Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2010-08-28 11:29:08
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Rozdział V

Poglądy - wychowanie - sztuka

Cała moja rodzina ta zupełnie bliska i ta dalsza, miała jednakowe zapatrywania polityczne - wszyscy byli narodowcami. Z czasem przezwano ich "endekami". Ta narodowa orientacja, miała swe niewzruszone podłoże w świadomości, że tylko na tej drodze naród przetrwa niewolę. Tak myśleli dziadowie i tak już zostało. Jakiekolwiek podszepty odmiennej orientacji - odrzucali, nie starając się nawet poznać i zrozumieć ich istoty. Nigdy nie słyszałem, aby ktoś z rodziny wyłamał się z tego rygoru myślenia. Był jeden, co prawda /socjalista/, mój brat cioteczny Wincenty Szacsznajder [1], ale i ten po latach spędzonych w Szwajcarii, na emigracji politycznej, skończył swą buntowniczą młodość na stanowisku dyrektora oddziału Banku Polskiego w Siedlcach.

Ponadto wszyscy w rodzinie byli tolerancyjni, tak pod względem religijnym, jak i politycznym I jeszcze jeden rys generalny: duchowa izolacja od wszystkiego, co rosyjskie. Natomiast stosunek do Francji był pełen afektowanej przyjaźni, uczono nas kochać Francję. "Polak ma dwie ojczyzny" było dewizą wpajaną w nas od dziecka i w domu i w szkole.

Ta orientacja dyktowała charakter gazet i czasopism w naszym domu. Odkąd pamięcią sięgnę czytano Kurier Warszawski, później "Goniec", te gazety były prenumerowane. Z czasopism dla starszych prenumerowano "Tygodnik Ilustrowany", "Świat" oraz "Ilustration", wreszcie buchnerowską Muchę. Kiedy któryś z kuzynów przyniósł "Bociana", pismo w rodzaju "La vie parisienne", młodzi czytali je ukradkiem. Dla nas w miarę wzrastania prenumerowali rodzice najpierw "Moje Pisemko", następnie "Przyjaciela Dzieci" wreszcie "Revue des Deux Mondes". Mnie wówczas najwięcej interesowały w Revue ilustracje, rzeczywiście doskonałe, do dziś pamiętam dramatyczne sceny, przedstawiające wylew Loary.

Każde z nas dzieci czytało "Chatę Wuja Toma", "Księżniczkę" Urbanowskiej, "Serce" Amicisa itp. lekturę. Rodzice pragnęli nas wychować na ludzi dobrych, więcej im zależało, abyśmy zaskarbili sobie dobre imię i szacunek, aniżeli zdobyli majątek. Dzisiaj wykpiwa się takie wychowanie, jako co najmniej pedagogiczny romantyzm, ale nam z tym było dobrze i nigdy nie mieliśmy o to żalu do rodziców, nauczeni znajdować radość i zadowolenie w uczciwym postępowaniu. Żadne z nas dzieci nie usłyszało pochwały za przejawy materializmu, "cwaniactwa", wykpiwania się z obowiązku kosztem innych. Natomiast wszelka bezinteresowność w naszym postępowaniu znajdowała zawsze uznanie i pochwałę rodziców. Ta przewaga czynnika emocjonalnego nad racjonalistycznym w wychowaniu młodzieży była charakterystyczna nie tylko dla większości rodzin, ale i dla szkół polskich w byłym zaborze rosyjskim.

Jula, dziewczynki oraz Margeritte, czytywały drukowane w Révue powieści i nowelki. Śliczne tomiki "Bibliotheque Roze" m-me de Segure miały już poza sobą, ja natomiast zaczynałem je czytać z Margritte. Z polskich czasopism od dziecka pasjonowałem się "Tygodnikiem Ilustrowanym", nie tylko dla czytanej w nim pierwszej w życiu powieści "Panna Mary" Tetmajera, czy później "Chłopów" Rejmonta, lecz głównie dla ilustracji, których wprost uczyłem się na pamięć. Były to lata wspaniałych salonów Chełmońskiego, Brandta, Siemieradzkiego, pociągały mnie szczególnie obrazy Malczewskiego i Mehoffera. Tygodnikowi zawdzięczam wczesne rozbudzenie we mnie upodobań artystycznych, zainteresowania sztuką.

Drugą moją lekturą młodzieńczą były "Dzieje Porozbiorowe Narodu Polskiego" prof. Sokołowskiego. Tak zapamiętałem reprodukcję obrazów, portretów, medali, że dziś jeszcze patrząc na jakąś rycinę, przypominam sobie z Sokołowskiego kogo przedstawia, a nieraz i inne szczegóły podane w "Dziejach".

Ojciec mój od szeregu lat był członkiem Towarzystwa Zachęty do sztuk pięknych, toteż po każdym wernisażu szliśmy z rodzicami, a najczęściej z ojcem, na wystawy do Zachęty, zwykle w niedzielę.

Niedziela rozpoczynała się od kościoła. W moich latach szkolnych chodziliśmy na dziesiątą do Pijarów [2] na Świętojańską, był to kościół bardzo wówczas modny i zawsze przepełniony inteligencją i zamożnym mieszczaństwem. Trzeba przyznać, że proboszcz, ks. Laskowski, umiał administrować: kościół był dobrze ogrzany, kaznodzieje atrakcyjni, koncert chóru i solistów. Kościelni, poubierani w kolorowe liberie ze srebrnymi guzami, skoro tylko spostrzegli, że ktoś z nowoprzybyłych stoi, usłużnie przynosili krzesło, oczywiście nie z samej grzeczności. W okresie Bożego Narodzenia kościół rozbrzmiewał kolędami "Hej bracia czy wy śpicie", albo "Witaj gwiazdko złota", których wykonanie ogólnie się podobało.

W latach późniejszych chodziliśmy albo do Kanoniczek na Pl. Teatralny, albo do Reformatów /Św. Antoniego/ na Senatorską. Ten ostatni kościół bardzo lubiłem. Bogate, barokowe wnętrze zdobione sztukaterią i polichromią, miało szczególne ciepło, zaś XVIII w. pomniki usposabiały do rozmyślań.

Po kościele szliśmy nieraz na białą kawę z ciastkami do Semadeniego, najczęściej jednak na wystawę do Zachęty. Jeżeli wystawa nie była zmieniona, oglądaliśmy zbiory stałe. Znałem na pamięć większość zgromadzonych tam obrazów i rzeźb i ich rozmieszczenie, stąd znajomość imion i nazwisk malarzy i wizualne utrwalenie najwybitniejszych dzieł malarstwa polskiego. Przybywających do Zachęty witał na podeście półpiętra marmurowych schodów "Gladiator" Piusa Welońskiego, zaś na podeście I piętra dyrektor Brzeziński. Zawsze w żakiecie, z perłą w krawacie, wyświeżony, świecący łysiną, był postacią nieodłącznie związaną z salonami Zachęty. Jego reprezentacyjna rola znajdowała swe pole popisu na wernisażach, kiedy oprowadzał po wystawie korpus dyplomatyczny, udzielając wyjaśnień w języku francuskim. W Zachęcie spotykaliśmy często Cieślewskiego ojca, Borucińskiego Michała lub naszego kuzyna Lolka Schatzschneidera. Powiedzieli nam zawsze coś ciekawego o oglądanym obrazie, nauczyli nas patrzeć i oceniać wartości malarskie obrazu, a nie jego tematykę, nastawioną wówczas na narodowy mistycyzm. Te właśnie wędrówki po Zachęcie, po jej miłych, dobrze ogrzanych salonach z tym charakterystycznym zapachem świeżej farby i werniksu, stanowiły dla mnie i mego rodzeństwa dodatkową edukację - współżycia ze sztuką.

Z wielką emocją pamiętam, czytaliśmy zawsze podawany w numerze noworocznym "Kuriera Warszawskiego" wykaz wylosowanych wśród członków Zachęty obrazów. Nigdy nic nie wylosowaliśmy i to przez lat chyba dwadzieścia. Premie członkowskie Zachęty warszawskiej i krakowskiej składaliśmy do teki. Między innymi były tam "Procesja z kościoła Św. Barbary w Krakowie", "Koncert Chopina u ks. Antoniego Radziwiłła", "Przyjęcie do konwiktu" itp., zaś w latach późniejszych doskonały miedzioryt Pankiewicza, litografię Wyczółkowskiego itp. ryciny. Z chwilą zorganizowania wystaw przez Towarzystwo Opieki nad Zabytkami Przeszłości w pięknej odrestaurowanej kamienicy Baryczków przy Rynku Starego Miasta, bywaliśmy tam częstymi gośćmi.

Nasze niedzielne spacery po Starym Mieście miały ustaloną marszrutę. Zazwyczaj po zwiedzeniu wystawy u Baryczków, szliśmy na Nowe Miasto do Panny Marii, a więc tam, gdzie rodzice brali ślub. Oglądaliśmy po drodze piękne, stare kamieniczki patrycjuszowskie barbarzyńsko obwieszone szyldami. Przystawaliśmy na Freta przed domami dziadków Pytelskich: Nr 20 - stanowiących wówczas własność ciotki Niuty i nr 24 - wujka Leona. Freta w latach młodości mojej matki była centrum życia Starego Miasta. Była główną arterią spacerową, deptakiem Starej Warszawy. Tutaj, na Freta matka ukończyła pensję p. Budzyńskiej, tutaj ojciec mój wychodząc po nabożeństwie niedzielnym u Panny Marii ze swą starszą siostrą Teodorą, poznał swą przyszłą małżonkę idącą w towarzystwie rodziców. Oczywiście spotkanie to było zaaranżowane.

Z okien mieszkania dziadków na I piętrze otwierał się widok na ulicę Świętojerską. Na rogu była sławna wędliniarnia Schwotzera, znana ze znakomitych serdelków. Babcia Pytelska nigdy nie przychodziła do nas na Elektoralną z pustą ręką, jeżeli nie przyniosła łakoci, to wyciągała z mufki paczkę od Schwotzera.

Na Nowym Mieście miał swą kamienicę przyrodni brat ojca Hipolit. U Panny Marii podziwialiśmy w prezbiterium piękne rzeźby włoskiej roboty, wykonane w białym kararyjskim marmurze, przedstawiające w nadnaturalnej wielkości Matkę Boską z Jezusem i Św. Monikę z dziećmi, dar dr Bączkiewicza, brata ks. Infułata Bączkiewicza, dla uczczenia pamięci ich rodziców.

Wracając do domu dziadków Pytelskich - pragnę dodać, że nr 20 zbudowany był na paru kondygnacjach piwnic poklasztornych. W oficynie tego domu wybuchł w drugiej połowie XIX w. pożar, który pochłonął ofiary i poruszył miasto. Dziadek odbudował spaloną oficynę.

W drodze powrotnej szliśmy przez Kanonię, aby popatrzeć na śliczne domki dziadka Wojciecha Talikowskiego nr nr 22 i 24, wprost zakrystii Katedry Św. Jana, w rogu placyku. Kamieniczki te stanowiły wówczas własność macochy ojca i znajdowały się w wielkim zaniedbaniu, zamieszkałe całkowicie przez lokatorów.

Kiedy u Baryczków zachwycałem się stolarką klatki schodowej, pięknie rzeźbioną poręczą, po której ślizgały się dłonie wielu pokoleń tego rodu, bawiłem się nadzieją, że może przy renowacji kamieniczek dziadka okaże się, że i one mają ukryte cuda architektury i stolarki. Te moje przewidywania w niedługim czasie sprawdziły się. Kiedy architekt Zdzisław Kalinowski nabył te kamieniczki i przystąpił do ich renowacji, odsłonił XVII w. stropy belkowane i pięknie polichromowane. Ojciec mój czuł szczególny sentyment do tych kamieniczek, były jednak własnością macochy, a tym samym niedostępne.

Utkwiły mi w pamięci dwie wystawy u Baryczków: ceramiki i szkła polskiego w roku 1913 oraz w roku następnym - zbioru rycin polskich Witke-Jeżewskiego.

Po powrocie z wystawy wczytywałem się w bogato ilustrowany katalog, po czym poddałem gruntownej rewizji nasze kredensy i szafy kuchenne. I o dziwo. Wykryłem kilka Baranówek i innych polskich manufaktur, przeważnie talerzy i filiżanek, co prawda w stanie opłakanym, ale najautentyczniejszych. Wymyłem je starannie i przekonywałem matkę, że należy je umieścić w dużym kredensie, w witrynie. Matka jednak była innego zdania, twierdziła bowiem, że te moje "skarby" na skutek licznych pęknięć i obtłuczeń utraciły swój charakter objekts d΄artów. Również wśród szkła domowego znalazłem wówczas kilka starych kieliszków "niedobitków". Tak oto bakcyl zbieractwa zakradł się do mego serca, by nie opuszczać mnie przez całe życie.

U Baryczków poznałem dyrektora Towarzystwa dr Władysława Kłyszewskiego. Mógł być rok 1926. Byłem wówczas studentem i sam fakt, że ten wielce zasłużony dla ojczystej kultury człowiek, wszechstronnie wykształcony, umiał znaleźć czas by mi objaśnić wartość artystyczną i historyczną eksponatów. To charakteryzuje jego uczynność i hojność, z jaką dzielił się swą wiedzą z młodymi. Te rozmowy jeszcze bardziej związały mnie ze sztuką polskiej przeszłości.

Rodzice wielką wagę przywiązywali do wpływu wychowawczego teatru, zwłaszcza teatru narodowego. Element rozrywkowy miał dla nich znaczenie uboczne, natomiast element narodowo-dydaktyczny przesądzał ich zdaniem o wartości przedstawienia. Toteż teatr Rozmaitości był uznany przez rodziców za najodpowiedniejszy dla nas, młodzieży, a w nim sztuki tzw. "kontuszowe". Ten sam pogląd dotyczył oper Moniuszkowskich. Byliśmy więc i to nieraz kilkakrotnie na wszystkich komediach Fredry, Bałuckiego, na Mazepie Słowackiego i innych polskich klasykach.

Trzeba przyznać, że sztuki te wystawiane zawsze z pietyzmem i w znakomitej obsadzie, pozostawiały po sobie wrażenia niezapomniane. Zwłaszcza kreacje Wincentego Rapackiego, Bolesława Leszczyńskiego czy Mieczysława Frenkla. Tacy, jak oni mistrzowie, rozpalali młodzieńczą wyobraźnię, zbroili ducha a przy tym uczyli piękna mowy polskiej, tradycyjnych zwrotów, uczyli młodych galanterii i dworskości. Nie będę wyliczał ich ról, bo te sobie każdy wyczyta w pierwszej lepszej historii teatru polskiego. Ja ich jeszcze widziałem, tych koryfeuszy pierwszej sceny polskiej.

W owych latach niewoli pełnili służbę publiczną - na scenie mieli bowiem prócz zadań artystycznych jeszcze i narodowo-wychowawcze. Aby móc sprawować tę służbę publiczną, trzeba było być nie tylko utalentowanym aktorem, ale przede wszystkim dobrym Polakiem, znać polską kulturę, samemu ją posiadać i całym sercem pragnąć przekazać ją innym.

Do teatru trzeba się było przebrać w strój, co najmniej wizytowy. Wujaszek Antoś Cieślewski, przyjeżdżając do Warszawy na operę, przywoził smoking, bo uważał, że w ten sposób okazuje swój szacunek sztuce. W pierwszych rzędach krzeseł i w lożach nie rzadko widywało się fraki, a już masowo w karnawale. Panowie z pierwszych rzędów krzeseł w antraktach stawali przodem do widowni i lustrowali przez lornetki loże, składając znajomym wytworne ukłony. W ogóle publiczność ówczesna też "grała" swoją rolę, przepisaną savoir vivrem.

Idąc do teatru sami, bez rodziców, siadaliśmy w krzesłach, z rodzicami, a zwłaszcza z matką, zawsze w loży. Jadzia i Genia miały piękne lornetki teatralne, oprawione w masę perłową, które ojciec przywiózł im z Włoch.

W późniejszych latach urzekła nas obrotowa scena Teatru Polskiego /1912 r./ i ten inny, jakże miły nastrój teatru pełnego jasnych tonów i światła. Co to były za przedstawienia: Irydion, Juliusz Cezar, Pygmalion, Książe Niezłomny - przez kilka dni człowiek przeżywał wyniesione z teatru wrażenia. Byli tacy, co nie mogli wrócić po teatrze do domu i przez długie godziny omawiali jeszcze spektakl w jakiejś kawiarni w gronie podobnych sobie teatromanów. Ale w Polskim królowali już młodzi: Kazimierz Junosza-Stępowski, Maria Przybyłko-Potocka, Jerzy Leszczyński, Józef Węgrzyn - godni następcy i potomkowie starej gwardii z Rozmaitości.



przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku