Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2010-08-31 13:16:32
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Rozdział VII

Studia prawnicze

Po zakończeniu wojny polsko-bolszewickiej, po której pozostał mi pamiątkowy portret kredkowy, rysowany przez towarzysza broni art. malarza Tadeusza Wiśniewskiego, kontynuowałem studia prawnicze.

Pomiędzy wykładowcami mieliśmy wówczas znakomitego uczonego, znawcę prawa rzymskiego, prof. Ignacego Koschembahr-Łyskowskiego.

W tym czasie na Uniwersytecie Warszawskim pełno było zdemobilizowanych wojskowych, tych bardzo opóźnionych w studiach, lecz za to zjawiających się na egzaminach w mundurze i "przy orderach".

Profesor Koschembahr, egzaminował właśnie takiego wojskowego studenta, odpowiedzi którego były zdecydowanie niedostateczne. W pewnej chwili prof. zatrzymał wzrok na orderach studenta i powiedział: "pan musi być rzeczywiście bardzo odważny, jeżeli pan z takimi wiadomościami przychodzi na egzamin".

Profesor prawa międzynarodowego, Zygmunt Cybichowski, przechodził w tym czasie ciężką chorobę serca. Egzaminował studentów w mieszkaniu, leżąc w łóżku. W pierwszym pokoju, w którym studenci oczekiwali swej kolejki, stała choinka, było to bowiem w okresie Bożego Narodzenia. Choinka ta miała cały jeden bok wyskubany - to kandydaci w zdenerwowaniu skubali biedne drzewko, dopóki nie zostali zaproszeni do pokoju profesora. Profesor z głową wysoko na poduszkach, witał przybyłego słowami: "zechce pan usiąść na tej różowej kanapce, co stoi obok tego zielonego fotelika" i tak z każdym to samo, bośmy sobie powtarzali.

Profesor ks. Grabowski wykładał prawo kanoniczne. Za każdą odpowiedź stawiał oddzielną notę, po tym to wszystko sumował, dzielił przez ilość zadanych pytań itp. "żeby było sprawiedliwie". Wszystko to na oczach studenta, który czuł się, jak biedak w restauracji, kiedy mu kelner wypisuje rachunek.

Profesor Karol Lutostański wykładał prawo cywilne, miał opinię bardzo wymagającego. Zapytał raz studenta: "jakie pan zna umowy losowe". Kandydata zatkało, ktoś mu z boku podpowiada "gra", a on powtarza "grad". Profesor zaś z całym spokojem: "pan ma zapewne na myśli umowy losowe od gradobicia". Profesor miał sadystyczny sposób ogłaszania wyników egzaminów. Grupa zdających czekała na te wyniki pod drzwiami gabinetu profesora. W pewnej chwili profesor stawał w otwartych drzwiach, z notesem w ręku i zaczynał: "pan Kowalski", badawcze spojrzenie - przerwa - "zdał egzamin" - przerwa, "z wynikiem" - dłuższa przerwa - "niedostatecznym".

W Uniwersytecie pracował jeszcze wówczas woźny p. Adam, szczupły starzec o pięknych rysach i długiej siwej brodzie wojewody. Chodził w bamboszach, w mundurze, cichutko, wolniutko, właściwie już nie miał żadnej funkcji, sama jego obecność w tych murach była funkcją. Rozpoczął pracę, chyba jeszcze w latach Szkoły Głównej.

Prof. Konrad Dynowski, były senator w Petersburgu, wykładał procedurę cywilną. Stale cierpiał na czyraki. Pamiętam go zawsze z obandażowaną szyją. Na egzaminie należało zręcznie nawiązać do jego cierpień, wówczas przez pół godziny opowiadał o sobie - wreszcie brał indeksy i wpisywał wszystkim noty dostateczne.

Wykładowcą prawa handlowego był przez pewien czas adwokat Aleksander Jackowski. Przychodził na wykłady w futrze, bowiem sale wykładowe nie były dostatecznie ogrzane. Miał on jakieś zatargi ze studentami. Pewnego dnia, kiedy na sali było zaledwie 3-5 studentów, profesor Jackowski powiedział "mało, że zimno i marnie płacą, ale jeszcze człowiek narażony jest na nieprzyjemności"

Wracam do profesora Dynowskiego. Kiedy odbywałem aplikację u adwokata Kazimierza Głębockiego, jeździłem z nim niejednokrotnie do prof. Dynowskiego na Brzozową, na konsultację. Profesor, jako członek Departamentu Senatu, znał świetnie postępowanie cywilne, był żywym kontynuatorem Kapuścińskiego. Mój patron natomiast miał przeważnie klientelę kresową, gdzie obowiązywał nadal X tom Swoda Zakonow. Konsultację opłacał z góry klient na ręce mego patrona, jakieś 50-100 złotych

Po przywitaniu, profesor znikał w drzwiach sąsiedniego pokoju, skąd po chwili rozchodził się lekki zapach eteru. Wracał, przez pewien czas w milczeniu spacerował po gabinecie, wreszcie pytał, o jakie zagadnienie chodzi. Po krótkim namyśle odpowiadał: "ten problem poruszany był ostatnio w Senacie, w grudniu 1911 roku". Podchodził do półki, sięgał po odpowiedni rocznik orzeczeń senatu i najczęściej trafiał od pierwszego razu.

Ten stary, schorowany człowiek, wybitny znawca procedury cywilnej, obdarzony był niegdyś niezwykłą pamięcią, był człowiekiem łagodnym i chyba dobrym. Starość i postępujący zanik pamięci, ratował z powodzeniem morfiną.

Wrócę jeszcze do prof. Koschembahra. Opowiadano, że kiedyś, egzaminując studentkę, a trzeba zaznaczyć, że ledwo tolerował studiujące kobiety, kazał jej wyliczyć wybitnych prawników III w. Studentka jednym tchem wyrecytowała: Paulus i Ulpianus. Profesor na to: "A który zdaniem pani był większym?". Studentka znów bez namysłu odpowiada: "Paulus". Tego już było profesorowi za wiele, wydął wargi, i zapytał z sarkazmem: "Dlaczego pani tak sądzi? Czy może dlatego, że miał niebieskie oczy?".

W okresie studiów uniwersyteckich należałem do Koła Prawników /mieliśmy, jako odznakę, wstążkę zieloną na dwa palce, ze złotym paskiem przez środek, noszoną na kamizelce/.

W politykę się nie bawiłem - nie pociągała mnie. Kiedyś, któryś z kolegów, bodajże Janusz Olechowicz, zaciągnął mnie na zebranie organizacyjne Obozu Wielkiej Polski, zwołane w mieszkaniu prywatnym, mówiąc, że przyjdzie na nie Roman Dmowski. Poszedłem. Był Henryk Rossman, Stypułkowski, Demidowicz-Demidecki, Kempfi, Jan Mosdorf i wielu innych, których nie znałem, razem ze dwadzieścia osób. Przyszedł Dmowski. Przemówienie jego nie przekonało mnie, pełne było frazesów i mglistych sformułowań celów stojących przed przyszłą organizacją. Zakończył zwrotem: "wróciłem właśnie z urlopu, jestem wypoczęty, sądząc po panów twarzach, też jesteście w dobrej formie, weźmy się więc wspólnie do roboty". Więcej na żadne zebranie polityczne nie poszedłem. Widziałem politykę w Rosji i miałem jej dosyć.

Pamiętam z lat akademickich taki incydent. Było to po wybuchu składów amunicji w Cytadeli Warszawskiej, od którego wypadły szyby w całym mieście. Rozmawialiśmy w hallu Uniwersyteckim z kolegami, ktoś pyta: "co słychać nowego?", na to ja odpowiadam "no cóż, wysadziliśmy Cytadelę". W tym momencie obok przechodził Janusz Rabski, kreatura demagoga, blady, z twarzą pokrytą wyrzutami, reprezentował typ narodowego warchoła.

Po chwili, kiedy najspokojniej dalej rozmawiamy sobie z kolegami, podchodzi do mnie urzędniczka, żebym zaraz zgłosił się do sekretarza Uniwersytetu. Idę. Sekretarz, Jabłoński, poważny starszy pan, spojrzał na mnie i pyta, co to za rozmowa była na korytarzu o Cytadeli - powtarzam mu przebieg rozmowy. Jabłoński, wręcz mi opowiada, że zgłosił się do niego przed chwilą Rabski i doniósł, że na korytarzu studenci rozmawiają o wybuchu Cytadeli i jeden z nich powiedział: "wysadziliśmy Cytadelę".

Oczywiście rozmowa z Jabłońskim skończyła się na podaniu ręki i krótkim oświadczeniu, że uważa sprawę za wyjaśnioną.

Tak oto polityka, a właściwie rozpolitykowanie, już na pierwszym roku studiów, zatruwała wśród młodzieży atmosferę koleżeństwa i waśniła studentów, dzięki urodzonym demagogom i denuncjatorom w rodzaju Rabskiego.



przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku