Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2010-08-30 10:38:04
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Rozdział VII

Semadeni

Ulubioną, kawiarnią ojca był Semadeni, pod filarami Teatru Wielkiego. Bywalcy spotykali się tam dwa razy dziennie: w południe i około piątej po południu.

Latem ojciec siadywał przeważnie "na werandzie", pod filarami, odgrodzonymi od ulicy korytkami z bluszczem, przy pierwszym stoliku od przejścia, po lewej stronie pod ścianą, zwykle w towarzystwie p. Franciszka Karpińskiego, p. Feliksa Stępińskiego i p. Henryka Kowalskiego, reżysera opery.

Zimą towarzystwo przenosiło się do palarni, sporej salki na lewo od kasy. Pamiętam te oszklone drzwi, przez które było widać zadymione wnętrze, oświetlone niegdyś lampami gazowymi, ostatnio elektrycznymi. Zbierali się tam przeważnie aktorzy, jako że salka ta miała połączenie z kulisami teatru.

Wśród aktorów prym wiedli: Gasiński, Kamiński i Roland, lecz bezapelacyjnie królował stary Frenkiel, otoczony rojem kibiców łasych na dobry kawał p. Mieczysława, "Mistrza", jak się ogólnie do niego zwracano.

Z czasem Frenkiel przeniósł się do Lourse`a, w hotelu Europejskim. U Semadeniego spotykali się warszawiacy aby zasięgnąć języka o tym co się już stało, albo co się dopiero święci. Zwyczaj ten zrodził się w czasach zaboru, kiedy prasa, tłumiona cenzurą, nie mogła wszystkiego napisać, więc drogą "od ucha do ucha", nie jedna ważna wiadomość przedostawała się do społeczeństwa.

Wiele inicjatyw społecznych, czy dobroczynnych zrodziło się właśnie przy stoliku Semadeniego. Nie było dnia, żeby nie odbyła się tam jakaś zbiórka pieniężna. Dla dopomożenia artystom malarzom, urządzano między bywalcami loterie obrazów. Ojcu memu sprzyjało w tych loteriach szczęście: raz wygrał obraz olejny Piątkowskiego, drugi raz akwarelę Masłowskiego.

Przed cukiernią Semadeniego, po prawej stronie, na ścianie teatru, wisiała szafka z fotografiami scen z wystawianych sztuk, oraz dwie gabloty z zakładu fotograficznego, malarskiego z fotografiami ulubieńców publiczności. Pełno przed nimi było zawsze pań, a zwłaszcza pensjonarek. W tych latach bożyszczem kobiet, był Junosza Stępowski, później Jerzy Leszczyński, Józef Węgrzyn, a wreszcie Osterwa. Z aktorek przyśpieszały bicie serca mężczyzn: Lucyna Messal, Szyllinżanka, Lubicz-Sarnowska, Malicka.

Pan Feliks Stępiński, o którym wspomniałem, inżynier, człowiek bardzo zamożny, wybudował przy ulicy Hipotecznej teatr, który wydzierżawił Operetce Warszawskiej. Stąd jego znajomości ze sferami artystycznymi i z p. Mieczysławą Ćwiklińską, młodziutką podówczas aktorką. Znajomość ta była na tyle bliska, że inż. Stępiński podarował p. Ćwiklińskiej przepiękny i bardzo cenny, koronkowy biały szal.

Nic by w tym nie było dziwnego, gdyby nie okoliczność, że szal ten stanowił własność małżonki p. Stępińskiego i był dla niej pamiątką po matce.

Pani Stępińska, spostrzegłszy brak szala, nie mogła przeboleć straty, ani wyjaśnić okoliczności w jakich zniknął. Trzeba trafu, że w jakiś czas później, będąc w teatrze, poznała swój szal na ramionach p. Ćwiklińskiej.

Jak się dalej potoczyły wypadki, nie wiem, mówiono jednak, że energiczna małżonka p. Stępińskiego odzyskała swoją pamiątkę rodzinną.

Poza cukiernią, ojciec czasami bywał z przyjaciółmi w restauracji Langnera na Focha. Chodziło się tam, w południe, na tzw. śniadanka. Był to w owych latach lokal, gdzie nawet wybredny smakosz znalazł zaspokojenie swoich gastronomicznych pożądań.

Pokoje salki szły w amfiladzie. Na końcu z korytarza, było kilka gabinetów, gdzie ówczesnym zwyczajem, samotni panowie urządzali swe imieniny dla przyjaciół, bądź odbywały się okolicznościowe męskie przyjęcia. W ostatnich latach, zainstalowano w ścianach drugiej sali akwaria, z egzotycznymi rybkami, oświetlone od wewnątrz. Mnie się to osobiście nie podobało.

Niekiedy, wstępował ojciec do Krzemińskiego na Fredry, ale tylko wówczas, gdy się z kimś przyjezdnym, kogo chciał uhonorować, umówił. Tam znów można było poza znakomitą kuchnią, wypić naprawdę dobrego wina, wystałego węgrzyna z prywatnych piwnic.



przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku