Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2011-12-29 13:10:38
Przejdź do komentarzy (1)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Suplement Jana Talikowskiego

Niedokończony suplement do Kroniki Rodu Talikowskich, Jana Talikowskiego


Gorące było lato 1944 roku. Nie tyle ze względu na panujące upały, ile na wydarzenia polityczne. Okupacja hitlerowska w Polsce, od bliska pięciu lat wyniszczająca krwawo naród polski, zdawała się zbliżać do końca. Ofensywa wojsk alianckich na zachodzie, przy boku których walczyli Polacy, dywizja pancerna generała Maczka, kompanie desantowe, dywizjony lotnicze, a na południu - II Korpus Wojsk Polskich pod dowództwem gen. Władysława Andersa, po kampanii w północnej Afryce i desancie na Sycylii, okrył się chwalą w maju 1944 roku pod Monte Cassino po pokonaniu pancernej doborowej niemieckiej dywizji im. Herman Goering.

Na wschodzie wojska radzieckie dawno przekroczyły przedwrześniowe granice Polski i właśnie w lipcu 1944 roku utworzono złożony z polskich komunistów tzw. rząd lubelski. Rok wcześniej podczas konferencji jałtańskiej przywódcy "wielkich mocarstw" Roosevelt, Churchill i Stalin ustalili strefy swych wpływów w Europie. Polska na 50 lat utraciła suwerenność. Z przeciwnikami ustroju komunistycznego rozprawiono się bezwzględnie.

Miałem wówczas 14 lat, ojciec mój dr Jan Talikowski był lekarzem w Częstochowie, starszy brat ojca - pułkownik Michał Talikowski walczył w II Korpusie Polskim we Włoszech, młodszy - Roman Talikowski, prowadził w Warszawie przy ul. Hożej 35 [1] sklep z rękawiczkami. Od niego właśnie chce rozpocząć opowieść o naszej rodzinie. W lipcu 1944 roku przyjechałem z rodzicami do Warszawy na ślub mego stryja Romana Talikowskiego z Zofią Mrozowską, pochodząca z Wołynia, zajętego już w tym czasie przez wojska radzieckie. Wrażenia 14-latka; ślub okazały, liczna rodzina z Warszawy, narzeczona piękna, wysoka.

W Warszawie obserwowałem szczególne nasilenie terroru hitlerowskiego wobec Polaków. Co dzień widziałem niemieckie policyjne "budy", tak nazywano samochody, do których ładowano ludzi z "łapanki", większość z nich została po prostu rozstrzelana. Rosło napięcie, poczucie grozy. W tej atmosferze wybuchło Powstanie Warszawskie. Wojska sowieckie były już na Pradze, zdawało się, ze lada chwila zajmą Warszawę. Dowództwo Armii Krajowej, decydując o wybuchu powstania, chciało by stolica została wyzwolona przez polski ruch oporu, by wojska radzieckie weszły do stolicy Polski, w której już byłaby polska administracja i własna siła zbrojna. Te rachuby okazały się mrzonką. Stalin miał zupełnie inne plany. Celowo, poprzez komunistyczną radiostację "Wanda" nawoływał do powstania, z góry zakładając, że nie udzieli się powstańcom żadnej pomocy, że powstanie upadnie, że zginie najwartościowsza elita patriotycznej polskiej młodzieży, która nigdy nie pogodziłaby się z późniejszą dominacją Rosji.

W Warszawie spotkałem mych licznych kuzynów, starszych ode mnie o kilka lat, późniejszych powstańców. Ojciec miał trzy siostry. Marię Myślińską, Kamilę Jakubowską i Irenę Drews. Syn ciotki Maryś, jak ją nazywaliśmy, Zdzisław już zginał na początku powstania [2], seria z niemieckiego automatu ścięła mu głowę. Został pochowany w grobowcu rodzinnym na Powązkach w Warszawie.

Bogdan Jakubowski, który walczył w Puszczy Kampinowskiej, wpadł w zasadzkę niemiecką. Zginał na miejscu [3]. Jego siostra, Barbara Jakubowska, u której w domu w Warszawie robiono powstańcze granaty zwane "filipinkami" ocalała. Przyjechała potem do nas do Częstochowy. Barbara przywiozła zdjęcie Bogdana zrobione krótko przed jego śmiercią, którą jakby przeczuwał. Na tym zdjęciu Bogdan leży w lesie na trawie, rozebrany do pasa, na piersi ma niemiecki hełm z powstańczą opaską. Takim go zapamiętałem. Został pochowany na Powązkach wśród innych powstańców. Krzyże na grobach powstańców są z białej brzozy.

Stryj Jakubowski był pułkownikiem, lotnikiem, znanym ze swej brawury. Ojciec opowiadał mi, jak to jeszcze przed wojną zabrał swego znajomego do samolotu i wykonał kilka lotniczych popisów. Samolot wpadł w korkociąg i spadł na ziemie. Zakończyło się tragicznie. Żądny przygód starszy pan zmarł na atak serca w samolocie. Stryj przeżył, ale dwa lata leżał w szpitalu, a potem dostał jeszcze dwa lata "twierdzy" - jak wtedy nazywano karę dla oficera. Zniszczył przecież samolot wojskowy [4].(A tak opisuje to Zygmunt Drews w rozdziale Święcice: Stacha po ostatnim wypadku z oficjelem, przeniesiono do lotnictwa cywilnego. Został w Krakowie dyrektorem nowo powstającego LOT-u. Tam też długo nie zabawił, bo nie dotrzymał zobowiązań. Zdążył przewieźć członków rodziny z Warszawy do Krakowa na ślub Janka Talikowskiego, który żenił się z Lenką Lendówną w Tymowej. /Przy drodze Brzesko-Czchów./ Przelotu odmówili wujek Janek Drews i moja przyszła mama, Irenka Talikowska. Woleli pociąg. Stach zaś popracował tam jeszcze jakiś czas i odszedł z honorami wojskowymi na zasłużoną emeryturę. Zamieszkał z Milą i dziećmi, ale nie nadawał się już na dobrego męża. Więcej czasu spędzał na lotnisku i w kasynach wojskowych. przypis red.).

Z powstania uratowała się Maleta Kaniowska, wyskoczyła z pociągu, którym wieziono ją, po upadku powstania, do niemieckiego obozu. Maleta nie była członkiem naszej rodziny. Była córką zaprzyjaźnionego z rodziną pułkownika Kaniowskiego. Pamiętam jak w okresie stalinowskiego reżimu ogłoszono listę oficerów polskich, których nazwano "zdrajcami narodu" i pozbawiono obywatelstwa polskiego. Pierwszym był generał Władysław Anders, wśród nich był tez pułkownik Kaniowski. W roku 1956 pułkownik Kaniowski został zrehabilitowany, z honorem witany w Polsce. Uhonorowany został balem kapitańskim na statku "Stefan Batory", którym wrócił do kraju.

Powstanie dogorywało. Poległo kilkanaście tysięcy młodych polskich patriotów, ludności cywilnej kilkakrotnie więcej.

Hitlerowcy z właściwą sobie pedanterią burzyli niezniszczone dotąd domy warszawskie, mordowali w szpitalach rannych Polaków. W drugiej połowie września 1944 kilka polskich kompanii tzw. kościuszkowców, utworzonych z żołnierzy polskich wywiezionych przez bolszewików do obozów w Rosji, uderzyło przez Wisłę na Niemców w Warszawie. Zdobyto i utworzono tzw. przyczółek czerniakowski. Żołnierze ci walczyli pod dowództwem generała Rozlubirskiego, późniejszego dowódcy jednostki komandosów w Krakowie tzw. "czerwonych beretów". Był to zryw raczej symboliczny, który nie mógł już powstania uratować, gest symboliczny Rosjan, którzy rzekomo niósł pomoc ginącej Warszawie.

A prawda była inna, o czym dowiedziałem się w październiku 1956 roku. W tym czasie już, po śmierci Stalina, pojawiły się pierwsze promienie wolności w Polsce. Byłem obecny na wiecu w rotundzie Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Przemawiał pułkownik Cynkin z armii kościuszkowskiej. Powiedział wtedy, że dowódca armii tzw. kościuszkowców, generał Berling jeszcze w końcu sierpnia 1944 roku wydal rozkaz atakowania Warszawy, za co został internowany wraz z pułkownikiem Cynkinem i na rozkaz Stalina skierowany na front kaukaski. Może więc można było uratować Warszawę i dziesiątki tysięcy młodych ludzi, ale to nie leżało w interesie Stalina.

Do Częstochowy, gdzie mieszkałem z rodzicami, zaczęli przyjeżdżać pozostali przy życiu członkowie naszej rodziny z Warszawy. Baśka Jakubowska przyjechała lokomotywą, umorusana jak kominiarz, Maleta Kaniowska, jak już wspomniałem wyskoczyła z pociągu. Ciotka Irena Drews z synem Zygmuntem i córką Anną dotarła wynajętą, rozklekotaną półciężarówką [5]. Przywiozła z sobą dwie walizki i... żywego barana.. To wszystko, co zostało z majątku w Borzęcinie pod Warszawą

Mąż Ireny, porucznik Zygmunt Drews walczył w armii gen. Andersa. Ciotka Maryś przyjechała z trzyletnim synem Wackiem Wieszczyckim [6]. Jej drugi maż, Jan Wieszczycki trafił do obozu oficerów polskich w Niemczech. Obaj z Zygmuntem Drewsem, wrócili dopiero kilka miesięcy po zakończeniu wojny [7].

Przyjechali też: mój dziadek Michał Talikowski z żoną Emilią, która zmarła w 1943 roku. Dalej żona Kaniowskiego, Malunia z synem Zbigniewem. Pułkownik jak już pisałem, walczył w armii gen. Andersa. Przyjechał tez kuzyn ojca, adwokat Stefan Talikowski, autor pierwszej części kroniki rodu Talikowskich z siostrami - Genowefą i Jadwigą [8]. Gdy jeszcze doliczymy siostrę mej matki Heleny-Michalinę zwaną Myszką-z mężem Kazimierzem Nowakiem, który był poszukiwany przez Niemców i całą okupacje ukrywał sie w Częstochowie, było nas razem 17 osób. Tą siedemnastą osobą była 80-cio letnia ciotka Schefner; nie wytrzymała jednak trudów podroży i w ciągu kilku tygodni umarła.

Teraz wszystko było na głowie ojca. W ciągu trzech miesięcy wynajął dla rodziny trzy [9] mieszkania - na ul. Garibaldiego i przy placu Daszyńskiego 12, my mieszkaliśmy pod nr 13. Załatwił dla wszystkich prace.

Czas wspomnieć o seniorze naszego rodu Michale Talikowskim i jego żonie Emilii. Moi dziadkowie mieszkali ongiś wraz z dziećmi - Michałem, Janem (mym ojcem), Romanem, Maryś, Kamilą i Ireną w kolonii polskiej [10] w Odessie. Dziadek mój był mistrzem rękawiczniczym, firma ta miała blisko sto lat [11]. Był też prezesem Izby Kupieckiej w Odessie. Gdy w Rosji wybuchła rewolucja bolszewicka cała rodzina przyjechała do Warszawy. Nie było to proste. Ojciec opowiadał mi, że kilka razy uniknęli śmierci. Bolszewicy przecież krwawo obchodzili się z panami. Po dziadku, już w Warszawie firmę prowadził syn Roman.

Pamiętam jak dziadek Michał zawsze nienagannie ubrany, melonik, muszka, laska z ozdobnym, metalowym uchwytem, lubił wędrować ze mną, gdy byłem jeszcze małym brzdącem, po ulicach Warszawy. Ta laska nie była zwyczajna. Gdy odkręciło się uchwyt ukazywał się długi na 30 cm cienki sztylet. Nie był więc mój dziadek zupełnie bezbronny w czasie naszych spacerów po Warszawie.

Pułkownik Michał Talikowski pisał do nas listy z kampanii w Afryce, potem z Londynu, gdzie wylądował po wojnie, podpisywał je "Lachim" czyli Michał na odwrót. Nie wolno się było przyznać do pokrewieństwa ze stryjem Michałem ani w czasie wojny ani po wojnie, w czasach stalinowskich. Stryj zginał tragicznie w końcu 1956 roku. W tym samym roku również tragicznie zginał pułkownik Jakubowski. Stryj Michał miał trzy żony, pozostawił syna Michała, który żyje w Londynie.

Ze wspomnianych członków rodziny żyją; żona stryja Romana - Zofia i jej trzej synowie Jacek, Wojciech i Krzysztof, wszyscy w Australii. Syn Ireny Drews Zygmunt z żoną Stanisławą mieszka w Częstochowie. Jego siostra Anna Drews zginęła tragicznie z mężem Winklerem w wypadku samochodowym. Syn Tadeusz Winkler żyje w Częstochowie. Po Janie i Maryś Wieszczyckich pozostał Wacław Wieszczycki, mieszka w Kutnie

Autor tejże kroniki Jan Talikowski, adwokat, trochę dziennikarz, kiedyś tenisista, pierwsza żona Helena i syn Łukasz, druga Danuta i syn Sławomir, mieszka z rodziną w Krakowie. Syn Łukasz mieszka z żoną Elżbietą w Australii i mają dwie córeczki, Karolinę i Natalię. Syn Sławomir i jego żona Ludmiła mieszkają w Krakowie, mają córki Natalię, Katarzynę i Danutę. Mam wiec pięć małoletnich wnuczek, takie "dziurawe wojsko".

"Kangury australijskie", moi kuzynowie Jacek Talikowsk, żonaty z Krystyną, potem z Barbarą; Wojciech Talikowski ożeniony z Anną - ma dzieci Michała i Zuzannę; Krzysztof Talikowski, żonaty też z Anną ma Milenę i Piotra. Wszystko to oczywiście małolaty.

Wróćmy jednak do Częstochowy w ostatnim roku okupacji hitlerowskiej. Ojciec mój, prócz pracy lekarza w Częstochowie, jeździł dwa razy w tygodniu motocyklem do Gnaszyna koło Częstochowy. Był tam lekarzem w fabryce. W okresie okupacji Niemcy stworzyli tzw. Generalne Gubernatorstwo, podległe Rzeszy niemieckiej. Gubernatorem był Hans Frank. Pozostała część Polski włączona została do tzw. Reichu, czyli do Niemiec.

Gnaszyn znajdował się na terenie Reichu. A z Reichu można było wysyłać paczki żywnościowe do kilku moich dalszych kuzynów ze strony matki, przebywających w niemieckich obozach w nieludzkich warunkach. Pisali kartki z prośbą o pomoc. Ojciec był zawsze dobrym duchem rodziny. Z tego właśnie Gnaszyna bardzo często wysyłał paczki żywnościowe do tej rodziny, potem do znajomych rodziny. Po wojnie dostawaliśmy podziękowania od wielu znanych i nieznanych osób za uratowanie życia.

Ojciec należał do Armii Krajowej [12] Pamiętam, kiedyś wracałem ze szkoły, i pod domem spotkałem Włodka, pracownika ojca ze szpitala. Stal niezupełnie trzeźwy. Spytałem co tu robi, odpowiedział: czekam na doktora, dziś uratował mi życie.

Opowiedział mi całą historię. Ojciec, będąc lekarzem, miał całodobową stałą przepustkę, wszędzie poruszał się swobodnie. Tego dnia wiózł motorem tegoż pracownika na akcję bojową. Włodek miał plecak pełen granatów. Pech zdarzył, że patrol Gestapo zatrzymał ich na granicy z Reichem. Ojciec wyjął stałą przepustkę, ale tajna policja niemiecka chciała rewidować Włodka. Ojciec zagrał va banque. Trzepnął po ręce gestapowca, zwymyślał go po niemiecku, że jest lekarzem i jedzie do niemieckiej fabryki, gdzie czekają na niego chorzy robotnicy, pracujący dla potrzeb Rzeszy. Korzystając z zaskoczenia policjantów - szybko odjechał motorem. Czasem trzeba było wykazać wobec Niemców nie tylko zimną krew, ale i tupet.

W Częstochowie pozostał mąż Ireny Drews - Zygmunt Drews. Był to człowiek o niezwykłym poczuciu humoru, przedwojenny oficer kawalerzysta. Gdy przychodził do nas z rodziną, mawiał do mnie; gramy dzisiaj dwanaście robrów i pijemy dwanaście wódek. Był znakomitym brydżystą. Zwykł też mawiać; w piciu każdy ma swoja miarkę - jeden kieliszek wódki na 10 centymetrów wzrostu.

Pracował jako księgowy w dużej firmie. Kilka lat po wojnie wprowadzono instytucje wczasów pracowniczych, przyznać trzeba, że w większości opłacanych przez zakład pracy. Gdy w firmie Drewsa dyrektor chwalił te zdobycze socjalizmu i zapytał, czy ktoś chce zabrać głos - Drews podniósł rękę. Jestem tu księgowym, powiedział. Biorąc pod uwagę ilość pracowników naszej firmy i ilość skierowań na wczasy obliczyłem, że ostatni z nas dostanie te wczasy za 78 lat. Po konsternacji jaka nastąpiła, zabroniono wujowi zabierać głos na zebraniach. Żona Zygmunta - ciotka Irena Drews była pięknością, wszyscy mówili do niej "Dolores" [13].

Z równie licznej rodziny jak rodzina ojca, pochodziła moja matka Helena Talikowska z domu Lenda. Mój dziadek Michał Lenda miał siedmioro dzieci. Synów Henryka, Tadeusza, Jana i Kazimierza oraz córki - Michalinę, zwaną Myszką, o której już pisałem, Zofię i Helenę, moja matkę. Dziadek był bogaty. Miał 100 ha lasu, 50 ha ziemi, ale przede wszystkim dużą wytwornie wędlin w Tymowej. Jakość tych wędlin była znakomita. Pod dom dziadka, jeszcze przed wojna, podjeżdżały samochody by kupić te smakowite wyroby. Poza tym eksportowano wyroby do Anglii, szynki do Austrii i Czech. Zamówienia z całej Polski szły w setki dziennie. Pracowało przy tym 20 osób, moja babcia Maria potrafiła dziennie spakować w wiklinowe koszyki z drewnianą tabliczką na adres, do 500 sztuk paczek. A wiem to stąd, że jako mały chłopiec znalazłem na strychu kilkanaście tysięcy kartek pocztowych tzw. żywnościowych, często ze znaczkami lub wizerunkami pisarzy, malarzy itd. Był to początek moich zbiorów znaczków, a materiał do wymiany miałem olbrzymi.

U moich dziadków odbywały się zebrania "starszyzny wiejskiej", gdzie decydowano o wszystkich żywotnych sprawach wsi. Dziadek fundował budowę kościoła, straży pożarnej, mleczarni. Pamiętam powódź, jaka nawiedziła Polskę południową chyba w I934 roku. Zniszczyła wszystkie plony, groził głód. Dziadek kazał zaprząc do wozów konie, przez kilka tygodni rozwoził ludziom, których dotknęła klęska głodu, zboże, mąkę, ziemniaki, wędliny. Jeszcze kilka lat po wojnie, gdy odwiedzałem te tereny, ludzie wspominali o sercu Michała Lendy, a ja jego wnuk miałem otwarte przed sobą wszystkie drzwi. Teraz ze świecą szukać takich ludzi.

Również moja babcia Maria słynęła ze swej dobroci i szczodrości. Gdy ktoś zachorował, potrzebował pomocy, nigdy nie odchodził z pustymi rękami. Na pogrzebie mojej babci ksiądz przemawiając nad jej grobem nazwał ją świętą.

Wuj Tadeusz Lenda należał do Armii Krajowej. Nie ujawnił się. Tuż po wojnie Urząd Bezpieczeństwa otrzymał doniesienie, że Tadeusz jest w Tymowej. Były właśnie wakacje, bo zwykle wuj przebywał w Krotoszynie, gdzie był dyrektorem fabryki przetworów mięsnych (potem został ekspertem od spraw wędlin w Warszawie). Bezpieka urządziła zasadzkę. Na szczęście Tadeusza uprzedzono i godzinę wcześniej uciekł z Tymowej. Doniesienie złożył kapuś bezpieki, mieszkający w sąsiedztwie naszego majątku. Agenci UB wtedy przypadkowo postrzelili go w twarz, od tej pory nie mówił, lecz bełkotał. Cala wieś mówiła, że to kara boska. Nie zapomnę, gdy na pogrzebie wuja Tadeusza ten sąsiad klęczał tuż przy grobie wuja i płakał rzewnymi łzami.

Jan Lenda był dyrektorem Banku Rolnego w Krakowie. Kazimierz Lenda ordynatorem szpitala w Prudniku.

Tyle o rodzinie mej matki.

Ze względu na dużą ilość niezbędnych poprawek w stosunku do oryginału tego tekstu, jak również możliwych w przyszłości sprostowań wielu faktów, szczególnie dotyczących rodziny Lendów, redakcja zamieszcza jako [14] przypis tekst oryginalny.



przejdź do początku

Przypisy i rozwinięcia encyklopedyczne

[14]

przejdź do początku

Komentarze (1)

    • Jacek Talikowski
    • napisał(-a) 2013-03-17
    Jaś Talikowski po ciężkiej chorobie zmarł 16 czerwca 2009 w Krakowie. Pochowany został na tamtejszym cmentarzu, w grobie rodzinnym.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku