Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Zdjęcia do rozdziału
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2011-09-07 14:16:06
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Rozdział VI

Odessa /1915 - 1918/

Emilia z Drewsów Talikowska
Emilia z Drewsów Talikowska

Lata wojny nie przeszkodziły mi dokończyć w Odessie szkoły średniej. W domu stryjostwa, w pokoju chłopców, panowała atmosfera nauki i niefrasobliwej wesołości. Było nas czterech. Mój najmłodszy brat stryjeczny Roman i ja byliśmy w szkole średniej, zaś starszy brat Janek i syn zaprzyjaźnionej rodziny Staś Myśliński, a późniejszy mąż mojej stryjecznej siostry Marysi - byli studentami.

Uczyłem się dobrze, co nie przeszkadzało, że przy każdej okazji korzystałem z rozrywki z prawdziwą pasją zachłannej młodości.

Odessa w tym czasie miała dwa ośrodki polskie: "Dom Polski", duże stowarzyszenie, mieszczące się we własnym gmachu z salą teatralną i wieloma pomieszczeniami, mające charakter demokratyczny i przodujące w organizowaniu wszelkiego rodzaju obchodów i uroczystości narodowych oraz "Ognisko" - klub bardziej ekskluzywny, mieszczący się w ładnym pałacyku, gdzie zbierano się na karty i bilard. Była też biblioteka. Od czasu do czasu urządzano tam zebrania towarzyskie, lub odczyty o charakterze politycznym, jak np. Aleksandra Lednickiego. Stryj był członkiem "Ogniska".

My młodzi chodziliśmy na wszystkie imprezy w obu klubach. Do "Domu Polskiego" na gimnastykę, a do "Ogniska" na bilard.

W latach I-szej Wojny Światowej, Teatr Nowoczesny z Warszawy ewakuowany był do Odessy. Poznałem osobiście aktorów: Złoczewską, Neromską, Wolińskiego, Romaniszyna, Szerszyńskiego, Płużańskiego i innych. Brałem czynny udział w przedstawieniach amatorskich, śpiewałem i tańczyłem, jednocześnie uczyłem się angielskiego u jakiejś starej francuski, była to jednak angielszczyzna, co najmniej biblijna i niewiele mi z tych lekcji pozostało.

Odessa miała piękny gmach opery, wzorowany na operze paryskiej. Uwzględniając zamiłowanie Rosjan do śpiewu w ogóle, a do opery w szczególności, oraz międzynarodowy charakter miasta, przedstawienia opery cieszyły się w Odessie niezwykłym powodzeniem, a ich poziom był bardzo wysoki. Stała obsada światowych śpiewaków z Polakami: Zygmuntem Zaleskim, barytonem i dojeżdżającym tenorem opery kijowskiej Beliną-Skupiewskim oraz znakomitym barytonem rosyjskim Boczarowem, nadto gościnne występy czołowych śpiewaków, wszystko to czyniło z opery odesskiej poważny ośrodek muzyczny.

Chodziłem na wszystkie opery, szereg arii próbowałem śpiewać w domu, przy akompaniamencie niezapomnianej Mili. Nuty kupowaliśmy w składzie Idźkowskiego na Deriebasowskiej. Przychodził sympatyczny oryginał, p. Eugeniusz Chlebowski. Młody ten człowiek o wybitnych zdolnościach, encyklopedycznej wiedzy, ukończył przyrodę na uniwersytecie odesskim i filozofię we Fryburgu. Miał uraz na punkcie masonerii i jej wszechmocy.

Otóż pan Chlebowski, też był wielbicielem opery i nie raz urządzaliśmy z nim "ryki", czyli recital arii operowych, było przy tym wiele śmiechu, ale i wiele korzyści. Miałem dobry głos, baryton. W Odessie zrodziła się moja pasja śpiewania. Śpiewałem więc na zebraniach towarzyskich, w "Ognisku" i prywatnie z p. Janiną Mosdorf, również entuzjastką śpiewu, późniejszą artystką opery wileńskiej. Dodam, że po powrocie do kraju brałem lekcje śpiewu u artysty opery warszawskiej, znakomitego barytona p. Wacława Brzezińskiego, ojca dwojga, obdarzonych głosem dzieci. Niestety, lata późniejsze, wojna polsko-bolszewicka przygasiły jakoś te moje zamiłowanie.

Wracam do wspomnień odeskich. Od czasu do czasu poprzez fronty walczących armii, przedzierała się do Odessy wiadomość z Warszawy od rodziców. Czy to pocztówka, nadana za pośrednictwem Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża, czy przez jakąś okazję dyplomatyczną, wrzucona do skrzynki pocztowej w Rosji, czy nawet za pośrednictwem żydowskiej organizacji. Te wszystkie wiadomości były dowodem dla mnie nie tylko znaku życia, ale miłości rodziców, zwłaszcza dobroci i pomysłowości ojca, który nie szczędził trudu, aby mnie powiadomić, że są zdrowi i że w domu wszystko w porządku. Oczywiście tymi wiadomościami dzieliłem się niezwłocznie z braćmi, Edmundem w Jekaterynosławiu i Wacławem na froncie.

Stryjostwo moi wynajmowali letnisko w pięknej miejscowości nadmorskiej Lustdorf, założonej przez niemieckich osadników. Pamiętam to romantyczne pływanie w nocy, w smudze księżycowej fosforyzującej morskim planktonem.

Pewnego roku, było to chyba w 1917, Staś Myśliński, który służył wojskowo w Związku Ziemstw, co go chroniło od służby frontowej, otrzymał na kilka dni do dyspozycji samochód osobowy, otwartego Fiata z szoferem. Samochodem tym, ze Stasiem i Jankiem Talikowskim wybraliśmy się na wycieczkę do Szabo w Bessarabii, gdzie wujostwo Stasia p.p. Bratkowscy, mieli plantację winogron. Z Odessy dojechaliśmy do Olwiopola, gdzie samochód wjechał na prom, który przewiózł nas przez liman, na drugi brzeg do Akermanu, skąd dojechaliśmy na miejsce.

Szabo albo Chabeau jest to kolonia francusko-niemiecka, zamieszkała wyłącznie przez plantatorów winogron. Zabudowana willami, urządzonymi wygodnie, na sposób zachodnio-europejski, posiadała dwa kościółki, katolicki i ewangelicki. Wszystkie drzwi domów otwarte. Kradzieże nie zdarzają się, po prostu dlatego, że każdorazowo schwytany złodziej przepadał bez śladu. Po kilku takich cudownych zniknięciach, kradzieże już się więcej nie powtórzyły.

Państwo Bratkowscy, przyjęli nas bardzo serdecznie. Trzeba trafu, że u ich sąsiadów Niemców, odbywały się chrzciny wnuczki i z tej okazji całe sąsiedztwo, zaproszone zostało na piknik. Oczywiście i nas, jako gości, a przy tym trzech młodych tancerzy też zaproszono. Cóż to była za zabawa. Po zakończeniu samej uroczystości, całe towarzystwo, kilkadziesiąt osób, udało się na uroczą polankę z piękną darnią, brzegami zadrzewioną, położoną nad zatoczką morską. Rozłożono pledy, służba rozpakowała wóz, pełen jadła, napojów, samowarów, nakrycia i innych przyjemności. Przygrywała muzyka, piękne panny, tańce od samego początku. Dwóch kucharzy szykowało gorące dania. Podano młodego, różowego szampana, naturalnie musującego i wiele innych win z lodu. Wódki nie było. Po obiedzie różne gry, dowcipnie połączone z nagrodami. I znów tańce. Tańczyli młodzi i starzy, Niemcy i Francuzi, dzień zszedł nam, jak w filmie, człowiek zapomniał, że na świecie już od kilku lat toczy się wojna, że ludzie się wzajemnie zabijają.

Na drugi dzień, przed wyjazdem, pan Bratkowski zaprowadził nas na swą plantację, abyśmy nazbierali dla rodziny w Odessie najpiękniejszych gatunków winogron a`discretion. Były rzeczywiście cudowne, nie spotykane w handlu. Zebraliśmy dwie duże łubianki, chyba ze dwadzieścia kilo. W drodze powrotnej, siedząc w aucie, na promie, w słońcu, chłodziliśmy się pysznymi gronami.

Przychodził jednak dzień, kiedy mimo tych rozkoszy południa, nagła tęsknota za domem ściskała mi gardło, a już szczególnie w dzień imienin matki, ojca, w święta, wreszcie wprost na wspomnienie domu rodzinnego, wywołane skojarzeniem myśli i faktów. Wówczas wychodziłem z domu i aż do zupełnego zmęczenia, chodziłem po ulicach, czasami wstępowałem do kościoła, by prosić o zdrowie dla moich kochanych. Stryjostwo okazywali mi wiele uczucia i wyrozumiałości, równie serdeczne było dla mnie rodzeństwo stryjeczne i to łagodziło moją rozłąkę z domem rodzinnym.

Kiedy wybuchła Rewolucja Październikowa, Odessa kilkakrotnie przechodziła z rąk do rąk, walczylii o nią Ukraińcy z bolszewikami. Straszne to były czasy, okrutna walka, strzelali do siebie kulami "dum-dum". W domu naszym przy ulicy Ekateryńskiej 25, zorganizowana została samoobrona lokatorów z uwagi na ciągłe napady zbrojnych band, które pod pretekstem rewizji, dokonywały rabunku i gwałtów na mieszkańcach. Lokatorzy, opłacili więc jednego, lub dwóch byłych oficerów carskiej armii, którzy, jako instruktorzy organizowali obronę domu przez umocnienie bramy, sklepów, uzbrojenie mieszkańców, ustanowienie dyżurów w bramie itp. Zwłaszcza noce pełne były niepokoju. Nikt nie mógł zasnąć, zewsząd słychać było strzelaninę. Toteż lokatorzy tego luksusowego domu, zbierali się w parterowym lokalu administracji, gdzie przy zestawionych biurkach, grali w "chemin de fer`a". Pewnej nocy i ja miałem dyżur w bramie. Z karabinem spacerowałem po podwórzu wraz z drugim towarzyszem. Znudzony, wlokącymi się godzinami, wszedłem do sieni przy lokalu administracji.

Do dziś nie wiem, jak się to stało - karabin wystrzelił...

Opowiadali mi potem uczestnicy "chemin de fer'a", że pokój, przedstawiał widok, jakiegoś żywego obrazu. Huk wystrzału sparaliżował zebranych, wszyscy zastygli w takich pozach, w jakich ich zaskoczył wystrzał: ten trzymał podniesioną do góry rękę z kartą, tamten utkwił martwy wzrok w suficie, panie pochowały głowy w futra, na stole stosy banknotów. Wszyscy czekali dalszego ciągu - który nie następował. Wreszcie mój towarzysz dyżuru, otworzył drzwi i powiadomił osłupiałe towarzystwo, że wystrzał był dziełem przypadku. Tej nocy już więcej nie było chmin de fer`a.

Kiedyś po parogodzinnej bitwie, wyszliśmy na ulicę - właśnie uprzątnięto trupy. Padał deszcz, rynsztokami, płynęła woda, zabarwiona krwią. Przypomniało mi się hasło, rzucone w początkach przewrotu: "Da zdrastwujet trezwaja rewolucja", kiedy to rozbijano sklepy monopolowe a wino z beczek wylewano do rynsztoków. "Naród" leżąc na ziemi, chłeptał czerwone wino wprost z rynsztoka, bez potrzeby szklanki.

Pamiętam trupa marynarza, kula dum-dum przeszyła mu plecy i rozerwała się w klatce piersiowej, tworząc z żeber, jakiś makabryczny bukiet.

Widziałem Kiereńskiego, przejeżdżającego otwartym autem przez miasto. Stał, przepasany czerwoną szarfą, na podobieństwo owych "wodzów" Francuskiej Rewolucji. Widziałem później jeszcze kilku "wodzów", wszyscy oni byli pod pewnym względem do siebie podobni. Kiereński zatrzymał się przed tarasem kawiarni "Robino", na rogu Preobrażeńskiej i Lanżeronowskiej i wygłosił z samochodu przemówienie do zgromadzonych na skrzyżowaniu tłumów.

Rozpoczęła się zbiórka pieniężna na rzecz rewolucji. Na pierwszym samochodzie, ciężarowym, jechali agitatorzy, na drugim orkiestra. Najpierw agitator trzymał mowę do publiczności zebranej na tarasie kawiarni, przeważnie spekulantów i wystraszonych kupców, wzywając do składania datków.

Po dłuższej chwili, z wahaniem, podniósł się od stolika pierwszy ofiarodawca i podał banknot. Rozpromieniony agitator ogłosił z patosem, że towarzysz Pietrow, ofiarował na rzecz rewolucji 100 rubli i wzniósł okrzyk: "da zdrastwujet towariszcz Pietrow - Urra". Orkiestra grała tusz.

Wówczas od stolika, podniósł się inny z wystraszonych kupców i podał agitatorowi pieniądze. Po chwili słyszymy: Towariszcz Rabinowicz pożertwował w polzu rewolucji 200 rubli" i znów: "do zdrastwujet Tow. Rabinowicz". Urra i znów orkiestra gra tusz zaś tow. Rabinowiz dumnym krokiem i już o pewnym spojrzeniu, powrócił do swego stolika. Tak się rozpoczęła ta licytacja straceńców i tak wyglądała w pierwszych dniach rewolucji "współpraca" dwóch światów - rewolucjonistów i spekulantów, z których każdy miał swoją kalkulację.



przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku