Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2010-08-28 13:33:02
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Rozdział V

Pochodzenie Reymonta, poglądy i opinie spisane przez współredaktora Wacława Wieszczyckiego cz 1

Pochodzenie Reymonta pasjonuje ludzi chyba najbardziej. Nie da się zasugerować jego żydowskiego pochodzenia, więc warto pokusić się o utożsamienie się z grupą społeczną czy zawodem uprawianym przez laureata nagrody Nobla. Najbardziej nachalnie wrabiano Reymonta w chłopskie pochodzenie, pisano o nim "zubożały szlachcic", nawet rzemieślnicy przyjęli go do grona "mistrzów", Dmowski wrobił go w podpisanie petycji, która sugerowała dobre stosunki z wodzem naczelnym, wielkim księciem Mikołajem Mikołajewiczem, kronikarze katoliccy wykorzystywali jego powiązania rodzinne do sugerowania szczególnie aktywnego wyznawania wiary. W tamtych latach obowiązywała prawda, że "kto ma księdza w rodzie, tego bieda nie ubodzie". No i rzeczywiście, młody Reymont miał wuja ks. kanonika Kupczyńskiego, którą swoją śmiercią w 1878 roku zasadniczo zmienił dalsze losy naszego bohatera. Ale póki żył, zbudował podwaliny nie tyle jego wiary, co wykształcenia. Szczególnie widoczny w życiorysie Reymonta jest element zafascynowania się sposobem na życie, jakim jest możliwość osiągania dóbr materialnych i władzy poprzez mistrzostwo władania słowem. Na ten element życiorysu mało kto zwraca uwagę, skupiając się głównie na osobie ojca, jego braci i dziadka. Ale herbu tu nie było i niewiele z tego wynika. Była natomiast tradycja unikania służby wojskowej poprzez wykonywanie zawodu organisty.

Stefan Talikowski tytułem swojej książki "Reymont w kręgu rodzinnym" niejako łączy rodzinę Talikowskich /poprzez Schatzschneiderów/ z rodziną Reymontów. Oczywiście żona jest obca genetycznie, ale jak najbardziej rodziną. Irytowało to nieco rodzinę Rejmentów, no oczywiście nie wszystkich jej członków. Sprawy nie da się wyjaśnić w kilku słowach, ale w tekście tak obszernym jak niniejsza Kronika, wszystkie niuanse są obszernie wyjaśnione. Podsumowując można stwierdzić, że żona Reymonta, bezsprzecznie jego rodzina, była inkubatorem dla jego talentu i kariery.

Jak więc "zaszeregować" Reymonta? Fakty nie zawsze da się ująć w jednoznacznie i powszechnie zrozumiane określenia. Reymont był człowiekiem więcej niż nieprzeciętnym, jego życiorys był absolutnie nietypowym, w jego życiu następowały okresy całkowicie różne od poprzednich, zawsze wyróżniał się niepospolitym zachowaniem i filozofią życia. Był synem organisty, zasadnicze podwaliny wykształcenia i światopoglądu uformował stryj matki, ksiądz kanonik Szymon Kupczyński, ex pijar, proboszcz w Tuszynie pod Łodzią. Generalnie nie chciał żyć według recept ojca, wedle norm otoczenia, ale nie do końca. Pozycja stryja była godna zadumy, a mechanizm jej budowania był dla Reymonta fascynujący. Jak mieć "władzę dusz" i pieniądze wyłącznie operując "pustym" słowem. Listy do członków rodziny z prośbą o wsparcie finansowe są majstersztykiem tej umiejętności. A jak to oceniać, jak coraz mniej wiemy, nie mówiąc o pamiętaniu, o realiach społecznych, w których przyszło żyć Reymontowi. Jak mawiają górale, są różne prawdy. Cała prawda, pół prawdy i gówno prawda. Nam przychodzi dziś zapoznać się z mieszanką wszystkich prawd. Manipulowanie nimi było dyktowane różnymi interesami, nieraz widocznymi od razu, nieraz dobrze ukrytymi. Jeśli moje uwagi zdenerwują czytającego, a tym samym zmuszą do nieco energiczniejszego myślenia, nie pozwolą na bierne "przyjmowanie do wiadomości", czy wręcz godzenie się na dogmat, to mój cel zostanie osiągnięty.

Bardzo nietypową ocenę Reymonta przedstawił Stefan Talikowski. Fakty bezsprzecznie prawdziwe, inne pominięte milczeniem, charakterystyczne oceny subiektywne, ale typowe dla grupy społecznej o "przodującej roli w społeczeństwie". Mam na myśli bogate mieszczaństwo wywodzące się z kupiectwa, szlachty i właścicieli rozwijającego się przemysłu. Opinia Stefana Talikowskiego jest ważna, bo pozwala nam zrozumieć postawy ludzi otoczenia Reymonta. Dotyczy to jednak okresu, w którym pozycja finansowa pisarza diametralnie się zmieniła. Przed tym było zupełnie inaczej, ale bez tego nasz noblista nie zdobyłby materiałów do napisania "Chłopów". Czy był to jego wybór, czy konieczność - nigdy nie będziemy wiedzieli. Czy rzeczywiście mógł wrócić do rodzinnego domu, który potrzebował młodego gospodarza? A może wyprzedził pokolenia rodaków dziś biorących powszechny udział w "wyścigu szczurów" i zażarcie parł ku karierze pisarza nie gardząc karierą finansową i społeczną. Może te nieudane do końca próby aktorskie upodobniają go do Regana czy Wojtyłły? Działał przed nimi, więc się nie wzorował. Faktem jednak jest, że wzorem dla niego mógł być stryj Kupczyński, niedościgniony autorytet świata w którym żył, mistrz słowa i wyobraźni, dobrodziej rozdający dobra doczesne i wieczne.

Sam zdobył wszystko. Nie było mu tylko długo cieszyć się pełnym zwycięstwem. Jego komentarz do nagrody Nobla cytuje S. Talikowski. Bardzo ciekawy jest również komentarz na temat "rozwodu" narzeczonej, która była w separacji ze swoim pierwszym mężem. Opisuje to nie byle kto, ale wybitny prawnik, człowiek znający wszystkie sekrety ówcześnie orzekanych "unieważnień ślubów". A brak potomstwa po zawarciu małżeństwa to bezpłodność czy postanowienie uzasadniające kolejne "unieważnienie ślubu"?. Sprawy męsko - damskie dalekie od dekalogu, łącznie z nieślubnym synem i kochankami w trakcie trwania tak pozornie udanego małżeństwa. No i okoliczności jak również sposób dochodzenia odszkodowania od kolei. To nie hipochondria, ale symulacja iście mistrzowska, świadoma i kierowana przez wytrawnego adwokata doprowadziła kolej do konieczności przerwania niekończących się żądań i wypłat "zaliczek" na leczenie w zagranicznych kurortach. Ale bez pomocy "ludzi trzymających władzę", było to nierealne.

Kiedy ocenia się współcześnie żyjących ludzi, zawsze rzuca się w oczy subiektywizm. To nie tylko maniera indywidualna, ale chęć osiągnięcia zamierzonego lub podświadomego celu. W efekcie opinia staje się często większym źródłem wiedzy o piszącym opinię, niż o ocenianym. Gdy oceniany żył dawno, subiektywizm staje się jeszcze bardziej wyraźny. Dlatego należy poważnie, a nawet bardzo poważnie, ocenić pseudonim, pod jakim pisał w młodości Reymont. To "Księżak". Co to znaczy? Zero materialne z bogactwem słowa i wizją nierealnych bytów. Te zero było dobrze wymienić na dobrobyt bogatego kupiectwa, w świadomości ówczesnej akceptowany jako dar od Boga, najlepiej przed ołtarzem poprzez "dobry" ożenek. Mając to "z głowy" i wygrany /przez niego, czy przez rodzinę narzeczonej?/ proces o odszkodowanie, mógł zrezygnować z tego już dla niego poniżającego pseudonimu.

Przyjemnie jest poczytać o dawnych czasach, choć domyślamy się ubarwień, przerysowań, przemilczeń, a nawet przekłamań. Tak dobrze jest pomarzyć. Oczywistą prawdę znajdziemy gdzie indziej. Nie ma w niej nic romantycznego, a swoją zawiłością po prostu męczy. Nie ma jak proste, nieskomplikowane oceny, czarny charakter czy pozytywny bohater. Dlatego do opisu Stefana Talikowskiego w charakterze przypisów dołączam kilka innych opinii.

Zaczynam od obszernego cytatu, a konkretnie od I rozdziału i części II-go książki Stefana Talikowskiego pod tytułem "Reymont w kręgu rodzinnym" wydanej przez Wydawnictwo Łódzkie w 1973 roku.

Reymont w kręgu rodzinnym

Rodzice Reymonta zaliczani byli do tuszyńskiej inteligencji. Ojciec, Józef Rejment, /są dwie różnice w pisowni nazwiska poprzez "y" i "o". O nich będzie mowa w dalszej części, jest nawet otwarta droga do nowych naukowych ustaleń na ten temat/ organista i sekretarz parafialnego Urzędu Stanu Cywilnego, był synem Gertrudy z Augustowskich i Walentyna, organisty, a bratem Ignacego, również organisty.

Nabył on w Prażkach, nad rzeką Wolbórką w Radomskiem, włókową kolonijkę z pięcioizbowym domem oraz młyn wodny.

Ożeniony był z Antoniną z Kupczyńskich, ze zubożałej rodziny ziemskiej o licznych koligacjach. Stryj matki, ksiądz kanonik Szymon Kupczyński, ex pijar, proboszcz w Tuszynie pod Łodzią, patronował bratanicy i jej licznemu potomstwu, zwłaszcza interesował się jego matką.

Siostra matki pisarza, Waleria, wyszła za mąż za Adama Michalskiego, nadleśniczego lasów starostwa tuszyńskiego.

Rejmentowie poprzez rodzinę Jakimowiczów spowinowaceni byli między innymi z Włodzimierzem Wolskim, poetą i powieściopisarzem, autorem librett do moniuszkowskich oper: Halki i Hrabiny.

Brat ojca Reymonta, Ignacy Rejmont (pisał się przez >o<), ożenił się w roku 1860 z panną Józefiną Hennig, córką Konrada i Magdaleny z Cichońskich, dzierżawców wsi Wydrzyny /na dokumenty to potwierdzające natrafił sam Stefan Talikowski w Archiwum Akt Dawnych, natomiast Kazimierz Wyka pisze na ten temat: Poprawki rodowego nazwiska Reymont dokonał sam pisarz, publikując w r. 1892 na łamach krakowskiego dwutygodnika "Myśl"(nr 24 z 15 XII) swoje pierwsze ogłoszone drukiem opowiadanie "Wigilia Bożego Narodzenia" (...) Opowiadanie w zaborze rosyjskim niecenzuralne. Odtąd temu zmienionemu nazwisku, trudno je nazwać pseudonimem, pozostał wierny. Archiwum Akt Dawnych jeszcze istnieje, może nadszedł czas na obalenie mitów związanych z tym "o"/.

Tak oto przedstawia się w grubszych zarysach środowisko rodzinne pisarza /w którym co zacniejszych ludzi wyszukał sam Stefan Talikowski/

Rodzice Reymonta, zwłaszcza matka, włożyli wiele starań w wychowanie dzieci. Zgodnie z tradycją rodzinną każde z nich musiało posiąść umiejętność gry na fortepianie.

Jedyny brat pisarza, Franciszek, po ukończeniu gimnazjum w Łodzi studiował przez trzy lata medycynę na uniwersytecie kijowskim, relegowany za działalność polityczną został farmaceutą, miał własną aptekę w Nadarzynie, później w Głownie, ożenił się z panną Leokadią Kępińską. Zmarł młodo, bezdzietnie. Reymont żył z nim na stopie przyjacielskiej, zwierzając mu się ze swych duchowych rozterek i szukając u niego zrozumienia i rady, jak o tym świadczy zachowana korespondencja.

Siostry przyszłego autora Chłopów, wszystkie nieprzeciętnej urody i wdzięku, szybko i dobrze wyszły za mąż, przeważnie do Warszawy. Najstarsza, Katarzyna, za Konstantego Jakimowicza, właściciela kamienicy przy ulicy Nowolipie 16 w Warszawie oraz pracowni i sklepu krawiecko-kuśnierskiego przy Miodowej 14. Druga siostra, Helena, za Aleksandra Załęskiego, fabrykanta, właściciela odlewni żelaza przy Okopowej w Warszawie oraz kilku posesji; trzecia, Kamila, za Edmunda Munkiewicza, Urzędnika Kolei Państwowych, czwarta, Wacława, za Jana Wandau, właściciela fabryki maszyn i kamieni młyńskich, mieszczącej się na Pradze przy ulicy Zygmuntowskiej na posesji własnej. Również pozostałym siostrom: Anieli Kozłowskiej, Marii Michałowej Jakimowicz i Janinie Makowieckiej dobrze ułożyło się życie. Starzy Rejentowie odetchnęli z ulgą. Mieszkać w zapadłej Wolbórce i wydać siedem córek za mąż i to tak, żeby każda miała zapewniony byt, to rzecz niełatwa. Widocznie wieść o dorodnych organiściankach rozeszła się szeroko i ściągnęła aż czterech zalotników z odległej Warszawy.

Tylko z młodszym synem Stasiem były kłopoty - nie chciał się uczyć, nie mógł się skupić nad lekcjami, żył w świecie wyobraźni.

W tych latach chłopięcych, kiedy to "sercu marzenie staje się potrzebą", spotkał się w Wolbórce z niezrozumieniem, zwłaszcza ze strony ojca, który patrzał na jego brak pilności w nauce jako na objaw wyjątkowego lenistwa, nie dostrzegając w chłopcu owego "zamyślenia się" i szczególnej wrażliwości.

Toteż kiedy po dojściu do lat trzynastu nie osiągnął spodziewanych wyników, rodzice postanowili wysłać go do Warszawy do córki, Jakimowiczowej. Dom duży, zamożny, niech się chłopiec przetrze między ludźmi, może wreszcie zrozumie potrzebę nauki, względnie wyuczy się rzemiosła.

W dniu tej decyzji zabrakło wuja ks. kanonika Kupczyńskiego (zmarł w 1878 roku). Gdyby ten światły pijar żył jeszcze, może by lata młodości Reymonta potoczyły się inaczej.

Tu na moment przerwę narrację Stefana Talikowskiego, który nie odbył katorżniczej służby wojskowej z naboru. Był co prawda ochotnikiem w zrywie patriotycznym, ale to inna ideologia, a w dodatku jemu przebiegła nadzwyczaj łagodnie. Aby nie być wcielonym z rozkazu do wojska idącego na front, ojciec wysłał go do brata w Odessie. W rodzinie Talikowskich takie uchylanie się od służby wojskowej nie było często praktykowane /szwagier Sokolewicz i brat Edmund "kupili" za 500 rubli "białe bilety" w kancelarii generał - gubernatora za pośrednictwem pana Pietuchowa. patrz rozdz. Apuchtin/, Stefan chwali się szeregiem swoich krewnych, którzy zmarnowali swoje zdrowie a często i życie w "słusznej sprawie". Dlatego zręcznie przemknął się nad pytaniem, dlaczego Reymont nie ma w swym życiorysie przerwy na "odbycie zaszczytnego obowiązku". Otóż rodzina Rejmentów od lat wykorzystywała przepis carskiego prawa zwalniającego organistów z obowiązków wojskowych. Po śmierci wuja Kupczyńskiego, ojciec Reymonta sam przygotował młodszego syna do zawodu organisty /Noblista z Wolbórki Celiny Jaworskiej-Maćkowiak/. Jakoś wszyscy zapominają o zasługach ojca w karierze syna, on sam może się wstydził powodów zwolnienia. Ale przemilczenia w temacie religii i służby wojskowej są normą obyczajową. Do dziś. Jeszcze teraz w Polsce niewierzący chodzą do kościoła, już z zasady są chowani w obrządku wiary, wielu studiujących realizuje jedynie ucieczkę przed poborem kończąc wręcz egzotyczne szkoły zawodowe. Szczerze współczuje młodym ludziom tamtych czasów, którzy mieli do wyboru tylko "czerwone albo czarne". Reymontowi się udało, ojciec wyrwał go z wojska, kościołowi "wykręcił się sianem". Wracamy do opowieści Stefana Talikowskiego.

Warszawa stworzyła dla młodego Reymonta okazję do konfrontacji świata fantazji z rzeczywistością. To, o czym roił w Wolbórce, z tym wszystkim, czego istnienie jego wrażliwa dusza tylko przeczuwała, w Warszawie zetknął się bezpośrednio.

Zrozumiał, że nie ma odwrotu, że musi wejść w ten nowo odkryty świat i posiąść konieczne dla egzystencji w nim warunki. Tu otworzyły się przed nim skarby, tu poznał biblioteki, teatr, a przede wszystkim ludzi, dla których celem życia były wartości duchowe, nie tylko chleb powszedni. Z tego wielkiego świata wybrał dla siebie mały świat, który stał się jego życiowym celem - teatr.

"...miał go w duszy pełnym światła, muzyki, akcentów, denerwujących omdleń ekstatycznych, barw silnych, uczuć wrzących i wybuchających niby pioruny" (Komediantka, Warszawa 1927 s.92)

Wszystko to rozbudziło w chłopcu gorączkę czytania, samokształcenia się, dociekania prawdy o życiu, ambicję zostania aktorem. Terminowanie w krawiectwie traktował "z największą odrazą" (Adam Grzymała Siedlecki: Niepospolici ludzie w dniu swoim powszednim, Kraków 1961, s. 259.), odczuwał jako karę, jako krzywdzący przymus rodzicielski, o jakiejś systematycznej nauce rzemiosła nie mogło być mowy, chłopiec co jakiś czas przerywał swój pobyt u siostry, to nagle wyjeżdżał do rodziców do Wolbórki, to "wybył" nie wiadomo dokąd (jak to ustalił Grzymała-Siedlecki na podstawie zapisów w księdze meldunkowej domu przy ulicy Miodowej 14).

Pani Katarzyna, osoba praktyczna, widząc niechęć Stasia do rzemiosła i jego stałe wagarowanie, wpłynęła na męża, aby wyrobił chłopcu uprawnienia czeladnika krawieckiego, co w jej przekonaniu w jakimś stopniu zabezpieczyć mogło przyszłość młodemu człowiekowi o niespokojnym usposobieniu i bez zawodu, jakim był wówczas Reymont.

Jakimowicz w 1883 roku wpisał Stasia do cechu, a po upływie 8 miesięcy bardzo prosto załatwił sprawę, mianowicie: podpisał w cechu oświadczenie, że Reymont w dowód uzdolnienia krawieckiego okazał mu bardzo dobrze uszyty frak. Reszty dopełniła odpowiednia opłata wniesiona do cechu przez majstra.

Epizod ten nie odegrał jednak w życiu Reymonta żadnej roli.

Wszystko to, jak widać z dokumentów, miało charakter deklaratywny. Reymont żadnego osobistego udziału w tym nie brał.

Lorentowicz w Spojrzeniu wstecz na str 225 podaje, że po 9 miesiącach od dnia zapisu nastąpiły wyzwoliny 17-letniego Reymonta na czeladnika. Jest to nieścisłe, bowiem od dnia zapisu, to jest od 2 maja 1883 do dnia wyzwolin, to znaczy do 1 stycznia 1884 roku, minęło nie 9 lecz 8 miesięcy i Reymont nie miał wówczas 17 - lecz zaledwie 16 lat i 8 miesięcy (urodzony 7 maja 1867 roku), a więc w świetle obowiązujących przepisów prawnych był jeszcze nieletnim.

Otóż p. Konstanty Jakimowicz, jak wspomniałem "kazał pomieścić własnoręcznie podpisane oświadczenie", że Reymont okazał bardzo dobrze uszyty frak.

Czy jednak 16-letni chłopiec czujący "najwyższą odrazę do terminowania w krawiectwie", po 8 miesiącach od dnia zapisu do cechu, mógł okazać frak bardzo dobrze uszyty, pozostaje tajemnicą majstra wyzwalającego, p. Jakimowicza, dla nas natomiast wydaje się sprawą nader problematyczną.

Z wyżej cytowanych zapisów w książce cechowej możemy przyjąć za pewnik, że Reymont żadnego udziału w tych manipulacjach nie brał, że cech poprzestał na "oświadczeniu" p. Jakimowicza, natomiast w cechu nikt tego rzekomego majstersztyku Reymonta na oczy nie oglądał i żadnego egzaminu Reymont nie zdawał. Sprawę tę tylko sam p. Konstanty Jakimowicz mógł wyjaśnić, co też uczynił w 1930 roku w rozmowie z Adamem Grzymałą-Siedleckim. Zapytany wręcz, jak ten frak był uszyty, sędziwy eks-szef Reymonta uśmiechnął się pod wąsem i odpowiedział: "jak na literata, to robota krawiecka była dobra" (A. Grzymała-Siedlecki, dz. cyt., s. 260)

Pan Jakimowicz w rozmowach poufnych ujawnił fikcję wyzwolin. Już po śmierci Reymonta, w pogawędce z p. Władysławem Szacsznajdrem [1], bratankiem Reymontowej, przyznał, że cała ta historia z frakiem była jego dziełem (Relacja p. Władysława Szacsznajdra [1] Zaznaczyć wypada, że przy stosunkach i szacunku, jakim się cieszył w cechu, tudzież przy ówczesnej procedurze wyzwolin, fikcja ta nie nastręczała zbytnich trudności.

Tego samego zdania w rozmowach ze mną była córka Konstantego Jakimowicza, p. Zofia Borucińska.

To są zresztą drobne sprawy, poruszane w imię ścisłości historycznej, ważne natomiast jest to, że Reymont nigdy zawodu krawieckiego nie wykonywał. Zaraz po owych "wyzwolinach" ucieka bez pożegnania od Jakimowiczów, z czego usprawiedliwia się w liście do siostry, przebywa w Wolbórce, by wkrótce, znów bez wiedzy rodziców, uciec do komediantów (A. Grzymała-siedlecki dz. cyt., s. 261; Tomasz Jodełka-Burzecki "Stolica" nr 26 z r. 1967; List do siostry Jakomowiczowej z 1885 r. Biblioteka Narodowa.).

Jeżeli już w następnym roku po wyzwolinach, jesienią 1885 roku, Reymont wędruje z trupą teatralną po miasteczkach, pisze po cichu pierwsze wiersze i nowele, rozpoczyna "jedną z najświetniejszych karier literackich" (Jan Lorentowicz: Spojrzenie wstecz, Kraków 1957, s. 225) - nie stało się to, rzecz jasna, za naciśnięciem jakiegoś czarodziejskiego guziczka, który otworzył przed nim sezam literacko-teatralny, lecz było wynikiem olbrzymiego wysiłku woli, upartej, paroletniej pracy samokształceniowej, dokonanej w okresie pobytu w domu siostry Katarzyny w Warszawie. Sprawdzianem zdobytych kwalifikacji stało się uzyskanie przezeń engagement teatralnego, pozostającego dotychczas w sferze nieosiągalnych młodzieńczych marzeń.

Fakty te dowodzą, że Reymont nie zamierzał "praktykować swe rzemiosło" jak się tego domyśla Lorentowicz i to, że nie "losy zrządziły inaczej", lecz sam Reymont zdecydował o swym losie.

Mając uprawnienia czeladnika krawieckiego, nigdy z nich nie skorzystał, wolał cierpieć biedę wędrownego komedianta, wolał marnie płatną posadę kolejarza niż intratną pracę na stołku krawieckim.

Nic więc dziwnego, że w latach późniejszych rad był ten okres wymazać z pamięci. W swej autobiografii pisanej w 1919 roku słowem nawet o tym okresie swego życia nie wspomina (Reymont w Ameryce. Listy do Wojciecha Morawskiego. Oprac. Leon Orłowski. Warszawa 1970, s. 173-175).

Pisząc o tych sprawach muszę wyraźnie zastrzec, że nie chodzi mi tu o samo "krawiectwo" Reymonta, bo w tym pożyteczny zawodzie nie ma nic, co by kolidowało z talentem lub inteligencją człowieka, skłania mnie do zabrania głosu dokuczliwa nieścisłość, jaką popełniali niektórzy biografowie pisarza.

Zacny pan Konstanty, pełen zawsze pogody i staropolskiego humoru, o wesołych, trochę kpiarskich oczach - nie przypuszczał, że figiel, jaki odstawił z frakiem Reymonta, da asumpt cechowi krawców w Warszawie do wmurowania Reymontowi na swej siedzibie tablicy pamiątkowej, jako "mistrzowi krawieckiemu" /nie czeladnikowi przyp. red./.

Bo żeby to jeszcze aktorzy, albo kolejarze, których zawody Reymont rzeczywiście wykonywał, no...

Wspominając o Reymoncie trzeba przede wszystkim powiedzieć, że był on całym tego słowa znaczeniu człowiekiem dobrym, o złotym, czułym sercu. Mówiono o nim, że "chwytał za serce".

Ta towarzyskość wynikała z zasadniczej cechy jego charakteru, była nią ciekawość życia. Chłonął je i poznawał nieznużenie, tym tłumaczy się jego ruchliwość, stałe podróże, organiczna potrzeba obcowania z ludźmi. W stosunkach rodzinnych żywo interesował się i utrzymywał bliski kontakt ze swym rodzeństwem. Powiernikiem jego przeżyć był brat Franciszek, siostrzeńców gdzie mógł popierał i protegował, a trzeba przyznać, że w pełni na to zasługiwali. Zwłaszcza bliski mu był najstarszy siostrzeniec, syn Katarzyny, Konstanty Sylwin, późniejszy znany architekt, nazywany przezeń "Sylwcio" albo "Sylwuś", oraz Mieczysław Jakimowicz (Mieczysław Jakimowicz (1881-1917) - twórca symboliczno-nastrojowych kompozycji tuszem) syn Marii i Michała (Katarzyna i Maria wyszły za dwóch braci Jakimowiczów), bardzo utalentowany malarz, przedwcześnie zmarły na płuca. Reymont z przejęciem śledził rozwój jego talentu, wspólnie z nim przeżywał sukcesy na wystawach krajowych i zagranicznych. Dawał mu wskazówki, wreszcie troszczył się o jego zdrowie, zabiegał o zdobycie funduszy na jego wyjazd do Włoch na kurację (List do siostry Jakimowiczowej. Paryż, 1 listopada 1902. Biblioteka Narodowa).

Kochający i bez reszty oddany żonie Aurelii /te "bez reszty" conajmniej lekko przesadzone, przyp. red./, nazywanej przezeń "Lili", cały swój majątek jej zapisał.

Miał swój tik nerwowy, powiedziałbym trzytaktowy. Najpierw szybkim ruchem przeczesywał palcami czuprynę, następnie poprawiał binokle na nosie (lekko zezował) i wreszcie obciągał kamizelkę od przodu oburącz, krótkim szarpnięciem w dół. /Ten "tik" z punktu naukowego jest sam w sobie źródłem dużej wiedzy o osobowości Reymonta. przyp. red./

Pedantycznie czysty i zawsze elegancki potrafił zachować właściwy gentelmeńskiej konwencji stroju umiar.

Szwagier Reymonta, Konstanty Jakimowicz, syn Jana, zwany w rodzinie Kostuś, tylekroć wspominany przez pamiętnikarzy, był bardzo miłym panem o wesołych, wąskich oczach, płowej czuprynie i bródce. Wywodził się ze stanu szlacheckiego, o czym zresztą nie lubił wspominać. Nosił krawat akademicki, czarny fontaź. Postępowy w poglądach, wykazywał zrozumienie dla sztuki i literatury. Przepadał za teatrem, sam zresztą, jak mówiła jego córka p. Zofia Borucińska, był w młodości śpiewakiem amatorem, o pięknym głosie. Szalenie lubił piwo, niczym urodzony Bawarczyk, wypił go nieprzebrane ilości. Nie uznawał innych papierosów jak tylko w żółtych gilzach.

Znałem go, lubiłem i poważałem, prowadził przy ulicy Miodowej zakład krawiecko-kuśnierski. Okazał się wybrańcem losu - wygrał znaczną kwotę na loterii państwowej za co pp. Jakimowicze nabyli kamienicę czynszową przy ulicy Nowolipie 16.

Małżonka p. Konstantego, siostra Reymonta, owa przez wszystkich lubiana Kasia, była osobą ambitną i górnolotną, to ona była tym spiritus movens całej rodziny. Dzieci wychowała i wykształciła nader starannie: Jeden z synów, Edward, był lekarzem, drugi, Konstanty-Sylwin, architektem, dyrektorem Departamentu Ministerstwa Robót Publicznych, a przedwcześnie zmarły Bogdan - studentem prawa Uniwersytetu Warszawskiego.

Wiosną 1895 roku Jakimowicze z córką i Reymont udali się do Rzymu, gdzie Zosia przystąpiła do pierwszej komunii św., którą na mszy w prywatnej kaplicy papieskiej otrzymała z rąk samego Leona XIII. Reymont opisał tę uroczystość swej siostrzeniczki, uwarunkowaną szeregiem przepisów etykietalnych, w "Notach z podróży", w rozdziale "W Watykanie". Następnie towarzystwo zwiedziło Asyż, Loretto, Florencję, Neapol, Wenecję i w drodze powrotnej Wiedeń.

Reymont w liście do brata Franciszka, datowanym z Rzymu dnia 25 kwietnia 1895 roku, szczęśliwie przechowanym przez p. Zofię Borucińską, a znajdującym się obecnie w Bibliotece Narodowej w Warszawie, nader ciekawie i z humorem opisał swe wrażenia z tej wycieczki. Zaznaczyć muszę, że w listach do rodziny z lat 1883-95 używa już języka "literackiego". Czytałem jego listy pisane, gdy miał lat szesnaście. Co za bogactwo słownictwa, barwność opisów, swobodna i kształtna budowa zdań, właściwa już wówczas przyszłemu epikowi polskiemu.

A później podziwiałem zdolności epistolarne osiemnastoletniego młodzieńca. Jakie to listy potrafił wówczas wykoncypować, gdy był w potrzebie. Do wspomnianych już zalet doszły nowe, w postaci zwrotów pełnych iście dyplomatycznej przebiegłości, komedianckich opisów owego stanu duchowego i sytuacji materialnej, obliczonych na wywołanie u adresata zamierzonego wrażenia.

Cóż, chłopak walczy na każdą broń, byle się nie poddać, byle dalej dążyć do wytkniętego celu. Pisze zresztą do najbliższych w rodzinie, bo zagniewany ojciec na jego listy nie odpowiada. Zajęty obowiązkami organisty, nadto sekretarza kancelarii parafialnej, gdzie prowadził akta stanu cywilnego, niewiele czasu mógł poświęcać swemu gospodarstwu rolnemu. Pracowali ludzie najęci, których trzeba było jednak doglądać. Również młyn wymagał stałego nadzoru. Toteż pomoc syna byłaby mu bardzo na rękę. Dawniej wyręczała go w tych sprawach żona. Usposobienie ojca, pozbawione serdeczności, powodowało, że dzieci widziały tylko "mamę", była ona otoczona miłością i posłuchem tak dzieci jak i męża, który uznając jej prymat, przywykł zwracać się do niej po radę i decyzję. Na skutek takiego układu stosunków, wyrodziła się między dziećmi a ojcem, jak to określił Reymont "prawie obojętność, a w każdym razie obcość".

Cechy charakteru matki, jej autorytetu w rodzinie, odziedziczyła najstarsza córka Kasia, późniejsza Jakimowiczowa.

Z chwilą śmierci matki (1890rok), ojciec poczuł się osamotniony, zamknął się w sobie i w swym uporze, zdziwaczał.

Również Reymonta nic już z domem nie wiązało. Mimo zainteresowaniu losami ojca, pozostała ta obcość, nie znajdował już w nim tego oparcia co dawniej w matce. Tym się tłumaczy rzecz skądinąd dziwna, że ten młody chłopiec znajdował zrozumienie i pomoc u brata czy siostry, tylko ojciec pozostawał głuchy na jego prośby, nie odpowiadał na listy, ponoć nosił się nawet z myślą powtórnego małżeństwa.

Toteż rzeczywistość, jaka otaczała Reymonta w Wolbórce, atmosfera tego domu nie były już w stanie wypełnić dawną treścią jego życia. Ucieka. Woli już kolej, gdzie, choć na marnej, głodowej posadce, ma przecież czas na marzenia, na swobodę pisania.

Tak wegetuje blisko trzy lata, ale - pisze. W 1892 roku po całym cyklu drobnych utworów, nowel z życia chłopów drukowanych w "Głosie" i w "Przeglądzie Tygodniowym", po ukończeniu w grudniu tegoż roku "Adeptki" - rośnie w nim świadomość talentu, wola zajęcia pozycji w literaturze. Aleksander Świętochowski zaprotegował go do "Myśli" krakowskiej i "Dziennika Lwowskiego", które chętnie drukują jego utwory.

W listopadzie 1892 roku pisze z Krosnowej do brata Franciszka jakże znamienne dla zrozumienia jego twórczości wyznanie:

"... jeżeli czasem, w dniach zdenerwowania lub chwilach nudy bezbrzeżnej - przeklinam ten dwuletni tutaj pobyt - to znów w chwilach normalnego poznawania i pełni świadomości - a tych jest więcej - błogosławię niejako..."(List do brata Franciszka z 7 listopada 1892. Biblioteka Narodowa.).

Zapamiętajmy to wyznanie, utarło się bowiem przekonanie, że Reymont chwytał się różnych zawodów, jako celu samego w sobie. Tak nigdy nie było, z wyjątkiem może aktorstwa (List do brata Franciszka z 14 lutego 1890. Biblioteka Narodowa. Donosi w nim, że raz jeszcze zaangażował się do Towarzystwa Dramatycznego w Piotrkowie, lecz już po kilku dniach "dawny zapał ku sztuce ulotnił się bezpowrotnie..."). Reymont z żadnym z późniejszych zawodów (wykonywał tylko dwa: aktorstwo i pracę na kolei) nie wiązał nadziei na własną przyszłość. Traktował je raczej jako doraźne zajęcia, obojętnie jakie, których celem było nie zaspokojenie życiowych ambicji młodego człowieka, lecz wyłącznie zdobycie środków egzystencji niezbędnych do niezależnego, choć głodowego bytowania. I choć w Wolbórce czekał go dostatek, wyrzekł się go dla swobody myślenia, dla świata wyobraźni, bez którego już nie widział życia.

Im zajęcie było prostsze, mniej absorbujące, tym więcej dawało mu czasu na to intensywne życie wewnętrzne, które niczym innym nie było, jak kształtowaniem się jego osobowości twórczej.

Jak to z czasem określił w liście do siostry Kasi z 1899 roku, on musiał "zakopać się" w jakiejś zapadłej wiosce, aby móc pisać.

Swoje ówczesne bytowanie tak charakteryzuje: "... tymczasem żyję jak anachoreta, bez towarzystwa żadnego, bez przyjemności, surowo i ostro,  i wstrzemięźliwie. Muszą mi wystarczyć chłopi, pomiędzy którymi żyję, pensja, jaką mi płacą i cel, do którego dążę".

Dlatego właśnie wysoko cenił lata spędzone w Krosnowej, gdzie powstała "cała seria szkiców", gdzie dojrzał jego talent pisarski.

Stąd wysyła swoje prace do "Głosu", do "Przeglądu Tygodniowego", do "Kraju", wreszcie do "Myśli" krakowskiej i "Dziennika Lwowskiego", stąd robi wypady do Warszawy, by spotkać się ze "Świętochowskim i innymi", by załatwić perypetie z cenzorem, z redakcjami, pobrać zaliczki, a przy okazji poflirtować.

W związku z pracami swymi zwierza się bratu Franciszkowi: "Wierz mi, że czekam na ich ukazanie się w druku z większym utęsknieniem, niż wierni na zbawienie wieczne".

W roku 1893 wraca do Warszawy - jest już nad wiek dojrzały.

W roku 1894 drukuje w "Tygodniku Ilustrowanym" "Pielgrzymkę do Jasnej Góry" - wielki sukces.

W ogóle ten rok 1893 to data przełomowa, odtąd z każdym rokiem będzie rosła jego zawrotna kariera literacka, każdy następny rok będzie nowym szczeblem do sławy.

W lipcu 1894 roku wyjeżdża z dr Józefem Drzewieckim przez Berlin, Kolonię, Ostendę do Londynu na kongres teozofów. Sądzę jednak, że ten kongres dla Reymonta był tylko pretekstem do wyrwania się w świat.

Z podróży pisuje reportaże do "Kuriera Codziennego". W drodze powrotnej zatrzymuje się w Paryżu, gdzie nawiązuje pierwsze kontakty z tamtejszym środowiskiem literackim.

W następnym 1895 roku wraz z rodziną Jakimowiczów wyjeżdża do Włoch. W tym czasie w redakcji Głosu poznaje swą przyszłą żonę, Aurelię z Szacsznajdrów [1] Szabłowską.

Już w 1896 roku jest z powrotem w Paryżu, pisze bez przerwy. W roku 1896 ukazuje się "Komediantka". W kwietniu miesięczny wypad do Londynu. W 1897 - "Fermenty", a już w następnym "Ziemia obiecana". Cytuję te daty jako szczególnie wymowne dla wykazania dynamiki pisarskiej autora "Chłopów".

Tu dodać należy, że pobyt Reymonta w 1897 roku w Quarville u doktorowstwa Cierszyńskich był, jak to sam określił, jego "treningiem intelektualnym". Czytał, pisał, myślał, by we właściwej chwili przejść do ofensywy i zająć w literaturze miejsce, które chciał zdobyć. Już wówczas kształtuje swoje losy wedle swojej woli. (List do brata Franciszka z 1897. Biblioteka Narodowa).

Z czego się utrzymuje w tym czasie? Sądzę, że głównie z pracy pisarskiej i reporterskiej, ale i z domu coś tam listonosz przyniósł, a to od brata Franciszka, a to od siostry Kasi Jakimowiczowej, którzy doceniając talent "kochanego Stasia" zawsze o nim pamiętali. Przychodzi wreszcie rok 1900, obfity w wydarzenia, a tak pełen nerwowego napięcia. Katastrofa kolejowa, dwa procesy w toku przedłużające się w nieskończoność, a od ich wyniku zależy przecież jego przyszłość, jego małżeństwo.

Jeden z Dyrekcją Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej o odszkodowanie za utratę zdrowia i drugi, konsystorski - o unieważnienie małżeństwa jego narzeczonej.

Rozdział II

Aurelia Szacsznajder [1], siostra moja cioteczna, wyszła pierwszy raz za mąż w roku 1893, mając lat 22, za Teodora Szabłowskiego, literata, redaktora "Niwy" i "Głosu". Po paru latach rozeszła się z nim dla Reymonta, którego poznała i spotykała w redakcji przy ulicy Widok.

Był to, dla niej, niezmiernie interesujący młody człowiek. Niedawno powrócił z wojażu zagranicznego do Londynu i Paryża, był również w Rzymie. Właśnie w numerze 4 "Niwy" za rok 1895 ukazały się jego "Noty z podróży". Dał się poznać jako literat, przysporzyła mu niemałej sławy drukowana w 1894 roku w "Tygodniku Ilustrowanym" "Pielgrzymka do Jasnej Góry" oraz szereg nowel z życia wsi. Co jednak najbardziej fascynowało Aurelię, to jego "kariera" sceniczna, o której tak interesująco opowiadał i która dała mu wątek aż do dwóch powieści. Mieszkał często w Paryżu.

Aurelia, albo Niuta, jak ją nazywali rodzice, była bardzo przystojną blondynką, nadzwyczaj zgrabną i elegancką, lecz przede wszystkim doskonale wychowaną. Znała szereg języków obcych, tłumaczyła z angielskiego drobne utwory, drukowane następnie w warszawskim tygodniku "Świat", miała zdolności rysunkowe, była muzykalna.

Małżeństwo jej z Szabłowskim okazało się związkiem niedobranym, po kilku latach pożycia wystąpiła o separację, którą uzyskała w Sądzie Arcybiskupim Warszawskim.

Postanowili z Reymontem pobrać się, ale separacja nie uprawniała jeszcze do wstąpienia w ponowny związek małżeński, zaś sprawa unieważnienia jej małżeństwa była w owych latach trudnością nie lada, bowiem w ostatniej instancji decydowała Rota Rzymska /Dopiero konkordat zawarty z Polską po pierwszej wojnie światowej w 1925 roku dał Sądowi Metropolitalnemu Warszawskiemu prawo ostatecznej decyzji/. Było to postępowanie niezmiernie skomplikowane i bardzo kosztowne, wymagające nieraz kilkakrotnego wyjazdu adwokata do Rzymu.

Pełnomocnikiem Aureli był adwokat Wincenty Biskupski, natomiast wielce pomocnym w pokonywaniu kanonicznych impedimentów, był ksiądz Jaworski, rektor kościoła św. Anny na Krakowskim Przedmieściu.

Kosztowało to wujostwa mnóstwo pieniędzy, a biedna ciocia namęczyła się nad proszonymi obiadami dla różnych prałatów, z których jeden pijał tylko angielski porter, zaś dla drugiego trzeba było zdobywać (w handlu Lijewskiego) pasztety strassburskie w kamionkach, czy też inne frykasy. Fakt, że węzeł małżeński jej córki został zgodnie z katolickim sumieniem cioci - rozwiązany. Po półtorarocznym procesie przyszła pani Reymontowa uzyskała w Rzymie unieważnienie jej małżeństwa z Szabłowskim.

Szabłowski zachował dla siebie posiadłość nabytą w Grodzisku Mazowieckim.

8 lipca 1902 roku depeszował ks. Jaworski o pomyślnym wyroku Roty Rzymskiej, zaś w środę, 9 lipca nadeszły z Kurii do Krakowa, gdzie w tym czasie Reymont mieszkał, dokumenty unieważnienia małżeństwa Aurelii. Już w niedzielę 13 lipca wyszły za indultem zapowiedzi i jednocześnie rozesłane zastały zaproszenia do rodziny i przyjaciół. Ślub Reymontów odbył się w Krakowie 15 lipca 1902 roku, we wtorek, o godzinie 13, w kościele Karmelitów na Piasku, miejscowy proboszcz był dobrym znajomym Reymonta z Warszawy, z rodziny przyjechali: ojciec pisarza, Jakimowiczowie z córką Zosią, wujostwo Szacsznajder [1] /z synem Leonem oraz moi rodzice. Goście zatrzymali się bodaj w Hotelu Polskim.

(...) Aby zrozumieć skąd literacka kieszeń Reymonta czerpała środki na te ekspasy, musimy cofnąć się do roku 1900, kiedy to ta kieszeń otrzymała potężny zastrzyk gotówki. A stało się to w następstwie katastrofy kolejowej, której ofiarą padł Reymont.

Przebieg tych wydarzeń, rzutujących na dalsze losy pisarza, był następujący. 13 lipca 1900 roku Reymont wyjechał z Warszawy pociągiem osobowym nr 17 zdążającym do Skierniewic. Razem z nim w przedziale II klasy jechał redaktor naczelny "Gazety Polskiej", Jan Gadomski, z siostrą panną Teofilą Gadomską, współpracowniczką tejże gazety. Około godziny 12, kiedy pociąg warszawski znajdował się na 7 wiorście, w pobliżu przedmieść Czyste-Włochy, na skutek wadliwego działania aparatu centralizacji zwrotnic, pociąg ten wjechał na niewłaściwy tor i nastąpiło zderzenie z pociągiem nr 74 idącym ze Skierniewic. W następstwie tego zderzenia 5 wagonów warszawskiego pociągu uległo całkowitemu zgruchotaniu, podobnie jak 3 wagony pociągu skierniewickiego. 5 osób zostało zabitych, 17 ciężko rannych.

Sprawozdawca "Gazety Polskiej" w tych słowach relacjonował katastrofę: "...obaj panowie podrzuceni zostali w górę tak silnie, że wyrzuciło ich ponad zdruzgotany dach wagonu, przy tym pan Gadomski spadł z dość wysokiego w tym miejscu nasypu do rowu, pan Reymont odurzony na chwilę podrzuceniem i ogłuszony walącymi się nań szczątkami wagonu nie stracił przytomności. W jego oczach skonała nasza koleżanka, z którą jeszcze wczoraj spędziliśmy czas przy pracy...". "Panna Gadomska zginęła ściśnięta w okropny sposób pomiędzy odłamkami zgniecionego wagonu. Ratunek, który redaktor po dojściu do przytomności i p. Reymont sam ciężko zniemożony, dać jej usiłował, był już niestety spóźniony".

(...)Po kilku dniach wzmianka prasowa dotycząca Reymonta brzmiała uspokajająco:

"Znany powieściopisarz p. Władysław Reymont odwieziony został przez pogotowie do szpitala św. Ducha. Stan zdrowia jest względnie pomyślny, gorączka nie wzmaga się, potłuczenie, jak się okazało, nie grozi niebezpieczniejszymi komplikacjami, stłuczenie prawej ręki jest silne i wymagać będzie dłuższej kuracji." (Gazeta Polska"). Relacja niezupełnie ścisła, bowiem sam Reymont mówił wówczas o złamanych żebrach, o odniesionych obrażeniach głowy i nogi.

(...) protokoły zebrane w rękach prokuratora Dotopczowa, jak i wyniki badań komisji powołane z łona Wydziału Technicznego Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej pod przewodnictwem inż. Wysockiego potwierdziły wadliwe działanie aparatu centralizacji zwrotnic, odebranego 10 dni temu komisyjnie z naprawy i zainstalowanego "tytułem próby".

Powyższe ustalenia potwierdziły winę kolei i dały podstawę prawną poszkodowanym do wystąpienia przeciwko kolei o odszkodowanie.

Obrażenia odniesione przez Reymonta nie miały charakteru poważnego, tym niemniej już samo przeżycie katastrofy odbiło się nader silnie na systemie nerwowym pisarza. Była to prawdopodobnie nerwica pourazowa, niegroźna co prawda dla życia, ale nader trudna w leczeniu.

Adwokat Hirszband, po piórze Cezary Jellenta, okazał się nader zręcznym procesowiczem, w lot zorientował się w sytuacji.

Sam proces z koleją nie przedstawiał ryzyka, wina kolei w spowodowaniu wypadku była niewątpliwa, urzędowo stwierdzona, w grę wchodziła jedynie wysokość odszkodowania.

Hirszband wystąpił w imieniu Reymonta z powództwem o znaczną rentę dożywotnią, motywując to utratą zdolności przez poszkodowanego do dalszej pracy pisarskiej. Za jego to radą i wskazówką Reymont udał się do Krakowa, gdzie poddał się kuracji w lecznicy doktora Gwiazdomorskiego, zaś jesienią 1900 roku wyjechał w towarzystwie poety Antoniego Langego na kurację do Włoch. Leczył się początkowo w Wenecji, skąd 14 X 1900 udał się na dalszą kurację do Wiednia, do kliniki doktora Richarda von Krafft Ebinga, sławnego specjalisty chorób nerwowych, wszystko to oczywiście za poradą Hirszbanda. Chodziło przede wszystkim o uzyskanie od znakomitego neurologa zaświadczenia o rodzaju i skutkach choroby, będącej następstwem przebytej przez pisarza katastrofy. Póki co Hirszband pertraktował z Dyrekcją Kolei, która orientując się w niepomyślnych dla niej szansach procesu sądowego, skłonna była załatwić sprawę ugodowo, wypłacając zamiast długoletniej renty jednorazowe odszkodowanie. Chodziło już tylko o wysokość. Hirszband wyszedł od sumy 50 tysięcy rubli. Chcąc wzmocnić swą pozycję, załączył zaświadczenie von Krafft Ebinga.

W tym czasie Reymont nadal leczył się w Berlinie u niemniej sławnego Emanuela Mendla.

Dyrekcja kolei pokrywała zaliczkowo koszty kuracji Reymonta, przy czym pieniądze na te zagraniczne "wojaże" wydobywał od Kolei i przekazywał Reymontowi brat jego narzeczonej, Wincenty Szacsznajder [1], co wcale nie szło tak łatwo. W liście z Wenecji z 14 X 1900 r. Reymont pisał do niego: "Za parę dni jadę do Wiednia. Za pieniądze serdecznie dziękuję, serdecznie i przepraszam, boście kłopot mieli duży", zaś w następnym liście pisał: "...z całej duszy dziękuje za tę prawdziwie przyjacielską przysługę, jaką mi Pan wyświadczył w Wenecji zajmując się wydobyciem i przesłaniem pieniędzy. Raz jeszcze z całego serca dziękuję".

Ówczesne zdrowie Reymonta pozostawiało wiele do życzenia. Poza odniesionymi w katastrofie obrażeniami ciała, które się wygoiły, pozostał wstrząs nerwowy, trudny do opanowania. Reymont leczył się intensywnie, bez większego jednak wyniku. Zbyt wiele trosk dręczyło go jednocześnie.

W listach do siostry uskarża się na "nieskończone czekanie" na wynik obu procesów. I choć Hirszband obiecywał zakończenie pertraktacji z Koleją w niedługim czasie, zaś ksiądz rektor Jaworski zapowiadał pomyślną decyzję Rzymu - końca nie było widać.

W tym czasie Reymont już nie panuje nad nerwami. Nie znosi, jak pisze, "większego towarzystwa, żadnych głosów ani gwarów", muzyka każda doprowadza go do "omdleń i spazmatycznych płaczów". /W tych latach widocznie nie rozróżniano psychiatrii od neurologii, nic więc dziwnego, że brak sensownego rozpoznania. Jak tu symulować coś czego się nie zna i nie rozumie. A wielomiesięczne poddawanie się tym "konowałom" z dala od domu i granie psychicznie chorego, wywoływało oczywiście zniecierpliwienie. Stawka była życiowo największa, prawie nierealna, a jednocześnie tak bliska. Czekanie na te dwa wyroki było samo w sobie cierpieniem. Później, po usłyszeniu wyroku, był "wybuch" talentu literackiego, i wielka aktywność życiowa. Ale poczytajmy dalej, jak opisuje to Stefan Talikowski. przyp. red/.

Leczy się za granicą u różnych specjalistów, sławnych neurologów. Wreszcie autorytet wiedeńskiego lekarza zadecydował o wyniku pertraktacji /raczej wielkość rachunków płaconych bez końca "zaliczkowo". Reymont się niecierpliwił, ale Kolej płaciła horrendalne rachunki nie słysząc żadnego pocieszenia, że następuje choćby poprawa stanu zdrowia. Hirszband wygrał, bo Kolej nie miała nadziei na koniec roszczeń. przyp. red./

Dyrekcja skapitulowała, przyznając Reymontowi jednorazowe odszkodowanie w wysokości 38 tysięcy pięćset rubli - wypłata nastąpiła w początkach roku 1901.

Niezwłocznie wyjeżdża do Amalfi koło Sorento, gdzie opiekuje się nim troskliwie narzeczona /autor daje nam do zrozumienia, że dalszy ciąg kuracji, bez neurologów, nie należy nazywać pożyciem przedmałżeńskim ani tym podobnymi epitetami. przyp. red./ Wraca do kraju z nieznaczną poprawą zdrowia /"a jak?" czas kończyć z tymi "dolegliwościami" - przyp. red./.

Jesienią siedzi przez miesiąc w Wiśle, aby swobodnie "nakropić" nowel, powieści itd., które następnie drukuje przeważnie w "Głosie" albo w "Kurierze Codziennym", gdy zaś cenzor jest zbyt kąśliwy, wysyła do pism krakowskich albo lwowskich, które niezawodnie wydrukują /miesiąc na "nakropienie" nowel i powieści. To nawet mało na przygotowanie do druku wcześniej napisanych rękopisów, w okresie "utraty zdolności przez poszkodowanego do dalszej pracy pisarskiej" przyp. red./. W tym okresie przebywa albo w Krakowie, albo w Zakopanem. 19 grudnia 1901 roku pisze z Krakowa do siostry Jakimowiczowej: "...ja już z takim upragnieniem czekam końca sprawy z taką niecierpliwością, że to trudno opowiedzieć, bo w tej chwili byśmy wyjechali do Paryża".

I jeszcze część rozdziału III-go o sprawach męsko-damskich.

Reymont, nie licząc miłostek wieku młodzieńczego, miał kilka przeżyć o dużym zaangażowaniu uczuciowym.

Będąc z natury mężczyzną pełnym życiowej energii, temperamentu, łatwo nawiązywał intymne kontakty z kobietami. wydaje się, że były one nader liczne, zaplątał się bowiem w jakieś "jedne głupsze od drugich hece z kobietami", jak to określił w korespondencji z bratem Franciszkiem, które zmusiły go do ucieczki z Warszawy. Wyjechał wtedy do Paryża.

Ta predyspozycja do zakochiwania się sprawiała, że będąc narzeczonym jednej, zwracał nagle swe uczucia do drugiej. Powodowało to konflikty, zerwania i zwrot przez narzeczoną upominków. Jak świadczy zachowana korespondencja, uczucia Reymonta podniecała egzaltacja literacka, w jaką ubierał swe wyznania miłosne.

W roku 1888, jako bardzo skromny pracownik kolejowy, zakochał się w młodej żonie naczelnika stacji. Romans z piękną panią Stefanią trwał dwa lata, owocem jego był synek zmarły w małoletności.

W następnych latach przewijają się w życiu pisarza postacie kobiece darzone przezeń zainteresowaniem, uczuciem, względnie planami na małżeństwo. Więc panna Helena Chylińska, panna Antonina Szczygielska, panna O. S.

W 1896 roku Reymont doszedł do wniosku, że za wcześnie mu na małżeństwo, na razie celem jego jest literatura, której chce poświęcić wszystkie swe siły. O tym swoim postanowieniu pisał do brata 15 kwietnia 1896 roku, a już w dwa tygodnie później zaręczył się z Aurelią z Szacsznajdrów [1] Szabłowską, którą poślubił w 1902 roku.

Zdawało by się, że z tą chwilą skończyły się raz na zawsze jego romanse, tymczasem zaledwie w kilka lat po ślubie z Aurelią zakochuje się w mężatce p. Wandzie Toczyłowskiej, z którą przez szereg lat "śnił swój własny sen o życiu" /Barbara Kocówna; Reymont,Warszawa 1971, s. 190-195/

Czy Aurelia Reymontowa wiedziała o stosunku łączącym jej męża z Wandą Toczłowską? Sądzę, że mimo dyskrecji, jaką Reymant otaczał swoje kontakty z Toczyłowską - wiedziała.

Zbyt długo to trwało i zbyt wiele osób było siłą rzeczy w te kontakty wtajemniczonych. Korespondowali ze sobą, pisarz znał jej męża i bywał w ich domu.

Więc Aurelia wiedziała o tym stosunku, jednak, czy to przez ambicję, która nie pozwalała jej wystąpić w roli rywalki, czy też w przeświadczeniu, że natura pisarska Reymonta potrzebuje tego wyżywania się w roli zakochanego, zachowywała spokój i, niewątpliwie bolesną dla niej, milczącą tolerancję.

Natomiast Reymont w stosunku do żony pozostał nadal troskliwym i pełnym szacunku mężem. Nic mu nie można było zarzucić, dla otoczenia byli zawsze wzorowym małżeństwem.

W tym miejscu przerwę cytat z "Reymont w kręgu rodzinnym" Stefana Talikowskiego. A jak widziano w innych kręgach początki kariery i pochodzenie? Przytoczę teraz wycinki prasowe /okres komuny/ ze zbiorów pani Ewy Rejment z Łowicza:

Władysław Reymont urodził się w 1867 r. w zdeklasowanej rodzinie szlacheckiej /dalekie od prawdy - przyp red/ we wsi Kobiele Wielkie. Ojcem pisarza był wiejski organista, a matką zubożała szlachcianka. Rodzice wysłali go do Warszawy, by terminował na krawca. W 1884 r. otrzymał tytuł czeladnika i na tym ukończył zdobywanie wykształcenia /pominięcie wielu faktów w celu pełnego uzasadnienia terminu "samouk"/ W rzeczywistości zaś (...) już w piątym roku życia nauczył się czytać, jako sześcioletni (...) czyta po kryjomu "Lillę Wenedę" Słowackiego (...). W siódmym roku życia zapoznaje się z "Robinsonem Cruzoe" i sięga po powieści Waltera Scotta. w/g Celiny Jaworskiej-Maćkowiak - Noblista z Wolbórki. No i jak z tym "samoukiem"? - przyp red./. Powrócił do domu. lecz w krótkim czasie wybrał życie wędrownego aktora w objazdowej trupie teatralnej pod pseudonimem Urbański. Następnie przez kilka miesięcy przebywał w nowicjacie u o. paulinów w Częstochowie /brak potwierdzenia tej wersji, choć w Częstochowie był, nawet z 1893 roku zachował się list do o. Rejmana w klasztorze jasnogórskim z prośbą o informację na temat przyjęcia do nowicjatu oraz pierwsza korespondencja do "Głosu" opatrzona pseudonimem "Księżak" w/g Celiny Jaworskiej-Maćkowiak Noblista z Wolbórki .przyp red./ ale przed złożeniem ślubów zakonnych opuścił klasztor. /A jak to widzi Stefan Talikowski? przytaczam tu cytat z "Reymont w kręgu rodzinnym":

Jeszcze inną fantastyczną historią w biografii Reymonta, powtarzaną w różnych wersjach jest sprawa jego rzekomego nowicjatu u oo Paulinów na Jasnej Górze.

Reymont zdawał sobie sprawę, że brak kwalifikacji, cenzusu, uniemożliwia mu awanse na kolei, gdzie ostatnio przyjmowano do biur już tylko kandydatów po szkole technicznej.

W 1890 roku, w okresie depresji duchowej wywołanej śmiercią matki, szeregiem niepowodzeń i zawodów życiowych, Reymont w swych rozważaniach nad przyszłością zamyślał zostać księdzem.

Przyjęcie do seminarium wymagało wówczas świadectwa z ukończenia co najmniej czterech klas gimnazjum. Reymont decydował się zdać ten egzamin, jednakże okres przygotowania do egzaminu, paromiesięczny, wymagałby według jego wyliczeń posiadania kilkuset rubli na przeżycie.

Tak znacznej sumy nie mógł zdobyć. Należała mu się co prawda scheda po matce, ale wobec apodyktycznego ojca nie próbował nawet wysuwać tych żądań, szukał pośrednictwa rodzeństwa /List do brata Franciszka z 10 października 1890. Biblioteka Narodowa/. Natomiast przyjęcie do nowicjatu nie wymagało cenzusu, było mniej rygorystyczne.

W lutym 1893 roku Reymont, który w tym czasie pracował na kolei w Rogowie, zwrócił się listownie do znanego mu uprzednio przeora oo Paulinów ks. Euzebiusza Rejmana z prośbą o poinformowanie "w jaki sposób można być przyjętym do nowicjatu na Jasnej Górze". Wypowiadał swe uznanie dla życia zakonnego, powodowany - jak pisze - "potrzebą wprost organiczną serca rozważaną w całej swej doniosłości długo i wszechstronnie".

Kończył zwrotem patetycznym: "Cel za wielki, za ważny, aby do niego nie przystępować ze skupieniem". Odpowiedzi na ten list nie było. Po miesiącu, 10 marca 1893 roku wysłał drugi list, podobnej treści.

Trudno te listy nazwać "korespondencją" z przeorem, raczej była to przysłowiowa rozmowa dziada z obrazem, bo na obydwa listy przeor w ogóle nie odpowiedział.

Tymczasem "organiczna potrzeba serca" Reymonta poczęła jakoś szybko wygasać. Już w dwa miesiące potem, w początku maja 1893 jest w Warszawie, gdzie owo rzekome powołanie do życia zakonnego całkowicie wywietrzało mu z głowy.

Odwiedza redakcje szeregu pism, gdzie drukują się jego prace, odbiera w "Głosie" honorarium za Śmierć, załatwia sprawy u cenzora. Przede wszystkim jednak flirtuje, kocha się, a nawet nosi z myślą małżeństwa z panną O, bywa w domu jej rodziców w Warszawie /List do brata Franciszka (1893), w którym Reymont dokładnie relacjonuje mu swoje ówczesne przeżycia w Warszawie. Biblioteka Narodowa./ Fakty te świadczą, że listy pisane do przeora Rejmana miały cel wyłącznie informacyjny, zaś opisane w nich "duchowe stany" autora były jedynie literackim wcieleniem w istotę całej tej "korespondencji". Reymont po prostu "grał" rolę kandydata do stanu duchownego, mało powiedzieć grał, zgrywał się opisując tragizm swego położenia.

Wydaje się, że ksiądz Rejman rozszyfrował prawidłowo tę pisaninę, nie uznał bowiem za stosowne odpowiedzieć. Już w następnym roku Reymont jest w Paryżu, skąd przesyła ks. Rejmanowi lakoniczne życzenia noworoczne na bilecie wizytowym drukowanym po francusku "Ladislas St. Reymont 12 rue Rollin, Paris" /Opublikował z archiwum klasztornego w Częstochowie Józef Mikołajtis. "Rocznik Towarzystwa Literackiego im. A. Mickiewicza" Warszawa 1967, s. 63-69./

Jest w tym jakaś fanfaronada 27-letniego Reymonta. Po ukazaniu się w 1894 roku fascynującej Pielgrzymki do Jasnej Góry oo Paulini uznali ten utwór za rzecz tak piękną, że poczuwając się do wdzięczności wobec autora, zaofiarowali mu możność nieograniczonego korzystania z gościny w klasztorze, z której Reymont rzeczywiście chętnie korzystał. W tym zacisznym azylu dobrze mu się pisało.

Oto z tych drobnych faktów zrodziła się legenda o rzekomym nowicjacie Reymonta, której on sam zresztą nie tylko nie prostował, lecz wręcz uznał za nader atrakcyjny szczegół swego życiorysu. Świadczy o tym autobiografia Reymonta pisana w 1919 roku.

Należy również podkreślić, że w rejestr nowicjuszy klasztornych nazwisko Reymonta czy też Rejmenta nie zostało nigdy wpisane.

Ustalił to około 1926 roku na prośbę Adama Grzmały-Siedleckiego ówczesny przeor oo Paulinów ks. Markiewicz.

Tak więc z biografii Reymonta należy raz na zawsze skreślić uporczywie powtarzaną historyjkę, jakoby Reymont był "mnichem", bo i tak o nim pisano - bądź też, że odbywał nowicjat w klasztorze jasnogórskim.

To tyle przydługiego cytatu z pracy Talikowskiego i wracamy do artykułu prasowego.

Potem uczestniczył jako medium w zagranicznej wyprawie niemieckiego spirytysty Puszowa. Ostatecznie zatrudnił się jako pomocnik dróżnika linii Warszawsko-Wiedeńskiej, pracując najczęściej na odcinku Koluszki-Skierniewice we wsi przy stacji kolejowej Krosnowa, niedaleko wioski Lipce (nazywającej się dzisiaj Lipce Reymontowskie). Wtedy rozpoczął przygodę z pisarstwem.

czytaj dalej (cz. 2)



przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku