Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Zdjęcia do rozdziału
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2010-11-22 11:33:53
Przejdź do komentarzy (1)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Rozdział V

Reymontowie

Moja mama organizuje poczęstunek
Aurelia z Schatzschnejdrów Reymontowa

Moja siostra cioteczna Aurelka, wyszła pierwszy raz za mąż za Teodora Szabłowskiego, literata, redaktora "Niwy". Rozeszła się z nim wkrótce dla Reymonta, którego poznała i spotykała w redakcji "Niwy" przy ulicy Widok 20. Uzyskała w Rzymie unieważnienie małżeństwa z Szabłowskim. Kosztowało to wujostwa masę pieniędzy, a biedna ciocia namęczyła się nad proszonymi obiadami dla różnych prałatów, z których jeden pijał tylko angielski porter, a dla drugiego trzeba było zdobywać jakieś pasztety strasburgskie czy inne frykasy. Fakt, że węzeł małżeński jej córki został zgodnie z katolickim sumieniem cioci - rozwiązany.

Aurelka albo Niuta, jak ją nazywali rodzice, była bardzo przystojną blondynką, nadzwyczaj zgrabną i elegancką, a przede wszystkim doskonale wychowaną. Znała kilka obcych języków, tłumaczyła z angielskiego nowele drukowane następnie w "Świecie".

Ślub Reymontów odbył się w Krakowie 15 lipca 1900 [1] roku. Tego dnia miasto uroczyście święciło grunwaldzką rocznicę. Z Warszawy z rodziny przyjechali: wujostwo Schatzschnejder [2] z synem Leonem, Jakimowiczowie i moi rodzice - goście zatrzymali się w hotelu Krakowskim. Ślub odbył się o godzinie 13-ej w kościele Karmelitów na Piasku, którego proboszczem był przyjaciel Reymonta. Zaproszeni goście przejechali następnie wynajętymi powozami do Hotelu Polskiego, gdzie odbywało się przyjęcie. Między licznymi młodymi literatami, malarzami i krytykami, obecni byli: Włodzimierz i Kazimierz Tetmajerowie, Wyspiański, Kopera, Feldman i inni. Lolek /Schatzschneider [2] - przp. red./ siedział przy stole obok Wyspiańskiego, który wypytywał go o stosunki szkolne i ruch młodzieżowy w Królestwie. Po przyjęciu goście pojechali do parku Jordana, gdzie w związku z uroczystościami grunwaldzkimi odbywała się zabawa. Na tej właśnie zabawie do zgromadzonych tłumów przemawiali działacze ludowi i socjalistyczni. Ojciec opowiadał, że w drodze do parku Jordana, w powozie, częstował Wyspiańskiego papierosem. Wyspiański wymówił się. Ktoś z jadących zauważył "ale to rosyjski" - "jak rosyjski" powiada Wyspiański - "to spalić go" i zapalił papierosa.

Po ślubie państwo młodzi zamieszkali w Krakowie. Reymont do teścia zwracał się per "proszę pana", do teściowej natomiast mówił zawsze "mamo".

Nie będę tu opisywał szczegółów wyprocesowanego przez adwokata Reymonta odszkodowania za wypadek kolejowy. Odszkodowanie to, w postaci kilkudziesięciu tysięcy rubli, dało Reymontowi podstawę materialną umożliwiającą wyjazd do Paryża i na zawsze usunęło troskę o chleb codzienny.

Wujostwo mieszkali wówczas na Kanoni pod nr 8 w domu, w którym ongiś Staszic założył Towarzystwo Naukowe. Była to dwupiętrowa kamienica z gankami od strony Wisły.

Któreś z dzieci u nas zachorowało i trzeba było resztę izolować, ja mieszkałem wówczas na Kanonii. Pamiętam Reymontowie przysłali wujostwu z Włoch skrzynkę mandarynek. Ach, jaka ta ciocia była dla mnie dobra - a skrzynka wyjątkowo mała.

W ogóle z Kanonią wiąże się wiele wspomnień mego dzieciństwa: ileż to razy biegaliśmy po tych drewnianych gankach od strony Wisły, albo bawili się na placyku pod oknami dziadka Wojciecha. Naprzeciw wujostwa, przez schody, mieszkał szambelan Badowski.

Przypominam sobie ołtarz, ustawiony w jego mieszkaniu, dębowy, gotycki. W tym samym pokoju fruwały swobodnie kanarki, które uwiły sobie gniazdko na gzymsie firanki.

Reymontowie z Krakowa wyjechali za granicę. W ogóle przez całe życie lubili podróżować i zmieniać mieszkania, a już, co najmniej przestawiać meble. W Paryżu mieszkali z przerwami szereg lat, prowadzili tam dom, przywieźli sobie nawet służącą z Warszawy - Tosię. Pamiętam tylko te mieszkania, w których bywałem, a więc w domu Roeslera na Krakowskim, na Zgoda 12 w domu Gebethnera, na Górnośląskiej 16, wreszcie ostatnio, już po śmierci Reymonta, na Marszałkowskiej 17 nie licząc rezydencji wiejskich jak Charłupie Wielkie, Kołaczkowo, czy Broszków.

O Reymoncie trzeba przede wszystkim powiedzieć, że był człowiekiem w całym tego słowa znaczeniu dobrym, o złotym czułym sercu. To była cecha dominująca jego charakteru. Żywo interesował się i utrzymywał bliski kontakt ze swymi siostrami Konstantową Jakimowiczową /Kasią/, Heleną Załęską /Helcią/, żoną fabrykanta, wreszcie Markiewiczową. Swoich siostrzeńców i siostrzenice popierał i protegował gdzie mógł. Kochający i bez reszty oddany żonie, nazywanej przezeń Lili, cały swój majątek zapisał jej.

Miał tik nerwowy, powiedziałbym "trzytaktowy": najpierw szybkim ruchem ręki przeczesywał czuprynę, następnie poprawiał binokle na nosie /lekko zezował/ i wreszcie obciągał kamizelkę. Prosty i bezpośredni w obejściu, lubił gawędę i dowcipy. Ilekroć przyjeżdżali do Warszawy, odwiedzali nas i zwykle zostawali na kolacji.

Siostra moja Jadzia, wówczas podlotek, podczas jednej z takich wizyt, nalała mu do kieliszka nie z tej karafki, zamiast wódki, octu. Szybkim, jak zwykle ruchem Reymont łyknął i znieruchomiał. Kiedy jednak spotkał się z wystraszonym wzrokiem Jadzi - wybuchnął śmiechem. Bardzo lubił Geniusię za to, że będąc prawą ręką matki, zawsze krzątała się koło domu, nazywał ją "mróweczką". Reymont zajął się moim bratem Stasiem. Na prośbę ojca wynalazł mu praktykę handlową w Paryżu, w dużym Domu Towarowym. Wraz z żoną instalowali go w nowym środowisku.

W korespondencji z ojcem moim nazywał go "kochanym wujaszkiem". Ojciec na krótko przed śmiercią zamykał się w gabinecie, przeglądał papiery i darł. Zniszczył wówczas korespondencję z Reymontem, widocznie uważał, że dotyczyła spraw zbyt osobistych.

Bardzo sobie ceniłem list Reymonta polecający do Ministra Skarbu. Chodziło o uzyskanie dla mnie posady, która by nie kolidowała z godzinami zajęć na uniwersytecie. Pisał w tym liście, że poleca mnie uwadze ministra "jako młodzieńca prawego i prawdziwie uzdolnionego". Posadę oczywiście otrzymałem, po roku jednak zrezygnowałem z niej, na skutek zmiany godzin pracy. Wspomniany list Reymonta wycofałem z akt personalnych Ministerstwa Skarbu, przechowując go w moim archiwum domowym. Niestety - spłonął, jak wiele innych pamiątek po Reymoncie.

Szwagier Reymonta p. Konstanty Jakimowicz, zwany w rodzinie Kostek, tylekroć i tak różnie opisany przez pamiętnikarzy, był człowiekiem bardzo miłym, o wąskich, wesołych oczach, płowej czuprynie i bródce. Nosił krawat dekadencki, czarny fontaź. Szalenie lubił piwo, którego wypijał nieprzebrane ilości, palił papierosy tylko w żółtych gilzach. Dobrobyt zagościł w domu Jakimowiczów z chwilą nabycia przez nich za pieniądze wygrane na loterii państwowej domu czynszowego na Nowolipkach.

Małżonka pana Konstantego, owa przysłowiowa Kasia, ukochana siostra Reymonta, była osobą bardzo ambitną i górnolotną. To ona była tym spiritus movens i dobrym duchem całej swojej rodziny. Dzieci wychowywała i wykształciła nader starannie. Jeden z synów przedwcześnie zmarły, był bardzo zdolnym malarzem, drugi lekarzem, trzeci architektem wielce zasłużonym społecznie. Mówiono, że swą córkę Zosię wyekspediowała do Rzymu na pierwszą komunię świętą, którą dawał jej sam papież. Wysłana przez rodziców do Paryża na studia malarskie, poznała tam młodego malarza Michała Borucińskiego, późniejszą sławę, mistrz akwareli, twórcę wielu plafonów i witraży, między innymi plafonu "Temida" w pałacu Krasińskich oraz w Muzeum Wojska. Z czasem zachorował na oczy i przestał malować.

Druga siostra Reymonta p. Helena Załęska, była żoną zamożnego fabrykanta wyrobów żelaznych i odlewni przy ulicy Okopowej, właściciela kilku posesji. Markiewiczowie mieszkali w piotrkowskim w Wolburce. Wujostwo Schatznejder [2] mieli swoją posiadłość za kościołem w Otwocku. Tutaj, w drugim, mniejszym domu przez kilka miesięcy jesienią mieszkał Reymont i tutaj stworzył "Zimę" z Chłopów. Słusznie więc Zarząd m. Otwocka nazwał ulicę, przy której położona była willa "Lola", ulicą Wł. St. Reymonta.

Reymont miał kapitalne, lapidarne sformułowania, które w sposób obrazowy, jemu właściwy, ukazywały istotę zagadnienia.

Lubił Francję, był entuzjastą kobiety francuskiej. Kiedyś będąc u nas, w dyskusji nad "kwestią kobiecą" rzucił argument: "jak wiejska kobieta we Francji myje podłogę to ją szoruje po kawałku i zaraz do czysta wyciera, a u nas wylewa wiadra wody i w tym potopie, stojąc boso w wodzie, szoruje". Podobnie z obserwacji stosunków miejskich, paryskich, dawał przykłady zaradności życiowej Francuzek.

Bardzo lubił dzieci i nie mógł znieść czynionej im krzywdy. Widząc niewłaściwe postępowanie pewnej pani z jej małą córeczką, Reymont nie wytrzymał i palnął: "pani powinna świnie chować, a nie dzieci".

Kiedy Reymont nosił się z zamiarem nabycia majątku ziemskiego, ktoś z obecnych zaproponował pogranicze Mazowsza i Podlasia. Reymont, pamiętam, machnął lekceważąco ręką na znak, że nie aprobuje tego projektu i lakonicznie, a wesoło uzasadnił: "laski, piaski, karaski".

Radcą prawnym Reymonta w którego rękach spoczywał zarząd kapitałami oraz zawieranie umów z wydawcami krajowymi i zagranicznymi, był przez wiele lat adwokat Fiedorowicz.

Reymont wielokrotnie wyrażał się z uznaniem o jego pracy. U niego w swoim czasie zdeponował testament, który jednak po latach zmienił sporządzając nowy i zapisując cały swój majątek, w tym prawa autorskie – żonie.

Po śmierci Reymonta, Aurelka miała przykre przejście z Fiedorowiczem, który nie chciał uznać drugiego testamentu, wreszcie jednak ustąpił wobec wyraźnej woli testatora wyrażonej w późniejszym testamencie.

Z kolei radcą prawnym Reymontowej został adwokat Rodkiewicz, radca prawny Magistratu z Warszawy. Ten znów dosyć niefortunnie lokował kapitały Aurelki na hipotekach jako też był zbyt mało rygorystyczny w umowach z wydawcami.

Jak mi opowiadał Władysław Schatzschnejder miała Reymontowa przeprawę z Tadeuszem Gebethnerem, przedstawicielem firmy Gebethner i Wolf, na tle rozliczeń z nakładu, których ilość egzemplarzy nie zawsze zgadzała się z wypłaconym honorarium autorskim.

Kiedyś jesienią w Zakopanem, czy Krynicy, Reymont z żoną i brat Albert Chmielowski wybrali się na spacer. Reguła Albertynów nakazywała im żyć wyłącznie z jałmużny dnia dzisiejszego, zabraniała gromadzenia jakichkolwiek zapasów, nakazywała zdać się na modlitwę i Opatrzność. Właśnie towarzystwo mijało jakiś kościółek czy klasztorek, przed którym zakonnik Bernardyn, z przejęciem solił rydze na zimę, układając je w wielkim garze kamiennym. Brat Albert trącił Reymonta łokciem, wskazał wzrokiem Bernardyna i szepnął: "kapitalista".

W początkach I-szej Wojny Światowej, kiedy Wódz Naczelny Wielki Książe Mikołaj Mikołajewicz wydał manifest do narodu Polskiego zapowiadając utworzenie Państwa Polskiego - Reymont podpisał adres dziękczynny, wyrażający księciu wdzięczność społeczeństwa polskiego. Adres ten uprzednio podpisał między innymi Dmowski. Reymont podpisał go w najlepszej wierze, działając pod impulsem wywołanym zapowiedzią odzyskania przez Polskę niepodległości. Około roku 1921 czyniono mu z tego tytułu zarzuty, moim zdaniem niesłuszne. Autor "Roku 1794" dostatecznie sprecyzował swój stosunek do Rosji. Reymont na polityce się nie znał i jej nie lubił, ufał bezgranicznie swemu, serdecznemu przyjacielowi - Romanowi Dmowskiemu. Do Wierzchosławic pojechał po prostu namówiony i przekonany, że "noblesse oblige", że jako autor "Chłopów", że dla dobra Polski itd. winien to zrobić. Był już jednak chory i chłonąc tumany kurzu wzbijane przez poprzedzającą jego bryczkę [3] banderię [4] krakusów ciężko oddychał.

Reymontowie oboje lubili opowiadać w towarzystwie rzeczy niezwykłe, nieprawdopodobne, wręcz zadziwiać słuchaczy. To jak byśmy dzisiaj określili "udziwnianie" rozmowy towarzyskiej stanowiło ich swoisty styl i wdzięk. Reymont z uznaniem aprobował pewne ekstrawagancje swojej żony. Na przykład mieszkając przy ul. Zgoda, Aurelka spała w pięknym łóżku mahoniowym, empirowym, pod atłasową, szmaragdową kołdrą. Ten właśnie kolor szokował znajome panie. Harmonizował co prawda pięknie z łóżkiem, ale był ponoć w swych refleksach niekorzystny dla karnacji i nie miał wówczas zastosowania w sypialniach warszawskich pań.

Wujostwo mieli dużo pięknych mebli i obrazów. Po ich śmierci, w podziale, Reymontowie wybrali sobie między innymi szafę z masywnego mahoniu oraz obraz Wyczółkowskiego, znakomicie malowany, scena rodzajowa, ujęta w trudnym skrócie perspektywicznym, tematycznie zbliżony do "Ujrzałem raz".

Reymontowie mieli ładnie urządzone mieszkanie. Przeważały mahonie angielskie, bądź empiry. W salonie garnitur Ludwik XVI kryty gobelinem, pasowanym do kształtu mebli, wiele cennych mebelków francuskich, z epoki, przywiezionych z Paryża.

W gabinecie Reymonta stały regały mahoniowe, zajmujące pod kątem do połowy dwie ściany. Kilka portretów Reymonta, zwłaszcza ten Malczewskiego z książką przy opłotkach i z ptaszkiem, był piękny, mimo oczywistej stylizacji. Całe urządzenie mieszkania miało charakter zachodnio-europejski, kulturalny, ale nie Polski. Widocznie stałe podróże i przypadkowe nabytki wywarły swe piętno. Reymont nic nie kolekcjonował, jedynie miał pełny zbiór tłumaczeń swych dzieł z japońskim włącznie, co mu sprawiało widoczną przyjemność. Kiedy przebywali w Warszawie, na Zgoda urządzali od czasu do czasu przyjęcia dla rodziny, na których Aurelka popisywała się różnymi potrawami i deserami, przygotowanymi według przepisów francuskich. Były to raczej numery popisowe Tosi, która przez szereg lat prowadziła im gospodarstwo w Paryżu w okresie pisania "roku 1794", kiedy Reymont przesiadywał w bibliotekach paryskich, zbierając materiały.

Na przyjęciach tych bywali moi rodzice oraz rodziny Jakimowiczów, Załęskich, Borucińskich. Matce mojej smakował bardzo deser, który później był podawany i u nas w domu: Śliwki francuskie, suszone, gotowane, podane na zimno z bitą śmietaną, z wanilią i smażoną świeżą skórką pomarańczową, pokropione likierem Maraschine.

Reymont wprowadził nazwiska swych krewnych i powinowatych do Trylogii "Rok 1794" - jest tam więc i porucznik Jakimowicz i wachmistrz Talikowski i Wywijanek.

W 1924 roku, już po uzyskaniu nagrody Nobla, odznaczony wieloma orderami, których jednak nigdy nie nosił i nie lubił, będąc w przejeździe do Nicei, w Paryżu, otrzymał zaproszenie od naszego ambasadora, aby swą obecnością, jako laureat uświetnił przyjęcie. Ambasador prosił o przybycie "en grande tenue" przy orderach. Reymont, schorowany, niechętnie wdział frak, przypiął ordery, przewiesił wielką wstęgę, stanął przed lustrem i zawołał do żony: Lili, Lili, choć tutaj - widziałaś ty taką małpę".

Kiedy po powrocie do Warszawy odwiedził go na Górnośląskiej jego szwagier Leon Schatznejder [2] i gratulował mu Nobla, Reymont uśmiechnął się z gorzkim grymasem i powiedział: "tak, przyda się na uroczysty pogrzeb". Czując zbliżającą się śmierć, sporządził testament, w którym uczynił znaczny zapis na rzecz długoletniej służącej Tosi, której na łożu śmierci zapowiedział: "Pamiętaj o pani, żeby cię pani wyganiała, masz jej służyć i nią się opiekować". Ta wola została spełniona tylko połowicznie. Zapis został co prawda wypłacony, pani jednak wkrótce Tosię przegnała i Tosia poszła sobie bez słowa, zabierając zapis. W ogóle, z ostatnich życzeń Reymonta niewiele zostało spełnionych. Zawsze słyszałem, że w Kołaczkowie ma być po jego śmierci urządzony dom pisarza polskiego. Tymczasem Kołaczkowo zostało sprzedane, a później wdowa sprzedała i nabyty przez nią za Kołaczkowo drugi majątek Broszków pod Siedlcami [5].

Był wieczór 5 grudnia 1924 roku [6], kiedy Aurelka zatelefonowała, że Reymont umarł. Pojechaliśmy niezwłocznie z Jadzią i Genią na Górnośląską. Reymont był już zabalsamowany. Te straszne i nikomu niepotrzebne rzeczy, odbyły się w łazience Reymontów, balsamował prof. Gluziński z jakimś drugim lekarzem. W wyziębionym mieszkaniu, prócz Aurelki i Tosi zastaliśmy panią Gluzińską, córkę profesora, zamieszkałą w tymże domu - przyszłą panią Kornelową Makuszyńską. Pamiętam szczególne przeżycie. Reymont leżał już w trumnie, ubrany we frak. Aurelka pragnęła jeszcze podłożyć mu pod głowę poduszeczkę i prosiła mnie, żebym go uniósł. Kiedy podsunąłem mu ręce pod plecy, nastawiony na dźwignięcie ciężaru - oniemiałem - ciało było lekkie, nie stawiało prawie oporu, zapomniałem o balsamowaniu.

Po chwili przyszedł Lolek, nadeszło kilka osób z rodziny Reymonta. Pożegnaliśmy się. Aurelka przysłała nam karty uczestnictwa w pogrzebie. Samych uroczystości pogrzebowych nie będę opisywał - są znane. Wspomnę tylko, że trumna Reymonta, przykryta była jedwabnym, narodowym sztandarem a wdowę prowadził przyjaciel Reymonta - Roman Dmowski.

Reymont nie ukrywał swych narodowych przekonań, odwrotnie, zawsze je przy każdej okazji akcentował, nigdy nie pozował na "socjalistę", jak to obecnie czyni wielu jego monografistów.

W dwa lata po jego śmierci, Aurelka urządziła w mieszkaniu na Marszałkowskiej przyjęcie frakowe, na które zaprosiła wiele osób spośród literatów, malarzy i krytyków. Otrzymaliśmy zaproszenie Genia, ja i Władkowie.

Atmosfera gościnnego domu polskiego, stół "a la fourchette", wykwintny, trunki znakomite, Makuszyński "wyznawca burgunda" obstawił się butelkami w kąciku jadalni i już do końca przyjęcia widziałem go, wesoło bajdurzącego w tym samym miejscu. Lorentowicz, kursował i wszystko złośliwym wzrokiem dokładnie i krytycznie notował. Grzymała-Siedlecki, prostolinijny, serdeczny jak zawsze, po przyjacielsku dla domu Reymontów oddany, Krzywoszewski - wytworny i przypodchlebny Wojciech Jastrzębowski. Borucińscy, Skoczylasowie, Choynowski - życzliwi, naturalni.

Temperatura wzrastała w miarę "upływu godzin", tańczyliśmy. Ja jako najmłodszy, bodaj najwięcej. Jadzia i Genia miały, pamiętam, piękne toalety i duże powodzenie. Władek oczywiście przy brydżu. W połowie kolacji pani domu poszła do swej sypialni i ... przespała parę godzin. Wróciła pod koniec przyjęcia, przepraszając za chwilową nieobecność spowodowaną bólem głowy.

Wracając jeszcze do tego przyjęcia z prawdziwym żalem patrzyłem na inkrustowany różą blacik stoliczka francuskiego, z galeryjką z brązu /przywieziony z Paryża/, zalany całkowicie wódką. "L΄eau de vie de Marc" pita, jak wino, robi swoje. Kiedy się później pytałem Aurelki, jak się ma ten stoliczek, machnęła ręką mówiąc: "żeby tylko to - stolarz ma pełne ręce roboty". W kilka dni po tym przyjęciu, nadszedł liścik od Aurelki pełen zachwytów nad Jadzią i Genią, że jest z nich dumna, że zrobiły furorę itp. O sobie, ani słowa.

W okresie okupacji prosiła mnie Aurelka na bridge΄a. Byli oboje Krzywoszewscy. On, po stracie w Oświęcimiu syna Stanisława, adwokata, wciąż jeszcze przeżywał tę tragedię. Ona nie mniej na pewno cierpiała, była jednak bardziej opanowana, może właśnie ze względu na męża. Nastrój był nieco wymuszony. Uprzedzony przez Aurelkę, starannie unikałem tematów mogących bezwiednie poruszyć bolesną strunę. Po rozegraniu robra i po wczesnej kolacji z uwagi na godzinę policyjną, rozeszliśmy się.

Później Aurelka zlikwidowała Marszałkowską i na pewien czas zamieszkała u siebie na wsi, w Broszkowie, a następnie przeprowadziła się do swej willi na Żoliborz.

Najgorszy ostatni rok okupacji mieszkała faktycznie u swego brata - Leona, na Chłodnej 22. Było to niedaleko od Elektoralnej, często więc spotykaliśmy się i wieczorami grywali w bridge΄a. Mimo późnego wieku, pełna temperamentu, mogła wypić parę koniaków i do późnej nocy siedzieć przy kartach.

Powstanie zastało ją w jej willi na Żoliborzu. Była już ciężko chora, częściowo sparaliżowana, opiekowała się nią pielęgniarka. W okresie nasilonych bombardowań lotniczych - wszyscy ją opuścili. Bomba trafiła w willę Reymontowej - zginęła, zasypana gruzem. Wydostał ją i pochował obok Reymonta na Powązkach jej bratanek, Władysław Schatzsznejder [2].

Autor tej Kroniki, Stefan Talikowski, poczynił uzupełnienia już po jej wydaniu. W tym miejscu zanotował:

W roku 1944, w dniach Powstania, Reymontowa mieszkała w swej willi na Żoliborzu przy ul. Czarnieckiego nr 8. W czasie ciężkich nalotów przeniesiono ją, już wówczas sparaliżowaną wraz z łóżkiem, do sutereny, gdzie było „bezpieczniej”. W krytycznym dniu razem z nią przebywało w tej suterenie 8 osób: pani Śmigielska, teściowa bratanka Reymontowej, Władysława Schatzschnejdra, z jego synkiem, pielęgniarka Reymontowej siostra nazaretanka Ligoria, dozorca domu z żoną i wreszcie znalazła się tam, w tej tragicznej chwili, u boku swej pani, stara służąca Reymontów – Tesia. Wszyscy w napięciu nasłuchiwali przelotu samolotów. Kiedy ktoś z obecnych powiedział że nadlatują samoloty sowieckie, a ktoś inny z kolei twierdził że to niemieckie, Reymontowa odezwała się: „Matuchno Najświętsza, gdybym znów miała zobaczyć tu Niemca – to niech zginę w tej chwili”. Ledwo wypowiedziała te życzenie, nagły świst lecących bomb poderwał wszystkich obecnych.. Pani Śmigielska rzuciła się odruchowo we wnękę od tarasu. Runęły mury. Reymontowa została zabita na miejscu walącym się na jej łóżko gruzem, inni poranieni.

Była kobietą o dużych niezaprzeczalnych walorach towarzyskich, o szerokiej, europejskiej kulturze, ale dość samolubna. Życie układało się dla niej pomyślnie, umiała je zresztą wykorzystać. Miała również momenty serdeczności, uczucia, które mąż zawsze w niej, bez większego zresztą powodzenia - podniecał.

W stosunkach z moją rodziną Reymontowie zawsze we wszystkich chwilach radosnych czy smutnych brali udział, jeżeli nie osobiście, to listownie.

Jan Lorentowicz w książce „Spojrzenie wstecz”, w rozdziale „Reymont w Paryżu” wraz z przypisami, wydanej w kilkadziesiąt lat po śmierci autora „Chłopów”, wylewa na papier wiele zjadliwych /choć zakamuflowanych rzekomym dążeniem do ujawnienia prawdy obiektywnej, do zdemaskowania „fałszywego wstydu” Reymonta/ - wspomnień, opisów wydarzeń itp. wypowiedzi, których tendencja do pomniejszenia, ba wręcz poniżenia postaci Reymonta jest aż nadto widoczna.

Skrzętne wyławianie, i złośliwe a nie zawsze zgodne z prawdą naświetlanie najdrobniejszych szczegółów z życia Reymonta – jest celem tych wspomnień.

Zastanawia fakt, co skłoniło Lorentowicza do tak złośliwego wyszukiwania plam na słońcu sławy Reymonta.

Sądzę, że momentem decydującym była tu zazdrość. Lorentowicz, erudyta, dyplomowany inteligent, a przy tym człowiek wielce zarozumiały, nie mógł pogodzić się z faktem, że ten samouk, w jego pojęciu „prostak”, osiągnął na jego niejako oczach, szczyty sławy, dla niego, Lorentowicza, niedosiężne.

Stara się przedstawić siebie jako patrona, protektora, duchowego przewodnika talentu Reymonta. Świadczą o tym podane w „Spojrzeniu wstecz”, opisy pierwszego przyjazdu Reymonta z dr Drzewieckim do Paryża.

Zupełnie nie wyszły mu, wręcz groteskowo przeszarżowane sceny z pojawienia się w Paryżu „cholewiastego” Reymonta wypowiadającego swój zachwyt dla Paryża w słowach: „psiakrew”, „cholera”. Działo się to przecież już po teatralnych debiutach Reymonta i po jego pobycie w Londynie.

Chodziło Lorentowiczowi o przedstawienie Reymonta jako wiejskiego, nieobytego chłopaka, o długich prosto obciętych włosach, nad którym on dopiero roztoczył patronat.

Te fantazje Lorentowicza publikowane bezkarnie po śmierci Reymonta, ukoronował ogłoszony w Kurierze Porannym artykół pod tytułem „Frak Reymonta”.

Oto on pierwszy, Lorentowicz, wydobył i ujawnił, sensacyjne, wręcz rewelacyjne dowody, że Reymont był terminatorem, czeladnikiem krawieckim, a jego mistrz, jakiś krawiec Jakimowicz.

Lorentowicz świadomie przemilcza okoliczność, znaną mu jako wieloletniemu przyjacielowi Reymonta, że ów pan Konstanty Jakimowicz był szwagrem Reymonta, mężem jego rodzonej, ukochanej siostry, p. Katarzyny z Rejmentów Jakimowiczowej. Znał przecież doskonale siostrzeńca Reymonta inż. arch. Sylwina Jakimowicza, Dyrektora Departamentu Kultury i Sztuki.

Jak to więc było naprawdę z tym krawiectwem Reymonta. Rodzice Reymonta należeli do sfery prowincjonalnej inteligencji. Ojciec Józef Reymont /Rejment przyp.red./, organista, był właścicielem nabytej przezeń 30 morgowej kolonijki z młynem, położonej w Praszkach nad rzeczką Wolbórką. Brat jego a stryj Reymonta, Ignacy Reymont /Rejment przyp. red./, ożenił się w roku 1860 z panną Józefą Hennig córką Konrada i Magdaleny z Cicholskich małż. Hennig, dzierżawców wsi Wydrzyna. Matka Reymonta Antonina z Kupczyńskich pochodziła z rodziny ziemiańskiej, stryjem jej był kanonik Kupczyński proboszcz w Tuszynie pod Łodzią.

Rodzice Reymonta dali staranne wychowanie dzieciom. Brat Reymonta, po ukończeniu pregimnazjum, został farmaceutą, siostry dobrze wydane za mąż. Katarzyna za Konstantego Jakimowicza, właściciela kamienicy przy ul. Nowolipki w Warszawie oraz sklepu i warsztatu kuśniersko-krawieckiego przy ul. Miodowej. Druga sistra Helena wyszła za Załęskiego, właściciela kamienicy oraz fabryki, odlewni żeliwa przy ul. Okopowej w Warszawie, wreszcie trzecia siostra za Markiewicza, zawiadowcę stacji kolei państwowych.

Tylko z Władkiem były kłopoty, nie chciał się uczyć. Jakaś gorączka imaginacji prześladowała tego chłopca, nie mógł się skupić nad lekcjami, żył w świecie wyobraźni. Toteż kiedy mając już 13 lat nie osiągnął spodziewanych wyników w nauce rodzice postanowili wysłać go do Warszawy do córki Jakimowiczowej, niech się przetrze między ludźmi, może wreszcie nabierze rozumu, wyuczy rzemiosła.

Lorentowicz chciałby dopatrzyć się w burzliwej i bogatej w przeżycia młodości Reymonta „amerykańskiej kariery”, /str. 223 „Spojrzenie wstecz”/.

Nic bardziej fałszywego. Amerykański czyścibut z biedaka zostaje milionerem i tylko milionerem. To jest ta jego „kariera” – wyłącznie materialna.

W odniesieniu do Reymonta nie można w ogóle mówić o karierze. Sytuacja socjalna i materialna jego rodziny nie była powodem jego zmiennej młodości. Reymont nie dążył do zrobienia kariery, ani na kolei, ani w krawiectwie ani w teatrze.

On szukał swego miejsca w otaczającym go świecie, miejsca, które by mu dało możność wypowiedzenia się, pokazania światu swego duchowego bogactwa. Znalazł je wreszcie w piśmiennictwie i podobnie jak Chopin wziął za motyw swej twórczości melodię wsi polskiej.

Według relacji rodzinnych, zwłaszcza Aurelki i cioci Schatzschnejder, mieszkając u swej siostry, Reymont, zaniedbany w nauce, po zaciszu Wolbórki, stanął wobec ogromu kultury polskiej stolicy. Toteż chłonął ją całą swą wrażliwą duszą. Braków edukacji nie mogła wypełnić szkoła rzemieślnicza. Atmosfera wielkiego miasta, możność uczęszczania do teatru pod którego urokiem pozostawał rozbudziła w chłopcu gorączkę czytania, samokształcenia się, ambicje zostania aktorem.

Pani Katarzyna jednak, osoba praktyczna, widząc niechęć Władka do rzemiosła i jego stałe wagarowanie, wpłynęła na męża aby wyrobił mu w cechu uprawnienia czeladnika krawieckiego co w jej przekonaniu miało zabezpieczyć przyszłość młodemu człowiekowi o niespokojnym i bez zawodu, jakim był wówczas Reymont. Jakimowicz wpisał Władka do cechu, a po upływie 9 miesięcy bardzo prosto załatwił sprawę. Jeden z czeladników uszył frak, który Jakimowicz okazał w cechu, jako dzieło Reymonta. Reszty dopełniła odpowiednia suma wpłacona do cechu.

Ten epizod nie odegrał w życiu Reymonta żadnej roli. Reymont nigdy nie wykonywał zawodu krawca. Zresztą już w rok po owych „wyzwolinach”, wyjechał z objazdową trupą teatralną jako aktor.

Krok ten, powzięty bez porozumienia z rodziną, świadczy, że okres pobytu w domu siostry w Warszawie był dla niego okresem wytężonej pracy samokształceniowej ukoronowaniem, której było zdobycie kwalifikacji niezbędnych do uzyskania pierwszego engagement.

Pisząc o tych sprawach muszę wyraźnie zastrzec, że nie chodzi mi tu o samo „krawiectwo” Reymonta, bo w tym pożytecznym zawodzie nie ma nic co by kolidowało z talentem lub inteligencją człowieka, oburza mnie natomiast intencja Lorentowicza w jakiej poruszał te sprawy.

Co najzabawniejsze, to Lorentowicz pisząc kamuflaże o Reymoncie był przekonany, że swoje własne myśli i zamiary dostatecznie ukrył pod korcem frazeologii i komplementów.

Jednocześnie przez całe życie obłudnie nie odstępował Reymonta, zdając sobie sprawę z jego wielkości, był zawsze w kręgu jego najbliższych przyjaciół, bo mu ta bliskość imponowała i zaszczycała zarazem.

Drugą fantastyczną historią w biografii Reymonta jest sprawa jego rzekomego nowicjatu u O.O. Paulinów na Jasnej Górze.

Nic podobnego nigdy nie miało miejsca.

Owszem Reymont korespondował z przeorem o. Rejmanne, wypowiadał swoje uznanie dla życia zakonnego, a nawet zatrzymując się w klaztorze bywał gościem przeora.

Po ukazaniu się fascynującej „Pielgrzymki na Jasną Górę” O.O. Paulini, poczuwając się do wdzięczności wobec autora zaofiarowali Reymontowi nieograniczone korzystanie z gościny w klasztorze, z której Reymont chętnie i niejednokrotnie korzystał.

W tym zacisznym azylu dobrze mu się pisało, stąd pogłoska o jego rzekomym nowicjacie.

W rejestrach nowicjuszy klasztornych nazwisko Reymonta nigdy nie zostało wpisane.

Kiedy już po wojnie prowadziłem poszukiwania w Archiwum Akt Dawnych w Łodzi, natknąłem się przypadkowo na akt małżeństwa organisty Ignacego Rejmonta z Gidel z panną Józefą Hennig, córką Konrada i Magdaleny z Cichońskich, małżonków Hennig, dzierżawców wsi Wydrzyna. Jak wiadomo biografowie Reymonta powtarzają stale, że właściwe jego nazwisko brzmiało "Rejment" i że to on sam zmienił sobie jego pisownię na Reymont. Temu twierdzeniu zadaje kłam odnaleziony przeze mnie akt z roku 1860,, a więc na osiem lat przed urodzeniem autora "Chłopów". Sądząc z zestawienia dat ów Ignacy Rejmont był stryjem Wł. St. Reymonta, a imiennikiem jego dziadka, i już jemu pisano w aktach "Rejmont" przez "o". /Reymont był tematem wielu opracowań, które zawierają sprzeczne doniesienia. Zlepek takich danych z komentarzem Wacława Wieszczyckiego znajduje się jako odrębny rozdział/



przejdź do początku

Przypisy i rozwinięcia encyklopedyczne

  • [2] Schatzschneider

    Istnieje problem z pisownią nazwiska rodowego żony Reymonta Aurelii. Prawidłowa pisownia to Schatzschneider. Skąd ta pewność, skoro spotykamy w piśmiennictwie wszelkie odmiany pisowni? Z tablic nagrobnych na cmentarzu Powązkowskim, w sektorze 182. Jest tam kilkakrotnie użyte to nazwisko, co ma duże znaczenie poznawcze przy trudnościach z odczytem niektórych liter na zniszczonych wiekiem płytach piaskowca. Występuje tam jednocześnie nazwisko Talikowski, co tłumaczy powiązania rodzinne, o których pisze autor. Na grobie Reymonta istnieje jedynie informacja, że pochowano tu żonę Aurelię.

    Szukając tego nazwiska w internecie natrafiamy na prawidłową pisownię, ale bez związku z osobami z rodziny Reymonta. Wyjątek stanowią trzy strony, z których jedna podaje prawidłową pisownię, dwie odmianę z literą "j" zamiast "i". To i tak trzeba dobrze ocenić w porównaniu do pełnego, fonetycznego zapisu brzmienia tego nazwiska. Tak jak nie ma wytłumaczenia dla zwolenników pisania nazwiska Szopen, tak i w tym przypadku nie ma uzasadnienia do skłaniania się w stronę "spolszczeń" tego nazwiska. Trudności wynikające z niewiedzy nie mogą być akceptowane w kronice rodzinnej.

    Dlaczego więc pojawia się różnorodność pisowni u Stefana Talikowskiego? Z powodu cenzorów. W "Kronice" jeszcze nie tak zdecydowanej, ale w książce "Reymont w kręgu rodzinnym" pozycja konsultanta i redakcji przesądziła o fonetycznej pisowni.

    Dużą trudność sprawia odmiana tego nazwiska. Pewna analogia jest ze słowami sweter i seter. Nie ma swetra ale nie ma setera. Dlatego grób jest Schatzschneidera a nie Schatzscheidra. Ale tak naprawdę polska odmiana nazwiska czysto niemieckiego nie mieści się w oczywistych i powszechnie praktykowanych regułach. Redakcja jest zdania, że nazwisk nie należy zmieniać dla "wygody", ale użytkownik nazwiska ma jednak pewne prawa w tym zakresie. Czas jednak przeminął i nie możemy o to spytać całkowicie kompetentnej pani Aurelii.

    Nazwisko te jest wielokrotnie użyte w tej kronice. Pisowni redakcja nie zmienia, aby pokazać problem. Ogranicza się do odnośnika niniejszego tekstu



    Poniżej teksty z internetu z użyciem nazwiska. Podano adresy stron. Ostatnio sprawdzone 10-11-2009.

    Reymont urodził się w rodzinie organisty. Jego ojciec, Józef Rejment, człowiek oczytany, posiadał wykształcenie muzyczne i w tuszyńskiej parafii pełnił obowiązki organisty, a także prowadził księgi stanu cywilnego i korespondencję proboszcza z władzami rosyjskimi. Matka, Antonina z Kupczyńskich, była obdarzona darem barwnej narracji. Miała pochodzenie szlacheckie - wywodziła się ze zubożałej szlachty krakowskiej; w latach dojrzałych pisarz fakt ten często podkreślał. Rodzice chcieli, aby został księdzem. Odmówił uczęszczania do szkół, często zmieniał zawody, miejsca zamieszkania, dużo podróżował po Polsce i Europie. W latach 1880-1884 uczył się zawodu krawieckiego w Warszawie, został czeladnikiem. W okresie 1884-1887 był aktorem w wędrownych grupach teatralnych, następnie (1888-1893) dzięki protekcji ojca znalazł pracę jako dróżnik w Rogowie na Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej. W 1893 r. przeniósł się do Warszawy i odtąd utrzymywał się z twórczości literackiej. W 1900 r. Reymont uległ wypadkowi kolejowemu. Trafił do szpitala z dwoma złamanymi żebrami, jednak w raporcie lekarskim napisano, że pisarz ma 12 złamanych żeber oraz "inne kontuzje ciała i nie wiadomo, czy będzie nadal zdolny do pracy umysłowej". Notatkę szpitalną sfałszował dr Jan Roch Raum. Wysokie odszkodowanie w wysokości 38 500 rubli (taka suma pozwalała wówczas na zakup kilkunastu warszawskich kamienic) pomogło mu zdobyć niezależność finansową. Ożenił się z Aurelią Szabłowską z domu Schatzschnejder dnia 15 Lipca 1902 w Krakowie, ślub odbył się w kościele Karmelitów na Piasku. W 1920 r. zakupił majątek w Kołaczkowie k. Wrześni.
    Zmarł w Warszawie 5 grudnia 1925 r.; 9 grudnia został pochowany w Alei Zasłużonych na Cmentarzu Powązkowskim, a serce wmurowano w filarze kościoła pw. Św. Krzyża.

    żródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Władysław_Reymont


    Przejdźmy na tyły świątyni, by zobaczyć stojące za ul. Reymonta małe brązowe domki (ul. Reymonta 29). Należały niegdyś do Jakuba Schatzschneidera, a na wypoczynek przyjeżdżał tu jego zięć - Władysław Reymont. Sprzed kościoła skręcamy w lewo w ul. Kopernika, a następnie w prawo w ul. Chopina.

    Źródło: http://miasta.gazeta.pl/warszawa/1,89378,5230550.html?as=2&ias=3


    To Willa "Lala" (Reymonta 29) w najstarszej części Otwocka, tzw. Aleksandrówce. Na posesji są 3 drewniane domy letniskowe. Środkowy istniał już w 1893 r., należał do rodziny Jeromina. W 1906 r. właścicielem "Lali" był Jakub Schatzschneider, teść Władysława Reymonta. Pisarz przebywał w Otwocku wielokrotnie z żoną Aurelią. Pierwszy raz w 1908 r. podczas kuracji żony. Na ścianie domu, od strony ul. Reymonta, umieszczono w 2001 r. tablicę pamiątkową. Niewykluczone, że któryś z pozostałych dwóch domów na działce był własnością noblisty. W Otwocku powstało "Lato" - część powieści "Chłopi". Często tu cytowany Cezary Jellenta jako adwokat reprezentował Reymonta w procesie z Koleją Warszawsko-Wiedeńską. Chodziło o odszkodowanie za wypadek w 1900 r. Po wygraniu tej sprawy Reymont wreszcie przestał klepać biedę.

    Źródło: http://www.otwock.pl/default.asp?ID=87&m=1&k=1

    Źródło:http://books.google.pl/books?id=yBMRwr8aX9kC&pg=PA70&lpg=PA70&dq=jakub+schatzschneider&source=bl&ots=cNDhVnooq0&sig=gu_9IbjLnGB4PkNx-cOsxfQS-Y4&hl=pl&ei=waqjSueuII70mQOvnIW1Aw&sa=X&oi=book_result&ct=result&resnum=2#v=onepage&q=jakub%20schatzschneider&f=false


przejdź do początku

Komentarze (1)

    • avatar
    • Tamara Zielinska
    • napisał(-a) 2016-11-07
    Pochodzę z rodziny, która miała liczne kontakty z Reymontem. Zachowały się nawet zdjęcia z tego okresu. Problem jest jednak taki, że nie ma już nikogo, wśród żywych, kto umiał by rozpoznać na tych zdjęciach swoich znajomych. Jest na nich Reymont, tak mówi ustny przekaz rodzinny. Ale który? Domysły mają mierną wartość. Są ludzie, którzy tak się opatrzyli w licznych fotografiach Reymonta, że z dużą dozą prawdopodobieństwa odpowiedzą na to pytanie. W ten sposób można wzbogacić zbiór fotografii Reymonta o nieznane dotychczas ujęcie.
    Moja rodzina po 1920 roku mieszkała w majątku Raczków koło Małkowa. Mój dziadek, sędzia Sądu Okręgowego w Kaliszu miał kontakty z ludźmi kultury nauki, jak również z właścicielami majątku Małków, gdzie często gościł W. Reymont. W parku w Małkowie właściciele ufundowali pomnik Reymonta. Projektował go prof. Jagmin Zniszczyli go Niemcy. Po wojnie wykonano kopię, którą w 2012 roku ukradziono.
    Tamara Zielińska ul. Budowlanych 12 62-510 Konin tel 48 632433574 kom. 602 380 307 email: klif37@op.pl

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku