Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2010-09-29 13:07:40
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Rozdział VII

Rok 1918

W szary ranek listopadowy 1918 roku wraz z młodzieżą akademicką uczestniczyłem w powitaniu powracającego z Magdeburga marszałka Piłsudskiego. Jechał z dworca powozem w parę koni do pensjonatu na Nowogrodzką. Staliśmy potem z kolegami pod pensjonatem i wiwatowaliśmy.

11 listopada 1918 roku po wiecu ogóloakademickim w Uniwersytecie zapadła uchwała, zobowiązująca studentów do wstępowania w szeregi, formującego się Wojska Polskiego do walki z bolszewikami.

Wstąpiłem i ja. Zapisałem się ochotniczo wraz z moimi odeskimi kolegami, Antonim Justatem, Antonim Śniegockim i Robakowskim do 8-go pułku artylerii polowej w Rembertowie. Jadzia dała mi na drogę garnek bigosu i zająca. Do Rembertowa odwiózł mnie brat mój Wacław. W koszarach bałagan niesamowity, tylko co uszli stąd Niemcy, jeszcze poniewierają się pikelhauby, rynsztunek i niemieckie śmieci. Konie w stajniach zaniedbane, głodne, ściółka nie zmieniana od szeregu dni. Tegoż wieczoru uprzątnęliśmy dla siebie izbę w koszarach. Ochotników przybywało coraz więcej. Odgrzeliśmy w piecu bigos i w piątkę zjedliśmy, pociągając z butelki, jak przystało na rekruta.

Kiedy nadszedł obrok,  jeden z gorliwych jezdnych wsypał swemu, wygłodzonemu koniowi do żłobu, inne konie pozrywały łańcuchy, kopały się i kwiczały. Rozwiązano sprawę w ten sposób, że na komendę oficerów żołnierze jednocześnie wpadli do stajni i wysypywali do żłobów obrok. Oficerami i podoficerami naszymi byli Polacy z Wermachtu. Nośiliśmy wojskowe mundury, zachowując białe czapki akademickie, tzw. "jaśki rektorowej Brudzyńskiej". Szkolenie trwało już szereg miesięcy, ćwiczyliśmy haubice. Odwiedzać nas można było tylko w niedzielę. Dowódcą naszym był por. Tatar, /zginął pod Lwowem/. Którejś właśnie niedzieli, daremnie czekaliśmy na pociąg z Warszawy, nie przyszedł. Coś się zdarzyło - ale co? Rząd Moraczewskiego? ostre pogotowie? wszystko to już było, więc co?

Po godzinie, któryś z naszych wyjrzał na tory i woła, że od strony Warszawy, po śniegu, torami idzie grupa ludzi. Przyglądamy się. Mężczyźni, kobiety z walizkami, paczkami. Wreszcie... jeden okrzyk radości i wyścig - każdy rozpoznał swoich najbliższych. Na przedzie mój ojciec. Co się okazało, pociąg z jakichś tam powodów, nie odszedł. Zebrane na dworcu Wschodnim rodziny żołnierzy akademików, tęsknie spoglądają na wschód i na trzymane paczki. Ojciec mój wówczas zdecydował: Proszę państwa, idziemy piechotą, te dwanaście kilometrów przejdziemy z łatwością". I rzeczywiście, wszyscy poszli.

Co to była za radość w koszarach. Oleś Śniegocki postanowił uczcić mego ojca herbatą. Wynalazł czajnik żelazny, miał herbatę, ale jak tu i na czym zagotować. Znalazł radę, po prostu cały czajnik wstawił do rozpalonego pieca. Herbata zagotowała się w rekordowym czasie, a do herbaty była paczka żywnościowa, przyniesiona przez ojca.

Powrotny pociąg odszedł już o czasie.

Moją służbę w Rembertowie, przerwała choroba płuc, jakiej się tam nabawiłem.

Gdzieś w grudniu, na izbie chorych, zmarł jeden z kolegów akademików. Wystawiony był w pustej izbie, przy szpitaliku, po drugiej stronie toru kolejowego. Poszedłem i ja, by go modlitwą pożegnać. Akurat przy mnie przyszedł dowódca pułku płk. Rómmel. Salutował zwłoki, chwilę postał, a następnie wezwał sierżanta i kazał zdjąć z trupa nowe kamasze i włożyć mu stare, bo te nowe potrzebne dla żywego.

Wszystko to było formalnie w porządku, wojsko jest wojskiem, a jednak...

x

x x

Później służyłem ochotniczo w wojskach samochodowych w szkole kierowców. Jako sierżant prowadziłem szkolenie liniowe ochotników-inteligentów, bo cały drugi pluton składał się przeważnie z akademików. Pamiętam spośród kolegów: Jaroszyńskiego, Szmurłę, Koziańskiego, syna właściciela zakładów graficznych Olgerbranda, Kocha, syna gen. Władysława Wejtko, Lucjana Korngolda, późniejszego, sławnego architekta w Brazylii, Kubę Kernera, mego przyjaciela, późniejszego adwokata, zaś w plutonie motocyklistów, bankiera Kwinto z dwoma synami.

Obrona Warszawy w 1920 roku zastała mnie w wojskach samochodowych. Zadaniem naszym było dowożenie amunicji do linii frontu, konkretnie do wsi Zawady, pod Radzyminem. Razem ze mną służył w randze chorążego Staś Myśliński. Rozbite oddziały bolszewików wałęsały się po okolicy, często dochodziło do wymiany strzałów - to dodawało pracy naszej emocji frontowych. Nasz dowódca, porucznik Witold de Gruel umiał jednak podtrzymać ducha, jak nie słowem, to butelką.

W roku 1920 otrzymałem na imieniny od kolegów z wojska papierośnicę srebrną ze złotym fermuarem z rubinem i wygrawerowaną wewnątrz dedykacją. Stała się dla mnie pamiątką tych lat "górnych i chmurnych", nosiłem ją stale przy sobie. W Powstanie Warszawskie ukradli mi ją przy rewizji "żołnierze" dywizji SS im. Hermanna Goeringa, było to na Wolskiej, kiedy po zajęciu Elektoralnej, pędzili nas Niemcy z rękami podniesionymi w górę - na Sokołowską.

Przypomniałem sobie jeszcze kilku kolegów z II plutonu: przede wszystkim prof. Jerzego Leffelda, pianistę, mistrza akompaniamentu, Tadeusza Wiśniewskiego, art. rzeźbiarza, wreszcie wykładowcę szkoły, inż. Ludwika Widerszala, oraz inż. Sosenko.



przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku