiśmy mu się takim samym uczuciem.

W ówczesnym niemieckim Zoppot, żadnych wybryków antypolskich nie było. Ponieważ gros gości sezonowych stanowili Polacy z Kongresówki, interes nakazywał Niemcom zachować uprzejmość, należna turystom z kraju o mocnej walucie. Przy Nordstr był nawet polski pensjonat "Wanda".

Szereg wakacji spędzonych w Sopotach w latach 1909-1913 wywarł na nas młodzieży korzystny wpływ wychowawczy. Był to okres rozkwitu tego kurortu. Zjazd gości z Niemiec i państw skandynawskich, przede wszystkim jednak z Królestwa, nowoczesność urządzeń, luksus, kultura stosunków, ogólny dobrobyt, troska o kuracjusza doprowadzona do szczytu, stwarzały w tej miejscowości warunki wyjątkowe.

Toteż na młodzieży codzienny kontakt z Zachodem pozostawił swe trwałe piętno. Najwięcej, jak wspomniałem, było Polaków z Kongresówki - na każdym kroku słyszało się mowę polską.

Jednego roku, kuracjusze Polacy zorganizowali w katedrze Oliwskiej koncert organowy w wykonaniu prof. Rutkowskiego z Warszawy. Dochód przeznaczony został na akcję oświatową wśród Kaszubów. Cały pociąg letników przyjechał z Sopot do Oliwy. Córeczki rejenta Witolda Biernackiego z Warszawy stanęły przy wejściu do kościoła i w kapelusz ojca zbierały datki na Kaszubów. Koncert przyniósł znaczny dochód. Ta manifestacja jednak nie bardzo się Niemcom podobała.

W muszli, przy kasynie, grały pierwszorzędne orkiestry z filharmonii berlińskiej na czele oraz występy solowe sławnych muzyków i śpiewaków. W operze leśnej królował niepodzielnie Wagner. Na co dzień jednak w czasie, gdy młodzi cieszyli się plażą i kąpielą, nasze matki osłaniając się parasolkami od słońca, gwarzyły sobie na ławeczkach przy kasynie, radując swoje uszy pogodą uroczego walca Souppe "Rano południe i wieczór w Wiedniu".

Młodzież śpiewała modne wówczas melodie operetkowe: "Pupchen du bist mein Augenstern" i "Ja das haben die Mädchen so gerne".

W Sopotach w sąsiedztwie naszym mieszkali moi koledzy: Janek i Tadek Lesiszowie, dziedzice in spe sławnej winiarni warszawskiej na Krakowskim oraz Olek Klejnert, syn właściciela apteki Wendego na Krakowskim, mój serdeczny towarzysz wakacji. Z nimi razem zjeździłem na rowerze całe bez mała wybrzeże, od Pucka do Gdingen, małej wówczas wioski rybackiej w wąwozie schodzącym do morza, gdzie rybak nazwiskiem Pipka kleił nam dziury w oponach rowerowych. Tu z czasem powstała Gdynia - dzieło ministra Kwiatkowskiego, któremu słusznie należy się pomnik. Z nimi razem paliłem pierwsze papierosy "doktorskie", które chowaliśmy w dziupli w Orłowie, ówczesnym Adlershorstadt.

Poza kąpielą, plażą i koncertami pełno tu było coraz to innych atrakcji. Przejażdżki statkiem "Paul Benecke" na Hel, gdzie dzieci rybackie witały gości koszyczkami kwiatków, plecionymi z żarnowca. Dochowały się jeszcze domki holenderskich osadników z opuszczoną górną połową drzwi, która mogła służyć za ladę sklepową, bądź oparcie dla wypoczywających rybaków obserwujących ruch uliczny. Ta górna połowa drzwi, dając dopływ powietrza do wewnątrz domu była swego rodzaju lożą widokową, dolna zaś zamknięta uniemożliwiała penetrację drobiu i psów, zupełnie, jak na XVII-wiecznym obrazku holenderskim.

Jeździliśmy motorówką "Undine" na podwieczorki do kasyna w Orłowie, to znów koleją na wyścigi konne /Rennen/ do Langfur - Wrzeszcza, wreszcie szliśmy do Waldopera.

Poza opisanymi konkursami tenisowymi, pasjonowaliśmy się regatami żaglówek - jachtów, nie mniej wyścigami psów. Obowiązkowo w sezonie jeździliśmy do Gdańska na odpust /Dominikfest/, gdzie na jarmarku można było pojeździć na karuzeli, albo zagrać na loterii. Właśnie na Dominikfeście /Dominikańskim p. red./, wygrałem cytrę, na której nauczyłem się z czasem brzdąkać.

Na ostatku wspaniała atrakcja hochsezonu - fajerwerki. Trzeba przyznać, że rozmiary tej imprezy pyrotechnicznej /pirotechnicznej, przyp. red,/ były jedyne w swoim rodzaju, clou sezonu na miarę europejską. Takich fajerwerków - jak wówczas w Sopotach, już później nie widywałem. Tłumy zjeżdżały się z całego wybrzeża i Kaszub, zalegały molo, plac przed kasynem, okoliczne plaże, balkony i dachy. Po każdym udanym wystrzale rozlegały się masowe okrzyki widzów w rodzaju "hűbsch", "wunderschőn" lub "kolosal". Pękające w górze bomby, z których wysypywały się kolorowe gwiazdy, te z kolei pękały, wysypując na granacie nieba lśniące warkocze białych gwiazdek, to znów grzechot wirującego pocisku, pękającego na mniejsze również wirujące - stwarzały feneryczne widowisko.

Na zakończenie na wielkim rusztowaniu, wzniesionym na plaży, zapalał się ogromny rozmiarami portret Cesarza Wilhelma II. Niemców ogarniał entuzjazm, wydawali wrzaski radości. W miarę jednak, jak się proch dopalał, poszczególne części tego portetu urywały się i spadały na piasek. Najpierw jeden, sterczący wąs, potem drugi, to znów pół głowy itp. Wywoływało to głośną radość i śmiechy wśród Polaków i milczące zażenowanie Niemców.

Wreszcie zapalono światła na pomoście, które ukazywały chmury dymów pokrywające wszystko dokoła. Tłumy gwarne rozchodziły się, jedni do domów, inni na tańce.

Jeszcze jedno trzeba wspomnieć: wycieczki do starego Gdańska, połączone z odkrywaniem pamiątek polskiej przeszłości tego miasta, o której niemieckie Bedeckery milczały. Te wyprawy uwieńczone jakimś nowym "odkryciem", dawały wiele wrażeń i wzruszeń. Wreszcie powrót z Gdańska do Sopot późnym wieczorem, ostatnim oświetlonym statkiem przy wzburzonym częstokroć morzu, dopełniał całodziennych emocji.

Matka moja lubiła oglądać wystawy narożnego sklepu firmy "Moritz Stumpf und Sohn" na rogu See i Nordstr z porcelaną miśnieńską, srebrem i brązami i zawsze coś tam kupiła, co później w Warszawie z zadowoleniem ustawiała w witrynach kredensu w jadalni.



przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku