Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2010-08-29 09:35:24
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Rozdział V

Lovrana

Lato 1914 roku spędziliśmy nad Adriatykiem w Lovranie, koło Abbazji. Razem z nami pojechała, zaproszona przez moich rodziców nasza stryjeczna siostra Mila, która właśnie zdała maturę. Z Warszawy wyjechaliśmy pod koniec czerwca 1914 r.

W Wiedniu zatrzymaliśmy się na dwa dni w hotelu Erzherzog Karl, na Kärthnerstr, w dwóch pokojach. W jednym spała matka i ja, w drugim dziewczynki oraz nasz siostrzeniec - Julek, wówczas kilkuletni chłopczyk, z którym moje siostry nie chciały się ani na chwilę rozstać. Doskonały hotel, z tradycją, która obowiązuje. Taką obsługę, jak tam, trudno dzisiaj spotkać. Przytoczę taki obrazek: śniadanie jadaliśmy w pokoju matki. Wyfraczony kelner nakrywał do stołu. Stawiając dzbanek z kawą, kapnął kropelkę na serwetkę leżącą obok nakrycia. Natychmiast ją zmiął i położył na jej miejsce czystą. Drobiazg? - Niewątpliwie, ale nie wszędzie się to zdarza.

W ciągu dwóch dni pracowicie zwiedzaliśmy Wiedeń: muzea, kościoły, pałac Schőnbrunn, Prater, wreszcie Burg włącznie z Schatzkammer /skarbiec/, gdzie klejnoty posagowe naszych Jagiellonek, napawały nas dumą i żalem. Ówczesny Wiedeń był piękny w słońcu i beztrosce. Tyrolskie dziewczęta w białych czapeczkach i bufiastych sukienkach sprzedawały na noszonych przed sobą na szelkach drewnianych tacach czereśnie olbrzymki. Na Ringach ruch samochodów był wtedy jeszcze niewielki, ale za to pięknych powozów i zaprzęgów bez liku. Nic nie zapowiadało rychłych zmian. W Burgu mieszkał Cesarz, jak zawsze zmieniała się przed pałacem warta i jak zawsze, w oknie pokoju Cesarza do późnych godzin nocnych widać było światło.

28 czerwca, po załatwieniu szeregu sprawunków /nie pomijając i słynną Mariahilfstrasse/ ruszyliśmy w dalszą drogę przez Semering do Abbazji, a stamtąd do Lovrany.

W Lovranie, zamieszkaliśmy w nowo wybudowanym nad brzegiem morza hotelu "Excelsior" - "de grande luxe", z własną plażą, kortami tenisowymi, tarasami, palmami itd. Przyjechaliśmy późnym wieczorem, zmęczeni i wprost do łóżek.

Rankiem 29 czerwca, mogła być 7-ma, obudziło nas gwałtowne stukanie do drzwi. To recepcja, usprawiedliwiając się, prosiła o dokumenty, bowiem otrzymali rozkaz policji, aby skontrolować paszporty wszystkich przyjezdnych. Okazało się, że ubiegłego dnia został zamordowany w Sarajewie arcyksiążę Ferdynand, my zaś przyjechaliśmy z Rosji /!/.

Ten dzwonek alarmowy, wcześnie postawił nas tego ranka na nogi. Nie zdawaliśmy sobie sprawy z doniosłości tego wydarzenia i następstw. Życie w hotelu potoczyło się normalnym trybem. Gości sezonowych zjazd ogromny, wszystkie pokoje zajęte. Pogoda wymarzona, upały do 42o, ale zdarzały się i burze z tak porywistym wiatrem, że ptakom wyłamywał skrzydła i rzucał w morze.

Korzystaliśmy z bezpiecznej kąpieli i plaży, inaczej niż w Abbazji, gdzie założono stalową ochronną siatkę paręset metrów od brzegu, gdyż stada rekinów, wędrując za transatlantykami przybijającymi do pobliskiego portu Fiume, przy okazji straszyły kąpiących się, a nawet jednego skubnęły.

Robiliśmy wycieczki wzdłuż wybrzeża Istrii w stronę Wenecji, wzdłuż malowniczych zboczy o kolorze terrakoty, zwiedzaliśmy stare kościółki chorwackie, po których psy bezkarnie biegały, zaś w Crkvenicy sam widziałem, jak chłopi załatwiali się wprost na mur kościelny. To znów w stronę Abbazji, spacerkiem, albo do samej Abbazji fiakrem na lody z kremem i żeby się napatrzeć na piękne pałacyki i wille, rozrzucone wzdłuż Adriatyku.

Kuchnia w hotelu była znakomita, jej szef codziennie raczył nas jakimiś wymyślnymi daniami, używaliśmy na langustach, plastugach i innych morskich frykasach. Objadaliśmy się południowymi owocami prosto z krzewów jak mandarynki czy figi. Mieliśmy stolik na ogólnej sali, przy oknie z widokiem na morze, tylko śniadania jadaliśmy w pokojach. Z okna pokoju matki był widok na zatokę. W nocy światła latarni morskiej w Fiume-Polo [1] przesuwały się migotliwie po firankach i ścianach pokoju.

W hotelu, poznaliśmy młode towarzystwo, Niemców i Węgrów, z którymi porozumiewaliśmy się po francusku, grywaliśmy w tenisa na kortach hotelowych. Ten beztroski żywot trwał przez cały lipiec. Ojciec miał przyjechać do nas w końcu lipca i pozostać do września. Gazet nie czytaliśmy, radio nie było jeszcze wówczas znane.

Pod koniec lipca, dał się jednak odczuć pewien niepokój. Goście hotelowi po trochu zaczęli wyjeżdżać. W Excelsiorze mieszkał lekarz armii austriackiej, pułkownik dr Otto Jäger, który zaprzyjaźnił się z nami. Kiedy otrzymał rozkaz mobilizacyjny, dyskretnie ostrzegł matkę i radził wracać do domu: "jest pani z dziećmi, mówił, nie należy ryzykować, nie wiadomo jak później będzie z komunikacją".

Po tym ostrzeżeniu pierwszą rzeczą, o jakiej pomyślała matka to pieniądze. Ojciec wyrobił nam akredytywę w Oddziale Źivnostenska Banka [2] w Abbazji do wysokości 3 000 koron. Pojechaliśmy z matką, aby się zaopatrzyć w gotówkę, tymczasem oświadczono nam, że wypłaty zostały ograniczone i mogą nam wypłacić tylko 500 koron. Matka żądała całej akredytywy. Poszliśmy do dyrektora, powołaliśmy się na stanowisko ojca w banku w Warszawie, jego podpis na piśmie akredytującym do Źivnostenska Banka. Po pewnych wahaniach dyrektora - matka dopięła swego, otrzymaliśmy całe 3 000 koron.

Teraz dopiero, po zaciszu Lovrany, zorientowaliśmy się, że jest źle, powszechnie mówiono o mobilizacji, ludność Abbazji robiła zakupy, panował nastrój ogólnego podniecenia.

Szybko spakowaliśmy się i tegoż dnia wyjechaliśmy końmi, fiakrem przez Abbazję do Fiume. Kufry odeszły wcześniej, bryczką hotelową. Piękna była ta droga nadmorska do Fiume. Jechaliśmy landem [3] w słońcu, wśród ciszy zielonych gajów, nie zdając sobie sprawy z powagi sytuacji. Dziewczynki rozbawione, pobudzały się nawzajem do śmiechu.

Po przybyciu do Fiume, załatwieniu biletów i nadaniu bagażu, ogarnął nas niepokój. Okazało się, że nie będzie bezpośredniego pociągu do Wiednia, że trzeba się przesiadać w St. Peter. I tu zaczęła się historia.

Cały dworzec w St. Peter zalany wojskiem. Zmobilizowani żołnierze pijani, darli się w niebogłosy, wyśpiewując rzekomo wojskowe piosenki. Oficerów na lekarstwo, dyscyplina wyraźnie rozluźniona. Okazało się, że St. Peter była węzłowym punktem dyspozycyjnym, dla zmobilizowanych roczników. Całe te masy wojska oczekiwały na swoje eszelony.

Co tu robić, pociągu jeszcze nie ma. Usiedliśmy na ławce na peronie: trzy panny, dziecko, matka i ja, obstawieni ręcznym bagażem. Matka przerażona, co chwila mówiła do mnie: "Stefan, zasłoń dziewczynki". Zadanie, aczkolwiek zaszczytne, było niewykonalne dla szczupłego młodzieńca, jakim wówczas byłem. Wreszcie przyszedł nasz bagażowy i po cichu powiedział, żebyśmy za nim poszli. Chwycił nasze walizki i poprowadził nas na jakieś dalekie, boczne tory. Zobaczyliśmy pociąg z tablicami do Wiednia. Otworzył drzwi pustego wagonu i kazał prędko wsiadać. My, jak my, ale matka przy swojej tuszy i bez peronu nie mogła absolutnie dosięgnąć nogą stopnia wagonu. Postawiliśmy więc kilka walizek, mniejszą na większej i po tak zaimprowizowanych schodkach znaleźliśmy się wreszcie w komplecie, w przedziale, zapuściliśmy firanki, zamknęliśmy drzwi i cichutko czekali. Po pół godzinie, pociąg wtoczył się na dworzec i rozpoczął się szturm do wagonów.

W Wiedniu życie toczyło się zwykłym trybem, nic nie świadczyło o zbliżającej się dziejowej nawałnicy, która nam Polakom miała przynieść wyzwolenie. Mimo zmęczenia, nie zwlekając przejechaliśmy na drugi dworzec. Kupiłem bilety do Warszawy i asekurowałem bagaż. Rano byliśmy już na Elektoralnej.

Zdziwiony naszym przyjazdem ojciec, nie ukrywał radości, że nas wszystkich widzi w domu. Na drugi dzień dodatki nadzwyczajne gazet przyniosły wiadomość o wypowiedzeniu wojny przez Austro-Węgry Serbii a już 4-go sierpnia Niemcy wypowiedziały wojnę Rosji.



przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku